piątek, 14 kwietnia 2017

† Chapter 11 †

                                                                    † Slaves Love †

Mam nadzieję, że rozumiecie to, że czasami autor nie potrafi nic napisać przez długi czas, a innym razem pięć rozdziałów w tydzień. Jeżeli się na mnie nie gniewacie to proszę skomentujcie ten rozdział bo OGROMNIE jestem ciekawa waszej reakcji. Jest to dla mnie jeden z ważniejszych rozdziałów. Kocham was i do zobaczenia następnym razem! 

Samolot powrotny z Londynu do Carlisle mieliśmy z samego rana o szóstej. Miałam wrażenie, że kiedy skończyłam rozmawiać z Vivianne jedynie przyłożyłam głowę do poduszki i zamknęłam oczy na pięć minut, po których Zayn stanął nade mną, potrząsnął delikatnie ramię i oznajmił, że muszę już wstawać.
- Co? – zapytałam go. Bolało mnie całe ciało i koniecznie pragnęłam większej ilości snu.
- Musicie wracać do Carlisle zanim policja zacznie szukać Vivianne, pamiętasz? – odpowiedział szeptem.
- Ach, no tak, pamiętam. – Podniosłam się do pozycji siedzącej, przetarłam twarz dłońmi i ziewnęłam. - Przeklęta zasada dwudziestu czterech godzin, przy której Snake to dobroczyńca.
Zayn zaśmiał się z mojego porannego poczucia humoru po czym poinformował, że za trzydzieści minut będzie śniadanie w chińskiej knajpie i poszedł obudzić Vivianne. Wiedząc, że trochę zajmie mu wybudzanie mojej przyjaciółki, gdyż miała strasznie silny sen, wstałam z łóżka i zabierając ubrania z podsuniętego do niego krzesła poszłam wziąć prysznic.
- Dzień dobry – powiedziała Olivia. Stała przed lustrem i rozczesywała swoje blond włosy.
- Która godzina? – zapytałam mrużąc oczy. Łazienka była mocno oświetlona w porównaniu ze skrzydłem szpitalnym gdzie panował półmrok, aby nie obudzić śpiących nawet na podłodze ludzi.
- Czwarta trzydzieści – odpowiedziała uśmiechając się. Pozytywnej energii nie brakowało jej nawet o tak wczesnej porze.
- Przecież to jest środek nocy – jęknęłam podchodząc do prysznica. Odkręciłam wodę by się nagrzała i zaczęłam zdejmować ubrania po czym weszłam pod ciepłą wodę. Cudownie było być pierwszą osobą korzystającą z prysznica i nie musieć pod nim marznąć.
- Wyśpisz się, kiedy wrócisz do domu! – podniosła swój ton abym na pewno ją usłyszała przez szum spływającej wody.
- Racja, czeka mnie strasznie długi, wieczny sen, ponieważ matka mnie zabije. Trudno byłoby się w jego trakcie nie wyspać!
- Daj spokój – zaśmiała się blondynka. –  Matki się martwią bo nie potrafią zrozumieć, że jesteśmy dorośli i wściekają się kiedy narażamy swoje życie więc krzyczą i karzą nas, ale nie zabijają.
- Założysz się? – zapytałam wychodząc spod prysznica.
- Nie, dziękuję. Zamiast tego wolę zmienić ci opatrunki. - Olivia przysunęła pod umywalkę krzesło, na której oprócz kosmetyków stała apteczka. – Siadaj.
Posłusznie usiadłam na krześle i pozwoliłam jej odwinąć bandaże, które przez noc przybrały szkarłatny kolor ukrywając paskudnie wyglądające, czerwone blizny na moich ramionach i biodrze, które zawsze będą przypominały mi o wydarzeniach z poprzedniej nocy choćby nie wiem jak bardzo starałabym się o nich zapomnieć. Każdego dnia w lustrze będę widziała Benjamina, uciekające dziewczęta przeznaczone na sprzedaż, młodego chłopaka, któremu zamknęłam oczy, pistolety oraz sztylety we mnie wycelowane i kłócącego się ze mną Louisa. Towarzyszący temu ból będzie wywoływał łzy, które będę starała się stłumić i być tak silną jak podczas poderżnięcia jakiemuś mężczyźnie gardła.
- Aż mnie zabolało – powiedziała Vivianne stając w progu łazienki. Miała potargane włosy i worki pod oczyma. – Szkoda, że nikt nie nagrywał tej walki bo chciałabym ją mieć na DVD i podziwiać jak pierzesz tyłki tym frajerom.
- Może Seth’owi udałoby się coś przechwycić – powiedziała Liv wyciągając z apteczki nowe bandaże i maść.
- Byłoby miło – odpowiedziała Vivanne i ziewnęła idąc w kierunku prysznica.
Pojawienie się mojej przyjaciółki wywołało uśmiech na mojej twarzy gdyż dobrze było widzieć ją całą, zdrową i żartującą. Miała co prawda koszmary senne oraz uprzedzenie do mężczyzn i trzymała się od nich z daleka przez ludzi Benjamina, którzy ją dotykali i bili.  Wzdrygała się i uciekała kiedy ktoś podszedł do niej od tyłu i coś powiedział lub dotknął w ramię, ale starała się nie zamykać w sobie. Zachowywała się jakby tak właśnie wyglądało jej życie, jakby rozpoczynał się kolejny, zwyczajny dzień.
Podczas śniadania usiadłam z Vivianne przy oddzielnym stoliku aby uniknąć towarzystwa Louisa, a szczególnie jego spojrzenia. Obserwowałam jak niebo zamienia kolor z czarnego na błękitny i jadłam okrągłe bułeczki z sosem hoisin, liściem sałaty i jajkiem sadzonym oraz piłam herbatę w porcelanowych filiżankach, która rozgrzała mnie jeszcze bardziej niż prysznic i dodała sił na drogę powrotną, w trakcie której również usiadłam z dala od Louisa zamieniając się w samolocie miejscami z Haydenem.
Podczas posiłku również ustaliłam z przyjaciółką wersję wydarzeń jaką przedstawiłyśmy policji. Nikt nie protestował, nie zadawał dodatkowych pytań kiedy ją usłyszał gdyż wszyscy mieszkańcy, a szczególnie sąsiedzi Michaela, wiedzieli, że podczas nieobecności rodziców urządza imprezy trwające do rana. Bez problemu potrafili wyobrazić sobie, że kupuje narkotyki i nie ma jak za nie zapłacić więc musi uciekać przed dilerami by przeżyć. Zabiera ze sobą swoją dziewczynę, która chce uwolnić się od rodziny lecz ostatecznie zostaje zastrzelony gdyż ludzie, u których miał długi znajdują go, a Vivianne dowiadując się o jego brudnych interesach wraca ze mną do Carlisle. Przekonana o prawdziwości historii była nawet moja matka, która przytuliła mnie i powiedziała:
- Dobrze zrobiłaś nie pozwalając jej wejść w to błoto. Niedługo i ja cię wyciągnę z twojego własnego i nikt nie będzie ci zagrażał.  
Słysząc te słowa rozpłakałam się, ponieważ znowu ją okłamałam i przecież wcale nie wyciągnęłam Vivianne z błota. Ubrudziłam jej buty podczas gdy sama prawie topiłam się nie mając już żadnych dłoni wyciągniętych w moją stronę, a szczególnie jednej.
Louis nie odzywał się do mnie przez cały tydzień. Nie dzwonił, nie pisał SMS-ów, w których nie zapytał jak się czuję, jakbyśmy zupełnie się nie znali. Próbowałam dowiedzieć się o nim jakichś informacji od Liv, która przychodziła do mnie po szkole i opatrywała rany pod pretekstem, że jest koleżanką z klasy i pani przydzieliła mi ją do pomocy w nauce. Jednakże ona sama nie widziała go i nie miała od niego żadnych wiadomości odkąd rozstali się na lotnisku. Powtarzała, żebym się nie przejmowała, że prędzej czy później odezwie się tylko potrzebuje czasu aby zebrać na to odwagę, lecz nie potrafiłam jej uwierzyć. Ogarnęło mnie przekonanie, że to koniec naszego związku i jak się okazało w sobotni wieczór, niepotrzebnie.
Czekałam, aż Vivianne zakończy spotkanie ze swoim psychologiem i wyśle mi SMS-a, że wróciła już do domu i mogę do niej przyjść aby wysłuchać jej szczerego wyznania na temat tego jak się czuje. Matka Vivianne uważała, że to dzięki świetnej pracy psychologa córka czuje się coraz lepiej, lecz tak naprawdę to była moja zasługa. Potrzebowała osoby, która również była świadkiem śmierci, prawie się o nią nawet otarła a nie jakiegoś mężczyzny w sweterku z podkładką i mocno naostrzonym ołówkiem w ręku. Dlatego kiedy mój telefon zadzwonił oznajmiając, że mam nową wiadomość, od razu zerwałam się z łóżka. Wybiegłam z domu zmierzając w kierunku domu Vivianne, przed którym stanęłam jak wryta gdy zobaczyłam przy chodniku zaparkowany motocykl, o który opierał się Louis paląc papierosa.
- Louis… - szepnęłam i powoli do niego podeszłam mając nogi jak z waty, które były wynikiem głębokiego szoku po zobaczeniu jego osoby.
- Louis ja… - powiedziałam trochę głośniej stojąc tuż obok niego. Chciałam zacząć go przepraszać, rzucić mu się na szyję, wyjaśnić sytuację, lecz przerwał mi.
- Wsiadaj – powiedział krótko gasząc papierosa. Wsiadł na motocykl, a ja skinęłam jedynie głową i pośpiesznie wsiadłam zaraz za nim na pojazd i objęłam go rękoma w pasie. Nie miałam pojęcia gdzie mnie zabiera, ale szczerze mogłam z nim jechać w tamtym momencie nawet na drugi koniec świata byle byśmy się tylko pogodzili.
Miejscem docelowym jednak okazał się Notte Club, z którego nie wylewała się pijana młodzież i głośna muzyka. Panowała cisza, dookoła nie było żadnej żywej duszy, okna były zasunięte żaluzjami, na drzwiach wisiała żółta karteczka z napisem „NIECZYNNE”. Kiedy to zobaczyłam moja pierwsza myśl dotyczyła tego, że Louis wyjeżdża z miasta i zaraz zacznie się ze mną żegnać w miejscu, w którym wszystko się zaczęło. Łzy zebrały mi się w oczach, chciałam krzyczeć ale gula w gardle mi na to nie pozwalała.
- Chodź. – Louis zsiadł z motocykla i wyciągnął do mnie rękę, którą mimo złego przeczucia złapałam i poszłam za nim w stronę drzwi.
- Louis… - zaczęłam przed samym wejściem, ale znowu nie pozwolił mi kontynuować.
- Cicho. – Spojrzał na mnie swoimi podkrążonymi oczyma przystawiając palec wolnej, lewej ręki do ust. Skinęłam znowu posłusznie głową, a serce zaczęło mi bić z nerwów.
Louis popchnął drzwi, ja zamknęłam oczy bojąc się tego co mogę zastać za progiem. Weszliśmy do środka, drzwi się za nami zamknęły i usłyszałam głośne, chóralne:
- Wszystkiego najlepszego! Sto lat, sto lat!
Otworzyłam oczy jak poparzona i zobaczyłam wnętrze klubu z mnóstwem balonów i rozwieszonych serpentyn. Idących w moją stronę Setha, Raven, Haydena z Olivią i Vivianne, która trzymała w rękach tort ze wciśniętymi świeczkami, które przedstawiały liczbę osiemnaście.
- Sto lat, sto lat! Niech żyje, żyje nam! Jeszcze raz, jeszcze raz, niech żyje, żyje nam! – Śpiewali wszyscy trochę fałszując.
- A kto? – zapytała Vivianne z szerokim uśmiechem na twarzy.
- Destiny! – wykrzyknęli i zaczęli bić brawo, a ja oszołomiona zaczęłam płakać. Zupełnie zapomniałam z powodu ostatnich wydarzeń, że dzisiaj są moje urodziny.
- Pomyśl życzenie zanim zdmuchniesz świeczki – przypomniała Olivia.
Zamknęłam oczy i w myślach wypowiedziałam życzenie po czym zdmuchnęłam świeczki i ponownie rozległy się wiwaty i brawa oraz każdy zaczął do mnie pojedynczo podchodzić i składać urodzinowe życzenia, z których praktycznie nic nie zrozumiałam, gdyż nie docierało do mnie całe to zajście, byłam całkowicie zdezorientowana.
- Spełnienia marzeń, kochana! – Olivia jako pierwsza rzuciła mi się na szyję. – Samych pięknych chwil w życiu!
