czwartek, 10 lipca 2014

† Chapter 3 †

                                                    † Lethal Love †

                                                ~ West High School ~ 

   Siedzę na łóżku, palce u stóp dotykają dywanu. W ręku trzymam kubek z końcówką herbaty. Mam wrażenie, że coś wisi w powietrzu co psuje mi humor. Jednak staram jakoś specjalnie się tym nie przejmować. Spoglądam w stronę okna a następnie na zegarek, jest za dwadzieścia dziewiąta. Dokańczam płyn a pusty kubek odkładam na biurko. Zarzucam plecak na ramiona i zbiegam po schodach pożegnać się z mamą. Zastaję ją sprzątającą ze stołu. Całuję ją w policzek i wychodzę z domu. Słońce brnie przez bezchmurne niebo, zapowiada się piękna pogoda, oznacza to jedno. Połowa szkoły postanowi się zerwać. Tata czeka już w samochodzie. Wsiadam, zapinam pas i wycofujemy się z podjazdu po czym brniemy asfaltem ku szkole. Kiedy dojeżdżamy tak samo żegnam go jak mamę i wysiadam. Idąc w stronę budynku rozglądam się w poszukiwaniu znajomych mi twarzy. Mam nadzieję, że oni postanowili zostać. Jednak im bliżej jestem wejścia tym bardziej ją tracę. Nagle za moim plecami rozbrzmiewa znajome udawanie syreny policyjnej. Odwracam się i tak jak myślałam widzę Allana, który podąża do mnie slalomem. A gdy jest już na miejscu obdarowuje go pocałunkiem. Odrywam się słysząc typowe chrząknięcie Vivianne. I z jego ramion przenoszę się do jej.
- Już myślałam, że sobie poszliście. - Wyznałam puszczając ją. A odpowiedź, którą uzyskałam były porozumiewawcze spojrzenia, które między sobą wymienili. Nie trzeba było mi nic więcej aby pojąć. Chcą to zrobić ale ze mną. - Nie.. - Odparłam stanowczo. Chwilę potem rozległ się dzwonek. - O proszę, idziemy na chemię! - Oznajmiłam z entuzjazmem chociaż też mnie to nudziło. Odwróciłam się od nich i zaczęłam iść. Wtedy Allan zastawił mi drogę a Vivianne objąwszy mnie w pasie zaczęła odciągać w tył. Protestowałam a oni nadal swoje. W końcu poddałam się i zgodziłam się pójść na moje pierwsze w życiu wagary.
  Dalej było dobrze póki nie ujrzałam pościgu. Przez który nie tylko ja straciłam kogoś ważnego. Tak jak mówiono zabił koleżankę porwanej a tydzień później znaleziono auto, którym uciekał w rzece. A w bagażniku martwą już dziewczynę. Podsumowując ten dzień był początkiem jakiegoś złego snu. Dziś od tego całego zdarzenia mija miesiąc. Muszę przyznać, że jest lepiej. Jakoś to zaakceptowałam i staram się żyć dalej. Jednak trudno jest się pozbierać po czymś tak niespodziewanym i bolesnym.
   Idę korytarzem kierując się do sali chemicznej. Za dziesięć minut rozpocznie się lekcja. Niespodziewanie czuje muśnięcie na ręce i odruchowo ją zabieram.
- O.. sorry nie chciałem Cię wystraszyć. - Rozpoznaję głos Allana.
- Nic się nie stało. - Posyłam mu skromny uśmiech i pozwalam złączyć nasze dłonie. Jednak dziwi mnie to, że mnie szukał. Normalnie chodzi do innej klasy co oznacza inny plan zajęć. - A o coś chodzi, że nachodzisz mnie przed pierwszą lekcją? - Pytam stając sobie twarzą w twarz.
- Tak..um.. - Jego zakłopotanie i to jąkanie uruchamia mój instynkt. Boję się słów, które może wypowiedzieć. - Po prostu.. no.. zmieniłaś się.. stałaś się taka bez życia..
