piątek, 27 listopada 2015

† Chapter 25 †

                                                            † Lethal Love †

  Dojechaliśmy na miejsce po dwóch, długich godzinach. Wysiadłam z auta pełna szczęścia, że w końcu mogę wyprostować nogi. Przeciągnęłam się biorąc głęboki wdech i uśmiechnęłam się czując zapach drzew, które rosły wysoko zza domkiem zbudowanym na poboczu, strasznie blisko oceanu. Świetnie mogłam go z tego miejsca, w którym stałam zobaczyć. Niebieska toń wody ciągnęła się nie mając końca, odbijała promienie słońca i lekko szumiała.
- Niezły widok, prawda? - Odwróciłam swoją głowę w kierunku, z którego doszedł mnie głos.
- Tak, prawda. - Odpowiedziałam oszołomiona patrząc się na nikogo innego jak na Louisa, który wpatrywał się w ocean i właśnie podszedł do mnie i zagadał. Nie żeby też się do mnie nie odzywał przez ten tydzień, robił to, ale ograniczało się to tylko do zwracania uwagi i poprawiania tego co robię źle, a teraz, stoi kilka centymetrów dalej i gadamy o widoku przed nami.
- Jest jeszcze lepszy kiedy zachodzi słońce. - Uśmiechnął się po czym spojrzał na mnie.
- Twój bagaż. - Odwrócił po chwili wzrok podając mi walizkę.
- Dzięki. - Odbieram ją po otrząśnięciu się z czaru, który rzuca na mnie jego uroda i zaczynam iść za nim w stronę schodów prowadzących do otwartych drzwi domku, przez które zdążyła już wbiec reszta. Wspinam się jakoś po schodach z tym ciężkim bagażem i zaraz przechodzę przez próg i stając obok Louisa rozglądam się dookoła.
 Domek jest naprawdę wielki, bogato wyposażony co potwierdza tylko słowa Haydena, że rodzice Ethana są bardzo, bardzo bogaci. Po prawej stronie jest kuchnia z dwoma lodówkami i piekarnikami, rzędem blatów i okien oraz jadalnia ze stołem na dwanaście osób. Po lewej znajduje się salon z wielkim telewizorem plazmowym, dużą kanapą i kominkiem, można z niego wyjść na taras gdzie są rozłożone leżaki i parasole oraz stoi grill. Tu gdzie stoję jest mały przedpokój, nade mną wisi żyrandol a pod stopami leży skóra z jak mniemam niedźwiedzia. Każdy detal jest po prostu w nienaruszonym stanie i wszystko wydaje się być takie czyste, jakby bez żadnego pyłku kurzu.
- Wow... - Tylko tyle byłam w stanie z siebie wydusić, czułam się trochę zmieszana, bałam się czegokolwiek dotknąć.
- Moja reakcja była podobna kiedy pierwszy raz tu przyjechałem i to zobaczyłem. - Znowu zwrócił się do mnie Louis śmiejąc się. - Nie przyjmuj się, cokolwiek zostanie zepsute, zostanie odkupione przez jego rodziców bez nawet jednej myśli smutku z powodu straty. - Poklepał mnie po ramieniu pocieszająco, uśmiechnęłam się do niego lekko.
- Ostatnie drzwi to twoja sypialnia. - Dodał po chwili wskazując na schody prowadzące na piętro i odchodząc do salonu. Odprowadziłam go wzrokiem i weszłam na górę dopiero gdy usiadł na kanapie i włączył telewizor zaczynając skakać po kanałach. Pewnie teraz znowu nie będzie się do mnie odzywał i nie będzie zwracał na mnie uwagi.
  Piętro było ułożone w literę "L" i również wystrojone tak jak parter. Pierwszą sypialnie zajęli Hayden i Olivia, która kazała mi szybciutko iść zająć swój pokój i przebrać się w strój bo za dziesięć minut spotykamy się na dole i idziemy nad wodę. Przytaknęłam jej i poszłam do ostatniej sypialni. Zanim zaczęłam się przebierać opadłam plecami na łóżko i westchnęłam zamykając na chwilę oczy aby się odprężyć. Jednakże mój plan zostaje udaremniony po niecałej minucie czy dwóch gdy ktoś opada na łóżko i nie muszę otwierać oczu aby wiedzieć, że to Ethan.
- Ty jeszcze nie gotowa? A może serio zapomniałaś stroju? - Pyta odwracając się do mnie leżąc teraz na boku i podpierając głowę na łokciu.
- Dasz mi kiedyś spokój? - Odpowiadam kręcąc głową i ciężko wzdychając na co uśmiecha się szeroko.
- Też cię lubię, Destiny. - Uszczypnął mój policzek.
- Tego nie powiedziałam. - Marszczę brwi, oczywiście wszystko jest w geście przyjacielskiej sprzeczki.
- Nie musisz mówić, kochanie. Mnie wszyscy lubią, a nawet niektórzy kochają, do szaleństwa!
- No proszę, jaki pewny siebie. - Prychnęłam przewracając oczami.
- I w dodatku bardzo skromny. - Dodał mrugając do mnie. - To jak, wskakujesz w ten strój czy nie? - Zaplątał kosmyk moich włosów na swój palec. Ten moment gdy przyjaciel traktuje cię lepiej niż chłopak, który ci się podoba i ponoć ty jemu.
- To jak, wychodzisz czy nie? - Odpowiedziałam mu podobnie dalej udając, że go nie znoszę.
- To chyba oczywiste, kochanie - Rozłożył się na łóżku wkładając pod głowę ręce gdy ja podniosłam się do pozycji siedzącej i zsunęłam na krawędź łóżka.
- Masz racje i tak, wiem, zawsze ją masz. - Powiedziałam szybko bo wiedziałam, że jest już gotowy mi odpowiedzieć ale tak to tylko się szeroko uśmiechnął. Wstałam idąc do walizki i wyjmując z niej strój, ręcznik i japonki.
- Louis będzie pewnie tęsknił za tym łóżkiem. - Powiedział nagle Ethan.
- Co? - Zapytałam odwracając się do niego.
- Co roku to on zajmuje tą sypialnie, w tym roku śpi na kanapie a ty zajmujesz jego łóżko. Oczywiście mógłby spać po lewej czy prawej stronie, tak jak ja z Raven po przyjacielsku, ale no przecież gdzie. - Wyjaśnia i nie wiem co mam odpowiedzieć. Z jednej strony miło, że tak zrobił i żal mi go bo musi tam spać, ale kanapa wydaje się być wygodna... Lecz z drugiej jestem jak, boże, proszę niech on ze mną śpi i niech zasypiam w jego ramionach!
  Przebieram się szybko w równie ekskluzywnej łazience jak reszta domku , sprawdzam czy dobrze wyglądam w wielkim lustrze i owinięta ręcznikiem w pasie wracam do pokoju gdzie Ethan przegląda Instagrama na telefonie. Oznajmiam mu, że możemy już iść gdyż jestem gotowa i wtedy podnosi na mnie wzrok. Gwiżdże i komentuje jak to temperatura w pokoju nagle się podniosła za co dostaje ode mnie poduszką.
  Kilka minut później dołączyliśmy do reszty, wszyscy poszli już na plażę, no prawie wszyscy, Louis miał zaraz dołączyć. Ethan od razu wbiegł do wody rozpryskując ją na Liv i Raven, które zanurzały się powoli i gdy tylko zimna woda dotknęła ich ciał zapiszczały. Położyłam ręcznik obok reszty i zostawiłam na nim japonki oraz okulary przeciwsłoneczne i podeszłam do brzegu. Stopy zapadły mi się w piasku, a po chwili obmyła je fala.Uśmiechnęłam się i zrobiłam kilka kroków do przodu, woda była naprawdę zimna, ale w taki upał stanowiła ukojenie. Weszłam aż do pasa i zrównałam się z dziewczynami, a potem razem poszłyśmy jeszcze dalej aż w pewnym momencie zebrałyśmy się na odwagę i zanurzyłyśmy się całkowicie pod wodę. Wyłoniłyśmy się po kilku sekundach odrzucając włosy do tyłu i śmiejąc się. Przestałam się śmiać kiedy zauważyłam jak biegnie do nas Louis i wbiega do wody podobnie jak Ethan i och, wyglądał bardzo dobrze. Przypomniało mi się, że nie powinnam się na niego patrzeć gdy nasze spojrzenia się skrzyżowały, szybko odwróciłam wzrok i z trudem próbowałam tego nie powtórzyć, bo w końcu Louis w kąpielówkach.
  Siedzieliśmy na plaży dobre kilka godzin. Pływaliśmy i leżeliśmy opalając się, tak na zmianę. Niestety marzenia zostaną marzeniami, Louis nie posmarował mi pleców kremem, za to Ethan chętnie przygniótł mnie i zaczął malować buźki na moich plecach, a dopiero potem je rozmasował. Wróciliśmy wszyscy do domku o szóstej wieczorem, o ósmej miało być ognisko na co naprawdę się cieszyłam. Zawsze lubiłam gdy robiło się ognisko na wyjazdach, to był najlepszy punkt wycieczki.
  Przebrałam w dresy, związałam włosy w kitka i zeszłam na dół. Wszyscy również byli ubrani podobnie jak ja i oglądali SpongeBob'a, wiecie to ci groźni punkowcy. Usiadłam na brzegu obok Ethana i pozwoliłam sobie położyć na jego kolanach nogi, nie protestował. Olivia siedziała na kolanach Haydena, Raven między nimi i Ethanem, a fotel zajmował Louis, jego nogi były oparte o stolik do kawy. Po raz pierwszy widziałam go w dresach i już byłam pewna, że chciałabym widzieć go tak jeszcze kilka razy. Nie było widać jego tatuaży, wyjął kolczyk z brwi i z ust, został tylko tunel w uchu. Wyglądał tak normalnie przez co znowu nie mogłam oderwać wzroku, niech cię diabli Louis, że jesteś taki cholernie piękny.
  Za przygotowania do ogniska wzięliśmy się wpół do ósmej. Pomogłam Raven z Liv przygotować kiełbaski i razem z piankami zanieśliśmy je do miejsca gdzie Louis wraz z Haydenem ustawiał ognisko i próbował je rozpalić. Kiedy się udało każdy dostał bo jednej butelce piwa i stanął dookoła ogniska.
- Za udany wyjazd! - Powiedział Louis stojąc obok mnie i unosząc swoją butelkę do góry.
- So raise your glass! - Zaczął nucić Ethan po mojej lewej piosenkę P!nk i wszyscy się zaśmiali po czym stuknęliśmy się ze sobą butelkami i w równym czasie je przechyliliśmy. Następnie każdy wziął kijek i nadział na niego kiełbaskę. Trzymałam swój kijek nad ogniskiem gdy nagle ktoś złapał moją dłoń i poprawił jej położenie, wzdrygnęłam się i spojrzałam w górę.
- Tak będzie lepiej. - Powiedział Louis, poprawił grzywkę i odszedł na swoje miejsce.
- Dzięki. - Odpowiedziałam pod nosem i znowu skupiając swoją uwagę na kiełbasce, aby czasem mi nie spadła.
- Naprawdę nie mogę na to patrzeć. - Po chwili przyszedł Ethan i usiadł obok mnie.
- Na co? - Zapytałam choć tak naprawdę domyślałam się o co może mu chodzić.
- Na to jak bardzo Louis stara się trzymać na dystans i na to jak czasem mu nie wychodzi.
- Ethan.... - westchnęłam ciężko. - On po prostu... - Nie wiedziałam sama jak mam to określić.
- Po prostu co?
- Nie wiem. - Wzruszyłam ramionami.
- Właśnie, więc posłuchaj się mnie i innych tutaj zgromadzonych, bądź w tym przypadku mężczyzną i zrób ten cholerny pierwszy krok.
- Nie, wiesz dobrze, że tego nie zrobię. - Byłam uparta. Miał rację, że mogłabym podejść ale tylko wtedy bym to zrobiła gdybym była pewna i widziała to co oni, ale tak nie było więc wolałam trzymać się na boku.
- Panie spraw aby oni w końcu się zeszli bo nie wytrzymam. - Powiedział unosząc głowę do góry i patrząc w niebo.
- Panie nagle wierzący, uważaj bo zaraz ci kiełbaska spadnie. - Powiedziałam śmiejąc się.
- Co? - Spojrzał na swój kijek, z którego właśnie zleciała kiełbaska do ogniska. - Cholera, nie!
- Za każdym razem! - Zaśmiał się po chwili Louis i wyciągnął dłoń do Haydena, który podawał mu dziesięcio funtowy banknot.
- Założyliście się o to czy w tym roku też spadnie mi kiełbaska? - Zapytał oburzony Ethan.
- Tak stary i lepiej drugiej też nie zrzuć bo zbankrutuję. - Powiedział Hayden bardzo poważnie, a potem dołączył do reszty i zaczął się śmiać. Tylko Ethana to nie bawiło, wstał po kolejną kiełbaskę i usiadł skupiając cały swój wzrok na kijku. Tym razem mu nie spadła, a Hayden nie stracił kolejnej kasy.
  Siedziałam otulona kocem, który przyniósł dla każdego z domku Hayden. Była dziewiąta wieczorem, byliśmy dalej przy ognisku i podziwialiśmy zachód słońca. Niektórzy już powoli byli wstawieni, mam na myśli głównie Ethana, który zaczął opowiadać śmieszne historie i nas rozśmieszać. Potem zabawne opowieści zamieniły się w straszne. Naprawdę się bałam opowieści Raven o wilkach, w dodatku dookoła było ciemno jak w dupie i słychać było szum wody oraz świerszcze. Po tej nie miłej bajce Ethan, który serio był już pijany wpadł na pomysł aby iść wykąpać się nago. Louis nie protestował, też był trochę pijany, ale ja z dziewczynami owszem byłam przeciw i śmiałyśmy się zasłaniając oczy. Kiedy ten wariat naprawdę się rozebrał Hayden zaczął zanim biegać z kocem, ja ukrywałam oczy za rękoma tym samym bokiem patrząc na Louisa, który głośno się śmiał. Na szczęście wszystko zakończyło się szybko, Ethan został złapany i zaprowadzony do łóżka.
 Tak oto około północy wszystko się zakończyło. Zabrałam tyle rzeczy ile mogłam i przy świetle z mojego telefonu wróciłam do domku. Przy schodach usłyszałam szelest liści i trochę się przestraszyłam, ale potem stwierdziłam, że to pewnie jakiś zwierzak i po prostu szybko weszłam do środka. Odkładając rzeczy zauważyłam na tarasie Louisa i nie wiem czemu ale postanowiłam do niego iść.
- Miałeś rację. - Podeszłam do balustrady na tarasie i stanęłam obok Louisa, który palił papierosa.
- Tak? Z czym? - Zapytał podnosząc jedną brew i spoglądając na mnie.
- Z zachodem słońca.
- Och, no tak, racja. - Pokiwał głową i znowu skierował swój wzrok w kierunku oceanu. Też pokiwałam głowa i spojrzałam na wodę, którą oświetlał słabo księżyc.
- Wiesz co to jest shotgun? - Zapytał nagle Louis kiedy myślałam, że nasza rozmowa jest zakończona.
- Um, wymiana dymu? - Boże nie mówcie, że on chce ze mną to zrobić, ale pewnie nic nie będzie jutro pamiętał. Wygrać i jednocześnie przegrać życie.
- Dokładnie tak. - Szepnął przyznając mi rację i przysuwając się do mnie. Moje serce biło poza pierś gdyż byłam bliska prawie pocałunku z Louisem, cholera. Nasze usta prawie się dotykały a on następnie wypuścił dym, a ja wciągnęłam go, odsunęłam się i go wypuściłam.
- Brawo. - Powiedział Louis, ponieważ nie zrobiłam z siebie ofermy przy nim i nie zakrztusiłam się.
- Dzięki. - Odpowiedziałam dumna z siebie i dziękowałam, że jest ciemno bo nie może widzieć moich rumieńców na twarzy.
- Idziesz? - Zapytał gdy zgasił już papierosa i wyrzucił go gdzieś poza balustradę. Pokiwałam głową i weszłam przed nim do domku. Podszedł do kanapy i opadł na nią wcześniej zdejmując koszulkę i rzucając ją na podłogę. Idąc po schodach przystanęłam i spojrzałam na niego.
- Dobranoc, Louis. - Powiedziałam i jedyne co dostałam to niewyraźny pomruk, ale uznajmy, że również powiedział dobranoc.

