środa, 31 grudnia 2014

† Chapter 8 †

                                                       † Lethal Love †

  Skręcamy ostro w lewo, ręce zaciskają mi się na brzegach fotela kiedy przechyla mnie w stronę drzwi. Na nowo otacza mnie mrok nocy i jedynie w poświacie bijącej od deski rozdzielczej widać zarys twarzy kierowcy, który ewidentnie jest spięty i wściekły. Tylko dlaczego, to ja powinnam taka być, przymusem wyciągnął mnie z klubu i nakazał wsiąść do auta i gdzieś mnie wywozi. Tymczasem co? Chcę włączyć ogrzewanie bo w środku jest chłodno i zaczynam się trząść ale nie mogę w tych ciemnościach znaleźć odpowiedniego guzika. W końcu pomaga mi on sam odnajdując go bez problemu nawet nie spoglądając w tą stronę i będąc dalej skupionym na jeździe.
- Dziękuję. Nie mogłam go znaleźć, strasznie tu ciemno nie masz tu jakiś lampek? I może włączysz przednie światła? Jedziesz nieprzepisowo. - Zwracam się do niego mówiąc wszytko strasznie szybko na jednym wydechu. On nie odpowiada. - Czyli nie? - Dopytuję ale nadal nie zawraca sobie mną głowy jedynie spogląda panicznie w lusterka. Jakby bał się, że ktoś  za nami jedzie. Sama się z ciekawości odwracam ale widzę tylko ciemność. Wzruszam ramionami i dalej siedzę cicho, najwyraźniej nie zaszczyci mnie rozmową.
  Pędzimy przed siebie dalej mijając kolejne zakręty i z każdym kilometrem przyśpieszając. Wskazówka z steki sunie już ku stu dwudziestce. W pewnym momencie zdaję sobie sprawę, że wyjechaliśmy poza granice miasta i jedziemy drogą w lesie nadal nie zwalniając. Podrywam się z miejsca, zaczesując włosy do tyłu.
- Ej, wiesz, że jesteśmy poza miastem? I to w lesie? Gdzie my jedziemy? Wypuść mnie! - Panikuję.
- Wiem co robię. - Warczy a jego dłonie mocniej zaciskają się na kierownicy.
- Ale ja nie wiem co robisz i co zamierzasz. Może mi wyjaśnisz? Nie podoba mi się to. - Mój oddech przyśpiesza, w głowie nagle zaczyna mi się kręcić a brzuch nieprzyjemnie kuje, z powrotem opieram się o siedzenie z powodu nagłego złego samopoczucia i słucham co ma mi do powiedzenia.
- Najpierw zacznijmy może od tego, że przestaniesz zadawać tyle pytań. - Nadal ma groźny ton.
- No dobra, dobra spokojnie już się zamykam ale nie wymigasz się, chcę wiedzieć. W sumie mam prawo tak? To wszytko było wbrew mojej woli.
- Destiny.. proszę... - Nagle łagodnieje. Zakrywam sobie usta rękoma na znak, że serio już mu nie przerwę. Posyła mi krótkie spojrzenie i znowu skupia się na drodze. - Tak lepiej. A teraz słuchaj. Ratuję Ci skórę i nie pozwól abym musiał tego robić nigdy więcej. - Przerywa, oczekuję ciągu dalszego ale go nie dostaję.
- I co? To tyle? Nic więcej? Ej, czekaj nie mówiłam Ci chyba jak się nazywam. - Zauważam i zdaję sobie sprawę, że będąc pijana strasznie dużo gadam.
- I tyle, nic więcej nie musisz wiedzieć.
- Czyli jest coś więcej? Powie... - Nagle wszystko podchodzi mi do gardła, pochylam się do przodu i ponownie zakrywam usta by to powstrzymać. - Zwolnij, zatrzymaj się.. - Ledwo słyszalnym głosem proszę go sięgając do blokady pasa, słyszę kliknięcie i pas cofa się na swoje miejsce uwalniając mnie i dając przyjemną ulgę. Zwalniamy, kładę rękę na klamce i czekam aż się zatrzymamy aby ją nacisnąć. Parkuje na poboczu, natychmiast otwieram drzwi i wypadam na czworaka na trawę. Chłód nocy przyjemnie mnie otula, wymiotuję. Słyszę jak on także wysiada i zatrzaskuje drzwi, potem jego kroki na żwirze. Podchodzi i kuca koło mnie zbierając włosy. Kiedy wszytko zwróciłam odchodzę trochę i kładę się na ziemi, robi mi się na moment ciemno przed oczami.
- O matko... - Jęczę łapiąc się za brzuch i patrząc w niebo pokryte gęsto gwiazdami, jest śliczne.
- Nie pora na jęczenie, musimy jechać dalej. Wstawaj. - Wyciąga do mnie rękę. Spoglądam na niego i kręcę przecząco głową.
- Nie dam rady, po za tym nie wiem gdzie jedziemy. - Chyba wytrzeźwiałam trochę po tym nie przyjemnym zajściu i teraz zdaję sobie sprawę w jakiej sytuacji się znajduję i co może mi grozić.
- Do domu. - Bierze mnie na ręce po czym stawia w pionie, kręci mi się, głowa staje się ciężka a nogi zamieniają się w watę. Zauważa to, że zaraz znowu upadnę i łapie mnie ponownie.
- Do czyjego domu? - Pytam zamykając oczy i kładąc głowę na jego piersi by trochę się uspokoić.
- Twojego. Jak mówiłem, ratuję ci skórę.
- Ale po co. Chciałam się bawić dalej.
- Och Destiny... nie będę Ci tego tłumaczył lepiej się nie mieszaj i unikaj tego miejsca, tej dzielnicy wielkim łukiem.
- Nie zabronisz mi. - Odchylam głowę i patrzę na niego.
- Ale jeżeli jesteś mądra i zależy Ci na swoim życiu to posłuchasz i już tam nie przyjdziesz. - Zakłada mi kosmyk włosów za ucho i głaszcze po policzku.
- A może mi nie zależy?
- Nie marnuj go, a to. - Podnosi moją rękę i dotyka zabandażowanego nadgarstka. - Ani to. - Wskazuje głową na moje wymioty mając na myśli picie. - Nie jestem rozwiązaniem. Proszę posłuchaj mnie i nie przychodź tam już nigdy więcej.
- A ty możesz je marnować? Być tam i robiąc sobie kolejne tatuaże? - Wytykam mu, chyba go to zabolało, w jego oczach przez moment pojawił się smutek.
- Ja to inna sprawa. Tu chodzi o ciebie i o twoje życie.
- O twoje także i boże czemu musisz mówić tak zawięźle! O co ci chodzi z tym moim życiem?! Pójdę tam..
- Destiny! - Na powrót jego głos jest zły. - Nie będziemy się tu kłócić. Po prostu mi zaufaj i posłuchaj. A teraz wsiadaj do auta. - Puszcza mnie i odwraca się idąc do pojazdu. Wsiadam zaraz po nim, już zdążył zapalić silnik i kiedy zatrzaskuje drzwiczki rusza dalej.
  Przez okno dostrzegam wyłaniające się uliczne latarnie a zaraz po nich bloki, reklamy. Na nowo jesteśmy w mieście. Już trochę zwolnił, czyli zjechał do sześćdziesiątki i zgrabnie wymija wolniejsze samochody. Parę chwil potem parkuje na moim podjeździe. Mówił prawdę, że zabiera mnie do domu, ale po co na około jechał, po co w ogóle to wszystko? Otwiera drzwiczki po mojej stronie i wystawia rękę, którą ignoruję. Wysiadam sama, zatrzaskuje drzwiczki po czym patrzymy sobie w oczy.
- Skąd wiedziałeś gdzie mieszkam?- Nie mówiłam mu nic, to podejrzane. Cała dzisiejsza noc zresztą taka jest, pełna wrażeń, pogmatwana i pełna nowych niewyjaśnionych pytań. Potrzebuję snu, wytrzeźwieć do końca i dopiero wtedy sobie to logicznie poukładam.
- Odpowiem jeżeli ty przyrzekniesz, że już nigdy nie pojawisz się w klubie. - Opiera się o auto, zakładam ręce na piersi i tupię nogą. Na jego twarzy pojawia się triumfalny uśmieszek.
- Jeszcze nie wiem jak masz na imię i skąd znasz moje. - Próbuję z innymi niewyjaśnionymi.
- Zmieniamy temat tak? Nie uważasz, że ładną mamy noc? Pełną tajemnic i niewyjaśnionych? - Unosi głowę w górę na moment i za chwilę znów patrzy na mnie.
- Nie baw się ze mną w kotka i myszkę!
- No to niech myszka da się złapać na przysięgę.
- Nie!
- W takim razie do zobaczenia - Odsunął się od maski i chwilę potem wsiadł do samochodu odpalając silnik. Zapaliły się światła i zaczął wycofywać aż w końcu zniknął w mroku nocy pozostawiając mnie samą przed domem  z dręczącymi pytaniami i całą sfrustrowaną.
  Podmuch wiatru wywołuje u mnie dreszcze i gęsią skórkę. Otulam się rękoma i pocieram ramiona. Idę z automatu w kierunku domu, nogi mam z lekka jak z waty. Kiedy sięgam po kluczę do torebki orientuje się, że nie mam jej ani skóry, zostawiłam je w klubie. Otwartą dłonią uderzam się w czoło. Teraz będę musiała tam iść i to odzyskać i jakbym przyrzekła to z jego planu nici. Tak, prawda, chciałam przyrzec ale nie wiem czemu byłam tak uparta. Zawracam idąc do skrzynki pocztowej gdzie trzymamy zapasowy klucz. Wracam i staram się otworzyć zamek  jak najciszej się da aby nie obudzić mamy. Tego jeszcze brakuje by mnie nakryła i bym dostała opieprz. Wchodzę do środka, odkładam klucze, zaczynam ściągać buty. Pierwszy potem drugi który mi się wymyka i z hukiem ląduje na podłodze. Zamieram w bezruchu nasłuchując, kiedy mijają kolejne sekundy i nic się nie dzieję wchodzę na palcach po schodach. Kiedy znajduję się na swoim piętrze i naciskam klamkę po czym popycham drzwi do pokoju dziękuję w duchu, że udało mi się wyjść cało, że mnie nie przyłapała. Zdejmuję jeszcze spodnie i wślizguję się pod kołdrę.