- Szczególnie miłości i szczerej przyjaźni – powiedział stojący obok niej Hayden.
- Dobrych ocen, mocnej główki i sierpowego – życzył mi Seth.
- Rozwijania swoich zainteresowań i pasji, abyś zawsze była sobą – mówiła Raven, która przypomniała mi o Ethanie, za którego obecność oddałabym wszystko.
- Abyś zawsze była moją przyjaciółką, silną i dzielną. – Mocno wyściskała mnie Vivianne. Każdemu dziękowałam kilka razy i ocierałam wciąż na nowo łzy oraz odbierałam podarunki.
- Wszystkiego najlepszego, Destiny. – Usłyszałam wreszcie cichy szept przy moim uchu i poczułam składany na moim policzku czuły pocałunek. Odebrałam prezent, małe pudełko z niebieską kokardką na górze, wręczany z wytatuowanych rąk, które należały do nikogo innego jak do Louisa i nagle oprzytomniałam z szoku wywołanego urodzinową niespodzianką. Przypomniała mi się obawa z jaką przekraczałam próg klubu i potrzebę porozmawiania z nim.
- Dziękuję, Louis – odpowiedziałam i podniosłam na niego wzrok, lecz on już zdążył zniknąć. Rozejrzałam się szybko i zobaczyłam, że zaczął się kierować w stronę drzwi na podwórko budynku więc pobiegłam za nim nie chcąc odwlekać dłużej rozmowy.
- Teraz wznieśmy toast! – usłyszałam głos Setha i wystrzał korka od szampana przez co zawahałam się zanim wyszłam na zewnątrz. Zadałam sobie pytanie czy dam radę pogodzić się z Louisem na trzeźwo, a potem przypomniałam sobie walkę w klubie i wyszłam na zewnątrz.
Louis stał oparty o barierkę i palił kolejnego papierosa. Wzięłam głęboki wdech i podeszłam do niego kładąc mu niepewnie dłoń na ramieniu.
- Louis chciałabym cię przeprosić – powiedziałam szybko aby nie mógł wtrącić mi się w zdanie. Nie odzywał się tylko wpatrywał się w jakiś punkt przed sobą i zaciągnął się papierosem więc kontynuowałam. – Naprawdę przepraszam, bardzo przepraszam. Nie sądziłam, że się zdenerwujesz. Myślałam, że będziesz zadowolony z mojej pomocy i…
 - Byliśmy kiedyś przyjaciółmi – powiedział nagle zbijając mnie z tropu.
- Co? – zapytałam marszcząc brwi.
- Snake i ja, a raczej Samvel. Samvel i ja byliśmy kiedyś przyjaciółmi.
- Żartujesz? – zapytałam z uśmiechem, który zaraz zniknął kiedy Louis pozostawał wciąż poważny i zdałam sobie sprawę, że mówi prawdę.
– Poznaliśmy się w  pierwszej klasie gdy jeden z chłopaków uderzył mnie w nos bo nie pozwoliłem mu grać w piłkę, ze względu na pełen skład drużyn. Oddał mu i od tej pory trzymaliśmy się razem, siedzieliśmy w tej samej ławce, dzieliliśmy jedzeniem na podwieczorku, uczyliśmy się w bibliotece, pomagaliśmy w zdobyciu dziewczyny albo chociaż jej numeru. Chodziliśmy razem do kina lub na boisko czy po mieście w Halloween aby straszyć innych. Wspólnie imprezowaliśmy i pierwszy raz się upiliśmy. Wszystko się zmieniło kiedy poszliśmy do szkoły średniej… – Słuchałam go uważnie starając wyobrazić sobie w głowie małego Snake’a. Niewinnego chłopaka bez tatuaży i rozciętego języka.
– Wiesz jak to jest w liceum, prawda? Albo jesteś bogaty, dzięki czemu znany i lubiany albo jesteś nikim. Samvelowi zależało na tej uwadze, której nie dostawał w patologicznym domu od pijanych wiecznie rodziców. Gdyby nie moja matka, która traktowała go jak syna umarłby z głodu. Przychodził do nas na obiady mimo, że było tłoczno, bo miałem szóstkę rodzeństwa, a on tak im się odpłacił… - Zrobił krótką przerwę zaciskając pięści po czym kontynuował. - Zaczął się zadawać z bogatymi chłopakami, spędzać coraz mniej czasu ze mną. Chodził na każdą imprezę, podczas których robił z siebie durnia, aby tylko nie wykluczyli go z grona przyjaciół. Pił do upadłego, wdawał się w bójki i porzucił naukę. Starałem się go od tego odciągnąć zanim byłoby za późno ale nie chciał mnie słuchać. Prosiłem go nieustannie, błagałem, ale on zbywał mnie machnięciem ręki i nim się obejrzał był uzależniony. Zamienił bogatych chłopaków ze szkoły na dilerów, a o mnie przypominał sobie kiedy potrzebował pieniędzy na towar. Oczywiście dawałem mu je za każdym razem pod obietnicą, że to ostatni raz, że pójdzie na odwyk, będzie starał się z tym skończyć, lecz czas płynął i nic takiego się nie wydarzyło. Raz mu nieładem to pobili go, będąc na głodzie zaczął obwiniać o to wszystko mnie i był zazdrosny o to, że się dobrze uczę i zostałem kapitanem szkolnej drużyny piłkarskiej. Z przyjaciół zamieniliśmy się w nienawidzące się nawzajem osoby…
- Tak mi przykro, Louis – powiedziałam myśląc, że skończył opowiadać lecz jedynie zrobił przerwę aby zgasić papierosa. Naprawdę mu współczułam gdyż prawie straciłam Vivianne i nie było to miłe uczucie.
- Pewnego razu na imprezie wypiłem drinka z dosypanymi prochami przez ogarniętego nienawiścią i zazdrością Samvela. Wplątał mnie w całe to bagno przez podłożenie do kieszeni moich spodni kiedy byłem nieprzytomny nie zapłaconego towaru i podanie mojego adresu dilerom, którzy znaleźli mnie następnego dnia i zaprowadzili do Benajmina. Fraiser kazał mnie pierw pobić, a następnie rozprowadzać przez miesiąc towar, aby zapłacić za to co ukradłem. Nie mając innego wyboru wykonywałem jego polecenie, ale też zacząłem codziennie imprezować przez przebywanie w klubie Benjamina. Upijałem się, robiłem sobie pełno tatuaży i spałem codziennie z inną laską. – Zabolało mnie trochę to jego wyznanie, ale nie zamierzałam przerywać mu opowieści i wszczynać kłótni tylko dalej słuchałam go uważnie. –  Zapomniałem jakim cudem się tutaj znalazłem, ale pomógł mi sobie to przypomnieć Zayn, który również należał do ludzi Fraisera. Postawił mnie na nogi i oboje rozumiejąc sytuację jaka nas otaczała postanowiliśmy jej się przeciwstawić. Porzuciłem imprezy i zacząłem spędzać więcej czasu na treningach, zamierzałem się uwolnić od Benajmina i nie byłem sam. Towarzyszył mi Zayn i wielu innych ludzi, którym brakowało ku temu odwagi. Niestety nasze plany pokrzyżował jeden chłopak, który doniósł o wszystkim szefowi i potwierdził jego spostrzeżenia w zmianie mojego zachowania. Widział, że staję się silniejszy i zamierzał mnie zniszczyć. Pamiętasz jak mówiłem ci czym zajmuje się Fraiser, sprzedażą dziewcząt i narządów? – zapytał a ja szybko skinęłam głową. Czułam, że nadchodzą złe wieści i aż rozbolał mnie brzuch, bałam się usłyszeć kolejne słowa.
- Snake zabił moich rodziców, Lottie, Felicite sprzedano i wywieziono, a młodsze rodzeństwo zostało pozbawiono organów. Straciłem moją całą rodzinę – powiedział i ukrył twarz w dłoniach zaczynając szlochać, a ja wraz z nim.  
- Louis, mój boże… - Nie wiedziałam jak mogłam go pocieszyć więc jedynie pocierałam drżącą dłonią jego plecy.
- Życie mogłem stracić i ja - powiedział ocierając łzy i pociągając nosem. – Jednakże Zayn zdążył mnie ostrzec i dając pieniądze z paszportem oraz bilet w jednym kierunku do Hispzanii kazał uciekać. Mówił, że nie mogę się poddać, muszę być silny i pamiętać o co walczymy. Obiecał, że wkrótce się zobaczymy kiedy wsiadałem bez niczego do samolotu. Wylądowałem w obcym kraju, nie znając języka, mając szesnaście prawie siedemnaście lat, nie mając gdzie się podziać. Spałem na ulicy i żebrałem, po nocach płakałem i błagałem Boga aby pozwolił mi umrzeć i dołączyć do moich rodziców. Pewnego dnia spotkałem Haydena, który mnie przygarnął i pomógł. Opowiedziałem mu co mnie spotkało i zadeklarował się pomóc w powstrzymaniu działań Benjamina i Snake’a. Wrócił ze mną do Londynu gdzie spotkaliśmy się z Zaynem i zaczęliśmy działać, tworzyć opozycję. Zakładaliśmy swoje własne ośrodki, trenowaliśmy ludzi, którzy nas popierali i gromadziliśmy broń. W między czasie próbowałem szukać moich sióstr, ale na marne, ślad o nich zaginął. Wciąż cierpiałem z powodu utraty moich bliskich i płakałem w nocy, ale za dnia starałem się być silny, miałem w końcu poprowadzić setki osób przeciwko Benjaminowi. Zaplanowaliśmy, że porwiemy jego córkę, która była jego oczkiem w głowie. Powiedział, że zrobi wszystko dla osoby, która ją znajdzie. Kiedy przyszedłem do niego z jego córką pobladł jakby zobaczył ducha, myśleli, że nie żyję i pozbyli się problemu. Najchętniej zastrzeliłby mnie lecz, że jest słownym człowiekiem i dotrzymuje danego słowa nie mógł tego zrobić. Zagwarantował mi nietykalność, uwolnił ludzi, którzy mu się sprzeciwiali i oddał cały swój majątek. Żałuję, że nie uwolniłem też dziewcząt, tak jak ty niedawno, to był wspaniały gest z twojej strony – powiedział i spojrzał na mnie swoimi pełnymi łez oczyma i złapał za moją rękę. – Po czterech latach jestem tutaj, żyję ale nie ufam nikomu. Postawiłem dookoła siebie wiele murów, ogrodziłem się i dlatego tak trudno mi wyrazić teraz co czuje, zaufać i stracić bliską osobę. Nie mam rodziny, straciłem ich z powodu mojej głupoty i wciąż tracę inncyh. Wiele ludzi ginie podczas walki ze Snake’iem, wiele osób które porwał zginęło i ja nie umiałem ich uratować… ale ty wciąż żyjesz i zależy mi na tobie. Kocham cię. Chciałbym zaznać szczęścia, ale wciąż się boję, że kogoś stracę, a szczególnie ciebie. Przynosisz mi nadzieję, na to, że wygramy ze Snake’iem i oczywiście, że jestem z ciebie dumny. Świetnie sobie poradziłaś, ale po prostu ten klub… przypomina mi o wielu złych rzeczach. Straciłem w nim wszystko i nie chciałem abyś dołączyła do tego grona, ale chyba twoje imię ma większe znaczenie. Liczę, że odnosi się do powiedzenia, że nadzieja umiera ostatnia. Wybacz mi, ty nie masz za co przepraszać, to ja powinienem.  
- Shhh… - Przytuliłam go i płakaliśmy oboje wtuleni w siebie. Kiedy przystawił czoło do mojego, otarłam mu łzy, a jego usta otarły się o moje mokre policzki, a potem przyparł mnie do barierki i namiętnie pocałował w usta. Odsunął się kiedy zabrakło nam tchu, spojrzał na wyświetlacz telefonu, na drzwi za których dobiegały śmiechy i muzyka.
- Czy… chciałabyś spędzić u mnie tę noc? – zapytał nieśmiały. Zaśmiałam się ale przytaknęłam.
- Z wielką chęcią – odpowiedziałam. Cieszyłam się ogromnie, że otworzył się przede mną, opłacało się być cierpliwym jak radziła mi Olivia. Dowiedziałam się więcej niż oczekiwałam i zrozumiałam go teraz w pełni oraz zamierzałam go uszczęśliwić. Kochałam go jeszcze mocniej.
Louis uśmiechnął się, złapał mnie za rękę i pobiegliśmy w stronę motocykla. Wsiedliśmy na niego i odjechaliśmy przekraczając prędkość, mając wiatr we włosach w stronę jego mieszkania pod osłoną nocy, ciemnego nieba usianego gwiazdami, które towarzyszyły księżycowi w pełni.