                                                                 ~ † ~

niedziela, 15 listopada 2015

† Chapter 24 †

                                                             † Lethal Love †

 Siedzę z mamą w jedynej lodziarni w Carlisle, która jest urządzona w stylu lat 60. Ma czarno białe kafelki na podłodze, szafę grającą i siedzenia ze skóry w kolorze morskim. Pamiętam jak chodziłam tutaj z tatą gdy byłam mała prawie codziennie. Mama oczywiście nic nie wiedziała bo przecież by się wściekła, bo gdzie dawać dziecku lody, a zwłaszcza gdy na zewnątrz wieje i pada. Lecz prawda zawsze wyjdzie na jaw i tak też się stało. Zachorowałam i zaczęłam marudzić mamie, że nie chcę leżeć w łóżku tylko iść z tatą na dużą porcję miętowego orzeźwienia. Kiedy wyzdrowiałam nasze częste spacery do lodziarni ograniczyły się do przynajmniej jednego na rok kiedy pogoda dopisywała.
  Na przykład tak jak dziś, niebo jest lekko zachmurzone, termometry wskazują prawie dwadzieścia stopni i z dnia na dzień wskaźnik wzrasta. Nadciąga fala upałów, która ma potrwać z dobre dwa tygodnie. Oznacza to, że wszyscy będą się roztapiać oraz, że przyjaciele Louisa mieli rację gdy mówili, że pod koniec lipca i na początku sierpnia pogoda jest idealna na to by wyjechać i odpocząć. Mam nadzieję, że gdy zapytam się mamy o wyjazd to zgodzi się abym w tym roku do nich dołączyła. Tylko nie mam pojęcia jak to zrobić, bo przecież nie powiem jej prawdy. Zamknęłaby mnie w domu na cztery spusty, powiadomiła policję przez co również wpakowałaby się w celownik Snake'a, a przecież nie mogę jej stracić, nikogo zresztą.
- Nad czym tak myślisz? - Pytanie mamy wyrywa mnie z zamyślenia.
- Co? - Odpowiadam zdezorientowana kilka razy mrugając i siadając wygodniej.
- Wpatrujesz się w ten pucharek już od kilku minut i mieszasz tą łyżeczką, twoje lody zaraz całkowicie się rozpuszczą. - Wyjaśnia po czym wkłada do buzi łyżeczkę z nabranymi lodami do buzi gdy ja spoglądam na swój pucharek.
- Och... - Wzdycham zakładając kosmyk włosów za ucho i również nabieram lody na łyżeczkę a potem kieruję ją do moich ust.
- No więc, powiesz mi co chodzi ci po głowie? - Przygryzam wargę i nerwowo postukuję stopą o podłogę pod stołem po czym biorę głęboki wdech i szybko to z siebie wyrzucam.
- Chodzi o wyjazd.
- Wyjazd? - Pyta marszcząc brwi.
- Tak, wyjazd... - Potwierdzam lekko kiwając głową i wkładając do buzi kolejną łyżeczkę z lodami.
- Gdzie i z kim? - Oto jak moja mama zmienia się w jedną sekundę z rodzica w śledczego.
- Pamiętasz jak mówiłam ci o Louisie? - Pytam a ona kiwa głową.
  Dotrzymała swojej obietnicy złożonej w szpitalu i nie wywinęłam się z opowieści o tym co to za nowy chłopak w moim życiu. Oczywiście skłamałam jej trochę zmieniając imię Briana na imię Louis i tym samym przedstawiłam go jej jako porządnego chłopaka, na którego wpadłam pewnego dnia, gdy wracałam ze szkoły. Potem musiałam jej tłumaczyć, że nie jesteśmy razem i, że to zły pomysł abym przyprowadziła go do domu.
- Więc on i jego przyjaciele jadą jak co roku nad ocean, jeden znajomy ma tam domek, zaprosił mnie abym w tym roku do nich dołączyła. Naprawdę chciałabym z nimi jechać, proszę zgódź się. - Wpatruje się w nią błagalnie.
- Dobra. - Mówi po chwili namysłu
- Co? Mogę jechać? - Pytam nie dowierzając.
- Tak, pewnie, co będziesz siedziała całe lato w domu ze starą matką. - Na mojej twarzy pojawia się szeroki uśmiech szczęścia i mam ochotę ją mocno przytulić.
- Dziękuję, bardzo dziękuję mamo i wcale nie jesteś stara!
- Jeżeli chcesz coś jeszcze, to świetnie idzie ci udobruchanie mnie. - Zaczyna się śmiać i ja również
- Nie, nic już nie chcę, naprawdę nie jesteś stara.
- Tak czy siak, jak do czegoś dojdzie między wami na tym wyjeździe to pamiętajcie aby się zabezpieczać. - Kiedy to usłyszałam mało co nie zakrztusiłam się lodami.
- Co, mamo, nie, my nie jesteśmy razem. - Powiedziałam jąkając się i kręcąc głową w zaprzeczeniu.
- Och, ale na pewno ci się podoba i coś do niego czujesz, widzę to. - Wycelowała we mnie łyżką a ja spuściłam wzrok.
- Może.. - Szepnęłam.
     
                                                                    ~

  Moją pierwszą myślą po przebudzeniu było to, że dziś dzień wyjazdu. Drugą było to, że znowu zobaczę Louisa. Uśmiechnęłam się i po chwili wstałam z łóżka idąc się wyszykować aby na dziewiątą być już gotowa. Kiedy jadłam śniadanie mama pytała czy na pewno wszystko wzięłam i znowu prawiła mi kazanie na temat dobrych manier, abym czasem nie przesadziła z alkoholem, który pewnie się pojawi, oraz ponownie wróciła do tematu zabezpieczeń, słuchałam jej przytakując. Sama już dobrze wiedziałam jak się zachować, gdzie jest moja granica w piciu i że jedyną parą, która może się na tym wyjeździe pieprzyć to będzie Olivia i Hayden.
  Kilka minut przed dziewiątą pożegnałam się z nią i wyszłam z mieszkania idąc na koniec ulicy gdzie jak zawsze miał na mnie czekać Louis. Tym razem był po mnie range roverem, z którego wydobywała się głośna muzyka.
- Witaj piękna. - Powiedział Ethan wysiadając z auta i mnie przytulając.
- Hej piękny. - Odpowiedziałam z uśmiechem.
  Przez ten tydzień po treningach zostawałam jeszcze kilka godzin aby posiedzieć z nimi i trochę ich poznać. Dowiedziałam się tyle z moich obserwacji, że Raven jest typem, który słucha wszystkiego co się dookoła dzieje i czasem dorzuci swoje trzy grosze. Olivia jest trochę szalona, a Hayden był w niej po uszy zakochany i nie spuszcza jej z oczu. Ethan natomiast jest wyluzowany, mówi to co myśli i to z nim zaprzyjaźniłam się najbardziej.
- Mam nadzieję, że wzięłaś najbardziej skąpy strój kąpielowy jaki miałaś aby Louisowi stanął. - Powiedział biorąc moją walizkę i wsadzając ją do bagażnika.
- Może wcale go nie wzięłam? - Ethan też miał w zwyczaju rzucać tego typu teksty i przez niego sama zaczęłam.
- Kąpiel nago, kochanie, myślę, że Louis oszaleje! - Powiedział a ja się zaśmiałam kręcąc głową.
- Jesteś walnięty, on nawet na mnie nie patrzy.
- Uwierz mi, robi to gdy ty nie patrzysz. - Mrugnął do mnie zamykając bagażnik i podchodząc do mnie zarzucając rękę na moje ramiona.
- Jasne... - Westchnęłam. Mógł mówić w kółko, że też podobam się Louisowi, ale ja i tak mu nie uwierzę. Chciałabym to słyszeć od niego samego, a nie od jego przyjaciela.
- Niezły samochód - Dodałam kiedy otworzył przede mną drzwi i wsiadłam do środka lądując między nim a Liv.
- Dzięki, w tym roku specjalnie udostępniłem nam sześcioosobowy. - Odpowiedział wsiadając zaraz za mną.
- To twój? - Uniosłam jedną brew zdumiona po czym przywitałam się z Liv uściskiem.
- Zgadza się, jego rodzice są straszni nadziani. - Wyjaśnił Hayden, który siedział z przodu.
- Tak nadziani, że to aż chore. - Dodała z tyłu Raven, a ja się zaśmiałam.
- Możemy jechać? - Wtrącił się Louis. Siedział za kierownicą i palił papierosa.
- No to zapnij pasy. - Powiedział gdy pokiwałam głową, pogłośnił jeszcze radio i ruszył w drogę.