- Ja straciłam ojc..a.a. - Próbuje mu przerwać ale on kładzie mi sówj palec na ustach.
- Ciii... tak wiem ale minął już miesiąc a ty nadal mnie olewasz i nie tylko. Ileż można?
- A jak ty byś się czuł gdybyś stracił ojca?! - Mój głos się podnosi i zaczyna lekko łamać. Wiem olewam ich, nie spędzam z nimi czasu po zajęciach tylko siedzę przed TV albo piszę wypracowanie. Ale to i tak lepiej. Na początku w ogóle ich unikałam i z nikim nie rozmawiałam.
- Nie przyszedłem się tu kłócić, więc nie krzycz.
- A więc po co?
- Chciałem z tobą zerwać.
- Co..? Nie.. Allan..
- Zakochałem się w innej Destiny. - po jego słowach rozbrzmiewa dzwonek.
- Zrywasz ze mną bo się zmieniłam?! Przecież to niedorzeczne!  - Łzy zaczynają napływać do oczu i wszystko za chwile staje za ich ścianą, która czeka my runąć.
- Żegnaj.. - Puszcza moje dłonie i odchodzi. Znika w tłumie uczniów. Chcę za nim pobiec, wołać go ale czuje się bezsilna. Zaczynam obracać się dookoła tak jakbym była pięciolatką, która właśnie zgubiła mamę w tłumie. Niestety już jej nie ma, odeszła a ja zostałam sama. Jedyne co szybko przychodzi mi do głowy to aby ukryć się w łazience. Biegnę w jej stronę co jakiś czas dostając z łokcia od przechodzącego. Gdy już tam jestem ukrywam się w jednej z kabin i płaczę.
  Po dwóch godzinach samotności znajduje mnie wreszcie Vivianne.
- No tu jesteś. Ładnie to tak opuszcz-czać.. Boże Des co się stało? - Kuca obok mnie i obejmuje ramieniem. Uświadamiam sobie, że on nawet nie starła się mnie pocieszać. A potem nawet nie raczył ze mną rozmawiać jak inni. Czyli wychodzi na to, że miał tylko pretekst aby ze mną zerwać. Ciekawe jak długo na to czekał. Na szczęście mam Vivianne, której właśnie moczę rękaw. Po paru minutach jest mi lepiej a wtedy opowiadam jej z gulą w gardle co się stało. Gdy kończę podaje mi chusteczkę a ja ją przyjmuję. Ocieram policzki i wydmuchuję nos. Czekam na zdanie Vivi ale ona milczy. Pytam więc czemu.
- Ponieważ także uważam, że się zmieniłaś. - Po jej słowach nie wiem już co myśleć. To jakby wszyscy obwiniali mnie za jego śmierć i za moją zmianę. Czasu już nie cofnę jedynie pozostaje czekać.
- Po prostu potrzebuję czasu...
- Ile? Po za tym teraz pewnie znowu się załamiesz.
- Nie wiem... było lepiej.. on wszystko zepsuł.
- Wiem Des, ale to nie koniec świata jesteś zbyt wrażliwa. - ta rozmowa zaczyna mnie powoli denerwować.
- Nie gadajmy więcej bo chyba zmierzamy w złym kierunku. - Wstaje i zakładam plecak. Omijam ją, ona tylko wzdycha. Więcej jej nie widzę. Wychodzę z budynku szkoły i siadam na najbliższej napotkanej ławce. Próbuję zebrać myśli ale za dużo tego trochę. Wzdycham podążając wzrokiem za przejeżdżającym samochodem. Dobra to bezsensu, ruszam do domu. Idąc moją uwagę przykuwa ulotka przyczepiona do jednego z drzew. Podchodzę i spoglądam na nią. To reklama pubu.. dla punkowców.. nie wiem czemu ale mam ochotę tam pójść. Zrobić coś szalonego i niezgodnego z prawami grzecznej dziewczynki. Ostatecznie zrywam kawałek papieru upycham do kieszeni spodni i już wiem co będę dziś wieczorem robić.

