piątek, 24 lipca 2015

† Chapter 17 †

                                                            † Lethal Love †

  Wybudzona ze snu podniosłam powieki i kilka razy nimi zamrugałam przyzwyczajając się do światła dziennego wpadającego przez okno. Tej nocy śniło mi się, że Snake i jego koledzy porwali mnie gdy wracałam do domu z imprezy u Michaela. Kiedy rozejrzałam się po pokoju wiedziałam, że to jednak nie był sen. Oni naprawdę mnie porwali i teraz siedzę w pokoju z beżowymi ścianami, w niektórych miejscach odpadającym tynkiem i graffiti. Naprzeciw mnie stoi drewniane krzesło a pod jego siedzeniem jest zapalniczka i butelka po piwie. Dwie pary stalowych i zimnych kajdanek są ciasno zaciśnięte z tyłu na moich nadgarstkach oraz na dwóch cienkich rurach, które przy nawet najmniejszym ruchu wbijają się w moje ręce raniąc je. Jestem zmuszona siedzieć w niewygodnej pozycji, głodna oraz z pilną potrzebą udania się do toalety nie wiadomo jak długo i gdzie.
  Odchylam głowę do tyłu ciężko wzdychając. Czemu Snake od razu mnie nie zabił tylko musiał porwać i gdzie tak właściwie on jest? Albo mam lepsze pytanie. Gdzie jest Louis? Ten, który miał mnie przed nim chronić. Czy mam rozumieć, że to była tylko chwilowa potrzeba ratowania kogoś w potrzebie? Coś nakazuje mi myśleć, że wcale tak nie jest i wczoraj coś go zatrzymało a Snake maczał w tym palce. W końcu po co miałby przychodzić na moje zakończenie roku i wysyłać tego anonimowego SMS?
  Chwileczkę, nie mam swojego telefonu, zniknął! Jestem pewna, że brałam go ze sobą, nie mógł przecież od tak sobie wyparować, prawda? Czyżby mi go zabrali? Tylko po co? Nie znają blokady więc nie mogą nic zrobić...
  Mama! Mogą odbierać telefony! Och aż boję się pomyśleć ile nieodebranych jest i ile zostawiła wiadomości głosowych. Pewnie z początku była zła ale z czasem, im bliżej było rankowi zaczęła się martwić. Czy zawiadomiła już policję? Och nie, nie, nie. Ona mi tego nie wybaczy, szlaban do końca życia i dalej. Może to nawet i lepiej... och boże. Kręcę głową z niedowierzaniem i niemal nie zaczynam płakać. Powstrzymuję się słysząc kroki zbliżające się do pokoju. Opuszczam głowę, zamykam oczy i próbuję unormować oddech, tak jakbym wciąż spała.
  Chwilę później drzwi się otwierają. Uchylam lekko powieki i widzę dwie pary butów stąpających po zniszczonej podłodze. Jedna z nich pewnie musi należeć do Snake. Moje domysły potwierdzają się gdy słyszę jego głos.
- Mówiłeś, że się wybudza. - Czyli ktoś mnie pilnuje, tylko nie mam pojęcia, kto to może być. Nie rozpoznaję jego głosu.
- Tak było, zaczęła się lekko ruszać. - Słyszę w jego głosie lekki niepokój, jakby się czegoś bał. Pewnie o swoje życie.
 Panuje przez moment cisza, potem rozlega się skrzypienie podłogi i wydaje mi się, że słychać też moje serce, które bije przerażone. Snake kuca obok mnie, zaledwie kilka centymetrów dalej i mi się przygląda. Nagle jego dłoń chwyta mój podbródek unosząc go do góry. Zadrżałam pod wpływem niespodziewanego dotyku co mnie pewnie zdradziło. Wstrzymuje przez chwilę oddech, co teraz zrobi wiedząc, że udaję? Jego twarz zbliża się ku mojej tak, że czuję jego oddech. Uchylam ponownie lekko powieki i widzę jak uśmiecha się cwaniacko po czym dostaję w twarz trzy razy z pięści silnej jak stal.
  Gwałtownie otwieram oczy. Krztuszę się i wypluwam krew zmieszaną ze śliną po czym spojrzałam na niego nienawistnym spojrzeniem. Cała lewa strona twarzy pulsują nieprzyjemnym bólem, po ustach spływa mi resztka krwi, a on wciąż się uśmiecha, wychodzi na to, że mój ból go bawi.
- Nigdy nie próbuj mnie oszukać, bo nigdy ci to się nie uda. - Przybliża swoje usta do mojego ucha szepcząc mi te kilka słów, które brzmią jak groźba po czym wbija swoje palce w mój brzuch i całuje w szyję. Mam ochotę go odepchnąć ale zapominam, że moje ręce są w kajdankach, które gdy tylko się poruszę wbijają mi się w skórę.
 Śmieje się wstając i ponownie uderzając mnie tym razem w brzuch. Kulę się ciągnąc za sobą ręce, które znów ranią kajdanki. Opieram się z powrotem plecami o ścianę kilka razy oddychając głęboko i mierząc ich wzrokiem. Obaj są ubrani na czarno, mają krótkie ciemne włosy, ale nowy nie ma tatuaży, kolczyków ani tego zabójczego wzroku. Jest wystraszony, chudy i ledwo trzyma karabin w rękach. Ciekawe ilu takich do pomiatania ma za sobą Snake i czy Shane oraz Kade też kiedyś tacy byli?