                                                                        ~ † ~

piątek, 23 października 2015

† Chapter 23 †

                                                           † Lethal Love †

- Skoro umiesz nawet w miarę dobrze walczyć bez użycia broni, to czas najwyższy ją wprowadzić. - Zaczął Louis dwa tygodnie później i w tym samym czasie odsuwając metalowe drzwi ukazując całą ścianę, na której wisiały różne rodzaje pistoletów i noży. Widząc to szczęka mi opadła.
- Czy to legalne mieć tyle broni w jednym pomieszczeniu? I... skąd wy to macie? - Zapytałam podchodząc bliżej.
- To tajemnica. - Odpowiedział Louis uśmiechając się po czym zdejmując z jednego uchwytu pistolet i podchodząc do mnie.
- To jest Sig Sauer P226, 9mm...
- Czekaj, znasz nazwę każdego pistoletu, który się tu znajduje? - Przerwałam mu na co przechylił głowę i spojrzał na mnie spod przymrużonych powiek. - Przepraszam, siedzę już cicho. - Udałam, że zamykam buzię na kłódkę.
- Kontynuując, ustawowo rozmiar magazynka w Kalifornii wynosi 10. Zawsze musisz pamiętać ile strzałów oddałaś inaczej, no cóż, możesz zginąć. Ważną rzeczą, którą musisz również zapamiętać to, to aby zachować dystans, ponieważ przeciętna osoba potrafi pokonać 21 stopy w 1,5 sekundy, a jeżeli ma nóż to może cię wypatroszyć zanim zdążysz nacisnąć spust. Teraz weź pistolet i wyceluj we mnie. - Skończył i skierował pistolet w moja stronę.
- Co? Nie zrobię tego. - Odsunęłam się do tyłu o krok.
- Zaufaj mi, Des. - Przewrócił oczami i westchnął. Przez chwilę jeszcze się wahałam po czym wzięłam pistolet do ręki. Był ciężki i źle się z nim czułam.
- No dalej. - Pośpieszył mnie Louis. Westchnęłam i wycelowałam w niego. Zanim zdążyłam nacisnąć spust on wyrwał mi go z ręki.
- Och... - Tylko tyle byłam w stanie z siebie wydusić po jego szybkiej reakcji. Uśmiechnął się i przeszedł obok mnie idąc w kierunku stanowisk strzelniczych. Podążyłam za nim i zatrzymałam obok przy stanowisku numer trzy.
- Teraz spróbuj strzelić prosto w zaznaczony punkt na sylwetce. - Podał mi pistolet po czym wskazał cel, którym była czarna kropka w miejscu serca. Znów wzięłam go z niechęcią do ręki, jakoś mi nie leżał, chyba głównie dla tego, że to małe urządzenie może zabić każdego i zabiło między innymi mojego tatę.
- Trzymaj mocno, napręż ręce, będzie silny odrzut. - Poinformował mnie, a ja wykonałam jego polecenie po czym nacisnęłam spust odwracając w tym samym czasie głowę i zamykając oczy.
- No, prawie trafiłaś w jego kutasa. - Powiedział Louis śmiejąc się. Otworzyłam oczy i spojrzałam za nim na tarczę. Miał rację, ślad po strzale był poza sylwetką i na linii bioder.
- Taa... łamię nosy i prawie odstrzeliwuje kutasy, Snake ma się czego bać. - Powiedziałam trochę przygnębiona bo byłam w tym wszystkim naprawdę beznadziejna, Może i robiłam jakieś postępy ale to były małe kroczki, bardzo małe.
- Ja bym się bał, lubię swojego kutasa. - Odpowiedział dalej lekko się śmiejąc i podchodząc do mnie. Objął mnie od tyłu i złapał rękoma moją twarz. Moje serce przyśpieszyło, wzięłam wdech i wstrzymywałam go przez moment. Był tak blisko, aż czułam jego oddech na policzku.
- Okej, po pierwsze nie możesz odwracać głowy, musisz się skupić na swoim celu. - Skierował moją głowę prosto na punkt, w który miałam trafić, a następnie przeniósł swoje dłonie na moje i podniósł je celując pistoletem.
- Po drugie trzymaj mocniej ten pistolet. - Jego mięśnie się napięły a wzrok skupił na celu za to mój na jego profilu. Wyglądał tak dobrze, jego kości policzkowe i to skupienie w oczach, które niespodziewanie spojrzały w moje. Nie odwróciłam wzroku, tylko dalej się w niego wpatrywałam i znów czułam to jak bardzo mnie do niego ciągnie. Zamknęłam oczy błagając aby mnie w końcu pocałował, tak bardzo chcę czuć jego usta na swoich, chcę móc być obejmowana przez niego o każdej porze dnia i nocy.
 Niestety, rozlega się huk i czuję nagle zimno. Otwieram oczy i rozglądam się. Jego strzał oddany był bezbłędnie a on sam gdzieś wyszedł, zostawił mnie samą, po prostu pięknie.
  Uznałam, że to koniec zajęć, więc poszłam się przebrać, a gdy nadal go nie było wyszłam z sali treningowej do pokoju głównego i zaczęłam go szukać.
- Czyżbyś szukała Louisa? - Szybko odwracam się do osoby, która skierowała do mnie te słowa. Jest to mężczyzna, dobrze zbudowany i wyższy ode mnie o kilka centymetrów. Ma ciemne włosy i oczy oraz lekki zarost. Tak samo jak inni ma tatuaże i kolczyki. Przechylam głowę na bok i marszczę brwi.
- Kojarzę cię... - Mówię i próbuję sobie przypomnieć skąd.
- Pewnie z klubu, w którym pracuje razem z Louisem. Jestem Hayden. - Uśmiecha się wyciągając do mnie dłoń, którą ściskam.
- Och tak, masz rację. Ja jestem...
- Destiny. - Przerywa mi i jestem naprawdę zdumiona, skąd on zna moje imię? - Louis nam często o tobie opowiada. Pomagamy mu ciebie chronić. - Zarzuca mi rękę na ramie i zaczynamy iść.
- Pomagacie?
- Tak, ja i kilka innych osób.
- Czy pomagaliście mu chronić kogoś innego? - Dostrzegam okazję by poznać odpowiedź na kilka dręczących mnie pytań więc postanawiam ją wykorzystać.
- Tak, ale ty jesteś inna.
- Jak to, inna?
- Kiedy Snake cię porwał to nie chciał nic innego robić jak tylko cię znaleźć. Przez cały dzień i noc próbował ustalić gdzie jesteś, obwiniał się, że dał się tak wrobić i że to jego wina.
- Naprawdę? - Nie spodziewałam się, że Louis mógłby się tak zachować. Przecież wciąż mnie odrzuca, a to zachowanie wskazuje jakby mu na mnie zależało. Nie rozumiem go, naprawdę.
- Naprawdę. Ej, ludzie! Zobaczcie kogo znalazłem! - Nim zdążę zapytać o coś jeszcze dochodzimy do kanapy, na której siedzą dwie dziewczyny i chłopak, którzy słysząc Haydena od razu kierują na mnie wzrok. - Destiny we własnej osobie!
- O matko! - Z siedzenia podrywa się blondynka i po chwili zamyka mnie w uścisku po czym odsuwa na szerokość rąk i przygląda mi się. - Naprawdę jesteś taka ładna jak mówił Lou. Jeju cieszę się, że w końcu mogę cie poznać! - Znów mnie tuli, a ja szczerze nie nadążam za tym co się tutaj dzieje.
- Jeszcze ją udusisz, Liv. - Odzywa się druga dziewczyna, która ma czarne włosy z czerwonymi pasemkami i na ramieniu wytatuowanego wilka.
- Oj tam zaraz uduszę, przesadzasz. À propos, jestem Olivia, ale możesz mówić na mnie Liv, jak wszyscy. - Uśmiecha się do mnie szeroko co odwzajemniam niepewnie po czym kieruję wzrok na pozostałą dwójkę, która została na kanapie.
- Destiny, co już pewnie każdy z was wie. - Poprawiłam torbę, która spadła mi z ramienia po tym jak Liv mnie przytuliła i która teraz była obejmowana przez Haydena, chyba są parą.
- Tylko słyszymy je jakieś sto  razy dziennie. - Zaśmiał się drugi chłopak. - Jestem Ethan.
- A ja Raven i fajnie, że w końcu w naszej paczce będzie tyle samo dziewczyn co i chłopaków.
-  Właśnie! - Odezwała się znów Liv. - Czy Louis mówił ci już, że za tydzień jedziemy nad ocean?
- Um, zupełnie nic. - Pokręciłam przecząco głową.
- Pewnie jak zawsze zapomniał. - Powiedział Ethan.
- W takim razie ja zrobię to za niego. Jak co roku jedziemy na domek, który jest nad oceanem i po prostu dobrze się bawimy. Uważam, że powinnaś z nami jechać!
- Ja, um, nie wiem sama, powinnam chyba pogadać o tym z Louisem, a nawet nie wiem gdzie jest.
- Spoko, pewnie wyszedł zapalić. - Odpowiedział Ethan, który sam akurat palił.
- I już wróciłem. - Rozległ się głos Louisa, który stanął obok mnie i założył ręce na piersi.
- Och to świetnie, bo uważamy, że Destiny powinna się z nami wybrać na domek. - Powiedziała Liv na co wszyscy przytaknęli jej skinieniem głowy. Spojrzałam na Louisa ciekawa co powie, czy także się zgodzi? Jeżeli tak to będę musiała się zastanowić nad tym co ja powiem mamie.
- Macie rację, powinna jechać. - Odpowiedział po chwili, a Olivia klasnęła w dłonie uradowana.
- Nie powinna zostawać sama, Snake może to wykorzystać. - Dodał po chwili na co Ethan przewrócił oczami i westchnął.
- A teraz chodź, odwiozę cię. - Odwrócił się i zaczął iść do windy. Pożegnałam się z moimi nowymi znajomymi po czym podążyłam za nim. Oczywiście znów wróciliśmy do stanu gdzie zamyka się przede mną i nie pozwala zbliżyć. To naprawdę zaczyna mnie irytować. Może na tym wyjeździe coś się zmieni? Może uda mi się do niego dotrzeć?

sobota, 3 października 2015

† Chapter 22 †

                                                              † Lethal Love †

  Nie mogłam spać, zegar wskazywał czternaście minut po drugiej w nocy, latarnie uliczne słabo oświetlały mój pokój, panowała prawie idealna cisza. Przerywał ją mój oddech i szum pościeli gdy przewracałam się z boku na bok próbując jednak zasnąć.
  Wszystko przez Louisa. Jego imię rozbrzmiewało w moim umyśle. Dlaczego nie może mieć jakiegoś okropnego imienia, na przykład Wilfred? Jakoś nie wyobrażam sobie aby niewidzialne głosy w mojej głowie szeptały Wilfred, Wilfred. Ale Louis... jak najbardziej tak. Ma takie piękne imię, a on sam również jest niczego sobie. Niebieskie oczy, brązowe włosy i te usta, które już niemal dwa razy zetknęły się z moimi. Jego głos, który jest ukojeniem dla moich uszu, ciepło jego ciała, które jest pokryte różnymi tatuażami. Szkoda, że nigdy nie będzie dla mnie osiągalny.
  Po tylu godzinach wpatrywania się w sufit doszłam do wniosku, że coś do niego czuję. Znam go od miesiąca i z każdym dniem myślę o nim coraz więcej, ale on chyba nie odwzajemnia tego uczucia. W ogóle wydaje się być taki zamknięty, jakby coś ukrywał lub czegoś się bał, a może obie te rzeczy?
  Po za tym, jeżeli by coś czuł, już dawno by mnie pocałował, prawda? A skoro tego nie zrobił to nie czuje tego co ja i powinnam jak najszybciej zdusić w sobie to uczucie. Nie powinnam się w nim zakochiwać ani w nikim innym. Moje życie wisi na włosku i wszelakie marzenia o założeniu rodziny nie wchodzą w grę. Nie wiadomo czy w ogóle dożyję kolejnych dni, nie wiem co Snake planuje i kiedy ma zamiar znów zaatakować.
  Na samą myśl o Snake'u i o tym wszystkim co zrobił, a co mnie może jeszcze czekać przechodzi mnie dreszcz oraz złość bo znów mam ochotę płakać. Jestem taka słaba fizycznie i emocjonalnie, nie lubię tego.
  Mocniej nakrywam się kołdrą zamykając oczy i próbuję znów zasnąć. Uspokajam oddech i rozluźniam się odpływając myślami znów do jego osoby. Wyobrażam sobie jakby to było gdyby bylibyśmy razem i teraz mi to pomaga, nim się obejrzę odpływam w sen.
 - No dalej, uderz mnie w końcu. - Louis stał przede mną ze zgiętymi rękoma i zaciśniętymi pięściami, miałam przybraną pozę jak on. Różnica była taka, że on wcale nie był spocony, normalnie oddychał, a jego włosy były w idealnym stanie, nie to co ja. Zdmuchnęłam kosmyk włosów z moich oczu po czym znów zaczęłam próbować go zaatakować powtarzając ruchy, których mnie uczył przez ten tydzień. Ćwiczenia, które miały mnie wzmocnić powoli ustępowały miejsca nauce jak mam walczyć.
- Znów robisz ten sam błąd. - Powiedział przewracając oczami i złapał za nadgarstek obracając po czym przyciągając do siebie tak, że moje plecy przywierały do jego klatki piersiowej. Westchnęłam sfrustrowana po czym wyrwałam się z uścisku.
- Mam już dość na dziś. - Powiedziałam ściągając gumkę z włosów aby poprawić kitka, niestety wyślizgnęła mi się z ręki i upadła na maty.
- Dobrze wiesz, że nie skończymy póki... a, cholera. - Odpowiedział i w tym samym czasie schylił się po gumkę, lecz ja byłam szybsza o tą jedną sekundę. Złapałam gumkę i podniosłam się przez co uderzyłam Louisa w twarz swoją głową.
- O matko! - Zakryłam usta dłonią. - Przepraszam, ja.. ja nie chciałam...
- Okej, nic się nie stało... tylko dostałem w nos...
- Jak to nic ci nie jest?! Leci ci krew! - Zaczęłam panikować, kiedy zabrałeś swoje ręce z nosa.
- Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że boisz się krwi. - Zakpił ze mnie, a ja przypomniałam sobie, że przecież od tygodnia znów trzyma mnie na dystans jak na początku naszej znajomości. Naprawdę go nie rozumiem, ma okres jak baba, że mu się tak nastroje zmieniają? Chociaż sama nie jestem lepsza. Niby mam się odkochać i w pewnym momencie jestem na dobrej drodze aby moje serce nie zaczynało bić szybciej gdy on jest tak blisko mnie, by moje myśli wciąż nie krążyły wokół jego osoby, a w drugim... nie daję rady. Po prostu coś w nim jest co mnie do niego ciągnie, ostatnio, czyli wczoraj, pękłam gdy pod koniec zajęć ściągnął koszulkę, boże tak bardzo chciałam dotknąć jego skóry, że dziś w nocy mi się to śniło!
- Oczywiście, że się nie boję. - Unoszę podbródek do góry i zakładam ręce na piersi. - Tylko to wygląda fatalnie. - Krzywię się gdy krew dalej spływa po twojej twarzy.
- To może coś z tym zrobisz? - I oto kolejny moment, w którym pękam.
- Och, tak, okej. Gdzie w takim razie macie tu apteczkę, czy coś?
- To był sarkazm. - Odpowiada zaczynając iść do podwyższenia, gdzie zatrzymuje się przy jednym ze stołów. Wyciąga z szuflady pudełko oznakowane czerwonym krzyżem, otwiera i wyjmuje roztargniony jedna ręką wszystkie rzeczy gdyż drugą przytrzymuje przy nosie rąbek swojej koszulki przez co odsłania trochę swojego brzucha.
- Zostaw to i siadaj. - Rozkazuje wyrywając z jego ręki pudełko i przyciskając je do piersi. - No już. - Ponaglam go gdy stoi wpatrując się we mnie. Przewraca oczami po czym posłusznie wskakuje na blat. Uśmiecham się i ponownie odkładam apteczkę obok niego. Wyciągam wszystkie gaziki i jedną połowę wykorzystuje aby zetrzeć krew, drugą nakazuje mu trzymać przy nosie z głową pochyloną na dół gdy w tym czasie ja poszukam w sali głównej lodu i większej ilości papieru.
  Wybiegam z sali treningowej do pokoju głównego gdzie huczy muzyka. Skręcam w lewo do mini kuchni i otwieram lodówkę gdzie znajduje lód. Następnie rozglądam się za jakimiś chusteczkami i jedyne co znajduję to papier ręcznikowy więc zamiast rwać po kolei każdy listek, zabieram po prostu cały i wracam szybko do Louisa.
- Okej, wróciłam. - Przesuwam apteczkę robiąc miejsce moim zdobyczom.
- Nie oślepłem, widzę, że wróciłaś. - Nie odpowiadam tylko urywam trochę papieru i kładę na jego kark gdzie zaraz również ląduje paczka lodu. Kolejne listki papieru, które urywam skręcam przy jednym z rogów i nakazuje aby włożył to do nozdrzy.
- No, wyglądasz prawie jak wampir. - Pochylam się spoglądając na niego od dołu i uśmiechając się.
- Uważaj, może naprawdę nim jestem i tylko czekam na odpowiedni moment, aby zanurzyć kły w twojej szyi i wyssać twą krew do ostatniej kropli? - Łapie mnie gwałtownie za szyje a ja z piskiem odskakuje po czym obydwoje się śmiejemy.
- Czyli raczej nie ma opcji, że skończę jak Bella z chłopakiem wampirem? - Prostuję się i opieram o blat stołu.
- Nie jestem taką cipą jak Edward.
- Czekaj, oglądałeś to? - Chłopaków raczej nie przekonuje ten film. Gdy byłam na nim w kinie z Allanem to zamiast oglądać go, przeglądał Facebook'a i Twittera. Tak, to była naprawdę udana randka.
- Mia... ja... oglądałem z siostrami. - Podnosi głowę zdejmując z karku lód a z nosa wyjmując papier.
- Och, masz siostry, jak się nazywają?
- Nie twoja sprawa. - Ścina temat i wyrzuca papier do kosza przedtem upewniając się, że na pewno już nie leci z jego nosa krew.
- Um, okej... masz rację, więc jeżeli nie Edward, to w takim razie kto ciebie najbardziej przypomina? - Próbuję ciągnąć dalej tą rozmowę, która przez moją ciekawość w szybkim tempie zmierza ku końcowi.
- Jasper.
- Jasper? - Jestem zdumiona, że akurat taka postać, ciekawe dlaczego.
- Tak. Jasper i na dziś to koniec. - Odchodzi znikając po chwili w szatni a ja zostaję sama. Przez moment uchylił ten mur, który go otacza i znów ze mną normalnie rozmawiał. Wystarczyło jedno, moje pytanie aby wszystko zniszczyć. Lecz chwila, nie, tak jest dobrze, niech się ode mnie oddala i ja też to zrobię tym samym odkocham, przynajmniej mam taką nadzieję, że tak będzie.
  Ponownie wzdycham i idę się przebrać. Dziesięć minut później siedzę już w jego samochodzie i patrzę przez szybę okna na mijane otoczenie. Nie rozmawiamy, nie gra nawet muzyka, a gdy wysiadam nie mówi mi nawet "pa". Ruszam przed siebie ulicą do domu i z trudem powstrzymuje się od tego aby się nie odwrócić i spojrzeć jak odjeżdża.
  No i tak to z nami jest. On raz mnie lubi, a raz nie. Ja raz go kocham, a raz nie.

