sobota, 22 listopada 2014

† Chapter 6 †

                                                       † Lethal Love †

  Następną lekcją jaką mamy jest język angielski, na który jak się okazuje zapomniałam mojego wypracowania, które wczoraj kończyłam. Kiedy to mówię a nauczycielka z przykrością wstawia mi jedynkę cała klasa kieruje na mnie swoje oczy przez co czuję się skrępowana. Gdy lekcja się kończy idę do niej i w skrócie mówię jakie mam kłopoty, na całe szczęście mnie rozumie i pozwala przynieść pracę w ciągu tygodnia, dziękuję jej i wychodzę.
  Podczas ostatniej lekcji, wf-u, gramy w siatkówkę a kiedy serwuję piłka niechcący trafia w Lizzie, pieska Jasmin oraz nową dziewczynę Allana. Upada na ziemię, gra zostaje przerwana i każdy zbiega się dookoła niej. Chcę ją przeprosić ale nie daje mi dojść do słowa. Od razu obarcza mnie, że to było specjalnie bo jestem wściekła za zabranie chłopaka i żąda abym dostała karę, przecież to niedorzeczne! W szatni zmienia płytę na żalenie się jak to ją bardzo boli, aż nie żałuję, że piłka w nią trafiła a nawet zrobiłabym to jeszcze raz z wielką przyjemnością by się zamknęła. Lecz jedynie trzaskam drzwiczkami szafki i wychodzę pospiesznie.
  Trzydzieści minut później jestem już na swoim osiedlu i zmierzam po prostej do swojego domu. Mijam dzieci bawiące się na jednym z trawników przed domem i biegających dookoła. Grupka z nich przebiega mi między nogami śmiejąc się. Zatrzymuję się by nie potrącić żadnego z nich. Patrzę chwilę jeszcze za nimi jak się oddalają gdy ktoś zahacza o moje ramię swoim.
- Sorry, nie chcący. - Mówi męski głos. Odwracam się w stronę tej osoby i widzę tego chłopaka co wczoraj kiedy o mało razem nie upadliśmy na chodnik. Na mój widok uśmiecha się promiennie.
- Hej. - Mówię nieśmiało.
- Cześć, coś chyba za często na siebie wpadamy.
- To dopiero drugi raz.
- W przeciągu dwudziestu czterech godzin, chyba los chcę coś nam powiedzieć. - Mruga do mnie okiem.
- Nie, nie sądzę. - Kręcę przecząco głową z lekkim uśmiechem
- Ja myślę, że tak. Co powiesz na kino?
- Nie, naprawdę nie. - Zaprzeczam ponownie.
- Dlaczego? Masz chłopaka, tak?
- Właściwie to miałam..
- To co stoi na przeszkodzie?
- To, że wczoraj ze mną zerwał. - Mówię i spuszczam wzrok.
- Och, przepraszam. Dlatego wczoraj płakałaś?
- Tak... dlatego.
- Nie wiedziałem, nie pytał bym.. - Przerywam mu.
- Jest w porządku. - Ponownie patrzę mu w oczy. - Po prostu... potrzebuję czasu i tyle. - Nie wiem jak się pożegnać więc rzucam jedynie zwykłe pa i odwracam się od niego odchodząc jak najszybciej. Skręcając w swoją ulicę zatrzymuję się jeszcze na chwilę patrząc za nim jak się oddala i idę dalej.
   Gdy docieram przed dom, widok który zastaje mnie dziwi. Na podjeździe stoi nasz samochód, co oznacza, że mama jest w domu a przecież powinna być w pracy. Mój instynkt znowu włącza czerwona lampkę. Nie no co tym razem, czy ten dzień nie jest już wystarczająco zły? Podchodzę do drzwi wyjmując klucze z kieszeni, otwieram je najciszej jak się da i wślizguję się do środka. Widzę ubrania mamy i zupełnie inne mi nie znane, czyli mamy gościa. Kieruję wzrok na salon, widzę jak siedzi na kanapie a obok niej jakiś mężczyzna. Podchodzę, równie cicho, do ściany obok drzwi do pokoju i słucham.