                                                         ~ † ~

Od Autorki: No to powoli przechodzimy do akcji. Niestety na tą akcję będzicie musieli poczekać. Wyjeżdżam, a tam nie mam dostępu do internetu. Jest mi trochę z tego powodu smutno bo zebrało was się tu trochę.. i nie chcę was stracić <3
Dlatego mam nadzieję, że gdy wrócę nadal tu będziecie. Kocham was słoneczka <3

sobota, 5 lipca 2014

† Chapter 2 †

                                                    † Lethal  Love †
  
                                       ~ Downing Street 27~

 - On.. nie żyje. - Mówi druga osoba, Daniel. A jego słowa są dla mnie nokautem. Strzałem prosto w serce. Teraz to ja czuję jakbym traciła życie. Po klatce rozchodzi się ból a powietrze wdycham zachłannie. W głowie zaczyna mi się kręcić a temperatura jakby się podniosła. Sięgam po szklankę z wodą, którą po złapaniu wprawiam w drganie. Siorbię odrobinę po czym szkło rozbija się na podłodze. Momentalnie moje nogi  nie potrafią utrzymać mojego ciężaru ciała. Jednak czyjeś ręce łapią mnie w porę i pomagają usiąść na krześle. Chwilę potem w moich rękach ląduje chusteczka. Teraz już nie powstrzymam łez. Jedna za drugą spływają po moich policzkach. Aż w końcu rozpłakuje się na dobre. Jednak to był on. To jego postrzelono a mnie zadano ból straty. Mam cierpieć kiedy morderca ma z tego satysfakcję. Czy naprawdę nie dało się nic zrobić? Od początku był stracony na śmierć? A może to po prostu  jakiś spóźniony kawał. Jednak widziałam przecież ten pościg, słyszałam jego słowa. Straciłam ojca a moje życie ulegnie drobnym zmianom. Wiem też, że nie zapomnę bo wszystko będzie mi o nim przypominać. Miał brać udział w tak wielu wydarzeniach. Tak jak dziś, jego urodziny. Zamiast się cieszyć z te
tego, to pożegnał się ze światem. Odszedł zbyt szybko. 
  Mama żegna Ed'a i Daniela. Dziękuję za powiadomienie i liczy, że przyjdą na pogrzeb. Ja nadal siedzę w kuchni, nie płacze ale nie mogę się z tym pogodzić. Wraca a jej ręką masuje mi plecy. Pod wpływem jej dotyku ponownie znoszę się łzami. Przepraszam ją i odchodzę. Nie chce by patrzyła jak się załamuje. Idę do swojej sypialni na górze. Zamykam drzwi i przylegam do nich plecami. Zjeżdżam na dół a głowę chowam w kolanach. Teraz rozumiem co czuły rodziny poprzednich zmarłych policjantów. Ich ból nigdy nie był wyrównany. Morderca uciekł i nie został osadzony. Ugh...dlaczego znów się to powtórzyło i tym razem trafiło na mnie. Nie tak miało być. Nie tak! Wale pięściami o podłogę, ogarnia mną złość. A potem krzyczę, wyrzucam z siebie to co mnie trapi. Zwalam wszystko z biurka i łóżka. Nie patrzę co to jest i czy mam do tego jakąś sentymentalność. Bo czy przestępca patrzył kogo zabija? Nie! W końcu padam na pusty materac i skulam się. Nieprawdopodobne ile człowiek potrafi płakać. 
  Za oknem zaczyna się ściemniać. Myślę o tym, że gdzieś tam wysoko nade mną jest mój ojciec. Trafił do nieba i patrzy na swoją córkę. Całą zapłakaną z rozmazanym tuszem do rzęs, która za nim tęskni. To jedyna pozytywna myśl, że po drugiej stronie jest mu dobrze a na jego twarzy gości uśmiech. W końcu zmęczenie i ból głowy biorą górę, powieki same mi się zamykają.