                                                                 ~ † ~

Od Autorki: Hej, hej! Od razu powiem, że specjalnie zamierzałam dodać rozdział później i to w Nowy Rok. Nie chciałam wam psuć atmosfery świąt i zrobić niespodziankę na dobry początek roku. Chodź przyznam też szczerze, że poszło mi to odrobinę na rękę. Miałam więcej czasu na dopracowanie rozdziału i mimo wszytko myślę, że nie jest idealny, że was zawiodłam... Ale to wy sami ocenicie. Mam nadzieję, że jest inaczej, bo wkładam to całe serce ♥
Tak więc, nie przedłużam. Proszę komentujcie! Oraz postanowiłam zrobić ten konkurs. Szczegóły pojawią się w 10 rozdziale.
Szczęśliwego Nowego Roku! By był jeszcze lepszy niż 2014, pełen miłości, przyjaźni i spełnienia marzeń. Kocham was! x

piątek, 5 grudnia 2014

† Chapter 7 †

                                                       † Lethal Love †

                                          ~ Leicester Road 8, Notte* Club ~

  Zrobiłam to, okaleczyłam się i  teraz na moich dwóch rękach widnieje w sumie siedem czerwonych blizn, które są owinięte bandażem i schowane aktualnie pod rękawem skórzanej kurtki. Muszę przyznać, że nie bolało tak strasznie jak myślałam jedynie piekło, szczypało ale i tak pozwoliło zapomnieć. Oczywiście dopóki nie wybudziłam się po tym jak wcześniej odleciałam przez wycieńczenie oraz głód. Uświadomiłam sobie co tak naprawdę zrobiłam, że to zostanie już na zawsze. Co jak mama się dowie albo ktoś ze szkoły? Będzie krzyczeć, pośle do psychiatry a znajomi pewnie się śmiać bo nigdy tego nie zrozumieją. że człowiek potrafi być bardzo słaby psychicznie. W dodatku zbliżają się wakacje co wiąże się z krótkim rękawem w upalne dni. Na prawdę nie wiem jak ja to ukryję, choć jedno jest pewne, nigdy już tego nie zrobię. Dlatego też stoję teraz na jednej z ulic znajdującej się w najgorszej dzielnicy tego miasta.
   Zaczęło się gdy na jednej z przerw na cały korytarz z głośników wydobył się komunikat. "Destiny Ellis proszona o udanie się do gabinetu dyrektora po skończonych zajęciach lekcyjnych". Posłusznie wykonałam polecenie. Kiedy weszłam, zobaczyłam siedzącego za biurkiem już po pięćdziesiątce pana Gunn'a  a przed nim nikogo innego jak moją matkę. Niepewnie ze stresem usiadłam na drugim fotelu. Okazało się, że chodzi o moje nieobecność na lekcjach bez barku zwolnienia lekarskiego. Dostałam ostrzeżenie, jeżeli to się powtórzy mogę zostać zawieszona albo dostać naganne zachowanie na koniec roku. Matka oczywiście na wszytko przytakiwała, grała zmartwioną, zdziwioną czemu tak się stało. Ja jedynie siedziałam cicho ze skrzyżowanymi rękoma na piersi i przewracałam oczami na tą całą scenkę. Gdy tylko wyszłyśmy maska miłej, opiekuńczej matki zniknęła i zaczęła na mnie krzyczeć. Również wybuchłam i wytknęłam jej, że nagle zaczęła się mną przejmować oraz kiedy chciałam jej o wszystkim powiedzieć ta poszła do tego faceta. Nasza sprzeczka zakończyła się dopiero gdy we dwie wsiadłyśmy do samochodu i z całej siły zatrzasnęłyśmy równocześnie drzwi. Przez całą drogę nie odzywałyśmy się do siebie. W domu zamknęłam drzwi od pokoju i z niego nie wychodziłam, mama nawet nie raczyła zawitać. Siedziałam na łóżku owinięta kocem i byłam na nią zła, choć nie tylko. Byłam zła też na siebie, na cały świat, który zaczął mi przeszkadzać. Znowu pojawił się ten ciężar na sercu.. ta bezsilność w sprawie chęci zmienienia wszystkiego by było inaczej.
  Następnego dnia do nikogo się nie odzywałam, miałam jedynie ochotę krzyczeć i wszystkich powybijać co do jednego, lecz tłumiłam to w sobie. W piątek było podobnie, jedynie upewniłam się, że Vivianne nie jest już moją przyjaciółką i oficjalnie zostałam sama. Wieczorem leżąc na łóżku i usuwając wszytko co mnie z moimi przyjaciółmi łączyło. Czyli konto na Twitterze, Facebook'u, numery telefonu i wszytko inne, po czym wpatrując się w standardową tapetę na ekranie komputera przyszedł mi do głowy pomysł sprzed tygodnia, który miał załagodzić wszystko co mnie dołuje a w najlepszym wypadku ponieść do taty na drugą stronę. Oczywiście o nic innego nie chodziło jak o udanie się do tego klubu dla punkowców i zabawienie się na całego. Wstałam z łóżka i zaczęłam się szykować. Wyciągnęłam moje przetarte czarne jeansy i bluzkę z logo Guns N' Roses. Pomalowałam powieki i usta na czarno, włosy zostawiłam w takim stanie jakie były, nie założyłam żadnej biżuterii. Zbiegłam na dół i założyłam moje stare glany, dobrze je mieć znów na sobie mimo, że są trochę za małe. Wzięłam jeszcze założyłam skórę a do kieszeni włożyłam telefon, portfel oraz klucze i opuściłam dom. Wrócę w nocy albo i rano a mama nawet nie zauważy gdyż jak to ujęła, musi uporządkować papiery. Udałam się na przystanek, tam wsiadłam w autobus a ten zawiózł mnie na miejsce. Kiedy wysiadłam niebo stało się już granatowe i pojawiały się na nim gwiazdy oraz księżyc, który był w pełni i świecił pięknie. Szkoda, że pobliskie latarnie już nie, musiałam przejść parę przecznic w ciemnościach.
  Dotarłam na miejsce w jakieś piętnaści minut a kolejne tyle mija mi na staniu przed budynkiem i słuchaniem wylewającej się na ulicę muzyki. Co z tego, że powietrze zaczyna się robić chłodne i marznę, postoję, popatrzę, może jednak zrezygnuję i ucieknę stąd, wrócę do domu, zakopię w kołdrze i zasnę? A może jednak wejdę, nie wiem. Nie potrafię się zdecydować i wciąż tak się ze sobą kłócę co zaczyna mnie frustrować. Słyszę nagle strzępy rozmowy a potem śmiech, który nabiera na sile. Przerażona obracam głowę w lewo skąd dochodzę odgłosy i widzę wychodzącą zza zakrętu grupkę prawdziwych punkowców. Jest ich pięciu, dwie dziewczyny i trzech chłopaków. Na ich widok ciśnienie w żyłach mi wzrasta, serce przyśpiesza bicie. Gdy są już bardzo blisko mnie, czwórka z nich staje po boku  a chyba ich głowa grupy podchodzi stając ze mną twarzą w twarz. W świetle, które bije od neonowego szyldu widzę każdy jego detal. Ma ciemne, krótko ścięte włosy, kolczyk w brwi, nosie i wardze. Tatuaż jaki zauważam to łuski, takie jakie mają węże, zaczyna się od dekoltu bluzki i przechodzi przez szyję kończąc się na skroni. W oczach dostrzegam soczewki, mają odcień zieleni a źrenice są zwężone do prostej kreski. Jego ręka ląduje na moich ramionach, druga dłoń na moich policzkach ściskając je, nie podoba mi się to więc również zaciskam ręce na jego przegubie i siłą uwalniam twarz. On w mgnieniu oka łapie szybko jedną rękę i zaciska na nadgarstku swoją rękę wbijając dodatkowo palce, to boli.
- No proszę. - Odzywa się uśmiechając przy tym zawadiacko. Dostrzegam, że ma rozcięty język a pod nim jeszcze jeden kolczyk. - Mała jest zadziorna. - Rówieśnicy wybuchają śmiechem, puszcza mnie, od razu zaczynam pocierać rękę. Idzie do drzwi klubu. Otwiera je i gestem ręki zaprasza do środka. - No chodź, zabawimy się. - Na jego twarzy znowu gości uśmiech. Pierwsze wchodzą dwie dziewczyny dygając mu w podzięce i wciąż się śmiejąc. Odwracam wzrok za chłopakami, którzy powinni za nimi podążyć. W tym samym momencie czuję jak z dwóch stron biorą mnie pod ramię i prowadzą w stronę drzwi. Kręcę lekko przecząco głową choć i tak wiem, że to nic nie da. Chwilę potem drzwi się zamykają, muzyka nabrała na sile, serce dostosowuje się do jej rytmu. W powietrzu czuć zapach słodkawy i mdławy, taki jak po spaleniu marihuany. Nerwy jeszcze bardziej mi się podnoszą, głęboko oddycham, oczy latają z jednego punktu na drugi. Boże w co ja się wpakowałam.
  Jest już po północy, kolejka za kolejką, papieros za papierosem. Zespół, który grał po drugiej stronie klubu został zastąpiony na muzykę automatycznie puszczaną z komputera. Nadal tłum ludzi tańczy. Niektórzy się biją, całują albo piją przy barze póki ich film się nie urwie. Opieram się o skórzaną sofę, Cassadra leży mi aktualnie na kolanach paląc kolejnego papierosa, którego dymem dmucha mi w twarz przez co się lekko krztuszę, bawi ją to. Dziewczyna jest chuda, ma długie czarne włosy i kolczyki oraz z bliznami na piersi układającymi się w trzy litery S A M. Nie wiem co mogą oznaczać, czemu je zrobiła i choć mnie to ciekawi powstrzymuję się od zadania pytania. Drugą dziewczyną z grypy, nie licząc mnie jest Tish. Wytatuowana i z tunelami w uszach brunetka, dziewczyna Shane'a. Oby dwoje mają zamiłowanie do tatuaży i jakiś nawyk co do pięciu minutowego lizania się, choć trochę wygląda to jakby mieli się razem zaraz połknąć. Mniejsza z tym, jest również Kade. Chłopak o brązowych włosach do ramion z kilkoma tatuażami oraz kolczykiem w języku. Na koniec tak zwany Snake, to on do mnie podszedł przed klubem i dobrze myślałam, jest głową grupy. Nie znam jego prawdziwego imienia. Jedynie, że ma taką ksywkę bo jest szybki i skuteczny jak wąż. A odkąd powiedziałam jak się nazywam mierzy mnie wzrokiem i siedzi cicho pijąc co chwile, przeraża mnie.
- Gdzie ten kelner, w gardle mi sucho. - Odzywa się z lekką chrypką Kade gniotąc papierosa w popielniczce.
- Nie wiem, nie widzę go. - Unosi się w górę Shane i zaraz siada wracając do obejmowania swojej dziewczyny.
- Może olejmy go i chodźmy w końcu zatańczyć? A Des pójdzie sprawdzić co z naszymi drinkami. - - Proponuje Cass podnosząc się, stając na stolik a potem zeskakując z niego.
- Tak, to dobry pomysł. - Popiera ją Kade, wstaje łapie ją za rękę i ruszają w tłum tańczących. Zaraz po nich wstają Tish i Shane. Zostaje sama ze Snake'm.
- To ja.. idę. - Czmycham od stolika byle nie siedzieć z nim dłużej niż minutę sam na sam. Idę do baru, na początku od nagłej zmiany pozycji kręci mi się w głowie. Dziwne, że jeszcze stoję na nogach, myślałam, że jestem słabsza. Kiedy już przy nim jestem opadam na krzesło i opieram łokcie na czarnym marmurowym blacie. Zaczynam szukać tego gościa ale nigdzie go nie widzę. Jest tylko jakiś inny chłopak i dziewczyna. Podnoszę rękę i za chwilę podchodzi do mnie blondynka z karnacją podobną do odcienia kawy latte.
- Co Ci podać?
- Właściwie to szukam kogoś.
- Słodziutka, jeżeli myślisz, że pamiętam każdego kto tu wchodzi to się mylisz.
- Nie, nie. Ja szukam tego chłopaka, który podawał do tego stolika. - Wskazuję palcem nasze miejsce. Dziewczyna zapatruję się w nie potem patrzy na mnie marszcząc brwi. - To wiesz.. czy nie...? - pytam niepewnie.
- Tak, tak wiem. - Odwróciła na chwilę wzrok na współpracownika potem na zegar. - Zaraz powinien być. Poczekasz?
- Jasne.. - Opowiadam a ta odchodzi. Okręcam się na krześle i patrzę na tłum tańczących szukając moich nowych przyjaciół, chyba mogę ich tak nazwać, prawda? Parę chwil potem niespodziewanie czyjaś ręka zaciska mi się na ramieniu i odwraca mnie z powrotem twarzą do baru. Widzę tego chłopaka. Wcześniej nie mogłam mu się za specjalnie przyjrzeć. Teraz widzę, że ma brązowe włosy ułożone grzywką na prawą stronę. Ma czarny kolczyk w brwi i wardze, tatuaże od szyi w dół oraz niebieskie oczy.
- O, jesteś wreszcie. Gdzie byłeś czek..
- Nie ważny jest teraz alkohol. Nie powinno Cię tu być. - Jego słowa zbijają mnie z tropu. O co mu chodzi? Czemu nie mogę, każdy ma prawo chyba tu być czyż nie?
- Nie wiem o co Ci chodzi.
- I nie musisz, chodź ze mną. - Przeskakuje ladę, łapie mnie za rękę i ciągnie za sobą.
- Ej, puść mnie! - Próbuję mu się wyrwać ale jest silniejszy. Odwracam się i natrafiam na spojrzenie Snake'a. Podnosi się i idzie do nas, po minie wnioskuję, że jest nie za bardzo zadowolony. Przyspieszamy kroku, wtem na czarnej ścianie pojawia się smuga światła i zimne powietrze wpada do środka. Wychodzimy, drzwi się zamykają, muzyka zostaje przytłumiona, mrugam parę razy by się przystosować do światła. Wygląda na to, że wyprowadził mnie tylnymi drzwiami, ale po co? Szarpie mnie ponownie a potem popycha na drzwi samochodu.
- Wsiadaj. - Nakazuje i idzie z drugiej strony.
- A mogę wiedzieć czemu to zrobiłeś? - Kładę dłonie na biodrach, oczekuję wyjaśnienia ale go nie dostaję.
- Wsiadaj i to już! - Krzyczy po czym zatrzaskuje drzwi, jest już w środku pojazdu i uruchamia go. Posłusznie wsiadam i zapinam pasy, nawet nie myślę o tym, że może on chce mnie wywieźć gdzieś w las. Odjeżdża z miejsca z piskiem opon. W lusterku widzę jeszcze jak Snake wychodzi na zewnątrz i zaraz znika. Skręcamy w inną ulicę.