                                                                ~ † ~

piątek, 20 stycznia 2017

† Chapter 10 †

                                                              † Slaves Love †

Stałam i drżałam z zimna pod prysznicem obejmując się ramionami. Lodowata woda spływała po moim ciele zmywając ze mnie krew. Żałowałam, że nie może też wymazać z mojego umysłu obrazów martwych ciał, dotyku napastnika, dźwięku wystrzałów i krzyku ludzi.
- Świetnie się dzisiaj spisałaś – odezwała się Olivia.
Dziewczyna stała obok mnie i pomagała mi zmyć krew z ciała oraz włosów. Starała się to robić w miarę szybko, abym nie zamarzła z braku ciepłej wody, którą wykorzystali ludzie, którzy jako pierwsi wrócili do kwatery głównej. Zjechali na poziom piąty do skrzydła szpitalnego i skorzystali z umieszonych tam oprócz łóżek dla pacjentów i szafek wypełnionych lekami pryszniców.
Załapałabym się do grona tych szczęśliwców gdyby nie ludzie Benjamina, którzy od razu ruszyli za nami w pościg. Zayn co chwilę skręcał w nową ulicę starając się ich zgubić, ale udało nam się ich pozbyć dopiero gdy Louis przebił im opony. Przekroczyliśmy przez to próg kryjówki jako jedni z ostatnich i zastaliśmy chaos.
Wszystkie osoby, którym udało się przeżyć i zostać jedynie rannymi, przebywały w centrum dowodzenia, które oświetlone było przez czerwone, alarmowe światło. Siedzieli na białych kanapach lub na podłodze i po kolei wchodzili do wind, a następnie zjeżdżali na poziom piąty po opatrunki. Jedni spokojnie siedzieli, a drudzy rozmawiali ze sobą o tym jak rozprawili się z przeciwnikiem. Inni płakali, wykrzykiwali imiona mając nadzieję, że znajdą bliską im osobę, wymiotowali, mdleli, skarżyli się, przepychali do wind. Między nimi lawirowali trzymający w dłoniach podkładki i długopisy mężczyźni, którzy zostali i kontaktowali się z wybranymi osobami podczas ataku oraz obserwowali jego przebieg na monitorach. Spisywali teraz imiona ocalałych, zbierali broń i roznosili zestawy składające się z wody, ręczników i  świeżych ubrań.
- Zobaczymy się później – powiedział Zayn. Oddalił się od nas i ignorując zmęczenie zaczął pomagać w niwelowaniu zamieszania.
- Chodźmy zobaczyć Vivianne – poprosiłam Louisa. Opierałam się o niego, a on trzymał mnie delikatnie w pasie ze względu na moje zranione, prawe biodro.
- Powinnaś wziąć najpierw prysznic i nałożyć opatrunki. – Ruszyliśmy w stronę wind. Ludzie zauważając nas ustąpili nam miejsca i nie musieliśmy stać w kolejce.
- Ale ja…
- Nie. Żadnych ale, Destiny – powiedział stanowczo. Wcisnęliśmy się oboje do jednej windy. Louis oparł się o jej szklaną ścianę, a ja o jego tors. Jego złość na mnie nie minęła co obudziło we mnie tym razem smutek oraz rozmyślanie o tym, jak długo będzie na mnie obrażony.
Skrzydło szpitalne było dobrze oświetlonym, dużym prostokątnym pokojem pomalowanym na biało niebiesko. Windy jak na pozostałych poziomach były umieszczone w centrum pokoju. Łóżka stały w dwóch rzędach po każdej stronie świata i wszystkie były zajęte. Na niektórych siedziały nawet trzy osoby, zazwyczaj przyjaciele i rozmawiali ze sobą. Szafki z potrzebnymi lekami, zastrzykami, plastrami i bandażami stały w parach w każdym kącie pokoju, a przy nich znajdowały się drzwi do łazienki. Pielęgniarek  było jedynie pięć i były ubrane w białe fartuchy co wyróżniało je na tle pacjentów w czarnych ubraniach. Biegały od jednej osoby do drugiej, czasami udawały się po brakujący sprzęt medyczny. W skrócie miały ręce pełne roboty.
Wysiedliśmy z windy i zmierzając w kierunku pryszniców wpadliśmy na Olivie, która była w białym fartuchu i niosła bandaże, które wylądowały na podłodze gdy nas zobaczyła.
- O boże! Louis, Destiny! Żyjecie! Tak się cieszę! – powiedziała ściskając nas mocno.
- Żyjemy, ale mamy kilka obrażeń. Zwłaszcza ona – skinął na mnie głową.
- Walczyłaś! Musisz mi wszystko opowiedzieć, ale zaraz po tym jak się umyjesz. Wyglądasz jak Krwawa Mery – powiedziała i zaśmiała się lekko.
- Właśnie tam zmierzamy – powiadomił ją Louis.
- Czy z Vivianne wszystko w porządku? – zapytałam blondynkę. Otworzyła usta aby mi odpowiedzieć, ale Louis ją uprzedził.
- Mówiłem ci, że zobaczysz się z nią później. Najpierw masz się odświeżyć – powiedział surowo po czym dodał wyrzucając ręce w górę. – Znowu zamierzasz zrobić po swojemu?
- Zapytałam jedynie jak się czuje! – odpowiedziałam oburzona.
- Jasne, a potem zapytałabyś o to gdzie leży i do niej podeszła. Ignorując moje polecenie.
- Nie jesteś moim szefem! – Ręka mnie świerzbiła, miałam ogromną ochotę go spoliczkować.
- Brałaś udział w jednej bójce i myślisz, że wszystko możesz – mówił dalej nie zważając na moje odpowiedzi. - Siedzę w tej branży dłużej i powinnaś mnie słuchać. Wiem co…
- Louis, zanieś te bandaże do łóżka numer czterdzieści trzy. Proszę – wtrąciła się Olivia. Widząc między nami napiętą atmosferę zareagowała podnosząc z ziemi opatrunki i wciskając je w ręce Louisa.
- Z wielką chęcią – mruknął pod nosem i odszedł od nas, a wtedy Olivia złapała mnie za rękę i pociągnęła do łazienki. Wepchnęła pod pierwszy z brzegu, wolny prysznic i zaczęła wypytywać o to co zaszło między mną, a Louisem w klubie.
Opowiedziałam jej nie tylko naszą sprzeczkę ale cały przebieg zdarzeń. Od wejścia do klubu poprzez rozmowę z Benjaminem, uratowanie dziewczyn przeznaczonych na sprzedaż aż po pościg. Kiedy skończyła powiedziała mi jak ona i Hayden uratowali Vivianne po czym zaczęła podnosić mnie na duchu chwaląc moje zachowanie.
- Dzięki – powiedziałam i uśmiechnęłam się na chwilę.
 - Powinnaś być z siebie dumna. Ja jestem ogromnie z ciebie dumna i Hayden. Zayn pewnie też… i Louis. – Zakręciła wodę po czym podała mi ręcznik, który leżał na krzesełku przy kabinie. Odebrałam go od niej i zaczęłam się wycierać. Wspaniale było pozbyć się zaschniętej krwi.
- Wątpię – pokręciłam przecząco głową.
- Uwierz mi, że jest. Po prostu… - westchnęła i zastanowiła się chwilę nad odpowiednimi słowami. – Louis bardziej skupia się na tym, że był krok od kolejnej starty co niesie ze sobą cierpienie.
- Mógł mnie w takim razie nie zabierać. – Założyłam bieliznę, a Liv zaczęła opatrywać mi moje rany. Przemywała je wodą utlenioną, nakładała maść, zaklejała plastrem i owijała bandażem.
- Zostawienie ciebie samą w Carlisle również wiązało się z możliwością utraty ciebie. Snake mógłby cię porwać, albo z miejsca zabić.
- Powinien mnie zastrzelić już dawno temu w tej łazience – mruknęłam. – Nie sprawiałabym wam kłopotu.
- Zabraniam ci tak mówić! – krzyknęła Olivia. – Nigdy więcej nie chcę tego słyszeć!
- Dobrze… - szepnęłam. – Przepraszam.
- Louis jest trudną osobą, a to dlatego, że spotkało go wiele złych rzeczy. Nie chcę ci o nich mówić bo lepiej abyś sama się od niego o tym dowiedziała.
- On nie jest chętny do rozmowy… - Przerwałam aby przeciągnąć przez głowę czarną bluzkę, którą dostałam. Była na mnie trochę za duża. – o swojej przeszłości.
- Wiem, ale otworzy się przed tobą. Kwestia czasu, musisz poczekać. – Odsunęła białą zasłonkę prysznicową i wyszłyśmy z łazienki, która powoli pustoszała.
- Szkoda, że nie jestem cierpliwą osobą – powiedziałam i w tym samym momencie odezwał się mój brzuch.
- Cierpliwą może nie, ale na pewno głodną – zaśmiała się Liv. – Musisz koniecznie coś zjeść.
- Nie prawda  - zaprotestowałam. - Koniecznie to muszę zobaczyć się z Vivianne. Nie widziałam się z nią od trzech dni, podczas których przez wiele przeszłyśmy. Natomiast w ustach nie miałam nic od rana, a człowiek umiera po około tygodniu. Także myślę, że wytrzymam jeszcze kilka minut.
- Jest pogrążona we śnie – poinformowała mnie Olivia. – Nie sądzę abyś chciała ją budzić więc musisz poczekać aż się obudzi.
- Nieważne – wzruszyłam ramionami. - Chcę po prostu ją zobaczyć. Przekonać się na własne oczy, że wszystko z nią w porządku.
- Okej, ale w miarę szybko bo sama też padam z głodu – powiedziała. Zachichotałam, a ona złapała mnie za rękę i pociągnęła w stronę łóżka, na którym leżała Vivianne.
Czarne loki, albo raczej sprężynki jak w zwyczaju miałam mówić na włosy mojej przyjaciółki, rozrzucone były po białej poduszce. Pierś unosiła się i opadała miarowo, różowe usta były lekko otwarte, podkrążone oczy zamknięte. Igła kroplówki była wbita w zgięciu posiniaczonej, bladej ręki.
Żyła. Jej serce biło oddalone od mojego o zaledwie kilka centymetrów, a nie o tysiące kilometrów u boku starszego, samotnego milionera. Spokojnie spała, a nie była wykorzystywana oraz nie cierpiała. Mogłam ją znowu przytulić, usłyszeć jej głos i spokojnie wrzucić coś na ząb.
Pojechałam z Liv na samą górę do chińskiej knajpki, którą prowadzili rodzice chłopaka, który należał do organizacji Zayna. Wiedzieli o działaniach Malika i byli jednymi z nielicznych, którzy nie wyrzekli się swojego dziecka tylko pomagali mu, a właściwie grupie do której dołączył przez opłacanie rachunków, kupno ubrań, jedzenia lub umieszczenia wind na zapleczu swojej restauracji.
Wyszłyśmy na salę, która pogrążona była w mroku, który rozpraszały zawieszone na suficie, nad każdym stolikiem, pomarańczowe i czerwone lampiony. Na ścianach były rozwieszone wachlarze, obrazy smoków lub chińskie litery. Lokal był pełny, panował zgiełk i zaduch przez rozmawiających ludzi oraz przyrządzane potrawy na środku pomieszczenia, na widoku klientów.
Podeszłyśmy do stolika, przy którym siedział już Hayden, a obok niego Louis oraz naprzeciw nich Seth. Olivia usiadła obok swojego chłopaka, a ja zajęłam miejsce przy Secie. Ucieszyłam się na jego widok, ponieważ im mniej zamordowanych osób z naszych szeregów tym lepiej.
- Wybaczcie, że nic wam nie zamówiliśmy, ale nie wiedzieliśmy kiedy przyjdziecie – powiedział Hayden i przywołał gestem ręki kelnera.
- Słusznie zrobiliście, wszystko pewnie już by wystygło – odpowiedziała mu Olivia i obydwie sięgnęłyśmy po menu leżące na środku stolika.
– Nimen hao* – powiedział kelner pojawiając się przy naszym stoliku. – Jak mogę wam pomagać? – zapytał trochę kalecząc angielski.
- Poproszę pierożki baozi. – Liv szybko zdecydowała się na danie lecz ja musiałam trochę czasu poświęcić na przejrzenie karty i wybranie z niej jednej potrawy.
- Ja poproszę makaron chow mein z kurczakiem – oznajmiłam a wtedy kelner skłonił się i odszedł w kierunku kuchni.
- Rodzice Yao będą musieli znowu potrącić z pensji swoich pracowników. Skończyły się wszystkie bandaże, plastry i wody utlenione. – Olivia zaczęła wymieniać na palcach wszystkie brakujące przedmioty medyczne. – Waciki, kroplówki oraz zastrzyki. Wkrótce też skończą się niektóre rodzaje tabletek.
- Z tego co mi wiadomo to nie tylko oni wspomagają Zayna finansowo – odezwał się Seth.
Jadł on ramen używając przy tym pałeczek, które zawsze są na początku owinięte papierkiem. Zabrałam go spod szklanki z wodą i zaczęłam się nim bawić aby zabić czas oczekiwania na jedzenie. Nie zamierzałam udzielać się w tej konwersacji oraz patrzeć im w oczy, a szczególnie Louisowi więc to było najlepsze zajęcie jakie mogłam sobie znaleźć na zabicie czasu.
- To prawda ale potrzebują też nowych zestawów ubrań, pościeli, ręczników i mydła. – mówiła Olivia. - Dostaną też spore rachunki za wodę
- Po za tym – wtrącił się Hayden – w kwaterze mieszkają niepełnoletnie osoby, które zostały wyrzucone z domu i potrzebują jedzenia.
- Nie pomyślałem o tym – przyznał Seth.
- Qing man yong.** – Kelner przyszedł do naszego stolika podając nam zamówione dania i życząc nam smacznego.
- Xiexie*** – odpowiedziała mu Olivia.
Wywołało to u niego uśmiech na twarzy, a u mnie poczucie winy. Dotarło do mnie, że to przeze mnie potrącą mu z pensji i również z powodu mojej osoby wiele osób zostało ranne albo zabite. Wszystko co wydarzyło się od momentu wybrania się przeze mnie do klubu po śmierci ojca było moją winą i niczyją inną. Poruszyłam domino i zapragnęłam w tej chwili z całego serca je zatrzymać albo cofnąć czas i nie dopuścić do tego aby zaczęło spadać. Niestety nie mogłam tego zrobić ani nie wiedziałam też jak wstrzymać zawalanie się kolejnych kostek. Czułam się z tym okropnie, chciało mi się płakać, krzyczeć ale jedynie wepchnęłam sobie gorący makaron do ust parząc sobie przy tym język.
- Kiedy wracamy do Carlisle? – zapytała Olivia.
- Jutro rano – odpowiedział jej Hayden. – Najlepiej więc by było gdybyście od razu po skończonym posiłku poszły się położyć spać. Wykonałyście dziś kawał dobrej roboty i zasługujecie na odpoczynek.
- Każde z nas się spisało – odważyłam się odezwać po tym jak udało mi się przełknąć kolejna porcję makaronu, którą wepchnęłam sobie do ust.
- Masz rację – zgodziła się ze mną Liv.
-  Ja nie jestem z siebie zadowolony – powiedział Seth. – Nie pomogłem rozprawić wam się z wrogiem. Uciekłem od razu kiedy udało się Haydenowi i Liv wydostać Vivianne.
- Spokojnie. Destiny wykonała robotę za dwóch – odezwał się Louis a ja w końcu na niego spojrzałam.
Miał na sobie, tak jak cała nasza reszta zebrana przy stoliku, czarne ubranie. Przyklejony plaster nad prawą brwią i na wardze. Owinięte knykcie palców oraz będące w nieładzie, wilgotne jeszcze włosy.
- Naprawdę? - zapytał mnie Seth ale ja milczałam przez zniesmaczenie usłyszane w jego głosie. On wciąż był na mnie zły.
- Opowiedz mu, skarbie – powiedział z naciskiem na ostatnie słowo i spojrzał na mnie co było dla mnie jak cios w policzek. - Tak chętnie jak mi w klubie. Może on złoży ci upragnione gratulacje.
- Louis… przestań – szepnęłam tak aby tylko on usłyszał.  
- O tym jak dzielnie walczyłaś i…
- Destiny! – Louis nie dokończył zdania gdyż pojawił się przy naszym stoliku Zayn.
- Tak? – zapytałam go.
- Vivianne się obudziła. Chce się… - Nie zdążył wypowiedzieć zdania do końca gdyż ja już biegiem ruszyłam do wind obiecując sobie, że później mu podziękuję. Stał się w końcu moim wybawicielem, uchronił mnie przed kolejną sprzeczką z Louisem i gorzkimi łzami.
Zjeżdżając do skrzydła szpitalnego mówiłam wciąż pod nosem „szybciej, szybciej”. Wydawało mi się, że ciągnie się to niemiłosiernie długo. Jednakże w końcu drzwi się otworzyły a ja pobiegłam do łóżka Vivianne i wpadłam w jej ramiona. Zaczęłam ją przepraszać, a ona powiedziała mi o tym jak ludzie Benjamina ją bili i o obrazie martwego Michaela, jej zastrzelonego przez Snake’a chłopaka.