- Dlaczego od razu mnie nie zabijesz? - Pytam.
- Oj Destiny. - Kręci głową biorąc coś od chłopaka i odwracając się do mnie. Zauważam w jego dłoni mój telefon. - Gdybym cię zabił, jakie miałbym z tego korzyści? - Nie odpowiadam, znów z szybszym pulsem patrzę tylko na telefon. Czy rozmawiał z moją mamą i jeżeli tak to co jej powiedział?
- Żadnych. - Kuca znów koło mnie ze smutną miną, którą zaraz zastępuje uśmiech. - A tak nie tylko mogę dostać za ciebie okup ale również zabić więcej osób.
- Przecież nie oddasz mnie żywej. - Czy on zamierza oszukać moją matkę? Dając nadzieję, że jeżeli da mu kasę to dostanie córkę, którą i tak zabije?
- Kto powiedział, że masz być żywa? - Śmieje się.
- Teraz porozmawiasz z mamą... - przerywam mu co jest moim wielkim błędem.
- Co zamierzasz jej powiedzieć? Nie dzwoń do niej, oddaj mi to! - Szarpię się i wierzgam nogami, na których siada a jego jedna dłoń zaciska się na mojej szyi. - Zadzwonię a ty powiesz, że masz się świetnie i nic ci nie jest, aby odwołała gliny, które w sumie i tak cię nie znajdą - kręci głową z uśmiechem gdy ja mam łzy w oczach z trudem oddychając. - A ja zajmę się resztą, okej? Tylko nie zawiedź mnie, albo twoja mama też zginie, a tego chyba przecież nie chcemy, prawda? - Kiwam lekko głową patrząc przez łzy jak znów się uśmiecha. - Świetnie. - Zabiera rękę, biorę zachłanny wdech.
  Dokładnie, świetnie, wprost idealnie. Muszę okłamać mamę, która da mu nie wiadomo jaką kasę licząc, że zobaczy mnie jeszcze żywą i jeżeli nie będę przekonująca to zabije i ją. Próbuję nie płakać, mrugam kilka razy powiekami i zagryzam dolną wargę. Po chwili Snake przysuwa mi telefon pod usta z włączonym głośnikiem. Po dwóch sygnałach rozlega się głos mojej mamy, na który ściska mnie w gardle.
- Halo? Destiny? Gdzie jesteś? Wiesz jak ja się martwię?! - Snake ręką pokazuje, że podrzyna gardło, przełykam ślinę i odpowiadam.
- Przepraszam mamo, że nie dzwoniłam ale nie mogłam złapać zasięgu. - Kłamię i staram się aby głos mi nie drżał z przerażenia.
- Gdzie jesteś Destiny? Miałaś wrócić o dziesiątej!
- Nic mi nie jest, nie martw się. Żyję, jestem cała i zdrowa.
- Czemu nie wracasz do domu? Myślałam, że ktoś cię porwał albo zabił. Każdy cię szuka.
- Mamo, niech mnie nie szukają, nic mi się nie stanie, obiecuję.
- Destiny co ty wygadujesz? Gdzie jesteś? Wracaj do domu.
- Mamo! Posłuchaj mnie! - Podnoszę ton i czekam chwilę dusząc w sobie łzy. - Odwołaj wszystko, nie muszą mnie szukać po prostu mi uwierz. - Snake powoli wycofuje telefon więc kończę szybko. - Kocham cię!
- Ja ciebie też kocham, ale proszę powiedz co się dzieje, słyszę po twoim głosie, że coś jest nie tak. 
- Witam Pani Ellis. - Wyłączył głośnik i teraz nie wiem już co odpowiada mu mama. W głowie echem odbijają mi się jej słowa "ja ciebie też kocham".
- Mam nadzieję, że słuchała Pani uważnie swojej córki i tak jak prosiła odwoła Pani poszukiwania. Ale teraz proszę uważnie posłuchać mnie. Nie będę powtarzał kolejny raz. Nie zamierzam zabić Pani córki, porwałem ją bo potrzebuje pieniędzy, które mi Pani da jeżeli chce Pani zobaczyć w szybkim czasie Destiny.
- Wszystko zależy od Pani, proszę pamiętać. Niech na początek będzie sto tysięcy i niech zna Pani moją dobroduszność, daje Pani czas do jutra. W południe proszę zostawić pieniądze przy starej stacji kolejowej. Do zobaczenia. - Rozłącza się po czym łapie mój podbródek wyraźnie zadowolony, nie to co ja. Łzy spływają mi po policzkach.
- Dobra robota Destiny.
- Nienawidzę cię! Jesteś potworem, szują, palantem! - Nie zważam na konsekwencje. Splunęłam mu w twarz.
- Zamknij ryj szmato! - Reaguje błyskawicznie zaczynając okładać mnie pięściami z całych sił.
 Patrzę nieprzytomnym wzrokiem jak odchodzi wcześniej rozwalając mój telefon na tysiąc małych kawałków. Krew cieknie mi z nosa na usta, szyję i bluzkę, wszystko mnie boli. Zanim odpłynę w ciemność uśmiecham się słabo.