                                                                 ~ † ~

niedziela, 20 września 2015

† Chapter 21 †

                                                            † Lethal Love †

  Mijając ludzi nie mogłam powstrzymać się od gapienia na nich. Każdy miał inne kształty tatuaży i w różnych ilościach. Kolorowe albo i nie, zwierzęta, wzory etniczne, gwiazdki, serca, czyjaś twarz czy jakieś słowa z piosenki albo książki oraz dużo innych rzeczy. Również były kolczyki w ustach, nosie, języku, policzkach abo brwi. Zauważyłam też neonowe soczewki u paru osób i mimo, że każdy z nich albo te rzeczy miał czy nie, to jedno ich łączyło. Uśmiech. Na pierwszy rzut oka pewnie każdy myśli o nich jako o ludziach złych, pogrążonych w depresji. Lecz ci tutaj wcale na takich nie wyglądają. To jest po prostu ich styl bycia, są inni, wyjątkowi na swój sposób jak każdy z nas. Oczywiście istnieją tacy którzy są źli i mam tu na myśli Snake'a, który zabija niewinnych ludzi, kradnie, gwałci bezbronne dziewczyny i Bóg wie co jeszcze.
  Przeszliśmy na drugą stronę pokoju do czarnych drzwi, które zlały się z tłem i wcześniej ich nie dostrzegłam. Louis otworzył je przede mną i pozwolił wejść pierwszej. Widząc ten pokój znów mnie zatkało. Był dwa razy większy od poprzedniego, dobrze oświetlony, w białych, szarych oraz czerwonych kolorach. Podłogę pokrywały maty, po lewej stronie było pięć stanowisk z sylwetką człowieka na końcu, na wprost para białych drzwi, a po prawej podwyższenie gdzie były drabinki zamontowane także na suficie, worki treningowe, sztanga, hantle i inne stanowiska do ćwiczeń, które można by znaleźć w siłowni i na których widok już byłam zmęczona.
- Lewe drzwi to szatnia damska, możesz się tam przebrać. - Powiedział Louis wskazując ręką drzwi. Przytaknęłam skinieniem głowy i poszłam w ich kierunku. Weszłam do środka kładąc torbę na ławce między drzwiami, za którymi były prysznice, a wnęką z toaletą, dwoma umywalkami i dużym lustrem. Przebrałam się w czarne legginsy i różowy t-shirt na ramiączkach po czym uczesałam włosy w kitek.
  Mając pewność, że dobrze wyglądam opuściłam szatnię wracając na salę treningową. Louis już na mnie czekał rozgrzewając się poprzez robienie pajacyków potem przysiadów. Stanęłam jak wryta wpatrując się w niego, a raczej w jego dupę. Spojrzałam na jego a potem swoją i stwierdziłam, że ma lepszą ode mnie.
- Destiny? - Usłyszałam jego głos co oznaczało, że przyłapał mnie jak gapię się na swoją dupę.
- Um... - Zakłopotana zgarnęłam kosmyk z oczu, a on zaśmiał się zakładając ręce na piersi.
- Gotowa? - Zapytał jedynie za co byłam mu wdzięczna, bo nie postanowił skomentować tego co przed chwilą zobaczył.
- Jak najbardziej. - Odparłam choć tak naprawdę nie będąc tego taka pewna. Nigdy nie byłam dobra na wuefie, unikałam go jak ognia, a teraz czekają mnie treningi, które mają nauczyć jak mam walczyć, mnie, największą łamagę na świecie. - Od czego zaczynamy?
- Rozgrzewki oczywiście.
  Zaczęliśmy od zrobienia paręnastu kółek dookoła sali, po których miałam dość, ciężko oddychałam opierając jedną dłoń na kolanie a drugą uciskając brzuch. Niestety to był dopiero początek, następnie kazał mi wykonać sto pajacyków, siedemdziesiąt pięć przysiadów i piętnaście pąpek. Przy ostatniej pąpce padłam na ziemię i nie zamierzałam się podnieść, serce waliło mi tak jakby miało zaraz się wyrwać z piersi.
- Masz naprawdę słabą kondycję. - Stwierdził Louis pomagając mi usiąść po czym podał przyniesioną z mojej torby wodę. Odkręciłam ją i przechyliłam zachłannie wypijając prawie połowę zawartości.
- Ty za to... jesteś w szczytowej formie. - Otarłam czoło opadając plecami na maty.
- Trening czyni mistrza. - Wzruszyła ramionami również kładąc się obok mnie.
- Czy możemy na dziś już skończyć? - Zapytałam mimo, że to było oczywiste jaką usłyszę odpowiedź.
- Dopiero zaczęliśmy. - Zaśmiał się a ja jęknąłam niezadowolona.
  Po krótkiej przerwie wróciliśmy do ćwiczeń na brzuch, nogi i ramiona. Podczas przechodzenia z jednego szczebla drabinki na suficie na drugi nie dawałam już rady. Ręce mi się trzęsły i nie miałam zupełnie siły. Próbowałam pokonać kolejny szczebel, ale niestety spocone ręce ześlizgnęły się z metalowego prętu i poleciałam w dół. Na szczęście Louis został na dole i zręcznie mnie złapał w swoje ramiona. Oplotłam go rękoma wokół szyi opierając głowę o jego pierś i próbując uspokoić oddech. Byłam naprawdę zmęczona.
- Wiesz... - Po chwili milczenia, gdy lekkie zawroty głowy minęły lekko, odezwałam się uchylając powieki i patrząc na ciebie.
- Hm? - Odpowiedział również na mnie spoglądając.
- Przypomniała mi się ta noc kiedy omal nie zwymiotowałam w twoim samochodzie...
- Ach tak, też to pamiętam. - Na jego twarzy pojawił się uśmiech. - Tylko wtedy byłaś pijana, a teraz jesteś naprawdę zmęczona.
- Przepraszam. - Wyszeptałam.
- Za co mnie przepraszasz? - Uniósł jedną brew.
- Że cię wtedy nie posłuchałam i przyszłam znów do tego klubu, a teraz musisz ze mną tu siedzieć i ratować gdy Snake mnie porwie czy coś. - Zsunęłam nogi z jego ręki stając na ziemi.
- Nie musisz mnie za to przepraszać, Destiny. - Próbowałam mu przerwać, ale położył mi palec na ustach. - Daj mi skończyć. Wcale nie sprawiasz mi problemu, to przyjemność móc cię trenować i jestem pewien, że dasz sobie radę, a kiedy następnym razem na twojej drodze pojawi się Snake uda ci się go pokonać. Chociaż nie, nie popełnię drugi raz tego błędu zostawiając cię bez opieki, będę miał cię zawsze na oku. - Mrugnął na koniec tym samym wywołując na mojej twarzy lekki uśmiech.
- Dziękuję. - Przytuliłam go i tak staliśmy kilka minut póki pierwsza się nie odsunęłam idąc się przebrać. Będąc przy drzwiach odwróciłam się jeszcze przez ramię by na niego spojrzeć i ponownie się uśmiechnąć.

                                                                             ~ † ~

wtorek, 1 września 2015

† Chapter 20 †

                                                          † Lethal Love †

  Majaczę między snem a rzeczywistością, powieki otwierają się i opadają. Mając jedną połowę twarzy ukrytą w poduszce, uchylam jedno oko, świat nabiera ostrości i wtedy sprawdzam, która jest godzina. Zegar ukazuje 8:41 AM. Dopiero ranek, więc mogę jeszcze spać. Przewracam się na drugi bok, bardziej nasuwając na siebie kołdrę i na nowo próbuję zasnąć.
  Louis! Wstaję gwałtownie, mało nie spadam z łóżka. Zaspałam i to już pierwszego dnia szkolenia! Dlaczego nie pomyślałam o tym, aby ustawić sobie budzik? Ach tak. byłam zbyt rozemocjonowana tym co się wydarzyło tej nocy pod moim oknem. Jego ciepłe ciało tak blisko mojego.. jego ręce obejmujące mnie w talii... jego... stop!
  Stop, stop, stop!
  Dlaczego ja o tym myślę? Mam jedynie dziewiętnaście minut aż wybije równo dziewiąta. Jedynka na zegarze zmienia się w dwójkę. Osiemnaście, właśnie straciłam jakże ważne sześćdziesiąt sekund czasu i mogę stracić kolejne jeżeli nic ze sobą nie zrobię. Po za tym on nic dla mnie nie znaczy. To tylko Louis, chłopak, który mnie uratował kilka razy, który wczoraj mnie przytulił, a właściwie ja jego i który tak ładnie pachnie... Ugh, znów to robię!
  Odkładam te myśli na boczny tor, a na głównym stawiając te dotyczące tego w co dziś się ubiorę. Nerwowo przygryzam paznokcie stojąc przed szafą i czekając na olśnienie. Przerzucam ubrania w poszukiwaniu tych odpowiednich, co jakiś czas sprawdzając godzinę. Kiedy zostaje mi dziesięć minut wciąż nie mam pojęcia co wybrać, znów, tym razem szybciej przebieram między ciuchami, aż w końcu decydując się na jasne jeansy i bordową bluzkę.
  Wracam do pokoju po moim najszybszym w życiu prysznicu, równie szybkim ubraniu się, umyciu zębów i rozczesaniu włosów, które jak zawsze z rana sterczą we wszystkie strony. Wrzucam do sportowej torby najpotrzebniejsze, rzeczy na trening. Upewniam się jeszcze czy aby na pewno wszystko wzięłam po czym narzucam torbę na ramię i wychodzę z pokoju. Zbiegam na dół do kuchni, biorąc butelkę wody oraz jabłko. Idę do przedpokoju wciągając na nogi szybko zniszczone już trampki, jestem w trakcie zakładania drugiego gdy słyszę głos mamy.
- Bez śniadania tak wychodzisz? - Pyta stojąc z pustym kubkiem po kawie w drzwiach salonu.
- Tak, śpieszę się. - Odpowiadam szybko kierując się do drzwi.
- Dokąd, jeżeli można wiedzieć? - Zatrzymuję się i powoli odwracam w jej stronę.
- Um... - No to jestem w kropce. Gdzie ja mogę się śpieszyć o tej porze? - Do siłowni. - Odpowiadam w końcu uśmiechając się.
- Tylko wróć na obiad, wpadnie George.
- Dobrze, dobrze, na pewno będę. - Znów odwracam się do drzwi. Jest już sześć minut po dziewiątej.
- Ach i jeszcze jedno, Destiny...! - Nie słyszę już co ma mi zamiar powiedzieć tylko trzask zamykających się za mną drzwi. Spoglądam na wyświetlacz telefonu. Siedem minut po dziewiątej. Louis mnie zabije.
  Ruszam biegiem aż na koniec ulicy, gdzie ma na mnie czekać. Torba co chwilę mi spada, co mnie denerwuje, tak samo jak włosy wpadające do oczu. Tylko mnie spowalniają. Mijam kolejne domy co rusz sprawdzając godzinę i widząc jak z siódemki robi się ósemka a z niej dziewiątka. Modle się by czas się zatrzymał i aby Louis na mnie wciąż czekał.
  Dostrzegam jego czarny samochód, ten w którym o mało nie zwymiotowałam i zemdlałam, aż jestem ciekawa co będzie następne. Umysł podrzuca mi brudne myśli, które odrzucam równie szybko jak się pojawiły. Zwalniam gdy od auta dzieli mnie tylko kilka kroków. Nagle auto rusza.
- Nie! - Krzyczę wyrzucając ręce w górę i znów zaczynając biec.
- Louis! Zatrzymaj się! - Dalej krzyczę biegnąc za pojazdem. Jestem pewna, że widzi mnie w lusterku, więc czemu się nie zatrzymuję?!
 W końcu zwalnia i zatrzymuję się przy następnym zakręcie. Jestem padnięta, mam ochotę upaść na chodnik i z niego nie wstawać. Jestem również już cała spocona a nawet jeszcze nie dotarłam na trening. Ciągnę za sobą torbę, którą po wejściu do auta wpycham pod swoje nogi. Zapinam pas i odwracam się do Louisa. Patrzę do niego spod przymrużonych powiek z nienawiścią. A on? No cóż, śmieje się! Zaczynam okładać go otwartymi dłońmi po ramieniu cedząc przez zęby.
- Widziałeś mnie! Na pewno, a mimo to się nie zatrzymałeś! Jak mogłeś! I jeszcze jest ci do śmiechu! - Po chwili łapie mnie za nadgarstki i odpowiada z uśmiechem na twarzy.
- Przynajmniej mamy za sobą rozgrzewkę. - Wyszarpuję ręce z uścisku krzyżując je na piersi.
- Nienawidzę cię. - Prycham.
- A ja cię lubię i zastanawiam się czy mam ci powiedzieć o tym, że masz bluzkę na lewej stronie. - Rusza patrząc na mnie kątem oka i ponownie się uśmiechając.
- Co? - Podrywam się patrząc w lusterko. O matko! On ma rację! Jak ja mogłam tego nie zauważyć? Odruchowo ściągam z siebie bluzkę zostając w staniku na czas aż przewrócę ją na prawą stronę i znów nie założę. Kątem oka widzę jak Louis porusza się niespokojnie na siedzeniu i odchrząkuję na co tym razem na mojej twarzy pojawia się uśmiech.
- Jeżeli zamierzasz robić striptiz to proszę nie w moim samochodzie, a zwłaszcza kiedy prowadzę.
- To gdzie? - Unoszę pytająco brew.
- Myślę, że znasz adres. - Jego głos jest taki pociągający, przygryzam wargę patrząc na niego. Odwraca głowę odwzajemniając spojrzenie, aż robi mi się gorąco i czuję jak na moich policzkach pojawiają się rumieńce na co szybko odwracam wzrok.
  Przez resztę drogi nie rozmawiamy za wiele. Pyta czy się wyspałam i ja również kieruję do niego to pytanie na co oboje przytakujemy głowami. Po godzinie jesteśmy na totalnym zadupiu w lesie, szczerze przyznam, że nie tego się spodziewałam.
- Gdzie my jesteśmy? - Pytam stając obok Louisa i lustrując budynek przed którym się zatrzymaliśmy. A raczej jego ruinę, nie ma okien, zburzoną jedną część oraz graffiti na ścianach.
- Może słyszałaś o funkcjonującym tu w latach osiemdziesiątych psychiatryku? - Wytrzeszczam oczy z przerażenia, czy ja dobrze usłyszałam? Psychiatryk?
- C... co? - Pytam a głos lekko mi drży.
- To może i lepiej. - Wzrusza ramionami zaczynając iść do budynku, zaraz ruszam za nim .
- Dlaczego mnie tu zabrałeś? W jaki sposób stary, opuszczony psychiatryk ma mi pomóc w walce ze Snake'm?
- Zobaczysz. - Uśmiecha się cwaniacko po czym wchodzi po schodach i u ich szczytu zatrzymuje się odwracając za siebie by na mnie spojrzeć.
- Idziesz? - Wzdycham ciężko i przeskakuje po dwa schodki dołączając do niego.
  W środku jest jeszcze gorzej i okropnie cuchnie stęchlizną. Podłoga jest brudna od błota i krwi, wszędzie jest roztrzaskane na kawałki szkło od szyb lub butelek, odciski kroków, przewrócone łóżka z pościelą i hak zwisający z sufitu, co mnie najbardziej przeraża. Podbiegam do Louisa aby być blisko niego, to miejsce jest straszne.
  Idziemy do wind, które o dziwo działają. Wchodzę do jednej z nich niepewnie bojąc się, że nagle staną i utkniemy tu na zawsze. Louis podważa tablicę z cyframi za którą kryje się kolejna, tylko, że zamiast cyferek guziki są kolorowe, wciska jeden z czerwonych i ruszamy, zjeżdżając w dół.
- Po co te kolory? - Pytam.
- Jakby jakiś nieproszony gość się tu pojawił i gdyby udało mu się znaleźć te drugie przyciski, które mają go zmylić by nie poznał naszej małej tajemnicy.
- Jakiej tajemnicy? - To robi się coraz bardziej dziwne, kto miałby ochotę przychodzić w tak paskudne miejsce?
- Przekonasz się już za chwilę.
  Wydaje mi się, że zaraz zjedziemy aż do jądra ziemi tak długo to trwa, lecz w końcu stajemy a ja spodziewam się zobaczyć piwnice czy lochy, och jak bardzo się mylę. Z szeroko otwartą buzią robię krok w przód opuszczając windę a wchodząc do dużego pomieszczenia pełnego punkowców. Pokój spowija jasne, fioletowe oraz granatowe światło. Na cały regulator gra muzyka przez którą przebijają się śmiechy obecnych ludzi, którzy spędzają ten czas zupełnie jak typowi nastolatkowie. Siedzą na jednej z kanap, oglądając telewizję lub grając na konsolach w wyścigi, bądź w bilard czy pingponga. Niektórzy nawet czytają w lewym rogu sali i muszę przyznać, że mają w czym wybierać. Mają też szafki z przekąskami oraz dwie lodówki wypełnione napojami i to nie tylko alkoholem. Ktoś tańczy, goni za sobą lub całuję się. Naprawdę nie mogę w to uwierzyć, że pod psychiatrykiem znajduje się takie miejsce, jak to możliwe, że tu jest? Jak daleko sięga i co jeszcze zobaczę? Niesamowite.
- Witaj w naszym małym podziemnym świecie, Destiny. - Słyszę szept Louisa tuż przy swoim uchu po prawej i mimowolnie uśmiecham się.