                                                                 ~ † ~
*- Tłumacząc z włoskiego na polski słowo oznacza noc. 


Od Autorki: Mamy siódmy rozdział! Jak wasze wrażenia, opinie, emocje? Louis jest jak obiecałam, chociaż komentarzy nie przybyło. Szkoda, ale no nic. 
Nie zapominajcie o hashtagu #WTNICLL gdzie możecie również dodać swoją opinię, sprawdzić czy nie ma czasem jakiś wiadomości ode mnie a także zadawać pytania typu "Czy ona spotyka Lou??!!" czy "Ona wpada na Lou czy na kogoś innego cały czas?" ;)
Odpowiedź brzmi, nie x
Chciałam jeszcze powiedzieć, że myślałam nad zrobieniem konkursu... wygraną była by możliwość prowadzenia konta Louisa oraz Destiny na Twitterze. Ale chyba potrzebujemy więcej osób. Co o tym myślicie, ktoś chętny?

sobota, 22 listopada 2014

† Chapter 6 †

                                                       † Lethal Love †

  Następną lekcją jaką mamy jest język angielski, na który jak się okazuje zapomniałam mojego wypracowania, które wczoraj kończyłam. Kiedy to mówię a nauczycielka z przykrością wstawia mi jedynkę cała klasa kieruje na mnie swoje oczy przez co czuję się skrępowana. Gdy lekcja się kończy idę do niej i w skrócie mówię jakie mam kłopoty, na całe szczęście mnie rozumie i pozwala przynieść pracę w ciągu tygodnia, dziękuję jej i wychodzę.
  Podczas ostatniej lekcji, wf-u, gramy w siatkówkę a kiedy serwuję piłka niechcący trafia w Lizzie, pieska Jasmin oraz nową dziewczynę Allana. Upada na ziemię, gra zostaje przerwana i każdy zbiega się dookoła niej. Chcę ją przeprosić ale nie daje mi dojść do słowa. Od razu obarcza mnie, że to było specjalnie bo jestem wściekła za zabranie chłopaka i żąda abym dostała karę, przecież to niedorzeczne! W szatni zmienia płytę na żalenie się jak to ją bardzo boli, aż nie żałuję, że piłka w nią trafiła a nawet zrobiłabym to jeszcze raz z wielką przyjemnością by się zamknęła. Lecz jedynie trzaskam drzwiczkami szafki i wychodzę pospiesznie.
  Trzydzieści minut później jestem już na swoim osiedlu i zmierzam po prostej do swojego domu. Mijam dzieci bawiące się na jednym z trawników przed domem i biegających dookoła. Grupka z nich przebiega mi między nogami śmiejąc się. Zatrzymuję się by nie potrącić żadnego z nich. Patrzę chwilę jeszcze za nimi jak się oddalają gdy ktoś zahacza o moje ramię swoim.
- Sorry, nie chcący. - Mówi męski głos. Odwracam się w stronę tej osoby i widzę tego chłopaka co wczoraj kiedy o mało razem nie upadliśmy na chodnik. Na mój widok uśmiecha się promiennie.
- Hej. - Mówię nieśmiało.
- Cześć, coś chyba za często na siebie wpadamy.
- To dopiero drugi raz.
- W przeciągu dwudziestu czterech godzin, chyba los chcę coś nam powiedzieć. - Mruga do mnie okiem.
- Nie, nie sądzę. - Kręcę przecząco głową z lekkim uśmiechem
- Ja myślę, że tak. Co powiesz na kino?
- Nie, naprawdę nie. - Zaprzeczam ponownie.
- Dlaczego? Masz chłopaka, tak?
- Właściwie to miałam..
- To co stoi na przeszkodzie?
- To, że wczoraj ze mną zerwał. - Mówię i spuszczam wzrok.
- Och, przepraszam. Dlatego wczoraj płakałaś?
- Tak... dlatego.
- Nie wiedziałem, nie pytał bym.. - Przerywam mu.
- Jest w porządku. - Ponownie patrzę mu w oczy. - Po prostu... potrzebuję czasu i tyle. - Nie wiem jak się pożegnać więc rzucam jedynie zwykłe pa i odwracam się od niego odchodząc jak najszybciej. Skręcając w swoją ulicę zatrzymuję się jeszcze na chwilę patrząc za nim jak się oddala i idę dalej.
   Gdy docieram przed dom, widok który zastaje mnie dziwi. Na podjeździe stoi nasz samochód, co oznacza, że mama jest w domu a przecież powinna być w pracy. Mój instynkt znowu włącza czerwona lampkę. Nie no co tym razem, czy ten dzień nie jest już wystarczająco zły? Podchodzę do drzwi wyjmując klucze z kieszeni, otwieram je najciszej jak się da i wślizguję się do środka. Widzę ubrania mamy i zupełnie inne mi nie znane, czyli mamy gościa. Kieruję wzrok na salon, widzę jak siedzi na kanapie a obok niej jakiś mężczyzna. Podchodzę, równie cicho, do ściany obok drzwi do pokoju i słucham.
- Może jeszcze nalewki? - Pyta go.
- Nie, nie mogę.
- Ostatni kieliszek.
- Dobrze, niech będzie, ale to naprawdę ostatni i wychodzę. Co jak twoja córka wróci?
- Nie przejmuj się, pewnie jeszcze jest w szkole.
- No tak, ale jak mówiłaś bardzo przeżywała śmierć ojca.
- No i co z tego? Zresztą chyba jej już przeszło.
- Przeszło czy nie, nie wiesz. Jak nas zobaczy, nie wiadomo co pomyśli a chyba nie chcesz żeby się dowiedziała o nas?
- Prędzej czy później będzie musiała... - Dalej nie słucham, tylko próbuję jakoś to wszytko sobie poukładać w jedną sensową całość a rozwiązanie przychodzi nagle. To pewnie jej szef, miała, czy ma dopiero z nim romans! To dlatego tak szybko znalazła dobra pracę, a wczoraj nie było żadnej biznesowej kolacji tylko prywatna i pewnie już mu do łóżka wskoczyła. Boże, ciekawe ile to trwa i jak ona tak może! A tata? Mój oddech staje się przyśpieszony i znowu zbiera mi się na płacz. Zaciskam powieki i przełykam ślinę po czym wkraczam do salonu.
- Jak możesz! - Zaczynam do niej krzyczeć. - Ty.. - Chcę powiedzieć, że jest szmatą ale nie potrafię. - Nie wierzę, że go zdradzasz! I on ma być niby moim przyszłym ojczymem?! Zapomnij, nienawidzę go już teraz a ciebie jeszcze bardziej. On i praca, zresztą wszytko inne jest ważniejsze ode mnie! - Wpatrują się we mnie ze zdziwieniem milcząc, przecieram oczy trzęsącymi się już rękoma aby nie popłynęły łzy. - No co?! Taka jest prawda, potrzebowałam Cię wczoraj a ty pewnie poszłaś do niego się pieprzyć!
- Destiny! Nie masz prawa tak mówić ani wtrącać się w moje prywatne sprawy! - W końcu odpowiada.
- A co? Niby tak nie jest?
- Jest, ale in.. - Nie pozwalam jej dokończyć.
- Jesteś żałosna!
- Młoda damo nie powinnaś się tak zwracać do matki. - Wtrąca się mężczyzna.
- Ty nie powinieneś wtrącać się do naszego życia! - Odpowiadam mu.
- Przesadzasz. - Grozi mi palcem matka, posyłam jej jedynie pełne nienawiści spojrzenie i biegnę na górę by zamknąć się w łazience, gdzie jedynie jest zamek. Z hukiem zatrzaskuję drzwi. Upadam na podłogę, zwijam się w kłębek i znowu płaczę. Cała się trzęsę, ręce zaciskają mi się na ramionach albo na włosach. To co się przed chwilą stało zniszczyło mnie doszczętnie. Moją psychikę, pewność siebie, wszytko pękło. Już nie daje rady, chcę jedynie zapomnieć i wtem pojawia się myśl i zostaje tylko ona. Zwalcz ból bólem. Pierw przychodzi mi pomysł by pójść do tego klubu i zapić się na amen ale jak na teraz jest to dosyć nie osiągalne. Szukam dalej aż znajduję. Powoli wstaję, idę do umywalki i otwieram wiszącą nad nią szafkę, której drzwiczkami jest lustro. Na ostatniej półce leży czarne pudełko, nie myliłam się, są. Żyletki...