                                                                          ~ † ~ 

 Od Autorki: Lumos! Tak jak myślałam, nie miałam internetu na wyjeździe i nie miałam jak pisać ale wróciłam i szybko w tydzień się uwinęłam. Mam nadzieję, że wam się podoba, trochę brutalnie, ale no cóż, Snake nie zna litości. Jak zawsze chcę wiedzieć co o nim sądzicie, każdy komentarz naprawdę mile widziany. Przy ostatnim pojawiło się znacznie więcej co mnie cieszy i chcę wam za to podziękować! Oby tak dalej. Jeżeli dobrze pójdzie oczekujcie 18 rozdziału już za tydzień. Teraz uciekam oglądać Harry'ego Pottera, do następnego! Nox! 

piątek, 10 lipca 2015

† Chapter 16 †

                                                              † Lethal Love †

  Zrozumiałam wiadomość jasno i wyraźnie lecz mimo to nie zamierzam zaryglować się w domu na cztery spusty. Pójdę na imprezę i wrócę o wyznaczonej przez mamę godzinie do domu. Wydałoby się to przecież z lekka podejrzane gdybym tak nagle zrezygnowała i nie wychodziła z pokoju. Zachowam więc po prostu większą ostrożność niż dotychczas. W sumie, idę tam też tylko dla tego, że mam cichą nadzieję zobaczyć Louisa.
  Rozlega się dźwięk klaksonu, który oznacza, że Vivianne jest już pod domem i mam zejść abyśmy razem pojechały do domu Michaela. Chłopak nie tylko wszystko organizuje ale również od pierwszej klasy jest obiektem westchnień Vivi. Podrywam się z krzesła przed toaletką i zbiegam na dół gdzie czeka już na mnie mama. Żegnam ją buziakiem w policzek po czym wychodzę z domu.
- Coś ty na siebie włożyła?! - Odzywa się oburzona Vivianne kiedy tylko wsiądę do auta.
- Mnie ciebie też miło widzieć Vivianne. - Odpowiadam zapinając pas po czym patrzę na jej a mój ubiór. Zupełnie dwa inne światy. Jesteśmy jak, jasność a ciemność, dobro a zło. Ona ma na sobie jasne, dużo odkrywające ciuchy a ja wręcz przeciwnie.
- Idziesz do kościoła czy na imprezę? - Wciska pedał gazu i ruszamy.
- No co. - Wzruszam ramionami zakładając kosmyk włosów za ucho.
- Żaden nie będzie chciał z tobą tańczyć. Jeżeli nie miałaś co na siebie włożyć to trzeba było mówić, pożyczyłabym ci coś. - Przewracam oczami.
- Czy ja mówię, że chcę aby ktoś ze mną tańczył? - Do mojej głowy wkrada się myśl, że mógłby być to Louis, ale zaraz szybko ją odrzucam na bok.
- Czy ty dalej jesteś w żałobie po Allanie? Myślałam, że już ci przeszło. Kobieto zostaw tego gnojka, jego strata! Jest dużo fajniejszych chłopaków, którzy się by od tak - pstryknęła palcami - ustawili w kolejce do ciebie. - Znowu pomyślałam o Louisie, cholera, dlaczego? Przecież on nic dla mnie nie znaczy. Uratował mnie. Wielkie mi halo. No dobra, dobra, zawdzięczam mu przecież życie.
- Już dawno o nim zapomniałam. Po za tym i tak muszę wrócić o dziesiątej. - Opieram brodę na ręce i patrzę na mijane domy.
- Twoja matka przesadza. - Skręca gwałtownie.
- Masz rację, to ty jesteś dla nas zagrożeniem. - Wybuchamy śmiechem.
- Prawko mam od niedawna, tak?
- Tak. - Zgadam się z nią. Tydzień temu nareszcie zdała, po chyba pięciu wcześniejszych nieudanych podejściach na prawo jazdy. Zazdroszczę jej, też bym z chęcią zrobiła, ale gdyby mi się tylko opłacało.