                                                                 ~†~

*Nimen hao – Dzień dobry.
**Qing man yong – Smacznego.
***Xiexie – Dziękuję.

piątek, 9 grudnia 2016

† Chapter 9 †

                                                       † Slaves Love †

Przemieszczaliśmy się bardzo powoli, jednakże sprawnie. Louis wiedział gdzie mamy skręcić co mnie bardzo zaskoczyło. Nie sądziłam, że zna ten budynek aż tak dobrze. Podczas naszej podróży do zaplecza baru, które było naszym punktem docelowym zakurzyliśmy się trochę i zmarzliśmy. Kiedy tam dotarliśmy Louis mnie wyprzedził i wyskoczył pierwszy zwinnie lądując na podłodze, a później złapał mnie swoimi silnymi rękoma i postawił na ziemi. Zaczęliśmy się otrzepywać oraz omawiać następne kroki.
- Zayn pewnie jest już na miejscu i zza drzwiami możemy zastać niezłą rozróbę. - Skupiałam się na tym co mówił oraz próbowałam wychwycić odgłosy strzelaniny i krzyki lecz docierały do mnie jedynie słowa piosenki, która aktualnie leciała. – Przydałaby nam się nowa broń, na szczęście wszędzie są skrytki więc zaraz jakąś zdobędziemy. Kiedy wyjdziemy ukryjemy się za barem i rozeznamy w sytuacji, a później ruszymy do wyjścia. Mam nadzieję, że pamiętasz aby się nie zatrzymywać.
- Tak, pamiętam – powiedziałam. Przygryzłam wargę, gdyż nie chciałam wychodzić bez niego. Czułam, że trudno będzie mi tego dokonać jeżeli zostaniemy rozdzieleni.
- Świetnie. Chodź teraz po broń. - Ruszyliśmy na koniec pomieszczenia do lodówek z lodem i butelkami, które zostały wybrane do chłodzenia się podczas gdy reszta stała na wysokich pułkach.
Louis odsunął jedną z lodówek, za którą był mały sejf. Otworzył go i wyjął z niego dwa pistolety oraz kastety, którymi łatwo było poderżnąć gardło ze względu na ich kształt przypominający literę C i albo półksiężyc. Louis mi o nich opowiadał i kazał poćwiczyć walkę z ich zastosowaniem na jednych zajęciach. Zabijałam wtedy wypchaną kukłę, a nie człowieka do czego miało za chwilę dojść kiedy opuszczę z Louisem zaplecze.
Pozbyłam się już uczucia, że zostanę potępiona za zabicie innego człowieka. Uświadomiłam sobie, że wyrywam chwasty, a nie te najpiękniejsze kwiaty w ogrodzie. Wyciągnęłam również na wierzch moją odwagę, a schowałam wyobraźnie, która tworzyła w obliczu zagrożenia różne, straszne scenariusze. Powodowały one, że wolałam ogarnięta paniką siedzieć skulona w kącie i czekać na wybawienie. Teraz stałam się swoim własnym wybawieniem i niosłam je innym ludziom.
Uzbrojeni odwróciliśmy się twarzami w stronę drzwi, które w tym samym czasie się otworzyły i do środka wpadło dwóch mężczyzn. Zaczęli strzelać więc szybko z Louisem przylgnęliśmy do półek aby uniknąć pocisków, które za to trafiały w poustawiane butelki. Szkło leciało w każdą stronę, a alkohol różnej barwy rozlewał się po podłodze. Kiedy zauważyli, że zniknęliśmy i marnują tylko naboje przestali strzelać i zaczęli się do nas zbliżać. Słychać było jedynie pracę zamrażarek, nasze oddechy i kapiące krople ze skrajów półek. Spojrzałam na Louisa, który miał uniesiony pistolet i pokazał mi żebym miała dwoje oczu otwarte. Skinęłam potakująco głową i także podniosłam do klatki piersiowej pistolet, a mój palec wskazujący spoczął na spuście. Potem zaczął odliczać, wystawił trzy palce i powoli je chował. Kiedy zniknęły wszystkie dał znak do działania.
Wyszliśmy z ukrycia i od razu pociągnęliśmy za spust celując w naszych przeciwników. Trafiliśmy ich za pierwszym razem, Louis jak zawsze idealnie w serce, a ja trochę wyżej w czoło. Upadli z pluskiem na podłogę zalaną czerwonym winem, z którym zmieszała się później krew. Zabraliśmy im broń i biegiem pokonaliśmy odległość dzielącą nas od wyjścia.  Przed samym przekroczeniem progu poślizgnęłam się na mokrej podłodze, ale na szczęście Louis zdążył mnie szybko złapać. Pochyleni podeszliśmy do baru, Louis wychynął zza lady a ja na kuckach siedziałam obok niego. Wyraźnie słyszałam krzyki ludzi, wystrzały i muzykę na co przeszedł mnie dreszcz.
- Okej, widzę Zayna – powiedział przenosząc wzrok z tłumu na mnie. - Również jego ludzi, którzy są wszędzie gdzie nie spojrzysz i atakują ludzi Benjamina. Wmieszani są w to panikujący cywile no i kilka martwych ciał na podłodze więc uważaj abyś się nie potknęła kiedy będziesz uciekać.
- Po czym poznam ludzi, którzy są po tej samej stronie co my? – zapytałam.
- Po dwóch kolorowych soczewkach w oczach i neonowych paskach na skórach – odpowiedział uśmiechając się. Musiałam przyznać, że to dosyć ciekawy pomysł.
- Okej, jeszcze jedno pytanie. Ja, będę uciekać? A co z tobą?
- Muszę pomóc Zaynowi, nie mogę go tak zostawić.
- Idę w takim razie z tobą – powiedziałam po czym krzyknęłam przerażona kiedy nagle przerzucono nad barem mężczyznę. Uderzył w butelki i spadł na podłogę obok nas. Louis ochronił mnie przed odłamkami szkła zakrywając rękoma po czym spojrzał w oczy trzymając wciąż dłonie na moich ramionach.
- Proszę, chodź raz nie bądź uparta i zrób to o co cię proszę – powiedział, a następnie wstał i przeskoczył przez bar zostawiając mnie samą.
Wstałam a moje usta już się otwierały do tego, aby krzyknąć jego imię ale zaraz się zamknęły gdyż zrozumiałam, że mogę tym zwrócić na nas uwagę. Zobaczyłam jak znika w tłumie i biegnie do Zayna po czym znowu ukucnęłam a mój wzrok padł na martwego chłopaka. Na jego widok zrobiło mi się smutno, ponieważ był z naszej drużyny. Miał pomarańczową i zieloną soczewkę w otwartych ale bez życia oczach. W dodatku wyglądał na młodego chłopaka, młodszego ode mnie, chyba zaczynał dopiero szkołę średnią. Zamknęłam mu oczy po czym wstałam i zaczęłam wchodzić na blat. Kiedy na nim stanęłam zaczęłam szukać w tłumie Louisa i Zayna.
Nie było łatwo ich znaleźć przez panujący mrok i wciąż poruszających się ludzi ale w końcu mi się udało. Zgięłam więc kolana aby zeskoczyć z blatu po czym pobiec w ich kierunku lecz nie zrobiłam tego gdyż z mojej lewej strony pojawił się jeden z ludzi Benjamina i biegł w moim kierunku wyciągając broń zza pasa. Zanim udało mu się to zrobić uniosłam swoją i strzeliłam, ściągnęłam tym na siebie uwagę.
Dwóch ochroniarzy Benjamina zaczęło wdrapywać się na blat z moich dwóch stron. Poczekałam aż się wyprostują po czym rozłożyłam ręce i wystrzeliłam z dwóch pistoletów kilka razy póki ich nie zabiłam. Potem pojawił się trzeci mężczyzna, który złapał mnie za kostki i zrzucił na podłogę. Ból rozszedł się po moich plecach i głowie, a w oczach pojawiły się czarne plamki. Zamrugałam kilka razy po czym w ostatniej chwili strzeliłam do niego. Gdybym tego nie zrobiła na czas, przygniatałby mnie pewnie i okładał pięściami po twarzy.
Szybko wstałam i zaczęłam przeciskać się przez tłum do miejsca gdzie zauważyłam wcześniej Louisa i Zayna. Kiedy dzieliły mnie od nich zaledwie dwa kroki ktoś wpadł na mnie i popchnął w bok. Uderzyłam o plecy jakiegoś mężczyzny, który odwrócił się do mnie i przyłożył mi pięść do policzka.  Wycelowałam w niego jednym pistoletem, ale nie udało mi się strzelić bo był ode mnie szybszy i pozbawił mnie broni wykręcając rękę do tyłu.
- Au.. – jęknęłam.
- Panienki takie jak ty nie powinny używać tych niebezpiecznych zabawek – powiedział mając usta przy moim uchu. Zabrał mi obydwa pistolety po czym kopniakiem posłał na podłogę.
Myśląc, że nie mam już żadnej broni i nie stanowię dla niego zagrożenia odwrócił się do mnie plecami. Zaczął iść przez tłum i strzelać . Podniosłam się i wyjęłam zza pasa kastet zdmuchując przy okazji niesforny kosmyk, który wydostał się z mojego kucyka. Następnie zaczęłam biec w kierunku tego mężczyzny i wskoczyłam mu na plecy.
- Co jest kur… - powiedział zaskoczony. Nie dokończył jednakże gdyż poderżnęłam mu gardło. Krew trysnęła na moje ręce, a ciało z ulatującym życiem runęło na podłogę.