                                                                 ~ † ~

Od Autorki: No witam witam! Jak widać tym razem rozdział po dwóch tygodniach, postaram się by właśnie tak teraz zawsze było ale niczego nie obiecuję. 
Muszę niestety znowu wspomnieć, że liczę na wasze komentarze, których powinnam mieć 50... tak więc, jeżeli nie będzie ich przybywać nie wiem czy nie wprowadzić limitu. Czego nie chcę! Tak więc macie misje. Jeżeli teraz już się wam uda to powiem tyle, że zrobię rozdział, w którym pojawi się Louis!! I będzie on jeszcze dłuższy. Ale wracając do obecnego. Kto płacze, jest wzruszony albo wściekły? Udał mi się? 
Dodając jeszcze, dziękuję mojej przyjaciółce, (która prosiła o uwzględnienie ♥) za małą pomoc w niektórych sprawach. Kocham Cię! Haha
No nic, nie przedłużając, do następnego! Papa ♥

poniedziałek, 10 listopada 2014

† Chapter 5 †

                                                        † Lethal Love 

  Gdy się obudziłam, przez króciutką chwilę nic nie pamiętałam. Czułam jedynie, że leżę w swoim łóżku, w ubraniach i ledwo co okryta kołdrą przez co cała zmarznięta i obolała. Lecz wspomnienia powróciły, zaczynając od łączących się faktów takich jak, która godzina, jaki dziś dzień i jak się nazywam. A gdy wszystko układa się w całość żałuję, że się obudziłam.
  Wczoraj był, drugi w kolejności, najgorszy dzień w moim życiu. Ten cham, Allan, użył pretekstu, że śmierć ojca ( Pierwszy koszmarny dzień mojego życia ) bardzo na mnie wpłynęła i się zmieniłam po czym po prostu ze mną zerwał. Choć mu nie wierzę, zapewne tylko na to czekał. Tak czy siak, posługując się stratą taty, przez co pokazując również jaki jest pusty i bez uczuciowy na czyjś smutek zadał większy ból, na nowo otworzył zaczynającą się goić ranę w sercu a moja matka po nim poprawiła. Olała mnie zupełnie udając się na spotkanie biznesowe akurat wtedy kiedy ja potrzebowałam jej ciepła. Oczywiście wszytko zakończyło się tysięcznym wylaniem łez i krzykami w poduszkę. Najlepsze, że zasnęłam cała się trząść i myśląc, dam radę, wstanę i pójdę tam z uniesioną głową a on nic już dla mnie nie znaczy. Jak bardzo się myliłam. Przecież nie uda mi się. Każdy zapewne już wie, będą gadać, odwrócą się ode mnie i to ja wyjdę na tą głupią. Lecz czy właśnie tak nie jest? Wierzyłam mu, że mnie nie opuści, snułam z nim plany na przyszłość.. ufałam mu... był dla mnie ważny. Tymczasem ta "prawdziwa, wieczna miłość" okazała się być przelotna i nic nie warta. Teraz muszę o tym wszystkim zapomnieć, tak jak on zamierza zrobić. Ale nie potrafię.. ja go nadal kocham. Zresztą sama nie wiem już co do niego czuję. Niby kocham.. ale zarazem nienawidzę za to co zrobił, jaki okazał się być i w ogóle.
    Ostatecznie postanawiam stawić temu czoła bo to chyba jedyny sposób by odhaczyć parę myśli. Zaciskam pięści i z wielkim trudem zwlekam się z łóżka, naprawdę jestem strasznie odrętwiała. Kiedy udaje mi się stanąć pewnie na nogach idę do krzesła przy biurku by wziąć ubrania ale moja ręka jedynie przelatuje nad oparciem. Wzdycham przeczesując palcami przetłuszczone już trochę włosy. No tak, zapomniałam, przecież spałam w ubraniach bo gdy przestałam płakać nawet nie potrafiłam znaleźć w sobie siły by się przebrać czy jakkolwiek poruszyć. Wybieram więc nowe z szafy i idę do łazienki od której dzieli mnie zaledwie metr. Zmierzając do niej mijam sypialnię rodziców a raczej już tylko mamy. Przez otwarte drzwi widzę pokój w idealnym stanie, ciekawe czy w ogóle tu była. Pewnie nie, bo przecież spotkanie jest ważniejsze od moich uczuć. Odwracam wzrok na ścianę ze zdjęciami, na które w sumie też nie potrafię patrzeć dłużej niż sekundę bo już zaraz zalewają mnie wspomnienia. Truchtem wbiegam do łazienki, ubrania odkładam pospiesznie na blat obok zlewu, na którego skraju zaciskają się moje dłonie, jedna łza spada i spływa po umywalce. Nie i nie, nie mogę znowu płakać, nie mogę być taka słaba jak jestem, nie, nie i nie. Natychmiast szybko mrugam i przecieram oczy. Wykonuję ostatni ruch i patrzę na swoje marne odbicie w lustrze. Moje włosy wyglądają jakby przyciągała je jakaś elektryczna siła. Oczy są podkrążone i czerwone a na policzku mam odciśniętą pościel. Pomyśleć, że jeszcze miesiąc temu wstawałam szczęśliwa i zadowolona ze swojego życia. A teraz tak bardzo się to zmieniło. Ciekawe co jeszcze przygotowała dla mnie przyszłość, aż boję się pomyśleć.
   Powoli, nie spiesząc się zdejmuję ubrania i wchodzę pod prysznic. Odkręcam ciepłą wodę i pozwalam jej spływać przyjemnie po moim ciele w dół a następnie zniknąć w odpływie. Odprężam się, zapominam na te parę minut o wszystkim dookoła. Ale tak jak wszytko inne moja krótka chwila się kończy. Wycieram się i ubieram. Następnie sięgam po szczotkę, włosy związuję w kitka i wychodzę, nawet się nie maluję, zerwałam z tym po śmierci taty kiedy to codziennie zalewałam się morzem łez. Po chwili znowu jestem w swoim pokoju, zielone cyfry na zegarku ukazują w pół do ósmej rano. Mam czas, bardzo dużo czasu za nim wyjdę do szkoły. Również się nie spiesząc ścielę łóżko, pakuje się po czym schodzę na dół do kuchni. Tam robię sobie śniadanie, którymi są zwykle płatki z mlekiem. Biorę wszytko i kładę na stole. Odsuwam krzesło i na nim siadam. Nasypuje płatków i zalewam zimnym mlekiem. Biorę łyżkę i nabieram płatków, które lądują w mojej budzi i chrupią przerywając ciszę, która panuje dookoła i jeszcze bardziej powoduje, że nie mam na nic siły. Po skończonym posiłku zmywam i idę umyć zęby. Kiedy jestem w pełni wyszykowana idealnie stoję z czasem. Na nic nie czekając biorą plecak i schodzę znowu na dół. Zakładam buty i moją kobaltową skórę i wychodzę na autobus lecz zaraz się wracam, pogrążona w tym milionie myśli zapominam zamknąć dom. Wracam zawstydzona z powodu własnej głupoty, zamykam dom i przyśpieszonym krokiem idę na przystanek, obym się tylko nie spóźniła. I jak na złość, dochodzę właśnie na miejsce a autobus rusza z miejsca. Zrywam się z miejsca i biegnę ale nie zdążam. Znowu mam stan podłamania, jednakże ponownie zaciskam pięści i zmuszona idę do szkoły na pieszo co chwilę zerkając na wyświetlacz mojej Xperii kontrolując czas. Niestety, zabrakło mi pięciu minut, wchodzę do klasy spóźniona. Cicho szepczę słowa przepraszające i wbijam wzrok w podłogę kierując się na swoje miejsce obok Vivianne, co mnie zaskakuje gdy na nie dochodzę, nie ma jej tam. Gdy już usiadłam i wyjęłam książki rozglądam się po klasie w poszukiwaniu jej. Znajduję ją siedzącą z Jasmine. Normalnie w to nie wierzę, przecież ona nigdy by z nią nie usiadła! Jasmin to.. największa szuja w szkole. Wszyscy wokół niej latają jak pieski, oczywiście oprócz mnie i.. tylko mnie już. Chociaż mam nadzieję, że to jedyny taki wyjątek i zaraz po lekcji Vivi mi wszytko wytłumaczy.
   Z wdzięcznością witam dzwonek trzydzieści minut później. Pakuje się szybko i podbiegam do Vivi łapiąc ją za nadgarstek. Ona udaje jakby po raz pierwszy mnie widziała. Coś mi tu śmierdzi ale nie mówię jej tego. Słucham jej i staram się odpowiadać pełnymi zdaniami, nie tylko, mhm i tak. Ale za bardzo, idąc z nią pod kolejną salę, jestem pogrążona w myślach o Allanie i w szukaniu go, a ona to zauważa.
- Znowu to robisz, ignorujesz mnie.
- Nie ignoruję, po prostu kogoś szukam.. - Tłumaczę jej, stajemy.
- Niech zgadnę, Allana? - Wzdycha ciężko krzyżując ręce na piersi.
- Tak, zgadłaś.
- Nadal nic do ciebie nie dotarło, po tym wszystkim?
- Niby co miało?
- To, że życie leci dalej i nie jest od tego aby popadać w depresje.
- Nie popadam w depresje! I to raczej do ciebie nic nadal nie dociera. - Zaprzeczam przygryzając policzek.
- Ja rozumiem wszytko. To robi się męczące, naprawdę. A co do Allana... ma inną. - Mówi i odchodzi zostawiając mnie samą. Chcę płakać, nawet łzy już mi się zbierają i rozmazują obraz, lecz zaciskam powieki, przełykam ślinę i idę do łazienki. Jak na nieszczęście on tam stoi, parę kroków dalej, opiera się parapet a w objęciach trzyma jedną z piesków Jasmine. Na ich widok aż się we mnie gotuje, mam ochotę podejść tam i uderzyć go z całej siły. W porę przypominam sobie, że to nie będzie w porządku. Wyżywam się natomiast na drzwiach łazienki trzaskając nimi. Zamykam się w toalecie i próbuję powstrzymać płacz, aż w gardle mnie ściska. Pomaga mi powtarzanie, że muszę być silna, dla taty. Gdy mi się udaję biorę się za wyjaśnienie paru myśli. Pierwszej, Allan to cham i prostak, którego nie kocham, nawet nie wiem jak mogłam to zrobić. Drugiej, Jasmine stała się jeszcze większą szują i nawet podejrzewam, że to ona odwraca wszystkich przeciwko mnie. Tylko nie wiem dlaczego. Gdy dzwoni dzwonek wychodzę z łazienki i idę pod salę, przypomina mi się jeden z cytatów, "Co Cię nie zabije to Cię wzmocni". Uśmiecham się kpiąco, jasne. Jak na razie to ten dzień zabija a południa jeszcze nie ma. Może jeszcze jakiś cios na dziś? Zapytuję samą siebie.
  I jak na złość, życie musi się na to zgodzić...