- Właśnie, ale wracając. To tylko włamanie, pewnie to jakiś bezdomny albo pomyleniec, którego zaraz znajdą. Dlaczego miałabyś tracić taka imprezę. - Gdyby tylko wiedziała, ale nie może, nie będę jej narażać na niebezpieczeństwo. Nawet gdyby moja mama pozwoliła mi być do końca to wróciłabym o tej porze sama.
- Nic na to nie poradzę Vivianne. - Wzruszam ramionami.
- Nie możesz zostać? Na pewno nie będzie zła.
- Dobrze wiesz, że będzie. Nie, nie mogę. - Odpowiadam i na tym nasza rozmowa się kończy. Przez resztę drogi milczymy.
  Zatrzymujemy się przy krawężniku wśród innych aut. Odpinam pas i wysiadam po czym rozglądam się dookoła. Sąsiedzi nie wydają się być jakoś zbytnio poruszeni tym zdarzeniem a nawet pozwalają parkować na swoich podjazdach. Pewnie już do tego przywykli, Michael często organizuje takie spotkania, a szczególnie w okresie letnim. Mam nadzieję, że są wyposażeni w zatyczki do uszu przed muzyką techno, która już wylewa się poza budynek na ulicę. Na ich miejscu bez tego nie dałabym rady spokojnie spać. Wzdycham ciężko i idę w stronę drzwi, które są otwarte. Vivianne już zdążyła mi uciec i pewnie przylepić się do boku Michaela. Powoli wchodzę do mieszkania, muzyka uderza we mnie ze zdwojoną siłą, serce jakby biło zgodnie z jej rytmem. Panuje mrok, palą się jedynie małe lampiony przylepione do boku na ścianach wraz z balonami czy serpentynami. Za kilka godzin, czyli rankiem, wszystko będzie walać się po podłodze.
  Idę przez podłużny korytarz i skręcam w lewo do salonu skąd dobiega muzyka. Jest tu pełno ludzi, jak na razie jeszcze trzeźwych i spokojnych. Tylko kilkoro tańczy próbując rozkręcić towarzystwo. Reszta zajmuje miejsca siedzące albo stoi i zwyczajnie rozmawia lub flirtuje popijając coś z plastikowych czerwonych kubeczków. Impreza dopiero co się zaczyna. Parę spojrzeń kieruje się na mnie kiedy staję w progu i mierzy od stóp do głów. Nie przejmuję się tym i gdy nie widzę nigdzie Louisa idę dalej. Wycofuję się plecami rzucając na pokój ostatnie spojrzenie i gdy się zaczynam obracać uderzam o kogoś.
- Cholera jasna. - Słysząc tak dobrze znany mi głos zastygam. Po chwili nasze spojrzenia się spotykają. Patrzę na niego z nienawiścią a on na mnie ze zdumieniem, jakbym była ostatnią osobą jaką spodziewał się tu zobaczyć. Po chwili odzywa się pierwszy:
- No nic, Lizzie będzie musiała zadowolić się połową napoju. - Wzrusza ramionami beztrosko uśmiechając się. We mnie aż się gotuje, zaciskam pięści, żeby tylko nie wybuchnąć. Niby o nim zapomniałam, ale gdy teraz tak przede mną stoi, wspomnienia wracają i ukłucie w sercu również. Kiedyś to ja byłam tą jedyna, to dla mnie się uśmiechał i to MNIE całował, MI mówił, że będziemy na zawsze, nie tej głupiej lalce barbie! Uspokajam się trochę i odwzajemniłam uśmiech.
- Och, nadal jesteście razem?
- Tak, chyba nie jesteś zazdrosna, co? - Uśmiecha się łobuzersko podnosząc jedną brew.
- Och, no co ty. Życzę wam szczęścia i szóstki dzieci jak mówiła kiedyś po wuefie w szatni, to jej marzenie! - Śmieję się trochę i satysfakcjonuję moim kłamstwem, które wywołało u niego na twarzy przerażenie. Wiedziałam, że tak naprawdę jest z nią tylko dla popularności w szkole.
- Doprawdy?
- Och, serio. Chociaż.. może mówiła dwanaście? - Wzruszam ramionami. - No nic, miło było znów pogadać. - Klepię go po ramieniu i idę w kierunku kuchni. - Dupek. - Szepczę pod nosem.