Siedząc na plecach mężczyzny wytarłam o jego czarny garnitur mój nóż po czym sprawdziłam ile zostało nabojów w pistoletach. Jeden magazynek był już pusty, ale z drugiego pistoletu mogłam oddać jeszcze dwa strzały. Przeznaczyłam je dla dwóch z pięciu mężczyzn, którzy otaczali Zayna i Louisa. Szybko i łatwo rozprawili się z trójką, która została po czym podbiegli do mnie.
- Dzięki za pomoc – powiedział Zayn uśmiechając się do mnie. Odwzajemniłam gest i także uniosłam kąciki ust do góry po czym spojrzałam na Louisa, który był przeciwieństwem Zayna. Na jego twarzy wyraźnie malowała się złość z powodu mojego nieposłuszeństwa i ciągłej obecności w klubie.
- Ciebie naprawdę trzeba złapać za rękę i wyprowadzić siłą. – Złapał moją zakrwawioną dłoń i pociągnął do wyjścia.
- Nie chciałam później wyprowadzać za rękę ciebie, martwego – powiedziałam z naciskiem na ostatnie słowo.
- Nigdy mnie nie słuchasz. Lekceważysz to o co cię proszę.
- Nie prawda! – podniosłam swój ton. Nie miałam pojęcia co nagle ugryzło Louisa i jego zły humor udzielił się również mi. – Nie mogłam cię zostawić tak jak ty nie opuściłeś Zayna i poszedłeś mu pomóc.
- Również nigdy we mnie nie wierzysz. Wyszedłbym z tego – Louis kontynuował wymienianie moich nie istniejących przewinień. Słuchałam go i wierzyłam w niego ale niepokój o jego życie był po prostu odrobinę silniejszą emocją. Sam się o mnie bardzo martwił więc czemu nie rozumiał, że i ja boję się o niego?
- A co z tobą? Zawsze mi powtarzasz, że we mnie wierzysz ale mam wrażenie, że wcale tak nie jest. – Zatrzymałam się i Louis również, stanęliśmy naprzeciwko siebie. – Mówiłeś, że to będzie mój sprawdzian. Myślę, że zabicie ośmiu osób sprawia, że go zdałam. Udowodniłam innym, a przede wszystkim sobie, że jestem silna. Potrafię zrobić coś więcej oprócz ukrywania się po kątach i płakania! Powinieneś być ze mnie dumny bo ty mnie wszystkiego nauczyłeś! Tymczasem masz do mnie pretensje!
- Mam teraz zacząć bić ci brawo, iść po szampana? – zapytał unosząc brwi. - Obchodzi mnie twoje bezpieczeństwo, a nie liczba osób, które przez ciebie nie żyją.
- To nie jest najlepszy moment na kłótnię – odezwał się Zayn a ja uświadomiłam sobie, że to jest nasza druga kłótnia. Oczywiście bardziej poważna niż ta pierwsza, która odbyła się po naszej randce kiedy dostałam liścik od Snake’a o porwaniu Vivianne. Jednakże nie sądziłam, że dojdzie kiedykolwiek między mną, a Louisem do sprzeczki. Nigdy również nie przeszło mi przez myśl rozstanie z Allanem, ratowanie przyjaciółki i strata ojca. Za każdym razem gdy rozpoczynała się jakaś dobra chwila tworzyłam w wyobraźni piękny, kolorowy obraz, który przedstawiał ciąg dalszy i zakończenie. Zapominałam, że istnieją czarne i szare kredki.
- Nie wtrącaj się, Malik – warknął Louis nie spuszczając ze mnie wzroku.
- Poważnie, jeżeli zaraz nie przestaniesz się kłócić z Destiny to koleś za tobą wbije ci nóż w serce – powiedział unosząc pistolet aby zastrzelić mężczyznę, który zbliżał się do Louisa zza jego plecami. Jednakże Louis postanowił sam zainterweniować. Natychmiast się odwrócił i wytrącił sztylet z ręki przeciwnika kopniakiem po czym przyłożył mu kilka razy w twarz z pięści. Chłopak próbował się bronić ale ostatecznie padł nieprzytomny na ziemię.
- Ludzie Snake’a – powiedział Louis patrząc na swojego pokonanego przeciwnika.
- Ale jak to… - wyszeptałam. Jak zawsze na myśl o Snake’u zrobiło mi się słabo.
- Benjamin musiał wezwać go na pomoc – stwierdził Zayn patrząc na wejście klubu. Przez główne drzwi wpadało do środka pełno ubranych na czarno, wytatuowanych nastolatków. Razem z ochroniarzami Benjamina rzucali się na ludzi Zayna, których liczba błyskawicznie zaczęła maleć.
- Odwrót, uciekajcie, natychmiast! Biegnijcie do wyjść, koniec z walką! – zaczął wykrzykiwać Zayn, a po chwili został zaatakowany tak samo jak Louis i ja.
Rzucił się na mnie chłopak o blond włosach ze sztyletem w dłoni. Uskoczyłam za późno przed jego ciosem i ostrze przecięło mi skórę na lewym ramieniu. Krew zaczęła spływać mi po ręce, a rana nieprzyjemnie piec. Zignorowałam go i skupiłam się na obronie gdyż sztylety, miecze i tym podobne wymagały szybkiej reakcji, odpowiedniego trzymania, stawiania kroków i kątów padania ciosów. Była to najtrudniejsza broń w opanowaniu i posługiwaniu się. Radziłam sobie z nią gorzej niż z pistoletem lub łukiem gdzie wystarczyło jedynie dobrze wycelować więc nie zawsze udawało mi się obronić przed ciosem. Zostałam ugodzona w obydwa ramiona i prawe biodro. Coraz bardziej doskwierał mi ból i zmęczenie, opadałam z sił w porównaniu z moim przeciwnikiem.
Widząc, że ma nade mną przewagę postanowił przejść do zadania ostatniego ciosu. Kopniakiem wytrącił mi kastet z ręki po czym powalił na ziemie i przystawił sztylet do szyi lecz nie wbił go w moją szyję od razu. Zbliżył swoją twarz do mojej tak, że czułam jego oddech na policzku po czym palcami lewej dłoni delikatnie przejechał po mojej twarzy ze złowieszczym uśmiechem na twarzy. Złapałam jego nadgarstki i jedynie zacisnęłam na nich swoje dłonie gdyż z jednej strony miałam ochotę się poddać i pozwolić mu się zabić. Natomiast z drugiej strony, moje waleczne oblicze krzyczało abym walczyła i nie poddawała się.
- Snake raczej nie będzie zadowolony kiedy się dowie, że to ja cię zabiłem, a nie on – powiedział. – Nie spodoba się to również Louisowi. Pewnie się załamie, a przynajmniej ja bym tak zareagował. Stracić tak ładną dziewczynę… - cmoknął z westchnieniem i pokręcił głową. – Naprawdę szkoda, ale cóż, za błędy rodziców trzeba płacić.
- O czym ty mówisz? – Z trudem wypowiedziałam te słowa przez coraz bardziej napierający na moją szyję nóż.
- No tak, nie masz o niczym pojęcia – zaśmiał się. – Jeżeli istnieje jakiś świat po śmierci i uda ci się trafić do tego samego miejsce co twojemu ojcu, to może go zapytasz o co mi chodziło.
Nie miałam pojęcia o czym on mówi i uznałam, że powtarza jakieś kłamstwa, które sprzedał mu Snake. Zdenerwowało mnie to, a gniew pobudził moją waleczną osobowość. Zacisnęłam powieki i wydobyłam z siebie resztkę sił i odepchnęłam przed siebie ręce chłopaka. Nóż wbił się w gardło lecz nie moje tylko blondyna. Jego oczy rozszerzyły się, usta otworzyły a z rany poleciała ciepła krew i ubrudziła mi ręce, szyję i brodę oraz zaczęła wsiąkać w koszulkę.
- Destiny?! – usłyszałam głos Louisa i poczułam ulgę, że i jemu udało się przeżyć starcie z jego własnym przeciwnikiem. Wyciągnęłam do niego rękę spod martwego już ciała chłopaka by dać mu znać, że żyję. Zauważając moją dłoń od razu zrzucił ze mnie ciało chłopaka i pomógł mi wstać. Oparłam się o jego ramię gdyż nogi miałam jak z waty, brakowało mi sił.
- Musimy uciekać, Destiny – poinformował mnie. - Wytrzymaj jeszcze trochę i mocno trzymaj mnie za rękę kiedy będziemy biec.
- Okej – pokiwałam głową. Louis złapał mnie za rękę a ja wykrzesałam ostatnie iskry energii. Zaczęliśmy biec przeskakując co jakiś czas przez zwłoki aż w końcu wybiegliśmy tego przeklętego klubu.
Zapadła już noc, powietrze stało się chłodne, a dookoła nie było widać ani jednej osoby chętnej na zabawę, wszyscy stąd uciekali. Louis podbiegł do jednego z wielu samochodów, które stały na ulicy i miały na drzwiach namalowaną neonową literę „Z”. Otworzył przede mną drzwi na tylne siedzenia i pomógł wsiąść do środka a po chwili usiadł obok mnie. Chciałam go zapytać kto w takim razie będzie prowadził, ale nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć drzwi od strony kierowcy otworzyły się i do samochodu wsiadł Zayn. Odpalił silnik i z piskiem opon odjechał w stronę Pająka. 