                                                                              ~ † ~

Od Autorki: Przepraszam. Strasznie przepraszam, że tak rzadko wstawiam rozdziały ale zaczęła się szkoła i mam dużo na głowie, nauka, treningi, pokazy i nie nadążam ale już powoli się przyzwyczajam i myślę, że będzie dobrze. Przynajmniej wam obiecuję, że się postaram! Za opóźnianie starałam się to wynagrodzić w rozdziale i napisałam dłuższy, mam nadzieję, że się podoba. Liczę też na wasze komentarze i tu pojawia się sprawa. Chciałabym by z każdym rozdziałem było ich przynajmniej o jeden więcej. Jesteście w stanie to zrobić? Do 30/35? 
Mam nadzieję, że rozumiecie. Kocham was i do następnego ♥

sobota, 30 sierpnia 2014

† Chapter 4 †

                                                      † Lethal Love † 

   Nie mam ochoty iść do domu na piechotę tak jak zawsze to robię od śmierci ojca więc idę na przystanek autobusowy gdzie czeka już parę osób. Gdy się pojawiam niektórzy wydają się być oburzeni, jakby ze szkoły nie można było się zerwać. Wzdycham i sprawdzam na rozkładzie ile będzie mi dane czekać na mój transport, na szczęście niecałe pięć minut. Kiedy się pojawia wsiadam i zaraz szukam wolnego miejsca, które udaje mi się znaleźć a nawet jedną parę. Zajmuję te koło okna, zdejmuję plecak i kładę między nogi. Opieram łokieć o szybę a następnie policzek o zaciśniętą pięść, ruszamy. Podróż mija mi spokojnie do czasu gdy, gdzieś tak w połowie drogi, do pojazdu wsiada punk. Na jego widok serce mi zamiera, zresztą chyba nie tylko mi, jest przerażający. Cały ubrany na czarno, z tatuażami i chyba kolczykiem w wardze. Naprawdę nie wiem jak można tak niszczyć swoje ciało i jego wnętrze przez alkohol. A to wszystko przez jakąś dręczącą cię depresję czy coś innego z czym nie potrafisz sobie poradzić.
   Ale zaraz.. przecież za parę godzin sama miałam znaleźć się w klubie dla punkowców, w najgorszej dzielnicy Carlisle i także z depresji pogrążać swoje smutki w tym świństwie, a raczej utopić wspomnienia o Allanie. Tym chamie, który tylko czekał na pretekst by zakończyć to co nas łączyło. A gdyż nie da się tak łatwo wymazać z pamięci kogoś kogo się kocha i jeszcze miesiąc temu to uczucie było odwzajemniane, mój mózg wybrał właśnie taką opcję pocieszenia. Dobrze, że w porę się otrząsnęłam, gdybym tam poszła mogłabym się stać taka jak on, popaść w nałóg a co najgorsze skończyć po drugiej stronie obok taty. Lecz czy nie tego chcę, ujrzeć go ponownie, móc go przytulić? Odpowiedź brzmi tak. Gdyż nikt mi tu nie został kto by mnie zrozumiał. Vivianne stracę, przynajmniej tak mi podpowiada instynkt, którego postanawiam od dziś słuchać a moja mama, która powinna mnie jeszcze bardziej wspierać, niż przyjaciele, jest pochłonięta pracą. W ogóle nie zwraca na mnie uwagi, może jednak to nie taki głupi pomysł by tam się udać?
   Nie! Nie i jeszcze raz nie! Nigdzie nie idę, ulotka gdy tylko wrócę wyląduje w koszu na śmieci podarta na milion kawałków. Kiedy wrócę, no właśnie! Przecież jadę autobusem i wciąż jestem zapatrzona w krajobraz za oknem rozmyślając o moich nie szczęściach. Szybko zakładam plecak i gdy stajemy, upewniam się, że to już mój przystanek i wybiegam z pojazdu wpadając na kogoś. Osoba obejmuje mnie ramionami i próbuje utrzymać nas w pionie, boże jaka ze mnie niezdara. Gdy stoimy pewnie uwalnia mnie ze swojego silnego uścisku.
- Ja przepraszam, nie chciałam. - Mówię szybko wymijając go, chcę być jak najszybciej w domu.
- Nie przepraszaj Des, nie masz za co. - Momentalnie zamieram, wydaje mi się, że słyszę Allana.
- Przepraszam, co? - Odwracam się i spoglądam na postać, która jest chłopakiem i tylko do niego podobnym. Po prostu mi się przesłyszało i tyle, mimo to czuję ukłucie w sercu.
- Nic się nie stało, ale chyba tobie tak. - Wskazuje na moją twarz. - Płaczesz. - Nie wierzę mu więc dotykam policzków, które rzeczywiście są wilgotne, płakałam.
- Nic mi nie jest, pa. - Żegnam się, chyba zbyt ozięble, w końcu dzięki niemu nie zaliczyliśmy gleby, ale nie ważne, mój cel to dom. Lecz gdy tylko się odwracam i przechodzę kilka metrów łzy same się zbierają a ja ich nie chcę i powstrzymuję po przez szybkie mruganie i zaciskane pięści. Gdy docieram do domu ręce mi się już trzęsą i trudno mi wcelować kluczami w zamek. Po paru minutach mi się udaję wejść. Zdejmuję plecak i zaciskam jedną z rączek w ręce po czym przylegam do drzwi i zjeżdżam po nich na dół. Płaczę, tym razem świadomie.
  Zegar wyświetla ósmą wieczorem, zaczyna się już ściemniać. Nie poszłam do klubu a ulotkę wyrzuciłam zaraz o tym jak przestałam płakać. Spędzam ten wieczór tak jak każdy inny od miesiąca. Czyli leżę pod kocem na kanapie, obok na stoliku jest kubek z końcówką herbaty oraz dodatkowo piramida zużytych chusteczek. Kończę pisać wypracowanie na język angielski jednym uchem słuchając wyświetlanej przez telewizję telenoweli i oczekując powrotu mamy. Po dwudziestu minutach słyszę parowanie, trzaskanie drzwiami i szczęk w zamku. Nareszcie wróciła a ja dostanę tak długo wyczekiwane pocieszenie, na samą myśl chce mi się płakać. Odkładam zeszyt oraz długopis, wstaję i podchodzę do drzwi pokoju, które są na przeciw tych frontowych, właśnie się otwierających. Pojawia się mama, w rękach ma pełno reklamówek ze supermarketów.
- Destiny możesz mi pomóc? - Pyta a ja bez słowa podchodzę i odbieram od niej połowę zakupów. Zanoszę do kuchni i kładę na blat. Obok zaraz pojawia się druga połowa. Biorę głęboki wdech i teraz ja zadaję mamie pytanie.
- Mamo? Możemy porozmawiać? - Odwracam się i widzę tylko jak wychodzi z pomieszczenia z powrotem do przedpokoju. Podążam za nią.
- Kochanie teraz naprawdę nie mogę. Za godzinę muszę się stawić na spotkaniu biznesowym, śpieszę się. - Zdejmuje szpilki i biegnie na górę. I oto tak po raz kolejny zostaje zignorowana przez własną matkę.
  Opieram się o framugę drzwi od salonu i ze łzami w oczach patrzę jak mama ostrożnie schodzi ze schodów przypinając kolczyka. Bierze do ręki kurtkę i kluczyki. Podchodzi do mnie i całuje na pożegnanie mówiąc, że wróci późno i mam zjeść kolację. Zaciskam mocniej szczękę by nie płakać. Nie wierzę, że praca może być ważniejsza ode mnie. Tata nigdy taki nie był. Zawsze to my byłyśmy najważniejsze i nasze bezpieczeństwo. Ale co, jego już tu nie ma. Przez jeden strzał w serce, przez który teraz ja dostaję tysiąc innych. Biegnę do pokoju i rzucam się na łóżko wybuchając ponownie płaczem. Dlaczego wszystko musiało tak nagle upaś niczym kostki domina? Dlaczego to tak strasznie boli? Dlaczego akurat ja...
    