                                                ~ Cmentarz Deaf Death ~

  Starałam się zapomnieć ale nie potrafię. Zmieniło się tak wiele. Po pierwsze, rano nikt nie siedzi z kubkiem kawy i czyta gazetę. A mama nie smaży mu bekonu i jajek. Dwa, przed domem nie stoi radiowóz, który miał mnie podwozić do szkoły. Zastąpił go szkolny autobus. Trzy, w szkole siedzę sama i nie mam ochoty z nikim rozmawiać. Na lekcjach jestem nie obecna a nawet opuściłam jedną i zamknęłam się w łazience by móc płakać. I cztery, rzecz która jeszcze bardziej mnie dołuje. Każdy próbuje mnie pocieszyć, wyraża swoje współczucie, ale raczej ojca mi tym nie zwrócą. Pięć, gdy wracam nikogo nie zastaje. Mama szuka pracy, w końcu musi nas utrzymać no i załatwić sprawy z pogrzebem. Tak więc siedzę sama, zamykam się w pokoju i oddać się bezczynności. Myślałam, że jakoś to pójdzie i w końcu zapomnę. Ale nastał ten dzień, uroczyście jego ciało zostanie porzegnany przez najbliższych i pochowane. No naprawdę, to gwóźdź do trumny a raczej do mojego serca. Nie chciałam nigdzie iść ale mama zawsze wie co powiedzieć.
- Na pewno by chciał byś przyszła się z nim pożegnać. Kochał Cię. - I tak o to znalazłam się tu. W orszaku pełnym ludzi ubranych na czarno. Podążających za trumną niesioną przez innych komendantów ubranych w odświętne mundury. Swój wzrok utkwiłam w betonowej ścieżce, staram się nie płakać i jak na razie wychodzi mi to nieźle. Lecz gdy trumna zaczyna zjeżdżać w dół wszystko co w sobie trzymałam wybucha. Łzy lecą jak strumień i biegnę do trumny, chcę się tam rzucić i zostać pochowana razem z nim. Czyjeś ręce udaremniają mój plan, zaciskają się wokół mojej tali i mocno trzymają. Ja się szarpię i krzyczę. Daje spokój i padam na trawę. Pewnie wygląda to jakbym była nienormalna i myślą, że urwałam się z psychiatryka. I dobrze niech myślą, mam do tego prawo.
  Siedzę na ławce i patrzę jak zakopują mojego tatę. Raz za razem łopata posyła piach w dół. Co jakiś czas przychodzą bliscy a także w ogóle mi nie znani ludzie. Składają kondolencje a ja tylko przytakuje, mam ich dość niech już sobie pójdą i dadzą mi się w spokoju wypłakać.
- Destiny? Chodź, wracamy. - Mama bierze mnie za rękę a ja niechętnie za nią podążam. Wsiadam do auta a czoło przywieram do szyby. W połowie drogi zaczyna padać. Palcem podążam za spływającą kroplą, a potem odnajduje inne. Dwie i jestem ciekawa, która spłynie szybciej. Ta na którą liczyłam przegrała, nie wiem czemu ale po tym ponownie płaczę.
  Dojeżdżamy do domu, wysiadam z auta i biegnę pod drzwi. Czekam aż mama otworzy i kieruję się natychmiast nad górę. Zdejmuję czarną sukienkę, odszukuję moje białe MP3 i wchodzę pod kołdrę. Wkładam słuchawki, prawdziwy rock zespołu Queen rozbrzmiewa w nich na full.
                                  Empty spaces - what we living for? 
                                  Abandoned places - I guess we know the score? 
                                  On and on... 
                                 Does anybody know what we are looking for?
 Nuce pod nosem, po pierwszych wersetach zwrotki poznaję tę piosenkę. To " The Show Must Go One. ".*   Przedstawienie musi trwać.. no właśnie.. moje się trochę sypie.