- Może jeszcze nalewki? - Pyta go.
- Nie, nie mogę.
- Ostatni kieliszek.
- Dobrze, niech będzie, ale to naprawdę ostatni i wychodzę. Co jak twoja córka wróci?
- Nie przejmuj się, pewnie jeszcze jest w szkole.
- No tak, ale jak mówiłaś bardzo przeżywała śmierć ojca.
- No i co z tego? Zresztą chyba jej już przeszło.
- Przeszło czy nie, nie wiesz. Jak nas zobaczy, nie wiadomo co pomyśli a chyba nie chcesz żeby się dowiedziała o nas?
- Prędzej czy później będzie musiała... - Dalej nie słucham, tylko próbuję jakoś to wszytko sobie poukładać w jedną sensową całość a rozwiązanie przychodzi nagle. To pewnie jej szef, miała, czy ma dopiero z nim romans! To dlatego tak szybko znalazła dobra pracę, a wczoraj nie było żadnej biznesowej kolacji tylko prywatna i pewnie już mu do łóżka wskoczyła. Boże, ciekawe ile to trwa i jak ona tak może! A tata? Mój oddech staje się przyśpieszony i znowu zbiera mi się na płacz. Zaciskam powieki i przełykam ślinę po czym wkraczam do salonu.
- Jak możesz! - Zaczynam do niej krzyczeć. - Ty.. - Chcę powiedzieć, że jest szmatą ale nie potrafię. - Nie wierzę, że go zdradzasz! I on ma być niby moim przyszłym ojczymem?! Zapomnij, nienawidzę go już teraz a ciebie jeszcze bardziej. On i praca, zresztą wszytko inne jest ważniejsze ode mnie! - Wpatrują się we mnie ze zdziwieniem milcząc, przecieram oczy trzęsącymi się już rękoma aby nie popłynęły łzy. - No co?! Taka jest prawda, potrzebowałam Cię wczoraj a ty pewnie poszłaś do niego się pieprzyć!
- Destiny! Nie masz prawa tak mówić ani wtrącać się w moje prywatne sprawy! - W końcu odpowiada.
- A co? Niby tak nie jest?
- Jest, ale in.. - Nie pozwalam jej dokończyć.
- Jesteś żałosna!
- Młoda damo nie powinnaś się tak zwracać do matki. - Wtrąca się mężczyzna.
- Ty nie powinieneś wtrącać się do naszego życia! - Odpowiadam mu.
- Przesadzasz. - Grozi mi palcem matka, posyłam jej jedynie pełne nienawiści spojrzenie i biegnę na górę by zamknąć się w łazience, gdzie jedynie jest zamek. Z hukiem zatrzaskuję drzwi. Upadam na podłogę, zwijam się w kłębek i znowu płaczę. Cała się trzęsę, ręce zaciskają mi się na ramionach albo na włosach. To co się przed chwilą stało zniszczyło mnie doszczętnie. Moją psychikę, pewność siebie, wszytko pękło. Już nie daje rady, chcę jedynie zapomnieć i wtem pojawia się myśl i zostaje tylko ona. Zwalcz ból bólem. Pierw przychodzi mi pomysł by pójść do tego klubu i zapić się na amen ale jak na teraz jest to dosyć nie osiągalne. Szukam dalej aż znajduję. Powoli wstaję, idę do umywalki i otwieram wiszącą nad nią szafkę, której drzwiczkami jest lustro. Na ostatniej półce leży czarne pudełko, nie myliłam się, są. Żyletki...