     

                                                               ~ † ~

Od Autorki:  Wróciłam! Przyznam szczerze, że miałam totalny brak weny, ale w końcu przyszła i powstał rozdział. Przepraszam, że tak długo czekaliście, mam nadzieję, że wynagrodziłam wam to w rozdziale, choć wątpię... Liczę na wasze opinie, które możecie także wyrażać na twitterze z hashtagiem #WTNICLL. Oprócz opinii możecie zadawać pytania, na które postaram się odpowiedzieć. Będę tam też umieszczać informację ode mnie żebyście byli na bieżąco. 
Pojawiła się także zakładka z LA ale zakładki Bohaterowie nie będzie. Ponieważ chcę byście sami stworzyli ich wygląd w swojej wyobraźni.
Tak więc, dziękuję ogromnie za nominacje i do następnego. Postaram się by pojawił się szybciej x



czwartek, 10 lipca 2014

† Chapter 3 †

                                                    † Lethal Love †

                                                ~ West High School ~ 

   Siedzę na łóżku, palce u stóp dotykają dywanu. W ręku trzymam kubek z końcówką herbaty. Mam wrażenie, że coś wisi w powietrzu co psuje mi humor. Jednak staram jakoś specjalnie się tym nie przejmować. Spoglądam w stronę okna a następnie na zegarek, jest za dwadzieścia dziewiąta. Dokańczam płyn a pusty kubek odkładam na biurko. Zarzucam plecak na ramiona i zbiegam po schodach pożegnać się z mamą. Zastaję ją sprzątającą ze stołu. Całuję ją w policzek i wychodzę z domu. Słońce brnie przez bezchmurne niebo, zapowiada się piękna pogoda, oznacza to jedno. Połowa szkoły postanowi się zerwać. Tata czeka już w samochodzie. Wsiadam, zapinam pas i wycofujemy się z podjazdu po czym brniemy asfaltem ku szkole. Kiedy dojeżdżamy tak samo żegnam go jak mamę i wysiadam. Idąc w stronę budynku rozglądam się w poszukiwaniu znajomych mi twarzy. Mam nadzieję, że oni postanowili zostać. Jednak im bliżej jestem wejścia tym bardziej ją tracę. Nagle za moim plecami rozbrzmiewa znajome udawanie syreny policyjnej. Odwracam się i tak jak myślałam widzę Allana, który podąża do mnie slalomem. A gdy jest już na miejscu obdarowuje go pocałunkiem. Odrywam się słysząc typowe chrząknięcie Vivianne. I z jego ramion przenoszę się do jej.
- Już myślałam, że sobie poszliście. - Wyznałam puszczając ją. A odpowiedź, którą uzyskałam były porozumiewawcze spojrzenia, które między sobą wymienili. Nie trzeba było mi nic więcej aby pojąć. Chcą to zrobić ale ze mną. - Nie.. - Odparłam stanowczo. Chwilę potem rozległ się dzwonek. - O proszę, idziemy na chemię! - Oznajmiłam z entuzjazmem chociaż też mnie to nudziło. Odwróciłam się od nich i zaczęłam iść. Wtedy Allan zastawił mi drogę a Vivianne objąwszy mnie w pasie zaczęła odciągać w tył. Protestowałam a oni nadal swoje. W końcu poddałam się i zgodziłam się pójść na moje pierwsze w życiu wagary.
  Dalej było dobrze póki nie ujrzałam pościgu. Przez który nie tylko ja straciłam kogoś ważnego. Tak jak mówiono zabił koleżankę porwanej a tydzień później znaleziono auto, którym uciekał w rzece. A w bagażniku martwą już dziewczynę. Podsumowując ten dzień był początkiem jakiegoś złego snu. Dziś od tego całego zdarzenia mija miesiąc. Muszę przyznać, że jest lepiej. Jakoś to zaakceptowałam i staram się żyć dalej. Jednak trudno jest się pozbierać po czymś tak niespodziewanym i bolesnym.
   Idę korytarzem kierując się do sali chemicznej. Za dziesięć minut rozpocznie się lekcja. Niespodziewanie czuje muśnięcie na ręce i odruchowo ją zabieram.
- O.. sorry nie chciałem Cię wystraszyć. - Rozpoznaję głos Allana.
- Nic się nie stało. - Posyłam mu skromny uśmiech i pozwalam złączyć nasze dłonie. Jednak dziwi mnie to, że mnie szukał. Normalnie chodzi do innej klasy co oznacza inny plan zajęć. - A o coś chodzi, że nachodzisz mnie przed pierwszą lekcją? - Pytam stając sobie twarzą w twarz.
- Tak..um.. - Jego zakłopotanie i to jąkanie uruchamia mój instynkt. Boję się słów, które może wypowiedzieć. - Po prostu.. no.. zmieniłaś się.. stałaś się taka bez życia..
- Ja straciłam ojc..a.a. - Próbuje mu przerwać ale on kładzie mi sówj palec na ustach.
- Ciii... tak wiem ale minął już miesiąc a ty nadal mnie olewasz i nie tylko. Ileż można?
- A jak ty byś się czuł gdybyś stracił ojca?! - Mój głos się podnosi i zaczyna lekko łamać. Wiem olewam ich, nie spędzam z nimi czasu po zajęciach tylko siedzę przed TV albo piszę wypracowanie. Ale to i tak lepiej. Na początku w ogóle ich unikałam i z nikim nie rozmawiałam.
- Nie przyszedłem się tu kłócić, więc nie krzycz.
- A więc po co?
- Chciałem z tobą zerwać.
- Co..? Nie.. Allan..
- Zakochałem się w innej Destiny. - po jego słowach rozbrzmiewa dzwonek.
- Zrywasz ze mną bo się zmieniłam?! Przecież to niedorzeczne!  - Łzy zaczynają napływać do oczu i wszystko za chwile staje za ich ścianą, która czeka my runąć.
- Żegnaj.. - Puszcza moje dłonie i odchodzi. Znika w tłumie uczniów. Chcę za nim pobiec, wołać go ale czuje się bezsilna. Zaczynam obracać się dookoła tak jakbym była pięciolatką, która właśnie zgubiła mamę w tłumie. Niestety już jej nie ma, odeszła a ja zostałam sama. Jedyne co szybko przychodzi mi do głowy to aby ukryć się w łazience. Biegnę w jej stronę co jakiś czas dostając z łokcia od przechodzącego. Gdy już tam jestem ukrywam się w jednej z kabin i płaczę.
  Po dwóch godzinach samotności znajduje mnie wreszcie Vivianne.
- No tu jesteś. Ładnie to tak opuszcz-czać.. Boże Des co się stało? - Kuca obok mnie i obejmuje ramieniem. Uświadamiam sobie, że on nawet nie starła się mnie pocieszać. A potem nawet nie raczył ze mną rozmawiać jak inni. Czyli wychodzi na to, że miał tylko pretekst aby ze mną zerwać. Ciekawe jak długo na to czekał. Na szczęście mam Vivianne, której właśnie moczę rękaw. Po paru minutach jest mi lepiej a wtedy opowiadam jej z gulą w gardle co się stało. Gdy kończę podaje mi chusteczkę a ja ją przyjmuję. Ocieram policzki i wydmuchuję nos. Czekam na zdanie Vivi ale ona milczy. Pytam więc czemu.
- Ponieważ także uważam, że się zmieniłaś. - Po jej słowach nie wiem już co myśleć. To jakby wszyscy obwiniali mnie za jego śmierć i za moją zmianę. Czasu już nie cofnę jedynie pozostaje czekać.
- Po prostu potrzebuję czasu...
- Ile? Po za tym teraz pewnie znowu się załamiesz.
- Nie wiem... było lepiej.. on wszystko zepsuł.
- Wiem Des, ale to nie koniec świata jesteś zbyt wrażliwa. - ta rozmowa zaczyna mnie powoli denerwować.
- Nie gadajmy więcej bo chyba zmierzamy w złym kierunku. - Wstaje i zakładam plecak. Omijam ją, ona tylko wzdycha. Więcej jej nie widzę. Wychodzę z budynku szkoły i siadam na najbliższej napotkanej ławce. Próbuję zebrać myśli ale za dużo tego trochę. Wzdycham podążając wzrokiem za przejeżdżającym samochodem. Dobra to bezsensu, ruszam do domu. Idąc moją uwagę przykuwa ulotka przyczepiona do jednego z drzew. Podchodzę i spoglądam na nią. To reklama pubu.. dla punkowców.. nie wiem czemu ale mam ochotę tam pójść. Zrobić coś szalonego i niezgodnego z prawami grzecznej dziewczynki. Ostatecznie zrywam kawałek papieru upycham do kieszeni spodni i już wiem co będę dziś wieczorem robić.