                                                             ~†~

piątek, 18 listopada 2016

† Chapter 8 †

                                                          † Slaves Love †

WAŻNA INFORMACJA! - Skończyły mi się rozdziały, które miałam już napisane z wyprzedzeniem. Czekały tylko aż miną dwa tygodnie i zostaną opublikowane. Skoro ich nie ma oznacza to, że będę starała się napisać kolejny w przeciągu dwóch tygodni, ale niczego nie obiecuję. Jeżeli rozdział nie pojawi się po dwóch tygodniach to nie bądźcie źli tylko cierpliwie czekajcie. Kocham was i życzę miłego czytania! Mam nadzieję, że ten długi rozdział doda wam cierpliwości, nie zapominajcie o komentarzach!

Ludzie Benjamina otoczyły mnie z każdej strony tak samo jak moją Destiny. Stali twardo obok siebie, byli niczym mur. Zbliżyłem się do jednego z nich aby zadać mu cios, ale on był szybszy. Uderzył mnie w brzuch i popchnął w kierunku swojego kolegi, który także przyłożył z całych sił pięść do mojego ciała.
Zaczęli mnie tak sobie podawać, niczym piłkę do gry w siatkówkę. Starałem się oddawać ciosy ale nie zawsze mi to wychodziło. Zacząłem tracić siły, aż w pewnym momencie upadłem na kolana, a później położyłem się na brzuchu i wypluwałem z ust krew. Każda cząstka mojego ciała pulsowała nieprzyjemnym bólem. Jednakże bardziej doskwierał mi fakt, że zawiodłem Destiny.
Obiecałem jej, że nic się jej nie stanie, że wyjdziemy z tego cało a tymczasem ludzie Fraisera zabrali ją na licytację. Jeżeli Benajmin, ten pieprzony skurwiel, kazał bić mnie swoim ochroniarzom aż do ostatniego tchu nie byłem w stanie nic zrobić jak tylko czekać na śmierć i mieć nadzieję, że Olivii i Haydenowi udało się znaleźć i wyprowadzić z tego budynku Vivianne, że Benjamin nie będzie miał dwóch pieczeni na jednym ogniu.
Kiedy tak leżałem przyjmując kolejne ciosy dostrzegłem mój pistolet, który mi wypadł gdy Destiny wpadła na mnie po tym jak nagle otworzyły się drzwi do pokoju. Wyciągnąłem w jego kierunku dłoń z nadzieją, że uda mi się go dosięgnąć lecz niestety, brakowało kilku centymetrów po za tym jeden z ochroniarzy nadepnął mi na dłoń na co jęknąłem z bólu i przycisnąłem ją do mojej klatki piersiowej.
- Zostawcie go już. – Usłyszałem nagle głos Fraisera. Zapomniałem, że był nie tylko tym typem człowieka, który dostaje zawsze to co chce ale także takim, który dotrzymuje danego słowa. Nie mógł mnie zabić więc miałem szansę odbić Destiny zanim doszłoby do licytacji. Musiałem tylko jakoś się podnieść, stanąć na nogach.
- Z taką buźką nie wyrwiesz szybko następnej kobiety – powiedział kiedy do mnie podszedł. Czubkiem buta dotknął mojego policzka.
Zacisnąłem rękę na jego kostce zbierając w sobie resztkę siły, która we mnie pozostała. Przewrócił się, upadł plecami na ziemię i zanim zdążył się podnieść szybko dosięgnąłem broni. Przyłożyłem mu rękę do szyi lekko na nią naciskając, a lufę przystawiłem do jego skroni. Zdmuchnąłem kosmyki włosów z czoła, które wchodziły mi w oczy i powiedziałem:
- W porównaniu do ciebie mógłbym cię zabić… - Odchrząknąłem gdyż drażniło mnie coś w gardle i trudno było mi oddychać. – Ale tego nie zrobię, jeżeli powiesz mi gdzie ją zabrali.
- Przecież dobrze wiesz, gdzie… - odpowiedział z cwaniackim uśmiechem. Przycisnąłem mocniej rękę do jego gardła na co wziął gwałtowny wdech.
- Powiedz mi, które piętro, draniu! Numer pokoju! – wykrzyczałem. Nienawidziłem go z całego serca.
- Ósme… i sala… numer osiemset trzydzieści dwa… - wykrztusił.
Zabrałem rękę i pistolet od jego ciała. Wstałem i ruszyłem kulejąc ku wyjściu, a następnie do windy gdzie wyjąłem mój telefon i zadzwoniłem do Zayna aby przyjechał ze swoimi ludźmi gdyż przechodzimy do planu B, czyli wojny.
Przejrzałem się też w lustrze windy. Miałem rozciętą brew i wargę, krew na policzku, brodzie oraz szyi. Moje prawe oko zaczynało puchnąć i robić się fioletowe lecz nie tylko ono miało się pokryć takim kolorem. Plecy, brzuch a także nogi będą w tym samym odcieniu ale to było dla mnie nic. Byłem w gorszym stanie.