                                                                 ~ † ~

Od Autorki: No witam witam! Jak widać tym razem rozdział po dwóch tygodniach, postaram się by właśnie tak teraz zawsze było ale niczego nie obiecuję. 
Muszę niestety znowu wspomnieć, że liczę na wasze komentarze, których powinnam mieć 50... tak więc, jeżeli nie będzie ich przybywać nie wiem czy nie wprowadzić limitu. Czego nie chcę! Tak więc macie misje. Jeżeli teraz już się wam uda to powiem tyle, że zrobię rozdział, w którym pojawi się Louis!! I będzie on jeszcze dłuższy. Ale wracając do obecnego. Kto płacze, jest wzruszony albo wściekły? Udał mi się? 
Dodając jeszcze, dziękuję mojej przyjaciółce, (która prosiła o uwzględnienie ♥) za małą pomoc w niektórych sprawach. Kocham Cię! Haha
No nic, nie przedłużając, do następnego! Papa ♥

poniedziałek, 10 listopada 2014

† Chapter 5 †

                                                        † Lethal Love 

  Gdy się obudziłam, przez króciutką chwilę nic nie pamiętałam. Czułam jedynie, że leżę w swoim łóżku, w ubraniach i ledwo co okryta kołdrą przez co cała zmarznięta i obolała. Lecz wspomnienia powróciły, zaczynając od łączących się faktów takich jak, która godzina, jaki dziś dzień i jak się nazywam. A gdy wszystko układa się w całość żałuję, że się obudziłam.
  Wczoraj był, drugi w kolejności, najgorszy dzień w moim życiu. Ten cham, Allan, użył pretekstu, że śmierć ojca ( Pierwszy koszmarny dzień mojego życia ) bardzo na mnie wpłynęła i się zmieniłam po czym po prostu ze mną zerwał. Choć mu nie wierzę, zapewne tylko na to czekał. Tak czy siak, posługując się stratą taty, przez co pokazując również jaki jest pusty i bez uczuciowy na czyjś smutek zadał większy ból, na nowo otworzył zaczynającą się goić ranę w sercu a moja matka po nim poprawiła. Olała mnie zupełnie udając się na spotkanie biznesowe akurat wtedy kiedy ja potrzebowałam jej ciepła. Oczywiście wszytko zakończyło się tysięcznym wylaniem łez i krzykami w poduszkę. Najlepsze, że zasnęłam cała się trząść i myśląc, dam radę, wstanę i pójdę tam z uniesioną głową a on nic już dla mnie nie znaczy. Jak bardzo się myliłam. Przecież nie uda mi się. Każdy zapewne już wie, będą gadać, odwrócą się ode mnie i to ja wyjdę na tą głupią. Lecz czy właśnie tak nie jest? Wierzyłam mu, że mnie nie opuści, snułam z nim plany na przyszłość.. ufałam mu... był dla mnie ważny. Tymczasem ta "prawdziwa, wieczna miłość" okazała się być przelotna i nic nie warta. Teraz muszę o tym wszystkim zapomnieć, tak jak on zamierza zrobić. Ale nie potrafię.. ja go nadal kocham. Zresztą sama nie wiem już co do niego czuję. Niby kocham.. ale zarazem nienawidzę za to co zrobił, jaki okazał się być i w ogóle.
    Ostatecznie postanawiam stawić temu czoła bo to chyba jedyny sposób by odhaczyć parę myśli. Zaciskam pięści i z wielkim trudem zwlekam się z łóżka, naprawdę jestem strasznie odrętwiała. Kiedy udaje mi się stanąć pewnie na nogach idę do krzesła przy biurku by wziąć ubrania ale moja ręka jedynie przelatuje nad oparciem. Wzdycham przeczesując palcami przetłuszczone już trochę włosy. No tak, zapomniałam, przecież spałam w ubraniach bo gdy przestałam płakać nawet nie potrafiłam znaleźć