                                                         ~ † ~

Od Autorki: No to powoli przechodzimy do akcji. Niestety na tą akcję będzicie musieli poczekać. Wyjeżdżam, a tam nie mam dostępu do internetu. Jest mi trochę z tego powodu smutno bo zebrało was się tu trochę.. i nie chcę was stracić <3
Dlatego mam nadzieję, że gdy wrócę nadal tu będziecie. Kocham was słoneczka <3

sobota, 5 lipca 2014

† Chapter 2 †

                                                    † Lethal  Love †
  
                                       ~ Downing Street 27~

 - On.. nie żyje. - Mówi druga osoba, Daniel. A jego słowa są dla mnie nokautem. Strzałem prosto w serce. Teraz to ja czuję jakbym traciła życie. Po klatce rozchodzi się ból a powietrze wdycham zachłannie. W głowie zaczyna mi się kręcić a temperatura jakby się podniosła. Sięgam po szklankę z wodą, którą po złapaniu wprawiam w drganie. Siorbię odrobinę po czym szkło rozbija się na podłodze. Momentalnie moje nogi  nie potrafią utrzymać mojego ciężaru ciała. Jednak czyjeś ręce łapią mnie w porę i pomagają usiąść na krześle. Chwilę potem w moich rękach ląduje chusteczka. Teraz już nie powstrzymam łez. Jedna za drugą spływają po moich policzkach. Aż w końcu rozpłakuje się na dobre. Jednak to był on. To jego postrzelono a mnie zadano ból straty. Mam cierpieć kiedy morderca ma z tego satysfakcję. Czy naprawdę nie dało się nic zrobić? Od początku był stracony na śmierć? A może to po prostu  jakiś spóźniony kawał. Jednak widziałam przecież ten pościg, słyszałam jego słowa. Straciłam ojca a moje życie ulegnie drobnym zmianom. Wiem też, że nie zapomnę bo wszystko będzie mi o nim przypominać. Miał brać udział w tak wielu wydarzeniach. Tak jak dziś, jego urodziny. Zamiast się cieszyć z te
tego, to pożegnał się ze światem. Odszedł zbyt szybko. 
  Mama żegna Ed'a i Daniela. Dziękuję za powiadomienie i liczy, że przyjdą na pogrzeb. Ja nadal siedzę w kuchni, nie płacze ale nie mogę się z tym pogodzić. Wraca a jej ręką masuje mi plecy. Pod wpływem jej dotyku ponownie znoszę się łzami. Przepraszam ją i odchodzę. Nie chce by patrzyła jak się załamuje. Idę do swojej sypialni na górze. Zamykam drzwi i przylegam do nich plecami. Zjeżdżam na dół a głowę chowam w kolanach. Teraz rozumiem co czuły rodziny poprzednich zmarłych policjantów. Ich ból nigdy nie był wyrównany. Morderca uciekł i nie został osadzony. Ugh...dlaczego znów się to powtórzyło i tym razem trafiło na mnie. Nie tak miało być. Nie tak! Wale pięściami o podłogę, ogarnia mną złość. A potem krzyczę, wyrzucam z siebie to co mnie trapi. Zwalam wszystko z biurka i łóżka. Nie patrzę co to jest i czy mam do tego jakąś sentymentalność. Bo czy przestępca patrzył kogo zabija? Nie! W końcu padam na pusty materac i skulam się. Nieprawdopodobne ile człowiek potrafi płakać. 
  Za oknem zaczyna się ściemniać. Myślę o tym, że gdzieś tam wysoko nade mną jest mój ojciec. Trafił do nieba i patrzy na swoją córkę. Całą zapłakaną z rozmazanym tuszem do rzęs, która za nim tęskni. To jedyna pozytywna myśl, że po drugiej stronie jest mu dobrze a na jego twarzy gości uśmiech. W końcu zmęczenie i ból głowy biorą górę, powieki same mi się zamykają.


                                                ~ Cmentarz Deaf Death ~

  Starałam się zapomnieć ale nie potrafię. Zmieniło się tak wiele. Po pierwsze, rano nikt nie siedzi z kubkiem kawy i czyta gazetę. A mama nie smaży mu bekonu i jajek. Dwa, przed domem nie stoi radiowóz, który miał mnie podwozić do szkoły. Zastąpił go szkolny autobus. Trzy, w szkole siedzę sama i nie mam ochoty z nikim rozmawiać. Na lekcjach jestem nie obecna a nawet opuściłam jedną i zamknęłam się w łazience by móc płakać. I cztery, rzecz która jeszcze bardziej mnie dołuje. Każdy próbuje mnie pocieszyć, wyraża swoje współczucie, ale raczej ojca mi tym nie zwrócą. Pięć, gdy wracam nikogo nie zastaje. Mama szuka pracy, w końcu musi nas utrzymać no i załatwić sprawy z pogrzebem. Tak więc siedzę sama, zamykam się w pokoju i oddać się bezczynności. Myślałam, że jakoś to pójdzie i w końcu zapomnę. Ale nastał ten dzień, uroczyście jego ciało zostanie porzegnany przez najbliższych i pochowane. No naprawdę, to gwóźdź do trumny a raczej do mojego serca. Nie chciałam nigdzie iść ale mama zawsze wie co powiedzieć.
- Na pewno by chciał byś przyszła się z nim pożegnać. Kochał Cię. - I tak o to znalazłam się tu. W orszaku pełnym ludzi ubranych na czarno. Podążających za trumną niesioną przez innych komendantów ubranych w odświętne mundury. Swój wzrok utkwiłam w betonowej ścieżce, staram się nie płakać i jak na razie wychodzi mi to nieźle. Lecz gdy trumna zaczyna zjeżdżać w dół wszystko co w sobie trzymałam wybucha. Łzy lecą jak strumień i biegnę do trumny, chcę się tam rzucić i zostać pochowana razem z nim. Czyjeś ręce udaremniają mój plan, zaciskają się wokół mojej tali i mocno trzymają. Ja się szarpię i krzyczę. Daje spokój i padam na trawę. Pewnie wygląda to jakbym była nienormalna i myślą, że urwałam się z psychiatryka. I dobrze niech myślą, mam do tego prawo.
  Siedzę na ławce i patrzę jak zakopują mojego tatę. Raz za razem łopata posyła piach w dół. Co jakiś czas przychodzą bliscy a także w ogóle mi nie znani ludzie. Składają kondolencje a ja tylko przytakuje, mam ich dość niech już sobie pójdą i dadzą mi się w spokoju wypłakać.
- Destiny? Chodź, wracamy. - Mama bierze mnie za rękę a ja niechętnie za nią podążam. Wsiadam do auta a czoło przywieram do szyby. W połowie drogi zaczyna padać. Palcem podążam za spływającą kroplą, a potem odnajduje inne. Dwie i jestem ciekawa, która spłynie szybciej. Ta na którą liczyłam przegrała, nie wiem czemu ale po tym ponownie płaczę.
  Dojeżdżamy do domu, wysiadam z auta i biegnę pod drzwi. Czekam aż mama otworzy i kieruję się natychmiast nad górę. Zdejmuję czarną sukienkę, odszukuję moje białe MP3 i wchodzę pod kołdrę. Wkładam słuchawki, prawdziwy rock zespołu Queen rozbrzmiewa w nich na full.
                                  Empty spaces - what we living for? 
                                  Abandoned places - I guess we know the score? 
                                  On and on... 
                                 Does anybody know what we are looking for?
 Nuce pod nosem, po pierwszych wersetach zwrotki poznaję tę piosenkę. To " The Show Must Go One. ".*   Przedstawienie musi trwać.. no właśnie.. moje się trochę sypie.


                                                                  ~ † ~
* - Piosenka Brytyjskiego zespołu Queen.

Od Autorki: Uff.. końcówkę było mi najciężej napisać. Co do rozdziału, jest smutny.. przynajmniej starałam się aby taki był. W końcu ktoś stracił bliską osobę. 
Chcę także podziękować ogromnie za tyle pozytywnych opini, które wywoływały u mnie uśmiech. Myślę, że was nie zawiodłam i w następnym także tego nie zrobię. Papa xx

wtorek, 1 lipca 2014

† Chapter 1 †

                                                        † Lethal  Love †

                                            ~ Wielka Brytania, Carlisle ~
                                
     Ledwo usiądę w fotelu i nie zdążę się zaciągnąć świeżą kawą, wyją syreny. Pospiesznie odkładam papierowy kubek na biurko obok sterty papierów. Nakładam czapkę a pistolet wkładam za pas. Wsiadam do radiowozu, tam dowiaduje się od kolegi jakie mamy zadanie. Musimy ruszyć w pościg za chłopakiem w czarnym jeep'ie. Pojazd jest kradziony a w nim znajduje się porwana dziewczyna, wcześniej zabił jej koleżankę. Jest to już kolejny raz kiedy łamie prawo a najbardziej irytuje to, że zawsze uchodzi mu to płazem.
  Po paru minutach jego auto pojawia nam się na horyzoncie. Przyśpieszamy nie chcąc pozwolić umknąć mu tym razem. Chłopak nagle zatrzymuje pojazd, my także. Działamy szybko, wysiadając z pistoletami gotowi pociągnąć za spust. Moim dodatkowym zadaniem jest przekonać go po dobroci.
- Wysiadaj i wypuść dziewczynę! Oddaj się w nasze ręce, bądź gotów ponieś wszelkie konsekwencje! - Mój głos rozbrzmiewa po całej okolicy. Chociaż według mnie to marnowanie czasu. Powinniśmy od razu ruszyć do akcji, gdyż zapewne filmują nas z góry. - Wysiadaj z auta i wypuść dziewczynę! Ponieść wszelkie konsekwencje oddając się w nasze ręce..! - Powtarzam a przy końcu głos mi lekko drga. Z okna wysuwa się ręka z lufą skierowaną ku mnie. Przez głowę przetacza mi się tysiące myśli ale tylko jedna pozostaje na dłużej. Że już nigdy mogę nie zobaczyć Destiny i Patrici. Wszyscy zamierają w bezruchu i czekają. Słychać huk, kula została wprawiona w ruch...