                                                                  ~ † ~
* - Piosenka Brytyjskiego zespołu Queen.

Od Autorki: Uff.. końcówkę było mi najciężej napisać. Co do rozdziału, jest smutny.. przynajmniej starałam się aby taki był. W końcu ktoś stracił bliską osobę. 
Chcę także podziękować ogromnie za tyle pozytywnych opini, które wywoływały u mnie uśmiech. Myślę, że was nie zawiodłam i w następnym także tego nie zrobię. Papa xx

wtorek, 1 lipca 2014

† Chapter 1 †

                                                        † Lethal  Love †

                                            ~ Wielka Brytania, Carlisle ~
                                
     Ledwo usiądę w fotelu i nie zdążę się zaciągnąć świeżą kawą, wyją syreny. Pospiesznie odkładam papierowy kubek na biurko obok sterty papierów. Nakładam czapkę a pistolet wkładam za pas. Wsiadam do radiowozu, tam dowiaduje się od kolegi jakie mamy zadanie. Musimy ruszyć w pościg za chłopakiem w czarnym jeep'ie. Pojazd jest kradziony a w nim znajduje się porwana dziewczyna, wcześniej zabił jej koleżankę. Jest to już kolejny raz kiedy łamie prawo a najbardziej irytuje to, że zawsze uchodzi mu to płazem.
  Po paru minutach jego auto pojawia nam się na horyzoncie. Przyśpieszamy nie chcąc pozwolić umknąć mu tym razem. Chłopak nagle zatrzymuje pojazd, my także. Działamy szybko, wysiadając z pistoletami gotowi pociągnąć za spust. Moim dodatkowym zadaniem jest przekonać go po dobroci.
- Wysiadaj i wypuść dziewczynę! Oddaj się w nasze ręce, bądź gotów ponieś wszelkie konsekwencje! - Mój głos rozbrzmiewa po całej okolicy. Chociaż według mnie to marnowanie czasu. Powinniśmy od razu ruszyć do akcji, gdyż zapewne filmują nas z góry. - Wysiadaj z auta i wypuść dziewczynę! Ponieść wszelkie konsekwencje oddając się w nasze ręce..! - Powtarzam a przy końcu głos mi lekko drga. Z okna wysuwa się ręka z lufą skierowaną ku mnie. Przez głowę przetacza mi się tysiące myśli ale tylko jedna pozostaje na dłużej. Że już nigdy mogę nie zobaczyć Destiny i Patrici. Wszyscy zamierają w bezruchu i czekają. Słychać huk, kula została wprawiona w ruch...