                                                                    ~ † ~ 

 Od Autorki: Witajcie po wakacjach w nowym roku szkolnym! Jak tam się czujecie na myśl o kolejnych 10 miesiącach pracy? Ja mam mały mętlik i trochę się boję, nowa szkoła i tak dalej. Nie wiem jak będzie z czasem i pisaniem, ale chyba będzie dobrze, plan nie jest taki zły. Mam już pewien pomysł jak to wszystko pogodzić i mam nadzieję, że się uda. Powodzenia życzę także wam! Co do opowiadanie, myślę, że przeniosę je całościowo na wattpada, jest tu coraz mniej komentarzy więc pewnie w końcu przestanie ich być, co o tym myślicie?

sobota, 22 sierpnia 2015

† Chapter 19 †

                                                           † Lethal Love †

 Zamrugałam kilka razy otwierając oczy. Leżałam na twardym łóżku, z białą pościelą w niebieskiej koszuli nocnej. Ściany pokoju były w beżowych kolorach, okna były zasłonięte, przez małe okienko w drzwiach wpadało światło z korytarza. Przy moim uchu zaraz po lewej, coś cicho pikało w równym rytmie. Powoli przekręciłam głowę i ujrzałam kardiomonitor, który wywołał na mojej twarzy lekki uśmiech.
  Żyję, jestem w szpitalu, co prawda nie mam pojęcia jak to się stało, że się tu znajduję, ale żyje, moje serce bije. Chyba nigdy wcześniej tak bardzo nie doceniłam faktu, że żyję i mam możliwość przeżyć tyle wspaniałych chwil. Przepraszam, miałam taką opcję póki Snake nie postawił sobie za cel zabicia mnie. Teraz nie wiem ile dni czy miesięcy mi zostało, ale na pewno więcej przez Louisa, który uratował mnie i to już drugi raz.
  Odwracam głowę w prawo z nadzieję, że zobaczę go siedzącego przy mnie lecz widzę kogoś innego. Na widok tej osoby kamień spada mi z serca i mam ochotę płakać ze szczęścia, że tu jest i także żyje. Opiera głowę na krawędzi łóżka coś cicho szepcząc.
- Mamo.. - Mówię z lekką chrypą ściskając lekko jej dłoń.
- Destiny, kochanie. - Podnosi gwałtownie głowę do góry przybliżając się do mnie i ujmując w jedną rękę mój policzek. Jej oczy są czerwone od płaczu, po policzku spływają łzy a na ustach gości uśmiech pełen radości.
- Boże, tak się martwiłam o ciebie. Nikt nie wiedział gdzie jesteś, przepadłaś bez śladu, a potem ten telefon. Nawet nie wiesz jak byłam przerażona gdy kazał mi zapłacić taką sumę pieniędzy. Nie wiedziałam czy uda mi się je zebrać, a jeżeli nie to czy cię zabije? I kiedy czekałam na niego przy starym dworcu pojawili się jacyś ludzie, cali w tatuażach, ale to chyba nie od niego bo kazali mi stąd uciekać i jechać do szpitala, gdzie byłaś ty... - Wyrzuca z siebie słowa jak karabin maszynowy pociski. Ledwo udaje mi się za nią nadążyć.
- Mamo, mamo, spokojnie. - Próbuję wciąć się w jej w zdanie i jakoś uspokoić. - Już? - Kiwa głową ocierając łzy i biorąc, kilka głębokich wdechów.
- Jacy ludzie z tatuażami? - Pytam będąc tego bardzo ciekawa.
- Nie mam pojęcia, myślałam, że to ci, którzy ciebie przetrzymują, ale jednak myliłam się. Kazali mi zabrać pieniądze i jechać tutaj, do szpitala. Twierdzili, że tu będziesz i mówili prawdę.
- Jak zebrałaś pieniądze?
- Nie tylko ty chowasz pieniądze do skarpetki, moja droga.
- Mamo! - Jęczę nie dowierzając, na co mam się lekko śmieje.
- Jestem twoją matką, mam prawo przeszukiwać twój pokój! - Bardzo jestem ciekawa czego szukała ale boję się zapytać.
- Okej, tego pytania nie było.
- A jak się czujesz? - Przestaje się śmiać lecz wciąż ma uśmiech na twarzy.
- Dobrze, na prawdę nic mi nie jest.
- Tak, pewnie, nic ci nie jest. Tylko cię porwali, bili, głodzili i oblali benzyną. Co to jest?
- Skąd o tym wiesz? - Unoszę zdziwiona jedną brew.
- Lekarz mi powiedział. Ktoś chyba musiał cię doprowadzić do stanu zero.
- Och, no tak. - Westchnęłam cicho.
-  À propos, ktoś na zewnątrz również czeka aż się obudzisz aby z tobą porozmawiać.
- Louis? - Ożywiam się, moje serce bije trochę szybciej.
- Nie... - Mama patrzy na mnie podejrzliwie. - Komendant policji, będą szukać tego kto cię porwał.
- Nie! Nie mogą, niech tego nie robią.
- Destiny, przecież on cię porwał! Powinien ponieść konsekwencje!
- Mamo, błagam niech oni tego nie robią, proszę posłuchaj mnie jeżeli ci na mnie zależy... zaufaj mi. - Ściskam mocno jej dłoń starając się ją przekonać. Przecież Snake już tyle razy był ścigany, a wciąż jest na wolności, teraz pewnie będzie tak samo, ujdzie mu to płazem. Co jeżeli ich zabije, jednego po drugim? Nie mogę na to pozwolić.
- Proszę, mamo... - Milczy, wiem, że się waha.
- Dobra, przekonam ich, ale musisz mi w tym pomóc, udawaj że masz amnezję. - Uśmiecham się co odwzajemnia. Wstaje i podchodzi do drzwi. Chwytając klamkę odwraca się jeszcze do mnie. - Nie myśl sobie, że i ja dostanę amnezji i wywiniesz mi się z podania powodów dlaczego to robię. A zwłaszcza opowieści o tym chłopaku.
  Chwilę po tym jak wyszła wchodzi do sali Chuck z notesem i długopisem w ręce. Wita się ze mną i pyta jak się mam. Siada obok mnie po czym zaczyna zadawać pytania, na które odpowiadam tak jakbym nic nie pamiętała. Chyba wychodzi mi to dosyć przekonująco bo w końcu rezygnuje. Dziękuję i opuszcza salę. Przez małe okienko widzę jak mama z nim rozmawia, mam nadzieję, że się uda. Po paru minutach wchodzi do sali uśmiechając się i pokazując dwa kciuki w górę. Udało się, mogę odetchnąć z ulgą.
  Około czwartej po południu dostaję wypis ze szpitala. Przebrana w nowe ciuchy, które przywiozła mi mama opuszczam budynek. Czuję się zdecydowanie lepiej, mam wciąż siniaka na policzku i w innych częściach ciała, ale to zejdzie. Tylko wspomnienia pozostaną, ukryte w zakamarkach umysłu, gotowe powrócić i wzbudzić strach. 
  Od razu po powrocie do domu wzięłam swoją piżamę i poszłam pod prysznic, bardzo długi prysznic. Ciepła woda spływała po mnie i znikała w odpływie zabierając ze sobą wszystkie wydarzenia dzisiejszego dnia. Wychodząc czuję się lżej. Wracam do pokoju i wskakuję pod pościel. Jem spaghetti przygotowane przez mamę i oglądam stary jak świat film pod tytułem "Pani Doubtfire". Kiedy się kończy, gaszę lampkę przy łóżku i idę spać. 
  Ze snu wyrywa mnie ciche stukanie o szybę. Ignoruję je i próbuję spać dalej ale ono powtarza się co rusz nie dając mi spokoju. Wzdycham ciężko zła, że coś przerywa mi sen. Przerzucam nogi poza łóżko przecierając zaspane oczy. Zegarek na etażerce pokazuje drugą nad ranem. Podążam po ciemku przez pokój do okna, w które coś dalej uderza. Podnoszę je do góry i mrużąc oczy rozglądam się po ogródku. Lampki czujne, zamontowane między roślinami dają słabą poświatę na postać stojącą pod moim oknem. Nie wiem kto to, bo nie widzę jego twarzy, ale oszalał przychodząc do mnie o tej porze!
- Nie wiem kim jesteś ale lepiej stąd znikaj jeżeli ci życie miłe. - Mówię szeptem by mama mnie nie usłyszała. Nagle dostaję w czoło małym kamykiem, który odbija się i spada na podłogę.
- Au.. - Pocieram czoło.
- Sorry, wybacz, nie chciałem. - Wytrzeszczam oczy ze zdumienia gdy rozpoznaję głos.
- Louis? Co ty tutaj robisz? I to o drugiej nad ranem! Nie wiesz, że normalni ludzi śpią o tej porze.
- Nie należę do nich, po za tym chcę pogadać, nie zabijaj mnie proszę. - Śmieje się. Nie wierzę, że on stoi pod moim oknem, myślałam, że znów będzie mnie unikać, Snake mnie znów porwie a on uratuje i tak w kółko.
- Długo mam jeszcze tu stać? Dla twojej wiadomości na zewnątrz jest zaledwie dziesięć stopni i trochę marznę.
- Tak, tak, już schodzę. - Zamykam okno i kręcąc głową z niedowierzaniem wychodzę do niego otulona czerwonym szlafrokiem w misie co oczywiście musi skomentować ze śmiechem.
- Już skończyłeś? Jeżeli tak, to możesz przejść do rzeczy inaczej serio cię zabiję za tą pobudkę.
- Groźna. - Znów się śmieje. - No dobra, przyszedłem tu by sprawdzić jak się czujesz.
- Tylko tyle? Więc naprawdę świetnie, dziękuję ci, że mnie uratowałeś a teraz możesz znów mnie unikać, dobranoc. - Odwracam się na pięcie wracając do domu. Ten jednak łapie mnie za ramię i odwraca z powrotem w swoją stronę.
- Nie miej mi tego za złe, Destiny. Myślałem, że jeżeli nie będę się do ciebie zbliżał to i Snake sobie odpuści. - Słyszę po tonie jego głosu, że naprawdę czuje się winny.
- No to źle myślałeś! Czekał tylko na okazję by mnie porwać i udało mu się! Gdzie wtedy byłeś, skoro masz mnie przed nim chronić?
- Wiem, to był błąd, którego już nie popełnię, chcę to naprawić, pamiętasz jak chciałaś abym nauczył cię jak się bronić? Nie było mnie wtedy bo dałem mu się zaprowadzić w pole, przepraszam.
- Przeprosiny przyjęte i tak, pamiętam.
- Zgadzam się. Jutro z rana o dziewiątej przyjadę po ciebie i tak codziennie póki się nie nauczysz. - Na mojej twarzy pojawia się uśmiech zadowolenia.
- Okej, ale żeby lepiej moja mama się o tym nie dowiedziała, czekaj na mnie na końcu ulicy.
- Niech będzie, a teraz wracaj do łóżka.
- Dzięki. - Uścisnęłam go na pożegnanie. - Dobranoc. - Odwróciłam się i truchtem wróciłam do domu. Położyłam się do łóżka zasypiając ze wspomnieniem tego jak się do niego przytuliłam.