w sobie siły by się przebrać czy jakkolwiek poruszyć. Wybieram więc nowe z szafy i idę do łazienki od której dzieli mnie zaledwie metr. Zmierzając do niej mijam sypialnię rodziców a raczej już tylko mamy. Przez otwarte drzwi widzę pokój w idealnym stanie, ciekawe czy w ogóle tu była. Pewnie nie, bo przecież spotkanie jest ważniejsze od moich uczuć. Odwracam wzrok na ścianę ze zdjęciami, na które w sumie też nie potrafię patrzeć dłużej niż sekundę bo już zaraz zalewają mnie wspomnienia. Truchtem wbiegam do łazienki, ubrania odkładam pospiesznie na blat obok zlewu, na którego skraju zaciskają się moje dłonie, jedna łza spada i spływa po umywalce. Nie i nie, nie mogę znowu płakać, nie mogę być taka słaba jak jestem, nie, nie i nie. Natychmiast szybko mrugam i przecieram oczy. Wykonuję ostatni ruch i patrzę na swoje marne odbicie w lustrze. Moje włosy wyglądają jakby przyciągała je jakaś elektryczna siła. Oczy są podkrążone i czerwone a na policzku mam odciśniętą pościel. Pomyśleć, że jeszcze miesiąc temu wstawałam szczęśliwa i zadowolona ze swojego życia. A teraz tak bardzo się to zmieniło. Ciekawe co jeszcze przygotowała dla mnie przyszłość, aż boję się pomyśleć.
   Powoli, nie spiesząc się zdejmuję ubrania i wchodzę pod prysznic. Odkręcam ciepłą wodę i pozwalam jej spływać przyjemnie po moim ciele w dół a następnie zniknąć w odpływie. Odprężam się, zapominam na te parę minut o wszystkim dookoła. Ale tak jak wszytko inne moja krótka chwila się kończy. Wycieram się i ubieram. Następnie sięgam po szczotkę, włosy związuję w kitka i wychodzę, nawet się nie maluję, zerwałam z tym po śmierci taty kiedy to codziennie zalewałam się morzem łez. Po chwili znowu jestem w swoim pokoju, zielone cyfry na zegarku ukazują w pół do ósmej rano. Mam czas, bardzo dużo czasu za nim wyjdę do szkoły. Również się nie spiesząc ścielę łóżko, pakuje się po czym schodzę na dół do kuchni. Tam robię sobie śniadanie, którymi są zwykle płatki z mlekiem. Biorę wszytko i kładę na stole. Odsuwam krzesło i na nim siadam. Nasypuje płatków i zalewam zimnym mlekiem. Biorę łyżkę i nabieram płatków, które lądują w mojej budzi i chrupią przerywając ciszę, która panuje dookoła i jeszcze bardziej powoduje, że nie mam na nic siły. Po skończonym posiłku zmywam i idę umyć zęby. Kiedy jestem w pełni wyszykowana idealnie stoję z czasem. Na nic nie czekając biorą plecak i schodzę znowu na dół. Zakładam buty i moją kobaltową skórę i wychodzę na autobus lecz zaraz się wracam, pogrążona w tym milionie myśli zapominam zamknąć dom. Wracam zawstydzona z powodu własnej głupoty, zamykam dom i przyśpieszonym krokiem idę na przystanek, obym się tylko nie spóźniła. I jak na złość, dochodzę właśnie na miejsce a autobus rusza z miejsca. Zrywam się z miejsca i biegnę ale nie zdążam. Znowu mam stan podłamania, jednakże ponownie zaciskam pięści i zmuszona idę do szkoły na pieszo co chwilę zerkając na wyświetlacz mojej Xperii kontrolując czas. Niestety, zabrakło mi pięciu minut, wchodzę do klasy spóźniona. Cicho szepczę słowa przepraszające i wbijam wzrok w podłogę kierując się na swoje miejsce obok Vivianne, co mnie zaskakuje gdy na nie dochodzę, nie ma jej tam. Gdy już usiadłam i wyjęłam książki rozglądam się po klasie w poszukiwaniu jej. Znajduję ją siedzącą z Jasmine. Normalnie w to nie wierzę, przecież ona nigdy by z nią nie usiadła! Jasmin to.. największa szuja w szkole. Wszyscy wokół niej latają jak pieski, oczywiście oprócz mnie i.. tylko mnie już. Chociaż mam nadzieję, że to jedyny taki wyjątek i zaraz po lekcji Vivi mi wszytko wytłumaczy.