                                                           ~

  Wiosenne promyki słońca muskają moją twarz. Leżę na trawie w miejskim parku i napawam się piękną pogodą. Tak właśnie spędzam moje pierwsze wagary w życiu. Grzeczna dziewczyna wbrew swojej woli została zmuszona by opuścić budynek szkoły przez przyjaciół, którzy zaciągali ją jak najdalej. No i nie miałam innego wyboru, w końcu się zgodziłam. Kiedyś musiał nadejść ten pierwszy raz. Ale nie okłamujmy się, jest przyjemnie. Ludzie chodzą przed nami co jakiś czas z psami czy biegają. Albo jeżdżą na rowerach a my po prostu leżymy. Wcześniej zjedliśmy czekoladowe lody, które postawił Allan. Chciałabym cieszyć się tym dniem jednak coś mnie dręczy od samego ranka. Staram się o tym zapomnieć wtulając się w ramię Allana.
  Dzwony pobliskiego kościoła oznajmiają, że dochodzi dwunasta. Postanawiamy powoli wracać a przy okazji zahaczyć o galerię. Vivianne prosiła by tam iść gdyż upatrzyła sobie sukienkę i nie chce by ktoś zabrał ją jej sprzed nosa. Kiedy wchodzimy do budynku czuje, że już włączyli klimatyzacje. Co wydaje mi się trochę pośpieszne gdyż jest dopiero kwiecień. Ale zawsze się z czymś śpieszą, jak nie z ozdobami świątecznymi to zmienianiem tego miejsca w iglo. Zakładam na ramiona skórę, teraz możemy iść na małe zakupy. Vivi wpada tam jak wichura i od razu szuka swojego rozmiaru. Postanawiam skorzystać z okazji i także przyglądam się wystawie. Interesuje mnie parę ciuchów, biorę je i kieruje się do przymierzalni. Allan jak to chłopak nie zamierza tu siedzieć i wychodzi. Po przymiarkach wybieram miętową bluzkę na ramiączkach i szarą bluzę a Vivianne swoją sukienkę i czarne rurki. Na zewnątrz dostaje małą niespodziankę. All mówiąc, że idzie na zewnątrz zamierzał iść kupić mi szklanego słonika z podniesioną trąbą. Jest naprawdę śliczny i ma mi przynieść szczęście. Całuje go lekko, a prezent przypinam do naszyjnika z jaskółką dostaną od Vivi. Z powrotem kierujemy się ku wyjściu. Lecz kiedy mijamy sklep z AGD, na którego wystawie stoją telewizory, których obraz zmienia się ze zwykłych reklam na wiadomości, zatrzymuje się. Obraz ze studia zostaje przeniesiony na nadawany na żywo pościg. Za czarnym samochodem podążają aż cztery radiowozy, w którymś jest mój ojciec. Z przejęcia ściskam trzymaną dłoń, odpowiada. Już wiem dlaczego coś mnie dręczyło.
  Wpatruje się w ekran z uwagą. Nie chce niczego pominąć. Samochody nagle się zatrzymują. Twarz ojca miga gdy wysiada z jednego. I zostaje na dłużej gdy zaczyna mówić przez megafon. Jego głos niestety jest zagłuszony przez pracę śmigła helikoptera. Oddalenie.. strzał. Wydaje cichy pisk i przykładam rękę do ust, przez co moja torba wypada i ląduje na podłodze. Powraca obraz studia i spikerka oznajmia, że ktoś został zastrzelony. Odwracam się do niej plecami i powstrzymuje łzy. Otulają mnie rękoma i szepczą słowa pocieszenia. To nie może być on. To jedyna myśl błądząca mi po głowie. Zaraz do niej dochodzi zapytanie czy mama widziała. Chociaż miała przygotować tort na jego urodziny. Właśnie, dziś jest jego święto. Ma świętować swoje czterdzieste urodziny. Dobra nawet aby ta impreza zamieniła się w żałobę po stracie przyjaciela. Cokolwiek ale by był tu nadal. Bo ta myśl nie przechodzi do możliwych zrealizowania. Nie. Nie i nie.