                                                                           ~ † ~ 

 Od Autorki: Notka tym razem będzie krótka, a więc..Mamy kolejny rozdział! Co o nim myślicie? A szczególnie o nocnym Romeo znanym inaczej jako Louis? Proszę zostawcie swoją opinię, zróbcie to dla mnie z okazji moich słodkich 16 urodzin. 

wtorek, 11 sierpnia 2015

† Chapter 18 †

                                                           † Lethal Love †

  Mówią, że ludzie nie popełniają drugi raz tego samego błędu, za drugim razem jest już to wybór. Czy tak samo było ze mną? Idąc znów do klubu nie popełniłam żadnego błędu tylko świadomie wybrałam ponowny powrót? Czy sama się skazałam na taki los? Prawdopodobne. W końcu popełniłam błąd nie słuchając Louisa, gdybym się go posłuchała i nie wracała to może i nie siedziałabym teraz skuta kajdankami, cała obolała w jakimś budynku. Mogłam za to posłuchać za drugim razem kiedy wysłał mi SMS i jednak zostać w domu ale wybrałam, że tam pójdę. A może po prostu moje życie składa się z samych błędów? Albo nie ma żadnych błędów ani wyborów? Tak miało być, ktoś z góry wszystko zaplanował. Co jeżeli Bóg wiedział o wszystkim od dawna i wie co wydarzy się za parę chwil czy kilka lat?
  Westchnęłam cicho siadając wygodniej, od tego siedzenia bolała mnie już dupa, nie wspominając, już o tym, że potrzebuję skorzystać z toalety i to PILNIE. Jak tak dalej pójdzie to chyba nie wytrzymam i zrobię toaletę z tego pokoju. Naprawdę nie chciałabym aby do tego doszło, to byłoby... ohydne. Mam nadzieję, że Snake okaże swoją dobroć i pozwoli mi pójść się załatwić kiedy go o to zapytam gdy tylko tu przyjdzie. Tylko ile jeszcze będę musiała na niego czekać?
  Nowy, chłopak, który ma siedzieć ze mną dwadzieścia cztery na dobę pilnując abym czasem nie uciekła, co jest według mnie bezsensowne, śpi w najlepsze cicho chrapiąc tym samym przerywając panującą cisze. Mogłabym go obudzić i spytać, która godzina, na pewno ma przy sobie telefon, ale nie mam serca aby to zrobić. Muszę dlatego dalej czekać zastanawiając co dzieje się na zewnątrz.
  Mijają kolejne minuty, które zamieniają się w godziny i nic się nie zmienia. Robię się znów trochę senna, powieki zaczynają mi się same zamykać. Wtem słychać krzyki dochodzące z korytarza coraz bardziej nabierające na sile. Natychmiast oprzytomnieje i z walącym sercem czekam na to co się ma zaraz wydarzyć. Po chwili otwierają się drzwi, które uderzają od ścianę. Do środka wchodzi Snake a za nim Shane i Kade. Widać, że jest zły a nawet wściekły. Zauważając wybudzającego się ze snu Nowego zrzuca go z krzesła po czym słychać huk i mój krzyk. Postrzelił go w głowę, zabił na moich oczach, o boże.
- Dlaczego to zrobiłeś?! - Pytam przerażona przenosząc wzrok z ciała chłopaka na niego. Spogląda na mnie i przez chwilę myślę, że i ja zaraz dostanę kulką w głowę, ale on się uśmiecha.
- Spał, a nie powinien. - Mówi omijając ciało i podchodząc do mnie. Popełniłam kolejny błąd, mogłam chłopaka obudzić, a teraz nie żyje, przeze mnie!
- Przecież i tak nie mogłabym uciec!
- Ale ktoś mógłby ci pomóc. - Kuca przede mną i ujmuje mój podbródek. - Ale nie ma co płakać, Destiny. - Ściera łzy z moich policzków, po których zaraz spływają nowe.
- Jesteś potworem. - Szepczę, uśmiecha się.
- Jestem człowiekiem Destiny, a ludzie to potwory. Zniszczą w tobie wszystko jeżeli jesteś zbyt słaby. Prawda? - Przejeżdża po mojej ręce, na której są białe blizny po cięciu.
- Powiedz mi, jakie masz życzenie?
- Czy jest tu toaleta? - Odpowiadam bez namysłu.
- Ach te ludzkie potrzeby, zupełnie zapomniałem, jesteśmy tacy krusi. - Sięga do kieszeni wyjmując kluczyki po czym uwalnia mnie z kajdanek. Natychmiast przykładam ręce do piersi pocierając je. Snake chwyta mnie za ramię podnosząc do góry i popychając do przodu. Omal nie wpadam na ciało, po podłodze sunie stróżka krwi. Oczy chłopaka są otwarte, takie bez życia. Szybko odwracam wzrok i idę do drzwi wychodząc na korytarz.
- W lewo. - Mówi podążając krok za mną. Nie wspomniał, że mam nawet nie próbować uciec, ale nie musi, nie zamierzam. Idąc kątem oka zauważam barierki a w dole wysokie metalowe półki z pudłami. Zakładam, że zamknął mnie w starym magazynie, który dawno miał być zrównany z ziemią.
  Zatrzymujemy się przy białych drzwiach.
- Masz minutę. - Opiera się o ścianę. Wchodzę do środka i szybko się załatwiam. Zatrzymuje się na dłużej przy pękniętym lustrze patrząc na swoje marne odbicie. Na policzku mam fioletowego siniaka, zaschniętą krew na szyi i brodzie, opuchniętą wargę. Wyglądam okropnie.
- Wyłaź, koniec czasu! - Rozlega się pukanie, wzdrygam się i posłusznie opuszczam toaletę.
  Wracamy do mojego więzienia. Znów na moich rękach zaciskają się kajdanki. Ciało Nowego gdzieś zniknęło a Shane trzyma w ręce baniak z jakimś płynem. Snake bierze go od niego i zbliżając się odkręca.
- Wiesz, myślałem, że twoim ostatnim życzeniem będzie coś w rodzaju, powiedz mojej mamie że ją kocham. - Patrzę na niego pełna strachu. Wtedy gdy o to pytał to nie myślałam, że chodzi mu o ostatnie życzenie zanim mnie zabije. Co teraz zrobi? Zastrzeli, udusi? Przełykam z trudem ślinę.
- No nic, spłoniecie razem. - Mówi triumfalnie po czym przechyla baniak a jego zawartość wylewa się na mnie. Mrugam kilka razy i pluję pozbywając się płynu z ust. Po zapachu rozpoznaję, że to benzyna.
- Żegnaj Dessssstiny. - Mówi na odchodne po czym się śmieje ze swoimi kolegami.
- Czekaj! - Wołam za nim na marne. - Co masz na myśli mówiąc razem?! O kim ty mówisz, jestem sama! - Zaczynam cicho łkać, skóra zaczyna mnie lekko piec. - Ja nie chcę tak umierać... - Szepczę pozbawiona jakiejkolwiek nadziei na to, że uda mi się przeżyć. To koniec.
  Czekam aż budynek stanie w płomieniach i mnie pochłonie. Lecz to długo nie nadchodzi, przez co mój strach, przerażenie i rozpacz narastają. Jakże wielkie jest moje zdumienie gdy drzwi się otwierają a w progu stoi on.
- No hej, wybacz mi to spóźnienie. Potrzebujesz pomocy? - Pyta beztrosko poprawiając grzywkę i zaraz zjawiając się przy mnie aby uwolnić moje ręce.
- Louis? Jak ty się tu znalazłeś? Myślałam, że się nie zjawisz... - Nagle dociera do mnie znaczenie słów Snake, spłoniecie razem. - Louis! Powinieneś uciekać, on chce nas podpalić, zginiemy... - Na nowo popadam w histerię.
- Ciiii... - Przykłada palec do moich ust, jest całkowicie opanowany. - Nie zginiemy, wydostanę cię stąd i naprawdę przepraszam, że musiałaś tu być i trochę się nacierpieć. - Dostrzegam w jego oczach żal. Nie wiem co mam odpowiedzieć, więc po prostu łapię go za dłoń kiedy jestem wolna i razem wybiegamy z pokoju.
  W dole rozgrywa się bójka, między ludźmi Snake a tymi co są z Louisem. Padną od czasu do czasu jakieś strzały, mam nadzieję, że nikt nie ucierpi. Ktoś podpala puste pudła, pierwsze płomienie pochłaniają je, ogień co raz bardziej się rozprzestrzenia.
- Chodź. - Mówi i ciągnie mnie w prawo. Nie przejdziemy za wiele gdy na drodze staje nam dwóch mężczyzn. Jeden rzuca się na Louisa a drugi zmierza prosto na mnie. Nie umiem się bić więc co mogę więcej zrobić jak odwrócić się i uciec? Niestety dogania mnie i zaciska swoje ręce w pasie. Wierzgam nogami i krzyczę gdy próbuje mnie wyrzucić za barierkę. Puszcza mnie, opadam na podłogę i odsuwam się obserwując jak Louis okłada go pięściami po czym wywala za barierkę. Słychać jego krzyk, który po chwili ucicha. Ponownie ujmują dłoń Louisa kiedy wyciąga ją w moją stronę. Podnoszę się i biegniemy teraz bez żadnych przeszkód. Zbiegamy po schodach i zaczynamy biec ku wyjściu co utrudniają nam płomienie ognia i przewalające się półki. Robi mi się gorąco i krztuszę się dymem. Zatrzymujemy się zastanawiając gdzie teraz pobiec.
- Louis... - Potrząsam jego dłonią wskazując rozlaną benzynę po której śladzie dojdzie się do sterty materiałów wybuchowych. Jeżeli zaraz się stąd nie wydostaniemy wylecimy w powietrze. Gdy to dostrzega biegnie jeszcze szybciej ciągnąc mnie za sobą. Kiedy wybiegamy przez otwarte drzwi za nami wali się tynk zagradzając drogę. O mały włos, a moglibyśmy tam ugrzęznąć. Wciąż nie zwalniając oddalamy się od magazynu. Tracę powoli siły, jestem głodna przez co słaba, gdyby nie ręka Louisa, która mocno zaciska się na mojej dawno upadłabym na ziemię. Kiedy jesteśmy jakieś dwadzieścia metrów od budynku nastaje eksplozja. Odrzuca nas, opadamy na ziemię, Louis przykrywa mnie swoim ciałem. Przez moment dzwoni mi w uszach, świat dookoła wiruje. Louis podpiera się na ramionach po obu stronach mojej głowy, od jego twarzy dzieli moją kilka centymetrów. Wydaje mi się, że czas zatrzymał się na chwilę gdy patrzę w jego niebieskie oczy a on to odwzajemnia. Zgarnął kosmyk moich włosów za ucho, przybliżył się zamykając oczy. Wstrzymuję oddech, jestem pewna, że mnie zaraz pocałuję... Jednak to się nie dzieje, czas znów przyśpiesza a on podnosi się a potem pomaga mi stanąć na nogach.
- Jesteś cała? - Pyta odchrząkując.
- Tak. - Odpowiadam.
- Nie ma za co, ale to jeszcze nie koniec, musimy stąd uciec.
  Siedzę w jego samochodzie opierając czoło o zimną szybę i jedyne o czym myślę to, to że uciekłam, uratował mnie, żyję.

                                                                   ~ † ~ 

 Od Autorki: Przepraszam, że znów trochę musieliście czekać, ale miałam u siebie gościa na tydzień i w sumie liczyłam, że przybędzie trochę komentarzy. Znów spadły i zastanawiam się czy nie dać limitu... no ale nic, co do rozdziału, mam nadzieję, że przypadł wam do gustu, w końcu pojawił się Louis, którego będzie teraz już więcej a no i pierwszy moment między naszą dwójką. Co o tym wszystkim myślicie? xx