~

Wjechaliśmy na wyższe piętro i przemieściliśmy się do małego pokoju. Próbowałam z nimi walczyć, krzyczałam o pomoc, ale kiedy zaczęli ściągać ze mnie ubrania zaczęłam płakać i trząść się. Przypomniał mi się moment, w którym Snake się do mnie dobierał z zamiarem zgwałcenia, a następnie zabicia. Jak prawie mu się to udało gdyż nagle do łazienki wszedł Louis, dzięki któremu przeżyłam to spotkanie ze Snake’em i kilka kolejnych. Tym razem na pewno nie miałam na co liczyć. Został otoczony przez taką samą ilość mężczyzn i pewnie szybko stamtąd nie wyjdzie. Jeżeli w ogóle Fraiser ma zamiar go wypuścić, może przecież chcieć go zabić.
Nie chciałam zostać zgwałcona, bałam się panicznie, że to zrobią, że do tego zmierzają. W kółko powtarzałam cicho, pod nosem słowo „nie” lub czasami z moich ust również padały słowa „zostawcie mnie”. Odganiałam ich łapska kiedy mnie dotykały, przyciskałam materiał spódniczki i marynarki do ciała, a kiedy zostały ze mnie zdjęte zasłaniałam się i ocierałam łzy, które spływały po moich policzkach.
Gdy na moim ciele została jedynie dolna część bielizny założyli mi na kostki i nadgarstki metalowe kajdanki po czym odsunęli się. Zostawili mnie w spokoju i ruszyli do drzwi, które gdy przez nie przeszli zamknęli na klucz. Zostałam sama, stojąc pośrodku małego, okrągłego pokoju na podeście w zupełnych ciemnościach. Dotarło do mnie, że wcale nie chcieli mi zrobić fizycznej krzywdy tylko wystawili mnie na licytację, która powinna się niebawem rozpocząć.
Stojąc tak i trochę marznąc próbowałam przestać płakać i myśleć pozytywnie. Starałam się odrzucić obraz martwego Louisa, zastrzelonego, z plamą krwi pod klatką piersiową. Powtarzałam sobie, że z tego wyszedł i zaraz tu przyjdzie. A Zayn wyruszy nam na pomoc gdyż Olivia i Hayden zawiadomili go o kłopotach. Sami wrócili do kwatery głównej gdzie zaopiekowali się Vivianne.
Nie mogło być innej opcji, a jeżeli była to pragnęłam jak najszybciej dostać kulkę w łeb. Nie chciałam żyć bez Louisa i moich przyjaciół będąc zabawką jakiegoś milionera i mieć świadomość, że to wszystko przeze mnie, że wepchnęłam ich w objęcia śmierci.
Nagle zapaliły się lampy zamontowane przy suficie i oślepiły mnie jasnym światłem. Zasłoniłam oczy i zaczęłam kilka razy mrugać powiekami aby się przyzwyczaić do światła. Kiedy udało mi się to zrobić okręciłam  się dookoła i ujrzałam pięć luster weneckich i usłyszałam moje dane.
- Imię i nazwisko Destiny Adelaide Ellis. Wiek osiemnaście lat. Wzrost metr siedemdziesiąt pięć. Waga pięćdziesiąt sześć kilogramów. Początkowa stawka wynosi dziesięć tysięcy – oznajmił męski głos.
Rozpoczęła się licytacja. Pięcioro mężczyzn siedziało za lustrami weneckimi i patrzyło na mnie, moje nagie ciało. Zastanawiali się czy chcą podbić stawkę, wygrać to. Podczas gdy ja starałam się nie zwymiotować gdyż myśl o tym, że w pokojach obok inne, niewinne dziewczyny były tak samo wystawione na sprzedaż jak ja przyprawiała mnie o mdłości. Nikt z tym nic nie robił, pozwalano aby kilkanaście dziewczyn każdego tygodnia zostało sprzedane i wywiezione na drugi koniec świata z dala od rodziny z dużo starszym mężczyzną, który by je okropnie traktował.
Obiecałam sobie, że kiedy tylko ujrzę mojego kupca to splunę mu w twarz, a jeżeli uda mu się mnie wywieźć z Londynu do jego miejsca zamieszkania to nie będę posłuszna, wręcz przeciwnie, zgotuje mu piekło. Nie będzie wstanie ze mną wytrzymać i pozbędzie się mnie. Dalej co prawda istniała szansa, że Louis albo Zayn ze swoimi ludźmi uratuje mnie, ale z każdą kolejną minutą przestawałam w to wierzyć.
- Osiemset tysięcy pięćset po raz pierwszy… po raz drugi… i po raz trzeci. Destiny Adelaide Ellis zostaje sprzedana. Trafia w ręce Charlesa Morgana – powiedział mężczyzna po czym światła zostały zgaszone, ponownie pomieszczenie spowiła ciemność lecz tym razem nie na długo jak ostatnio.
 Drzwi się otworzyły i do pomieszczenia ktoś wszedł wpuszczając trochę światła z drugiego pomieszczenia. Zacisnęłam ręce w pięści, napięłam mięśnie i zacisnęłam oczy czekając aż kajdanki zostaną zdjęte, a wtedy będę mogła uderzyć mężczyznę i zacząć uciekać.
- Destiny? – Usłyszałam bardzo dobrze znany mi głos Louisa. Otworzyłam natychmiast oczy i odwróciłam głowę w stronę drzwi aby się upewnić, że to on i nie mam jakiś zwid.
- Louis! – powiedziałam widząc jego sylwetkę. Uśmiechnęłam się szeroko z tego powodu i podziękowałam w myślach Bogu za to, że to nie był jeszcze mój ani jego czas na przejście na druga stronę.
  Louis ruszył w moja stronę kiedy mu odpowiedziałam i uwolnił moje ręce oraz nogi od metalowych kajdanek. Wiedziałam, że nie powinniśmy tracić czasu i uciekać ale nie mogłam się powstrzymać i rzuciłam mu się na szyję. Objął mnie w pasie i schował twarz w mojej szyi. Też był szczęśliwy z powodu, że możemy się znowu zobaczyć i dotknąć.
 Odsunęłam się trochę aby móc go pocałować, ale tego nie zrobiłam gdyż mimo słabego światła udało mi się zobaczyć jego twarz, która była zakrwawiona i pokryta siniakami.
- O mój boże, co oni ci zrobili. – Delikatnie przejechałam opuszkami palców po jego twarzy od łuku brwiowego po brodę.
- Do wesela się zagoi – odparł wzruszając ramionami.  – Zakładaj ubrania i uciekajmy stąd.
Podał mi leżące w ciemnościach na podłodze ubrania. Pokiwałam głową i szybko wciągnęłam na siebie czarne legginsy, biustonosz, ciemną bluzkę na krótki rękawek, trampki oraz związałam włosy w kitka gumką, która była w komplecie.
- Skąd je wziąłeś? – zapytałam ciekawa kiedy ruszyliśmy do wyjścia.
- Miałaś się w to ubrać aby jechać z tym skurwielem – odrzekł. Zauważyłam, że zaciska szczękę będąc z tego powodu wściekły.
- Właśnie co się z nim sta… Dobra, pytania nie było – powiedziałam kiedy weszliśmy do oświetlonego pokoju.
  Pomieszczenie przypominało kantor. Po jednej stronie było miejsce osoby przyjmującej pieniądze z okienka, a po drugiej dla tej, która je dawała. Drzwi, przez które można było przejść z jednej strony do drugiej były otwarte. Na blacie w okienku leżały suma pieniędzy, za którą zostałam sprzedana, a na podłodze dwa ciała z plamą krwi pod głową. Louis ich zastrzelił i byli martwi, a ja nie byłam z tego powodu zła bo zasługiwali na to.
- Masz pistolet – powiedział Louis podając mi broń. Wzięłam ją od niego po czym zrobiłam duży krok by ominąć ciało jak mniemam Charlesa.
 Louis szedł za mną i nie zrobił specjalnie dużego kroku. Stanął na jego plecach i zamknął czarną walizkę z pieniędzmi, która stała na okienku. Wziął ją do ręki, zszedł z martwego ciała i spojrzał na mnie.
- Zadzwoniłem już do Zayna, jedzie tutaj… - Zaczął przedstawiać mi plan, ale musiałam mu przerwać i o coś zapytać.
- Olivia i Hayden wydostali stąd Vivianne?
- Nie miałem z nimi kontaktu. Hayden, Liv ani Seth nie odbierają ale myślę, że tak, spokojnie Destiny. – Położył mi rękę na ramieniu i potarł go dłonią dodając otuchy. Skinęłam głową wzdychając.
- Okej, mów dalej jaki masz plan.
- Kiedy wyjdziemy ruszymy do windy i zjedziemy na dół. Będziemy musieli pewnie stoczyć bitwę z ochroniarzami Benjamina, który zaraz ich wyśle albo już to zrobił i spotkamy ich zaraz po przekroczeniu progu tego pokoju. Nie zastanawiaj się, po prostu strzelaj do każdego, który ci stanie na drodze, rozumiesz? – zapytał patrząc mi w oczy. Skinęłam potwierdzająco głową. – Nie będziemy sami, pomogą nam ludzie Zayna więc nie powinno pójść tak źle. Może się zrobić małe zamieszanie, możesz mnie zgubić z oczu ale mimo wszystko kieruj się do wyjścia.
- Ale… - zaczęłam protestować lecz on pokręcił głową.
- Nie, masz stąd wyjść a później wsiąść do auta, które zabierze cię do Pająka… - Zrobił krótką pauzę podczas której wpatrywaliśmy się sobie w oczy po czym dodał całując mnie w czule w czoło. – Kocham cię.
- Ja ciebie też – odpowiedziałam obejmując go na chwilę w pasie i zamykając oczy.
Kiedy chwila czułości się skończyła wyszliśmy na korytarz, który był pusty i nikt nas nie atakował, a przynajmniej jeszcze nie. Ruszyliśmy szybko w stronę windy lecz nie dotarliśmy do niej gdyż w połowie złapałam Louisa za nadgarstek i zatrzymałam go.
- Musimy zrobić coś jeszcze zanim zjedziemy na dół – powiedziałam. Louis zmarszczył brwi.
- Co takiego? – zapytał.
- Wypuścić te wszystkie dziewczyny, które także mają zostać dziś wieczorem lub w nadchodzących dniach sprzedane.
 Louis nie odpowiedział od razu. Milczał zastanawiając się nad tym co powiedziałam. Miałam nadzieję, że się zgodzi, a jeżeli nie to trudno. Zrobię to sama bo nie wyobrażałam sobie aby zostawić te dziewczyny.
- Pozostawimy po sobie więcej ofiar niż przypuszczałem – powiedział w końcu.
- To znaczy, że się zgadasz? – zapytałam. Szeroki uśmiech pojawił się na mojej twarzy.
- Tak. – Skinął głową. – Sale licytacyjne są na siódmym i szóstym piętrze, a na piątym są pokoje dla oczekujących. Pojedziemy na piąte, gdzie nie ma ochroniarzy i będzie łatwo je uwolnić. Zjedziemy później na sam dół. Dam znać aby Zayn wysłał ludzi na te dwa piętra gdzie odbywają się licytacje. Uwolnią je za jednym zamachem.
- Dziękuję. – Pocałowałam go szybko z uśmiechem. Złapałam za rękę i pociągnęłam do windy.
Wjechaliśmy na siódme piętro, które było puste, bez żadnych ochroniarzy tak jak mówił Louis. Zawierało czterdzieści pokoi dlatego rozdzieliliśmy się, ja poszłam w prawo, a Louis w lewo i zaczęliśmy wypuszczać kobiety.
Nie wszystkie pomieszczenia były zajęte więc sprawdzaliśmy czy są zamknięte lub otwarte. Jeżeli zamek nie ustępował strzelaliśmy w niego i kopniakiem otwieraliśmy drzwi. W środku zastawaliśmy dziewczyny, które siedziały skulone w kącie. Były zapłakane i nagie.
- Spokojnie… nie bój się mnie – powiedziałam do pierwszej dziewczyny, do której pokoju weszłam. – Nie zrobię ci krzywdy, wręcz przeciwnie. Jestem tu aby cię uratować.
Rudowłosa dziewczyna spojrzała na mnie i drżącym głosem zapytała:
- N… naprawdę?
- Tak, możesz stąd iść i uciekać. Jesteś wolna. – Przesunęłam się aby zrobić jej wolną drogę do drzwi. Spojrzała na nie, a później znowu na mnie.
- Dziękuję – powiedziała po czym zerwała się do biegu. Wybiegła z pokoju, a ja za nią. Ruszyłam do kolejnego pokoju, a ona prosto do windy przy której stały dwie inne dziewczyny, które zdążył już uratować Louis. Rozdawał im też pieniądze, które zabrał wcześniej aby miały jak złapać taksówkę, a nawet za jakieś dwadzieścia pięć tysięcy taksówek. Uśmiechnęłam się bo widok odradzającej się nadziei na ich twarzach był czymś pięknym i na długo zapadnie mi w pamięci.
Kiedy uwolniliśmy wszystkie dziewczyny, których było w sumie trzydzieści dwie sztuki zaczęły pojawiać się problemy. Piętro było puste, każda zjechała na dół i opuściła ten klub, taką miałam przynajmniej nadzieję. Teraz to ja i Louis musieliśmy opuścić poziom piąty, czekaliśmy na windę przytulając się do siebie, byłam z nas strasznie zadowolona.
Po chwili drzwi windy się rozsunęły jednakże nie była ona pusta. Wyszło z niej dwóch ochroniarzy, którzy mieli wycelowaną w nas broń. Louis od razu zareagował. Pociągnął nas w dół i tym samym uniknęliśmy pierwszych pocisków. Później wykonał przewrót w tył i z klęczek zaczął do nich strzelać.
Uwaga obydwóch mężczyzn skupiła się na nim dzięki czemu zyskałam chwilę na skupienie się. Nie spodziewałam się ataku i po udanym zadaniu uwolnienia dziewczyn pozwoliłam sobie na chwilę wytchnienia.
Louis zastrzelił pierwszego z nich, a w drugiego wycelowałam ja. Moja celność była jeszcze słaba więc trafiłam go w udo. Jęknął z bólu, upadł na jedno kolano i upuścił broń przykładając obydwie ręce do zranionej nogi.
- Ty mała… - Nie zdążył dokończyć, ponieważ Louis wstał i uderzył go w twarz.
W tym samym czasie winda ponownie zaczęła się otwierać, przybyli inni. Louis złapał mnie za dłoń i pociągnął do jednego pokoju za zakrętem. Kiedy skręcałam kątem oka zauważyłam czwórkę nowych ochroniarzy. Strzelali, lecz nie trafiali choć byli naprawdę blisko. Jeden pocisk przeleciał dokładnie kilka centymetrów od mojej twarzy.
Wpadliśmy do pokoju, zamknęliśmy drzwi, o które się oparłam by wziąć kilka głębokich wdechów gdyż przez fakt, że właśnie otarłam się o śmierć zrobiło mi się słabo. Później pomogłam Louisowi przesunąć pod drzwi łóżko, aby nie mogli się przez jakiś czas dostać do środka.
- Musieli przejąć centrum z monitoringiem. Cholera, mogli zabić Setha – mówił gorączkowo Louis.
- Albo, zdążył im uciec – dodałam.
- Tak, racja. Teraz my musimy uciec.
- Masz jakiś plan? – zapytałam.
- Jeszcze nie. – Pokręcił przecząco głową.
Zaczęłam również myśleć nad naszą ucieczką aby nie zostawiać go z tym samego. Rozejrzałam się po pokoju skupiając uwagę na każdym elemencie, który się w nim znajdował. Niestety nic się nie nadawało, w sumie zbyt wiele rzeczy się tutaj nie znajdowało. Łóżko już wykorzystaliśmy, zegar wiszący nad drzwiami do niczego by nam się nie przydał tak samo jak koc leżący na łóżku. Pewnie posłużyłby nam jako lina gdyby było tutaj okno, przez które często uciekali więźniowie z filmów czy seriali, które oglądałam z tatą ale niestety byliśmy zamknięci w czterech ścianach z jednymi drzwiami.
Zaczęłam myśleć o innych sposobach ucieczki stosowanej przez więźniów i przypomniało mi się, że niektórzy  kopali dziurę w podłodze albo uciekali kanałami wentylacyjnymi. Szybko się za jednym rozejrzałam i szeroko uśmiechnęłam kiedy dostrzegłam małą siateczkę w ścianie przy podłodze.
- Kanał wentylacyjny – powiedziałam wskazując na niego palcem.
Wzrok Louis natychmiast udał się w kierunku, który wskazywałam. Zmarszczył na chwilę brwi myśląc nad czymś po czym skinął głową. Podszedł do mnie i pocałował w czoło mówiąc:
- Świetny pomysł. Pójdziesz pierwsza, ja zaraz za tobą i będę ci mówił jak masz iść.

- Okej – przytaknęłam. Podeszłam do kratki i wyjęłam ją. Wzięłam głęboki wdech po czym weszłam do środka. Położyłam się na brzuchu i zaczęłam się czołgać aby zrobić miejsce Louisowi.