  Wychodzimy z galerii nadal jestem prowadzona przez przyjaciół a ręka zakrywa usta. Do tego dochodzą łzy. Wsiadamy do autobusu, znajdują wolne miejsce na które każą mi usiąść. Allan kuca przede mną i każe spojrzeć w swoje oczy. Robię to ale ściana łez przysłania mi widok. Ściera je i głaszcze po policzku. Vivianne jeździ mi po plecach masując je. Wiedzą jak źle to znoszę a ich wsparcie jest dla mnie ważne. Uśmiecham się na chwile a po chwili znów zanoszę się szlochem. Podczas podróży ustalają kto odprowadzi mnie do domu. Wypada na Vivianne, w końcu to ona mieszka tylko parę domów dalej. Dojeżdżamy na mój przystanek. Jest mi trochę lepiej, w głowie się tylko trochę kręci. Vivi odprowadza mnie pod same drzwi, proponuje, że może wejść ze mną ale odmawiam. Dam radę, zwłaszcza że przed domem nie stoi radiowóz. A dzieci obok bawią się w kosza, jak gdyby nigdy nic. Dziękuję jej za wszystko, odbieram swoje zakupy i odchodzę. Gdy wyciągam rękę ku dzwonkowi zauważam że lekko drży. Co jeśli mama zauważy moje napuchnięte oczy, co ja jej powiem? Chociaż może nic nie będę musiała. Bo sama będzie tak wyglądać. Dzwonię do drzwi, po chwili się otwierają. Mama wygląda normalnie, pewnie była zbyt zajęta zdobieniem ciasta. Ale powiadomić telefonicznie ją powinni. A może nie mają powodu. Tata żyje tylko, że leży w szpitalu podłączony do aparatury. Boże, nie mogę o tym myśleć.
   Wchodzę trzymając wzrok utkwiony w podłodze. Plecak rzucam gdzieś w kąt i idę od razu na górę do łazienki.
- Jesteś może głodna? - Pyta mama swym łagodnym głosem.
- Mhm..- Odpowiadam. Zamykam się w łazience. Podchodzę do umywalki i odkręcam zimną wodę. Biorę wdech i wydech. A wszystko co mnie dręczy głęboko zakopuje wśród wspomnień. Nabieram wody w ręce i obmywam twarz po czym wychodzę. W kuchni na stole czeka na mnie posiłek. Ryż z warzywami i kurczakiem. Nie wiem po co się zgadzałam by mi coś przyrządziła. Nie mam ochoty nic jeść. Wiem, że gdy wezmę je do ust to z nerwów zaraz wyląduje na podłodze. Tak, odkładanie tego daleko wstecz nie pomogło. Niechętnie siadam i biorę widelec do ręki. Grzebie nim w tym jedzeniu i tylko trzy kęsy trafiają do ust. Więcej nie mogę, dziękuję i idę nalać sobie wody. Mama chyba zaczyna coś podejrzewać. Muszę wymyślić jakieś kłamstwo. Albo nad zwyczajniej powiem, że źle się czuje. Powinna łyknąć. Otwierając szafkę i sięgając po szklankę zauważam ustawiony na szklanej paterze tort. Jest pięknie udekorowany, jeżeli tata może otworzyć oczy to na pewno mu się spodoba.
  Wlewając wodę rozlega się pukanie do drzwi. Przez okno widzę zaparkowany radiowóz. Boże proszę oby był to tata. Drzwi się otwierają a ja przez nieuwagę zalewam blat i podłogę. Sięgam po ścierkę i udaje, że sprzątam. W przedpokoju panuje cisza, którą przerywa mama.
- Gdzie Tom? Czy on musiał.. - Nie dokańcza. I już wiem, że nie ma tam taty, a więc proszę niech będzie w szpitalu.
- Nie, nie musiał zostać dłużej w pracy.- Po głosie rozpoznaje Ed'a najlepszego przyjaciela ojca. Jego sugestii nie rozważyłam.
- To gdzie on jest? - Pyta zaniepokojona. W gardle rośnie mi gula, ale do przełknięcia. Znów panuje cisza. To nie wróży nic dobrego.
- On...
  
                                                          ~ † ~

Od Autorki: Na początek chce powiedzieć, że z milion razy zmieniałam ten rozdział. I wahałam się co do wstawienia. Ale dobra niech będzie, czytajcie. Zapraszam do dołaczenia w tej przygodzie i wytrwania do końca. 
Mam też nadzieję, że was nie zawiodłam i nie będę. A na moje rozdziały będziecie czekać z niecierpliwością. Dziękuję za każdy wasz gest, komentarz i obserwowanie, naprawdę dziękuję. Tak jakby coś, informuję o nowym rozdziale także na twitterze. Życzę udanych wakacji i do następnego xx