piątek, 24 lipca 2015

† Chapter 17 †

                                                            † Lethal Love †

  Wybudzona ze snu podniosłam powieki i kilka razy nimi zamrugałam przyzwyczajając się do światła dziennego wpadającego przez okno. Tej nocy śniło mi się, że Snake i jego koledzy porwali mnie gdy wracałam do domu z imprezy u Michaela. Kiedy rozejrzałam się po pokoju wiedziałam, że to jednak nie był sen. Oni naprawdę mnie porwali i teraz siedzę w pokoju z beżowymi ścianami, w niektórych miejscach odpadającym tynkiem i graffiti. Naprzeciw mnie stoi drewniane krzesło a pod jego siedzeniem jest zapalniczka i butelka po piwie. Dwie pary stalowych i zimnych kajdanek są ciasno zaciśnięte z tyłu na moich nadgarstkach oraz na dwóch cienkich rurach, które przy nawet najmniejszym ruchu wbijają się w moje ręce raniąc je. Jestem zmuszona siedzieć w niewygodnej pozycji, głodna oraz z pilną potrzebą udania się do toalety nie wiadomo jak długo i gdzie.
  Odchylam głowę do tyłu ciężko wzdychając. Czemu Snake od razu mnie nie zabił tylko musiał porwać i gdzie tak właściwie on jest? Albo mam lepsze pytanie. Gdzie jest Louis? Ten, który miał mnie przed nim chronić. Czy mam rozumieć, że to była tylko chwilowa potrzeba ratowania kogoś w potrzebie? Coś nakazuje mi myśleć, że wcale tak nie jest i wczoraj coś go zatrzymało a Snake maczał w tym palce. W końcu po co miałby przychodzić na moje zakończenie roku i wysyłać tego anonimowego SMS?
  Chwileczkę, nie mam swojego telefonu, zniknął! Jestem pewna, że brałam go ze sobą, nie mógł przecież od tak sobie wyparować, prawda? Czyżby mi go zabrali? Tylko po co? Nie znają blokady więc nie mogą nic zrobić...
  Mama! Mogą odbierać telefony! Och aż boję się pomyśleć ile nieodebranych jest i ile zostawiła wiadomości głosowych. Pewnie z początku była zła ale z czasem, im bliżej było rankowi zaczęła się martwić. Czy zawiadomiła już policję? Och nie, nie, nie. Ona mi tego nie wybaczy, szlaban do końca życia i dalej. Może to nawet i lepiej... och boże. Kręcę głową z niedowierzaniem i niemal nie zaczynam płakać. Powstrzymuję się słysząc kroki zbliżające się do pokoju. Opuszczam głowę, zamykam oczy i próbuję unormować oddech, tak jakbym wciąż spała.
  Chwilę później drzwi się otwierają. Uchylam lekko powieki i widzę dwie pary butów stąpających po zniszczonej podłodze. Jedna z nich pewnie musi należeć do Snake. Moje domysły potwierdzają się gdy słyszę jego głos.
- Mówiłeś, że się wybudza. - Czyli ktoś mnie pilnuje, tylko nie mam pojęcia, kto to może być. Nie rozpoznaję jego głosu.
- Tak było, zaczęła się lekko ruszać. - Słyszę w jego głosie lekki niepokój, jakby się czegoś bał. Pewnie o swoje życie.
 Panuje przez moment cisza, potem rozlega się skrzypienie podłogi i wydaje mi się, że słychać też moje serce, które bije przerażone. Snake kuca obok mnie, zaledwie kilka centymetrów dalej i mi się przygląda. Nagle jego dłoń chwyta mój podbródek unosząc go do góry. Zadrżałam pod wpływem niespodziewanego dotyku co mnie pewnie zdradziło. Wstrzymuje przez chwilę oddech, co teraz zrobi wiedząc, że udaję? Jego twarz zbliża się ku mojej tak, że czuję jego oddech. Uchylam ponownie lekko powieki i widzę jak uśmiecha się cwaniacko po czym dostaję w twarz trzy razy z pięści silnej jak stal.
  Gwałtownie otwieram oczy. Krztuszę się i wypluwam krew zmieszaną ze śliną po czym spojrzałam na niego nienawistnym spojrzeniem. Cała lewa strona twarzy pulsują nieprzyjemnym bólem, po ustach spływa mi resztka krwi, a on wciąż się uśmiecha, wychodzi na to, że mój ból go bawi.
- Nigdy nie próbuj mnie oszukać, bo nigdy ci to się nie uda. - Przybliża swoje usta do mojego ucha szepcząc mi te kilka słów, które brzmią jak groźba po czym wbija swoje palce w mój brzuch i całuje w szyję. Mam ochotę go odepchnąć ale zapominam, że moje ręce są w kajdankach, które gdy tylko się poruszę wbijają mi się w skórę.
 Śmieje się wstając i ponownie uderzając mnie tym razem w brzuch. Kulę się ciągnąc za sobą ręce, które znów ranią kajdanki. Opieram się z powrotem plecami o ścianę kilka razy oddychając głęboko i mierząc ich wzrokiem. Obaj są ubrani na czarno, mają krótkie ciemne włosy, ale nowy nie ma tatuaży, kolczyków ani tego zabójczego wzroku. Jest wystraszony, chudy i ledwo trzyma karabin w rękach. Ciekawe ilu takich do pomiatania ma za sobą Snake i czy Shane oraz Kade też kiedyś tacy byli?
- Dlaczego od razu mnie nie zabijesz? - Pytam.
- Oj Destiny. - Kręci głową biorąc coś od chłopaka i odwracając się do mnie. Zauważam w jego dłoni mój telefon. - Gdybym cię zabił, jakie miałbym z tego korzyści? - Nie odpowiadam, znów z szybszym pulsem patrzę tylko na telefon. Czy rozmawiał z moją mamą i jeżeli tak to co jej powiedział?
- Żadnych. - Kuca znów koło mnie ze smutną miną, którą zaraz zastępuje uśmiech. - A tak nie tylko mogę dostać za ciebie okup ale również zabić więcej osób.
- Przecież nie oddasz mnie żywej. - Czy on zamierza oszukać moją matkę? Dając nadzieję, że jeżeli da mu kasę to dostanie córkę, którą i tak zabije?
- Kto powiedział, że masz być żywa? - Śmieje się.
- Teraz porozmawiasz z mamą... - przerywam mu co jest moim wielkim błędem.
- Co zamierzasz jej powiedzieć? Nie dzwoń do niej, oddaj mi to! - Szarpię się i wierzgam nogami, na których siada a jego jedna dłoń zaciska się na mojej szyi. - Zadzwonię a ty powiesz, że masz się świetnie i nic ci nie jest, aby odwołała gliny, które w sumie i tak cię nie znajdą - kręci głową z uśmiechem gdy ja mam łzy w oczach z trudem oddychając. - A ja zajmę się resztą, okej? Tylko nie zawiedź mnie, albo twoja mama też zginie, a tego chyba przecież nie chcemy, prawda? - Kiwam lekko głową patrząc przez łzy jak znów się uśmiecha. - Świetnie. - Zabiera rękę, biorę zachłanny wdech.
  Dokładnie, świetnie, wprost idealnie. Muszę okłamać mamę, która da mu nie wiadomo jaką kasę licząc, że zobaczy mnie jeszcze żywą i jeżeli nie będę przekonująca to zabije i ją. Próbuję nie płakać, mrugam kilka razy powiekami i zagryzam dolną wargę. Po chwili Snake przysuwa mi telefon pod usta z włączonym głośnikiem. Po dwóch sygnałach rozlega się głos mojej mamy, na który ściska mnie w gardle.
- Halo? Destiny? Gdzie jesteś? Wiesz jak ja się martwię?! - Snake ręką pokazuje, że podrzyna gardło, przełykam ślinę i odpowiadam.
- Przepraszam mamo, że nie dzwoniłam ale nie mogłam złapać zasięgu. - Kłamię i staram się aby głos mi nie drżał z przerażenia.
- Gdzie jesteś Destiny? Miałaś wrócić o dziesiątej!
- Nic mi nie jest, nie martw się. Żyję, jestem cała i zdrowa.
- Czemu nie wracasz do domu? Myślałam, że ktoś cię porwał albo zabił. Każdy cię szuka.
- Mamo, niech mnie nie szukają, nic mi się nie stanie, obiecuję.
- Destiny co ty wygadujesz? Gdzie jesteś? Wracaj do domu.
- Mamo! Posłuchaj mnie! - Podnoszę ton i czekam chwilę dusząc w sobie łzy. - Odwołaj wszystko, nie muszą mnie szukać po prostu mi uwierz. - Snake powoli wycofuje telefon więc kończę szybko. - Kocham cię!
- Ja ciebie też kocham, ale proszę powiedz co się dzieje, słyszę po twoim głosie, że coś jest nie tak. 
- Witam Pani Ellis. - Wyłączył głośnik i teraz nie wiem już co odpowiada mu mama. W głowie echem odbijają mi się jej słowa "ja ciebie też kocham".
- Mam nadzieję, że słuchała Pani uważnie swojej córki i tak jak prosiła odwoła Pani poszukiwania. Ale teraz proszę uważnie posłuchać mnie. Nie będę powtarzał kolejny raz. Nie zamierzam zabić Pani córki, porwałem ją bo potrzebuje pieniędzy, które mi Pani da jeżeli chce Pani zobaczyć w szybkim czasie Destiny.
- Wszystko zależy od Pani, proszę pamiętać. Niech na początek będzie sto tysięcy i niech zna Pani moją dobroduszność, daje Pani czas do jutra. W południe proszę zostawić pieniądze przy starej stacji kolejowej. Do zobaczenia. - Rozłącza się po czym łapie mój podbródek wyraźnie zadowolony, nie to co ja. Łzy spływają mi po policzkach.
- Dobra robota Destiny.
- Nienawidzę cię! Jesteś potworem, szują, palantem! - Nie zważam na konsekwencje. Splunęłam mu w twarz.
- Zamknij ryj szmato! - Reaguje błyskawicznie zaczynając okładać mnie pięściami z całych sił.
 Patrzę nieprzytomnym wzrokiem jak odchodzi wcześniej rozwalając mój telefon na tysiąc małych kawałków. Krew cieknie mi z nosa na usta, szyję i bluzkę, wszystko mnie boli. Zanim odpłynę w ciemność uśmiecham się słabo.

                                                                          ~ † ~ 

 Od Autorki: Lumos! Tak jak myślałam, nie miałam internetu na wyjeździe i nie miałam jak pisać ale wróciłam i szybko w tydzień się uwinęłam. Mam nadzieję, że wam się podoba, trochę brutalnie, ale no cóż, Snake nie zna litości. Jak zawsze chcę wiedzieć co o nim sądzicie, każdy komentarz naprawdę mile widziany. Przy ostatnim pojawiło się znacznie więcej co mnie cieszy i chcę wam za to podziękować! Oby tak dalej. Jeżeli dobrze pójdzie oczekujcie 18 rozdziału już za tydzień. Teraz uciekam oglądać Harry'ego Pottera, do następnego! Nox! 

piątek, 10 lipca 2015

† Chapter 16 †

                                                              † Lethal Love †

  Zrozumiałam wiadomość jasno i wyraźnie lecz mimo to nie zamierzam zaryglować się w domu na cztery spusty. Pójdę na imprezę i wrócę o wyznaczonej przez mamę godzinie do domu. Wydałoby się to przecież z lekka podejrzane gdybym tak nagle zrezygnowała i nie wychodziła z pokoju. Zachowam więc po prostu większą ostrożność niż dotychczas. W sumie, idę tam też tylko dla tego, że mam cichą nadzieję zobaczyć Louisa.
  Rozlega się dźwięk klaksonu, który oznacza, że Vivianne jest już pod domem i mam zejść abyśmy razem pojechały do domu Michaela. Chłopak nie tylko wszystko organizuje ale również od pierwszej klasy jest obiektem westchnień Vivi. Podrywam się z krzesła przed toaletką i zbiegam na dół gdzie czeka już na mnie mama. Żegnam ją buziakiem w policzek po czym wychodzę z domu.
- Coś ty na siebie włożyła?! - Odzywa się oburzona Vivianne kiedy tylko wsiądę do auta.
- Mnie ciebie też miło widzieć Vivianne. - Odpowiadam zapinając pas po czym patrzę na jej a mój ubiór. Zupełnie dwa inne światy. Jesteśmy jak, jasność a ciemność, dobro a zło. Ona ma na sobie jasne, dużo odkrywające ciuchy a ja wręcz przeciwnie.
- Idziesz do kościoła czy na imprezę? - Wciska pedał gazu i ruszamy.
- No co. - Wzruszam ramionami zakładając kosmyk włosów za ucho.
- Żaden nie będzie chciał z tobą tańczyć. Jeżeli nie miałaś co na siebie włożyć to trzeba było mówić, pożyczyłabym ci coś. - Przewracam oczami.
- Czy ja mówię, że chcę aby ktoś ze mną tańczył? - Do mojej głowy wkrada się myśl, że mógłby być to Louis, ale zaraz szybko ją odrzucam na bok.
- Czy ty dalej jesteś w żałobie po Allanie? Myślałam, że już ci przeszło. Kobieto zostaw tego gnojka, jego strata! Jest dużo fajniejszych chłopaków, którzy się by od tak - pstryknęła palcami - ustawili w kolejce do ciebie. - Znowu pomyślałam o Louisie, cholera, dlaczego? Przecież on nic dla mnie nie znaczy. Uratował mnie. Wielkie mi halo. No dobra, dobra, zawdzięczam mu przecież życie.
- Już dawno o nim zapomniałam. Po za tym i tak muszę wrócić o dziesiątej. - Opieram brodę na ręce i patrzę na mijane domy.
- Twoja matka przesadza. - Skręca gwałtownie.
- Masz rację, to ty jesteś dla nas zagrożeniem. - Wybuchamy śmiechem.
- Prawko mam od niedawna, tak?
- Tak. - Zgadam się z nią. Tydzień temu nareszcie zdała, po chyba pięciu wcześniejszych nieudanych podejściach na prawo jazdy. Zazdroszczę jej, też bym z chęcią zrobiła, ale gdyby mi się tylko opłacało.
- Właśnie, ale wracając. To tylko włamanie, pewnie to jakiś bezdomny albo pomyleniec, którego zaraz znajdą. Dlaczego miałabyś tracić taka imprezę. - Gdyby tylko wiedziała, ale nie może, nie będę jej narażać na niebezpieczeństwo. Nawet gdyby moja mama pozwoliła mi być do końca to wróciłabym o tej porze sama.
- Nic na to nie poradzę Vivianne. - Wzruszam ramionami.
- Nie możesz zostać? Na pewno nie będzie zła.
- Dobrze wiesz, że będzie. Nie, nie mogę. - Odpowiadam i na tym nasza rozmowa się kończy. Przez resztę drogi milczymy.
  Zatrzymujemy się przy krawężniku wśród innych aut. Odpinam pas i wysiadam po czym rozglądam się dookoła. Sąsiedzi nie wydają się być jakoś zbytnio poruszeni tym zdarzeniem a nawet pozwalają parkować na swoich podjazdach. Pewnie już do tego przywykli, Michael często organizuje takie spotkania, a szczególnie w okresie letnim. Mam nadzieję, że są wyposażeni w zatyczki do uszu przed muzyką techno, która już wylewa się poza budynek na ulicę. Na ich miejscu bez tego nie dałabym rady spokojnie spać. Wzdycham ciężko i idę w stronę drzwi, które są otwarte. Vivianne już zdążyła mi uciec i pewnie przylepić się do boku Michaela. Powoli wchodzę do mieszkania, muzyka uderza we mnie ze zdwojoną siłą, serce jakby biło zgodnie z jej rytmem. Panuje mrok, palą się jedynie małe lampiony przylepione do boku na ścianach wraz z balonami czy serpentynami. Za kilka godzin, czyli rankiem, wszystko będzie walać się po podłodze.
  Idę przez podłużny korytarz i skręcam w lewo do salonu skąd dobiega muzyka. Jest tu pełno ludzi, jak na razie jeszcze trzeźwych i spokojnych. Tylko kilkoro tańczy próbując rozkręcić towarzystwo. Reszta zajmuje miejsca siedzące albo stoi i zwyczajnie rozmawia lub flirtuje popijając coś z plastikowych czerwonych kubeczków. Impreza dopiero co się zaczyna. Parę spojrzeń kieruje się na mnie kiedy staję w progu i mierzy od stóp do głów. Nie przejmuję się tym i gdy nie widzę nigdzie Louisa idę dalej. Wycofuję się plecami rzucając na pokój ostatnie spojrzenie i gdy się zaczynam obracać uderzam o kogoś.
- Cholera jasna. - Słysząc tak dobrze znany mi głos zastygam. Po chwili nasze spojrzenia się spotykają. Patrzę na niego z nienawiścią a on na mnie ze zdumieniem, jakbym była ostatnią osobą jaką spodziewał się tu zobaczyć. Po chwili odzywa się pierwszy:
- No nic, Lizzie będzie musiała zadowolić się połową napoju. - Wzrusza ramionami beztrosko uśmiechając się. We mnie aż się gotuje, zaciskam pięści, żeby tylko nie wybuchnąć. Niby o nim zapomniałam, ale gdy teraz tak przede mną stoi, wspomnienia wracają i ukłucie w sercu również. Kiedyś to ja byłam tą jedyna, to dla mnie się uśmiechał i to MNIE całował, MI mówił, że będziemy na zawsze, nie tej głupiej lalce barbie! Uspokajam się trochę i odwzajemniłam uśmiech.
- Och, nadal jesteście razem?
- Tak, chyba nie jesteś zazdrosna, co? - Uśmiecha się łobuzersko podnosząc jedną brew.
- Och, no co ty. Życzę wam szczęścia i szóstki dzieci jak mówiła kiedyś po wuefie w szatni, to jej marzenie! - Śmieję się trochę i satysfakcjonuję moim kłamstwem, które wywołało u niego na twarzy przerażenie. Wiedziałam, że tak naprawdę jest z nią tylko dla popularności w szkole.
- Doprawdy?
- Och, serio. Chociaż.. może mówiła dwanaście? - Wzruszam ramionami. - No nic, miło było znów pogadać. - Klepię go po ramieniu i idę w kierunku kuchni. - Dupek. - Szepczę pod nosem.
  W kuchni jest zdecydowanie mniej ludzi niż w salonie czy na korytarzu. Na blatach leżą kubeczki puste, do których można nalać poncz ustawiony w przezroczystej misce bądź mocniejszy trunek będący zaraz obok albo po prostu sięgnąć po gotową virgin piña colade. Jeżeli nie jest się spragnionym można wziąć chipsy, paluszki albo inne z wielu przekąsek. Nie widząc i tu Louisa idę dalej na ogród i nie znajdując go nawet tam siadam ze zrezygnowaniem na schodach prowadzących na drugie piętro.
  Mija chyba dobra godzina jak siedzę tak bezczynnie przyciśnięta do ściany i czekając aż wybije dziesiąta. Impreza się coraz bardziej rozkręca. Ludzie tańczą i śmieją się, muzyka stała się głośniejsza, a pary zaczynają obściskiwać się po kątach. Wtem czuję jak ktoś zahacza o mnie nogą potykając się i wylewając na mnie swój napój.
- Och sorry, chodzę jak fajtłapa. - Wstaję szybko czując mokrą ciecz na karku. Patrzę na tego niezdarę i jak się okazuje jest to chłopak, na którego wpadłam parę razy. Uśmiecham się szczerze, miło go zobaczyć.
- Nic się nie stało.. um... - Zdaje sobie sprawę, że nie znam wciąż jego imienia.
- Och, no tak. Jestem Brian. Miło mi cię poznać..
- Destiny. - Odpowiadam wciąż się uśmiechając. Brian oferuje, że przyniesie mi ręcznik i coś do picia. Gdy wraca siadamy znów na schodach, zaczynamy rozmawiać popijając virgin pina colade. Nawet nie wiem kiedy czas tak szybko zleciał. Tylko rozmawialiśmy i nie ukrywając świetnie się dogadując, czasem się śmialiśmy. Jest już po dziesiątej i muszę wracać. Czuje się jak Kopciuszek, który ucieka bo wybiła już północ. Chłopak proponuje mi, że mnie podwiezie lecz wolę iść na pieszo, przewietrzyć się.
  Wychodzę z domu gdy impreza trwa w najlepsze, ale mnie to nie obchodzi, ta krótka pogawędka z Brianem sprawiła, że zapomniałam o wszystkim i jestem szczęśliwa, mam dobry humor jak nigdy. Wciąż się uśmiechając oddalam się coraz bardziej od miejsca imprezy. Ciekawa jestem czy Vivianne dopięła swojego, pewnie dowiem się o tym jako pierwsza jutro rano. Muzyka zaczyna słabnąć, po chwili w ogóle jej nie słyszę, jedynie mój oddech, kroki, powiew wiatru i szelest liści. Z każdą sekundą mój dobry humor opada a zaczynam się bardziej spinać, denerwując się oraz czując, że ktoś mnie obserwuje, przyśpieszam kroku. Nagle gasną wszystkie pobliskie latarnie, zatrzymuje się przerażona, mam wrażenie, że i moje serce na chwilę przestało bić. Idę dalej, spokojnie i ostrożnie próbując znaleźć jakieś sensowne wytłumaczenie dlaczego tak się stało. Kiedy skręcam patrzę jeszcze przez ramię czy ktoś za mną nie idzie i wtem uderzam o czyjś tors, jak poparzona odsuwam się. Zamieram widząc Snake, serce bije mi jak oszalałe ze strachu, mrugam kilka razy jakby to miały być zwidy.
- Witaj... Desssstiny. - Znów przeciąga tą literę s jak wąż co wywołuje u mnie dreszcz. Po chwili dociera do mnie całe zdarzenie i możliwości, które mogą się wydarzyć a instynkt nakazuje mi tylko jedno. Uciekaj. Też tak robię, odwracam się i zaczynam biec z powrotem. Kiedy skręcam ponownie wpadam na kogoś, jest to Kade, wspólnik Snake. Łapie mnie w pasie mocno ściskając tak, że wszystko podchodzi mi do gardła. Zaczynam się wyrywać i krzyczeć błagając o pomoc. Z cienia wyłania się jeszcze Shane i razem ze Snake'm podchodzą do mnie. Snake uśmiecha się złowieszczo. Jestem pewna, że moje oczy są przepełnione strachem. Zginę, zabije mnie.
- Ciężko było cię znaleźć.. twój znajomy nam to trochę utrudnił, ale no cóż, jest zbyt głupi by idealnie przewidzieć nasze plany. - Wybuchają śmiechem, ponownie się szarpię, jestem zła. Nie wiem czemu, ale po prostu nikt nie będzie mówił, że Louis jest głupi, nie jest, uratował mnie już raz. Właśnie, gdzie on jest gdy go potrzebuję?!
- Co mu zrobiłeś? - Cedzę przez zęby obstawiając ciemne scenariusze.
- Martwimy się, co? - Kpi ze mnie. - Zginiecie razem. - Przybliża swoją twarz do mojej przejeżdżając dłonią po tali w górę do szyi i zatrzymuję dłoń na moim policzku, kciukiem przejeżdża po mojej dolnej wardze. Macham głową nie chcąc by tak robił. Wzdycha przewracając oczami. - Shane, czyń swoją powinność. - Odchodzi dając miejsce Shane'owi, on natomiast uruchamia ciężarówkę, która zlała się z tłem nocy. Dociera do mnie, że zostaje porywana. Znów się wiercę, wierzgam nogami i próbuję wyswobodzić ręce ale Kade mocno i silnie trzyma mnie w uścisku. Zanim jeszcze Shane przyłoży mi do twarzy czarna szmatkę i stracę przytomność po ulicy rozchodzi się mój krzyk.