                                                           ~

  Wiosenne promyki słońca muskają moją twarz. Leżę na trawie w miejskim parku i napawam się piękną pogodą. Tak właśnie spędzam moje pierwsze wagary w życiu. Grzeczna dziewczyna wbrew swojej woli została zmuszona by opuścić budynek szkoły przez przyjaciół, którzy zaciągali ją jak najdalej. No i nie miałam innego wyboru, w końcu się zgodziłam. Kiedyś musiał nadejść ten pierwszy raz. Ale nie okłamujmy się, jest przyjemnie. Ludzie chodzą przed nami co jakiś czas z psami czy biegają. Albo jeżdżą na rowerach a my po prostu leżymy. Wcześniej zjedliśmy czekoladowe lody, które postawił Allan. Chciałabym cieszyć się tym dniem jednak coś mnie dręczy od samego ranka. Staram się o tym zapomnieć wtulając się w ramię Allana.
  Dzwony pobliskiego kościoła oznajmiają, że dochodzi dwunasta. Postanawiamy powoli wracać a przy okazji zahaczyć o galerię. Vivianne prosiła by tam iść gdyż upatrzyła sobie sukienkę i nie chce by ktoś zabrał ją jej sprzed nosa. Kiedy wchodzimy do budynku czuje, że już włączyli klimatyzacje. Co wydaje mi się trochę pośpieszne gdyż jest dopiero kwiecień. Ale zawsze się z czymś śpieszą, jak nie z ozdobami świątecznymi to zmienianiem tego miejsca w iglo. Zakładam na ramiona skórę, teraz możemy iść na małe zakupy. Vivi wpada tam jak wichura i od razu szuka swojego rozmiaru. Postanawiam skorzystać z okazji i także przyglądam się wystawie. Interesuje mnie parę ciuchów, biorę je i kieruje się do przymierzalni. Allan jak to chłopak nie zamierza tu siedzieć i wychodzi. Po przymiarkach wybieram miętową bluzkę na ramiączkach i szarą bluzę a Vivianne swoją sukienkę i czarne rurki. Na zewnątrz dostaje małą niespodziankę. All mówiąc, że idzie na zewnątrz zamierzał iść kupić mi szklanego słonika z podniesioną trąbą. Jest naprawdę śliczny i ma mi przynieść szczęście. Całuje go lekko, a prezent przypinam do naszyjnika z jaskółką dostaną od Vivi. Z powrotem kierujemy się ku wyjściu. Lecz kiedy mijamy sklep z AGD, na którego wystawie stoją telewizory, których obraz zmienia się ze zwykłych reklam na wiadomości, zatrzymuje się. Obraz ze studia zostaje przeniesiony na nadawany na żywo pościg. Za czarnym samochodem podążają aż cztery radiowozy, w którymś jest mój ojciec. Z przejęcia ściskam trzymaną dłoń, odpowiada. Już wiem dlaczego coś mnie dręczyło.
  Wpatruje się w ekran z uwagą. Nie chce niczego pominąć. Samochody nagle się zatrzymują. Twarz ojca miga gdy wysiada z jednego. I zostaje na dłużej gdy zaczyna mówić przez megafon. Jego głos niestety jest zagłuszony przez pracę śmigła helikoptera. Oddalenie.. strzał. Wydaje cichy pisk i przykładam rękę do ust, przez co moja torba wypada i ląduje na podłodze. Powraca obraz studia i spikerka oznajmia, że ktoś został zastrzelony. Odwracam się do niej plecami i powstrzymuje łzy. Otulają mnie rękoma i szepczą słowa pocieszenia. To nie może być on. To jedyna myśl błądząca mi po głowie. Zaraz do niej dochodzi zapytanie czy mama widziała. Chociaż miała przygotować tort na jego urodziny. Właśnie, dziś jest jego święto. Ma świętować swoje czterdzieste urodziny. Dobra nawet aby ta impreza zamieniła się w żałobę po stracie przyjaciela. Cokolwiek ale by był tu nadal. Bo ta myśl nie przechodzi do możliwych zrealizowania. Nie. Nie i nie.
  Wychodzimy z galerii nadal jestem prowadzona przez przyjaciół a ręka zakrywa usta. Do tego dochodzą łzy. Wsiadamy do autobusu, znajdują wolne miejsce na które każą mi usiąść. Allan kuca przede mną i każe spojrzeć w swoje oczy. Robię to ale ściana łez przysłania mi widok. Ściera je i głaszcze po policzku. Vivianne jeździ mi po plecach masując je. Wiedzą jak źle to znoszę a ich wsparcie jest dla mnie ważne. Uśmiecham się na chwile a po chwili znów zanoszę się szlochem. Podczas podróży ustalają kto odprowadzi mnie do domu. Wypada na Vivianne, w końcu to ona mieszka tylko parę domów dalej. Dojeżdżamy na mój przystanek. Jest mi trochę lepiej, w głowie się tylko trochę kręci. Vivi odprowadza mnie pod same drzwi, proponuje, że może wejść ze mną ale odmawiam. Dam radę, zwłaszcza że przed domem nie stoi radiowóz. A dzieci obok bawią się w kosza, jak gdyby nigdy nic. Dziękuję jej za wszystko, odbieram swoje zakupy i odchodzę. Gdy wyciągam rękę ku dzwonkowi zauważam że lekko drży. Co jeśli mama zauważy moje napuchnięte oczy, co ja jej powiem? Chociaż może nic nie będę musiała. Bo sama będzie tak wyglądać. Dzwonię do drzwi, po chwili się otwierają. Mama wygląda normalnie, pewnie była zbyt zajęta zdobieniem ciasta. Ale powiadomić telefonicznie ją powinni. A może nie mają powodu. Tata żyje tylko, że leży w szpitalu podłączony do aparatury. Boże, nie mogę o tym myśleć.
   Wchodzę trzymając wzrok utkwiony w podłodze. Plecak rzucam gdzieś w kąt i idę od razu na górę do łazienki.
- Jesteś może głodna? - Pyta mama swym łagodnym głosem.
- Mhm..- Odpowiadam. Zamykam się w łazience. Podchodzę do umywalki i odkręcam zimną wodę. Biorę wdech i wydech. A wszystko co mnie dręczy głęboko zakopuje wśród wspomnień. Nabieram wody w ręce i obmywam twarz po czym wychodzę. W kuchni na stole czeka na mnie posiłek. Ryż z warzywami i kurczakiem. Nie wiem po co się zgadzałam by mi coś przyrządziła. Nie mam ochoty nic jeść. Wiem, że gdy wezmę je do ust to z nerwów zaraz wyląduje na podłodze. Tak, odkładanie tego daleko wstecz nie pomogło. Niechętnie siadam i biorę widelec do ręki. Grzebie nim w tym jedzeniu i tylko trzy kęsy trafiają do ust. Więcej nie mogę, dziękuję i idę nalać sobie wody. Mama chyba zaczyna coś podejrzewać. Muszę wymyślić jakieś kłamstwo. Albo nad zwyczajniej powiem, że źle się czuje. Powinna łyknąć. Otwierając szafkę i sięgając po szklankę zauważam ustawiony na szklanej paterze tort. Jest pięknie udekorowany, jeżeli tata może otworzyć oczy to na pewno mu się spodoba.
  Wlewając wodę rozlega się pukanie do drzwi. Przez okno widzę zaparkowany radiowóz. Boże proszę oby był to tata. Drzwi się otwierają a ja przez nieuwagę zalewam blat i podłogę. Sięgam po ścierkę i udaje, że sprzątam. W przedpokoju panuje cisza, którą przerywa mama.
- Gdzie Tom? Czy on musiał.. - Nie dokańcza. I już wiem, że nie ma tam taty, a więc proszę niech będzie w szpitalu.
- Nie, nie musiał zostać dłużej w pracy.- Po głosie rozpoznaje Ed'a najlepszego przyjaciela ojca. Jego sugestii nie rozważyłam.
- To gdzie on jest? - Pyta zaniepokojona. W gardle rośnie mi gula, ale do przełknięcia. Znów panuje cisza. To nie wróży nic dobrego.
- On...
  
                                                          ~ † ~

Od Autorki: Na początek chce powiedzieć, że z milion razy zmieniałam ten rozdział. I wahałam się co do wstawienia. Ale dobra niech będzie, czytajcie. Zapraszam do dołaczenia w tej przygodzie i wytrwania do końca. 
Mam też nadzieję, że was nie zawiodłam i nie będę. A na moje rozdziały będziecie czekać z niecierpliwością. Dziękuję za każdy wasz gest, komentarz i obserwowanie, naprawdę dziękuję. Tak jakby coś, informuję o nowym rozdziale także na twitterze. Życzę udanych wakacji i do następnego xx


sobota, 28 czerwca 2014

† Prolog †

                     

    Zawsze wiedziałam, że jestem gotowa umrzeć za osobę, którą kocham. Ale nigdy nie sądziłam, że pokocham osobę, która jest w stanie zabić mnie i moich bliskich. Osobę zupełnie z inną historią swojego życia, którą zapisał na swym ciele. Kogoś,kto nie boi się igrać z prawem i parę razy został zatrzymany. Myliłam się, kierował mną (zresztą każdymi nadal steruje) stereotyp o punkowcach. Że nie mają serca, wykorzystują młodszych, gwałcą a to wszystko dla zabawy. Wszystkie te ich gadki to brednie. Może i są tacy jak z opisu, ale nie on. On jest inny, kochający, opiekuńczy i tak samo jest gotów umrzeć. 
     Obydwoje jesteśmy gotowi walczyć o to, by zaakceptowano naszą miłość a nasze dwa światy pogodziły się. Bo nie możemy znieść myśli, że nas rozdzielą a co gorsza jedno z nas już się nie obudzi. 


                                                                                                                 Destiny †