                                                                     ~†~

piątek, 4 listopada 2016

† Chapter 7 †

                                              † Slaves Love †

Klub Libertine mieścił się w dzielnicy Newington na ulicy The Cut. Z jego najwyższego piętra spokojnie można byłoby ujrzeć Tamizę gdyż był naprawdę wielki, chyba liczył sobie dziesięć pięter jak nie więcej. Ściany budynku były wyłożone szkłem i oświetlane kilkoma reflektorami w niebieskich i różowych barwach. Przed wejściem ciągnęła się kolejka pełna wytatuowanych punkowców z kolczykami na twarzy i włosami w różnych kolorach. Oprócz nich dało się tam też znaleźć zarośniętych i napakowanych harleyowców, skąpo ubrane prostytutki oraz małolatów, którzy nigdy w życiu nie złamali prawa i dziś postanowili, że to zmienią.
Ochroniarze w czarnych garniturach, którzy pilnowali wejścia wpuszczali każdego wcześniej obmacując mu boki sprawdzając tym samym czy nie ma ze sobą broni. Gdy to ujrzałam przeraziłam się i na chwilę wypadłam z bycia głupią lafiryndą przylepioną do Louisa, który przywrócił mnie szybko do porządku.
- Wolałabyś zostać w domu, cukiereczku? – zapytał przygryzając płatek mojego ucha.
- Później tam mnie zabierzesz, misiu pysiu – odpowiedziałam chichocząc. Przejechałam dłonią po jego torsie w górę i zaczepiłam palcem o jego nos po czym odsunęłam się od niego podchodząc do jednego z dwóch ochroniarzy gdyż nastała nasza kolej.
Położył on swoje dłonie przy moim biuście po tym jak kazał mi podnieść ręce do góry, a ja to zrobiłam. Poklepał mnie wzdłuż ciała i jestem pewna, że dłużej przytrzymał swoje dłonie kiedy dotarł  do mojego tyłka ale jedynie tylko po to aby sobie pomacać gdyż pozwolili nam wejść. Nie wykryli żadnej broni, która w sumie ukryta była z przodu lub z tyłu naszych ciał.
Wewnątrz budynku panował mrok, który przecinały reflektory w różnych kolorach. Unosił się zapach co dopiero spalonej marihuany i na cały regulator puszczane było techno, rock lub metal do którego tańczyło z około tysiąca ludzi na ogromnym parkiecie, przy którym unosił się sztuczny dym. Między tańczącymi ludźmi lawirowali mężczyźni, którzy mieli na sobie jedynie bokserki oraz muszkę i na tacach nosili shoty. Kiedy wszystkie zostały opróżnione wracali do baru gdzie barmani raz za razem przyrządzali kolejne drinki. Niektórzy z nich przynosili także zamówione napoje do stolików po lewej stronie, gdzie było kilka loży. Zapełnione one były przez mężczyzn i kobiety, które były na ich zawołanie. Obściskiwali się i nie tylko, jedna nawet klęczała pod stołem. W czterech punktach klubu były okrągłe podesty, na których striptizerki mając na sobie jedynie majtki ( chociaż chyba bardziej pasowałoby określenie sznurek) wyginały się na rurze przed mężczyznami, którzy sypali im na podesty pieniądze.
W skrócie to miejsce było jednym wielkim skupiskiem toksycznych ludzi, którzy nie mieli szacunku do swojego ciała i życia. Żadnych pohamować przy wlewaniu w siebie litrów alkoholu, wstrzykiwaniu narkotyków albo w obściskiwaniu się z kim popadnie lub także pieprzeniu po toaletach. Nie przywiązywali także wagi do pieniędzy, które sypały się z każdej strony tylko dlatego, że mogli zobaczyć nagą kobietę. Zachowywali się trochę jak niewytresowane zwierzęta, nie znali granic przyzwoitości i nie chcieli ich poznać. Niszczyli ten świat, w którym kiedyś panował pokój i harmonia.
Miałam nadzieję, że szybko opuszczę to miejsce bo nie mogłam na to wszystko patrzeć. Nie wierzyłam w to, że to jedyny sposób w jaki te kobiety mogą zarobić. Uważałam, że każdą z nich stać na dużo więcej tylko muszą się na to zdobyć, znaleźć w sobie siłę i iść prosto do celu. A jeżeli mężczyźni, którzy tutaj przesiadywali i je wykorzystywali okazaliby się dżentelmenami i nie traktowali kobiet jak zabawkę na pewno udałoby im się znaleźć tą jedyną. 
- Chcę rozmawiać z Benjaminem Fraiserem – powiedział Louis kiedy udało nam się przepchać przez tłum i dojść do windy, a następnie wjechać nią na trzecie piętro. Przejść kilkoma korytarzami i odszukać drzwi, które miały złotą tabliczkę z napisem „BOSS”.
- Kim jesteś? – zapytał jeden z dwóch ochroniarzy, którzy stali przy drzwiach.
- Jestem Louis. – Zrobił krótką pauzę po czym dodał – Louis Tomlinson.
Szczerze mówiąc przeszły mnie ciarki w tym momencie, a na usta wpłynął lekki uśmiech. Ochroniarze spojrzeli na siebie poczym jeden zapukał do drzwi i kiedy usłyszał zezwolenie na to, że może wejść zniknął za nimi.
Zapadła cisza podczas której wzięłam głęboki wdech, który miał mi pomóc się uspokoić. Czekała nas teraz najtrudniejsza część całej misji i serce waliło mi tak, że miałam wrażenie, że każdy je słyszał. Zazdrościłam Louisowi tego, że był totalnie opanowany i skupiony. Miał poważną twarz, która nie wyrażała żadnych emocji a jego mięśnie były napięte.
Mężczyzna po chwili otworzył drzwi przez które wyszła kobieta, która miała na sobie zwiewną do kolan sukienkę w zielonym kolorze i potargane włosy, które rozczesywała palcami. Kiedy przechodziła obok nas z uśmiechem na ustach mrugnęła do Louisa. Na szczęście on nie zwrócił na nią uwagi, tak samo jak na te striptizerki na dole. Naprawdę nic nie było wstanie odwrócić jego uwagi od zadania.
Że chyba ja sama, pomyślałam ale szybko odrzuciłam tę myśl gdyż powinnam być skupiona na czym innym.
- Możecie wejść – powiedział ochroniarz trzymając szeroko otwarte do wnętrza pokoju drzwi. Louis pociągnął mnie za sobą do środka pokoju gdzie na za wielkim biurkiem siedział Benjamin Fraiser.
Ubrany był w białą koszulę, która miała rozpięte trzy pierwsze guziki, czarne szelki i kilka złotych łańcuchów na szyi. Posiadał także zegarek na lewej ręce i kilka pierścieni na palcach, które były również ze złota.
Wyglądał na około pięćdziesiąt lat. Jego blond włosy z  siwizną w niektórych miejscach były zaczesane do tyłu. Miał widoczne zmarszczki na czole i w kącikach oczu, które miały jasny odcień niebieskiego i przerażały mnie bo miałam wrażenie, że gdy na mnie patrzył to wyobrażał sobie sposób w jaki mnie zabije.
Na szczęście za nim była ściana z oknami na całą szerokość i widać było Londyn, jego oświetlone budynki oraz zachodzące słońce i na tym widoku się skupiłam zamiast na jego spojrzeniu.
- Och, Louis! Dobrze cię widzieć! – Rozłożył ręce i uśmiechnął się. Dostrzegłam w jego uzębieniu kolejny złoty element z czego można było wywnioskować, że naprawdę miał kasy jak lodu.
- Mi ciebie też, Benjaminie – powiedział i skinął głową z podniesionym jednym kącikiem ust.
- Wiele lat minęło od naszego ostatniego spotkania. Zmieniłeś się, stałeś się prawdziwym mężczyzną – powiedział Fraiser i odpalił cygaro, w powietrza wzbiła się chmara białego dymu.
- No cóż, cztery lata to trochę sporo czasu. – Wzruszył ramionami Louis.
- Powiedz, co cię do mnie sprowadza, albo nie. – Pomachał prawą ręką, w której nie trzymał cygara. –Chcę wiedzieć najpierw kim jest ta piękna dama przy twoim boku. – Wskazał na mnie swoim paluchem i mrugnął.
- Destiny Ellis, pracuje dla mnie – odpowiedział stanowczo.
- Mhm… - pokiwał głową. Przysunął się bliżej biurka, na którym oparł łokieć a następnie na pięści położył swoją brodę. Wciąż wpatrywał się we mnie, lustrował od stóp po głowę.
– Zawsze miałeś dobry gust jeżeli chodzi o kobiety. Wybierałeś najlepsze partie i wiedziałeś jak je zaciągnąć do łóżka. Żadna ci nie odmówiła, prawda? – powiedział w końcu znowu opierając się plecami o fotel i znów kierując swoje spojrzenie na Louisa, który ścisnął mocniej moją dłoń gdy Benjamin wspomniał o kobietach.
- Prawda, nie mylisz się – powiedział zgadzając się z nim.
- To były dobre czasy… - westchnął po czym zaciągnął się ponownie cygarem. – No ale co było, to było. Skupmy się na teraźniejszości, powiedz mi czemu zawdzięczam tą wizytę.
- Chciałbym wykupić od ciebie dziewczynę. Nazywa się Vivianne Clive – odpowiedział.
Przez cały czas siedziałam cicho i obserwowałam wszystko uważnie dlatego nie umknęło mojej uwadze to, że na chwile Benjamin zwęził swoje oczy i jego uśmiech zadrżał.
- Ach, tak. Nowy nabytek dostarczony przez Samvela, który wspominał, że możesz się tu pojawić ale nie brałem sobie tego do serca – powiedział a ja na chwilę wytrzeszczyłam oczy. Kim był Samvel? Czy jemu chodziło o Snakea, który tak właśnie miał na imię?
– Jej ciało może być sporo warte. Musisz mi więc wiele zaoferować skoro chcesz ją wykupić nie biorąc udziału w licytacji. – Przestał się całkowicie uśmiechać, sprawiać wrażenie sympatycznego. Był śmiertelnie poważny i odrobinę groźny.
- Proponuję ci pół miliona.
- Znasz mnie równie dobrze jak ja ciebie. Podajesz naprawdę dobra cenę…
- Rozumiem, że się zgadzasz – powiedział Louis przerywając mu.
- Nie. Tego nie powiedziałem. – Pokręcił głową przecząco. –W ogóle nie pozwoliłeś mi dokończyć zdania. Matka cię nie nauczyła, że to niegrzeczne tak komuś przerywać? – zapytał z jadem w głosie.
Louis puścił moją dłoń i podszedł do biurka. Wycelował palcem w Benjamina i przez zaciśnięte zęby wycedził:
- Nie wspominaj o mojej matce. 
Skończyła się życzliwość i zaczęła wychodzić wzajemna nienawiść, która była jak wściekły pies na smyczy. Wyrywający się do tego aby ruszyć na swojego przeciwnika i rzucić mu się do gardła, zatopić w nim kły. Gdyby z całych sił nie starali się jej opanować na pewno by się na siebie rzucili.
- Proponuję ci inną wymianę – powiedział mężczyzna podnosząc się z fotela.
- Jaką? – zapytał Louis zakładając ręce na piersi.
- Dziewczyna za dziewczynę – powiedział. Wciągnęłam gwałtownie powietrze i zrobiłam krok w tył. W mojej głowie trwała bitwa myśli. Nie wiedziałam czy zgodzić się na taki układ, poświęcić się czy może sięgnąć po pistolet, który bardzo wyraźnie teraz odczuwałam i uciekać.
- Nie. Pieniądze albo nic – odpowiedział Louis.
- Och, Louis… przecież wiesz, że i tak zawsze dostaję wszystko co chcę…
- Nie tym razem. Jeśli nie chcesz pieniędzy to wychodzę. Żegnaj – powiedział. Odwrócił się do niego plecami i złapał mnie za rękę idąc w kierunku drzwi.
- Bierzcie ich – powiedział Fraiser i od razu dwóch ochroniarzy ruszyło w naszym kierunku. Cofnęliśmy się natychmiast i wyciągnęliśmy pistolety stając do siebie plecami.  Louis celował w Fraisera, a ja w dwóch ochroniarzy, którzy zauważając broń zatrzymali się i również wyciągnęli swoją.
- Nie strzelać! – powiedział od razu zauważając wyciągniętą broń ze strony swoich ochroniarzy. Dało się usłyszeć w jego głosie panikę. – Obydwoje mają być żywi!
- Wypuścisz nas inaczej nie zawaham się ani sekundy przed pociągnięciem spustu – powiedział Louis.
- Dobrze… - powiedział dopiero po upłynięciu kilku sekund. – Możecie iść.
Machnął ręką na ochroniarzy, który opuścili broń i odsunęli się robiąc nam wolną drogę do drzwi. Zaczęłam się do nich przemieszczać wciąż mając plecy złączone z plecami Louisa i wyciągniętą przed siebie bronią. Kiedy się przy nich znalazłam sięgnęłam ręką do klamki i otworzyłam drzwi. Bądź raczej tylko nacisnęłam na klamkę a inna siła z drugiej strony naparła na nie przez co uderzyły we mnie. Przewróciłam się na ziemię i wypuściłam z rąk broń. Zanim zdążyłam ją ponownie pochwycić złapali mnie za ramiona i podnieśli do góry dwaj ochroniarze, a cała masa innych wtoczyła się do środka.
- Ty pieprzony gnoju! – Krzyknął Louis do Benjamina podczas gdy  ja zaczęłam się szarpać i kopać mężczyzn, którzy mnie trzymali. Niestety było ich coraz więcej, otaczali mnie z każdej strony i łapali za ręce oraz nogi unieruchamiając. Przysłonili Louisa i słyszałam tylko jego głos i swój oraz śmiech Benjamina Fraisera, który musiał jakoś wezwać posiłki.
- Mówiłem Ci, że zawsze dostaję to co chcę a ty nie chciałeś słuchać, Louisie – powiedział Benjamin w przerwie od śmiechu.
- Puszczajcie mnie! Louis! - Krzyczałam a z moich oczu zaczęły lecieć łzy. - Louis, pomóż mi!
- Destiny! Nie martw się, znajdę cię, słyszysz?! Destiny! – Jego głos słabł, przemieszczałam się.
- Kocham cię, Destiny! – Usłyszałam jeszcze zanim wyszliśmy z pokoju i wsiedliśmy do windy. Zmrużyłam oczy przed jasnym światłem po czym zaczęłam znowu krzyczeć błagając żeby mnie wypuścili. 

                                                             ~†~