                                                                        ~ † ~ 

 Od Autorki: Muszę szczerze przyznać, że to jeden z moich ulubionych rozdziałów. A wam jak się podoba? Zaczyna się znów robić niebezpiecznie. Liczę na wasze przemyślenia w komentarzach! Których nie było za wiele przy ostatnim rozdziale... co z wami? Hej, proszę komentujcie! Nawet nie wiecie ile to dla mnie znaczy, wiem, że czasem zawalałam ale teraz naprawdę się staram i no eh.. proszę, chociaż kilka słów. Mogę na was liczyć? Mam nadzieję x
Chcę też powiedzieć, że wyjeżdżam na dwa tygodnie na domek i nie wiem jak będzie z internetem ale będę robić wszystko by pisać. Do następnego kochani! Nie zapomnijcie komentować! xx

niedziela, 28 czerwca 2015

† Chapter 15 †

                                                            † Lethal Love †  

 Pogoda świetnie odzwierciedla mój nastrój. Zapowiadał się naprawdę piękny, słoneczny dzień lecz teraz jest pochmurno i wieje wiatr. Rozwiewa idealnie ułożone włosy dziewczyn, podrywa w górę kapelusze czy sukienki i wprawia w trzepotanie niebieskie wstęgi. Nie ma już czasu aby przenieść całą ceremonię zakończenia roku szkolnego do środka, trzeba więc się z nim zmierzyć i liczyć, że się uspokoi. Tylko jak ja zmierzę się z własnym wiatrem?
 Jestem wobec niego bezsilna. Pozostaje mi stać i czekać aż przyjdzie i mnie zabije. Może nie stanie się to teraz bo nie wie gdzie mnie szukać, ale tak czy inaczej przyjdzie a ja jestem sama i w dodatku słaba. Jedyna osoba na którą liczyłam, że mi pomoże olała mnie. Szkoda, że ja tego nie zrobiłam tylko jak głupia czekałam aż zadzwoni.
  Rozglądam się niespokojnie dookoła. Plastikowe krzesła ustawione w rzędach przed sceną powoli się zapełniają przez rodziców czy innych członków rodziny zaproszonych na ceremonię zakończenia roku. Wśród nich zauważam moją mamę z George'm. Pani Hussain, od zajęć teatralnych, biega między uczniami z czarną podkładką w ręce i próbuje ustawić ich w odpowiedniej kolejności alfabetycznej. Przewodniczący samorządu ustala z dyrektorem szkoły jeszcze kilka rzeczy związanych z przebiegiem uroczystości. Żadnego śladu Snake'a.
  W ostatnich minutach przed rozpoczęciem wszystko jest już dopięte na ostatni guzik. Kiedy wybija jedenasta dyrektor szkoły, Pan Gunn, staje przed mównicą i wita wszystkich zgromadzonych po czym omawia miniony rok szkolny wszystkich tym usypiając. Po długim wyczekiwaniu nastaje rozdanie świadectw. Rodzice podrywają się z miejsc i włączają aparaty aby uchwycić moment, w którym ich dziecko otrzyma dyplom. Pierwszy uczeń wchodzi na scenę słysząc swoje nazwisko a za nim kolejni.
- Destiny Elizabeth Ellis. - Nastaje moja kolej. Powoli wchodzę po schodkach na scenę i idę w stronę Panna Gunn'a, który czeka na mnie uśmiechnięty ze świadectwem w ręce.
- Gratuluję Panno Ellis. - Dyrektor wręcza mi świadectwo. Odbieram je od niego z uśmiechem dziękując i ściskając jego dłoń. Odwracamy się w stronę rodziców by mogli zrobić nam zdjęcia. Przemierzam wzrokiem tłum zebranych patrząc w wycelowane we mnie aparaty. Gdy moje pięć minut mija. Muszę się odwrócić i dołączyć do rzędu uczniów, których także już wyczytano.
  Kiedy kończy się ceremonia rozdania świadectw Pan Gunn uroczyście oznajmia, że nastały wakacje. Rozlegają się gromkie brawa i okrzyki radości. Dyrektor zaprasza teraz każdego na salę gimnastyczną gdzie jest przygotowany mały poczęstunek składający się z domowych ciast oraz kawy albo herbaty. Zazwyczaj jest to okazja aby wręczyć kwiaty i czekoladki nauczycielom albo pogawędzić ze znajomą. Wszyscy zaczynają schodzić ze sceny do swoich rodziców.
- Patrz, patrz! - Vivianne łapie mnie za rękę i macha mi papierem przed oczami. - Zdałam!
 Dziś rano, gdy ja leżałam u niej na łóżku i głaskałam jej kota po łebku a ona wywalała całą szafę w poszukiwaniu odpowiedniego stroju na imprezę mało nie dowiedziała się o wszystkim. Naprawdę próbowałam o tym wszystkim nie myśleć ale nie wyszło. Zła, że jej wcale nie pomagam wyrwała mnie z zamyślenia po czym zapytała co ze mną jest. Jak się okazało zauważyła jak często sprawdzam telefon i jestem pochłonięta przez myśli. Na szczęście jakoś ominęłam temat obiecując, że kiedyś jej powiem, co i tak pewnie nigdy nie nadejdzie.
- Gratulację Vivianne. - Uśmiecham się do niej.
- Nawet nie wiesz jak się cieszę... - Zaczyna mówi coś o tym jak miała problemy z matematyka i algebrą ale ja się wyłączam i ponownie rozglądam.
- Och, jestem taka dumna! - Dochodzę do mamy, która zamyka mnie w uścisku prawie dusząc.
- Tak, tak, wiem. - Klepie ją lekko po plecach i wyswobadzam się z objęć.
- Gratuluję Destiny. Nie było łatwo, ale dałaś radę. - Odzywa się George również mnie ściskając. Co prawda to prawda, łatwo nie było. Musiałam nadrobić zaległy materiał i byłam zawieszona na kilka dni po mojej ostatniej nieobecności.
- Dziękuję. - Uśmiecham się delikatnie i ponownie zwracam się do mamy. - Gdzie masz mój telefon?
- A ty znowu z tym telefonem. - Przewraca oczami. - Żaden wielbiciel nie dzwonił. - Mówi wyjmując go z torebki i podając mi go. Szybko go od niej odbieram i sama sprawdzam czy aby na pewno tak jest. Brak powiadomień, wzdycham cicho i ponownie rozglądam się dookoła. Podmuch wiatru rozwiewa moje włosy, zgarniam je ręką i wtedy zastygam zdumiona tym co widzę. Louis stoi tak po prostu oparty o budynek szkoły. 
- Destiny? Idziesz z nami na salę? - Pyta mnie mama wyrywając z zapatrzenia w jedno miejsce, patrzę na nią rozkojarzona.  
- Za chwilę, pierw muszę do kogoś zadzwonić. - Kłamię i nie czekając na odpowiedź odchodzę od nich. Unoszę wysoko głowę upewniając, że tam jest. Lawirując między ludźmi podążam w kierunku prawego skrzydła szkoły.
  Kiedy wydostaję się z tłumu widzę jak Louis zaczyna odchodzić, zaczynam za nim biec. Docieram na miejsce zdecydowanie później niż bym mogła gdybym tylko nie miała na nogach szpilek. Oczywiście już go nie ma, jakby się nagle rozpłynął bo to nie możliwe by odszedł aż tak szybko. A może wcale go tu nie było? Nie, nie, był, widziałam. Obracam się dookoła ale nic, pusto.
 Wtem mój telefon wibruje. Szybko sprawdzam nowe otrzymane powiadomienie.

Od: Nieznany

Uważaj na siebie.

                                                                      ~ † ~ 

 Od Autorki: Nie bez powodu to dziś pojawia się rozdział 15. Tak się składa, że dokładnie rok temu, światło dzienne ujrzał mój prolog. Lethal Love ma już rok! Chce wam z całego serca ogromnie podziękować za każdy komentarz, są dla mnie wielką motywacją, naprawdę. Dziękuje też tym, którzy zostali mimo tego, że rozdziały pojawiały się raz na miesiąc. Jesteście wielcy! Mam nadzieję, że dalej będziecie czekać na dalsze losy Destiny i Louisa z niecierpliwością i będą się podobać. 
Co do rozdziału. Ze szkołą Destiny jest inaczej niż powinno ale to tylko fanfiction, nie realny świat więc wszystko jest możliwe. Nawet szybko znikający Louis. Mam nadzieję, że się podoba i do następnego kochani! Udanych wakacji! xx