   Z wdzięcznością witam dzwonek trzydzieści minut później. Pakuje się szybko i podbiegam do Vivi łapiąc ją za nadgarstek. Ona udaje jakby po raz pierwszy mnie widziała. Coś mi tu śmierdzi ale nie mówię jej tego. Słucham jej i staram się odpowiadać pełnymi zdaniami, nie tylko, mhm i tak. Ale za bardzo, idąc z nią pod kolejną salę, jestem pogrążona w myślach o Allanie i w szukaniu go, a ona to zauważa.
- Znowu to robisz, ignorujesz mnie.
- Nie ignoruję, po prostu kogoś szukam.. - Tłumaczę jej, stajemy.
- Niech zgadnę, Allana? - Wzdycha ciężko krzyżując ręce na piersi.
- Tak, zgadłaś.
- Nadal nic do ciebie nie dotarło, po tym wszystkim?
- Niby co miało?
- To, że życie leci dalej i nie jest od tego aby popadać w depresje.
- Nie popadam w depresje! I to raczej do ciebie nic nadal nie dociera. - Zaprzeczam przygryzając policzek.
- Ja rozumiem wszytko. To robi się męczące, naprawdę. A co do Allana... ma inną. - Mówi i odchodzi zostawiając mnie samą. Chcę płakać, nawet łzy już mi się zbierają i rozmazują obraz, lecz zaciskam powieki, przełykam ślinę i idę do łazienki. Jak na nieszczęście on tam stoi, parę kroków dalej, opiera się parapet a w objęciach trzyma jedną z piesków Jasmine. Na ich widok aż się we mnie gotuje, mam ochotę podejść tam i uderzyć go z całej siły. W porę przypominam sobie, że to nie będzie w porządku. Wyżywam się natomiast na drzwiach łazienki trzaskając nimi. Zamykam się w toalecie i próbuję powstrzymać płacz, aż w gardle mnie ściska. Pomaga mi powtarzanie, że muszę być silna, dla taty. Gdy mi się udaję biorę się za wyjaśnienie paru myśli. Pierwszej, Allan to cham i prostak, którego nie kocham, nawet nie wiem jak mogłam to zrobić. Drugiej, Jasmine stała się jeszcze większą szują i nawet podejrzewam, że to ona odwraca wszystkich przeciwko mnie. Tylko nie wiem dlaczego. Gdy dzwoni dzwonek wychodzę z łazienki i idę pod salę, przypomina mi się jeden z cytatów, "Co Cię nie zabije to Cię wzmocni". Uśmiecham się kpiąco, jasne. Jak na razie to ten dzień zabija a południa jeszcze nie ma. Może jeszcze jakiś cios na dziś? Zapytuję samą siebie.
  I jak na złość, życie musi się na to zgodzić...

                                                                              ~ † ~

Od Autorki: Przepraszam. Strasznie przepraszam, że tak rzadko wstawiam rozdziały ale zaczęła się szkoła i mam dużo na głowie, nauka, treningi, pokazy i nie nadążam ale już powoli się przyzwyczajam i myślę, że będzie dobrze. Przynajmniej wam obiecuję, że się postaram! Za opóźnianie starałam się to wynagrodzić w rozdziale i napisałam dłuższy, mam nadzieję, że się podoba. Liczę też na wasze komentarze i tu pojawia się sprawa. Chciałabym by z każdym rozdziałem było ich przynajmniej o jeden więcej. Jesteście w stanie to zrobić? Do 30/35? 
Mam nadzieję, że rozumiecie. Kocham was i do następnego ♥