  W kuchni jest zdecydowanie mniej ludzi niż w salonie czy na korytarzu. Na blatach leżą kubeczki puste, do których można nalać poncz ustawiony w przezroczystej misce bądź mocniejszy trunek będący zaraz obok albo po prostu sięgnąć po gotową virgin piña colade. Jeżeli nie jest się spragnionym można wziąć chipsy, paluszki albo inne z wielu przekąsek. Nie widząc i tu Louisa idę dalej na ogród i nie znajdując go nawet tam siadam ze zrezygnowaniem na schodach prowadzących na drugie piętro.
  Mija chyba dobra godzina jak siedzę tak bezczynnie przyciśnięta do ściany i czekając aż wybije dziesiąta. Impreza się coraz bardziej rozkręca. Ludzie tańczą i śmieją się, muzyka stała się głośniejsza, a pary zaczynają obściskiwać się po kątach. Wtem czuję jak ktoś zahacza o mnie nogą potykając się i wylewając na mnie swój napój.
- Och sorry, chodzę jak fajtłapa. - Wstaję szybko czując mokrą ciecz na karku. Patrzę na tego niezdarę i jak się okazuje jest to chłopak, na którego wpadłam parę razy. Uśmiecham się szczerze, miło go zobaczyć.
- Nic się nie stało.. um... - Zdaje sobie sprawę, że nie znam wciąż jego imienia.
- Och, no tak. Jestem Brian. Miło mi cię poznać..
- Destiny. - Odpowiadam wciąż się uśmiechając. Brian oferuje, że przyniesie mi ręcznik i coś do picia. Gdy wraca siadamy znów na schodach, zaczynamy rozmawiać popijając virgin pina colade. Nawet nie wiem kiedy czas tak szybko zleciał. Tylko rozmawialiśmy i nie ukrywając świetnie się dogadując, czasem się śmialiśmy. Jest już po dziesiątej i muszę wracać. Czuje się jak Kopciuszek, który ucieka bo wybiła już północ. Chłopak proponuje mi, że mnie podwiezie lecz wolę iść na pieszo, przewietrzyć się.
  Wychodzę z domu gdy impreza trwa w najlepsze, ale mnie to nie obchodzi, ta krótka pogawędka z Brianem sprawiła, że zapomniałam o wszystkim i jestem szczęśliwa, mam dobry humor jak nigdy. Wciąż się uśmiechając oddalam się coraz bardziej od miejsca imprezy. Ciekawa jestem czy Vivianne dopięła swojego, pewnie dowiem się o tym jako pierwsza jutro rano. Muzyka zaczyna słabnąć, po chwili w ogóle jej nie słyszę, jedynie mój oddech, kroki, powiew wiatru i szelest liści. Z każdą sekundą mój dobry humor opada a zaczynam się bardziej spinać, denerwując się oraz czując, że ktoś mnie obserwuje, przyśpieszam kroku. Nagle gasną wszystkie pobliskie latarnie, zatrzymuje się przerażona, mam wrażenie, że i moje serce na chwilę przestało bić. Idę dalej, spokojnie i ostrożnie próbując znaleźć jakieś sensowne wytłumaczenie dlaczego tak się stało. Kiedy skręcam patrzę jeszcze przez ramię czy ktoś za mną nie idzie i wtem uderzam o czyjś tors, jak poparzona odsuwam się. Zamieram widząc Snake, serce bije mi jak oszalałe ze strachu, mrugam kilka razy jakby to miały być zwidy.
- Witaj... Desssstiny. - Znów przeciąga tą literę s jak wąż co wywołuje u mnie dreszcz. Po chwili dociera do mnie całe zdarzenie i możliwości, które mogą się wydarzyć a instynkt nakazuje mi tylko jedno. Uciekaj. Też tak robię, odwracam się i zaczynam biec z powrotem. Kiedy skręcam ponownie wpadam na kogoś, jest to Kade, wspólnik Snake. Łapie mnie w pasie mocno ściskając tak, że wszystko podchodzi mi do gardła. Zaczynam się wyrywać i krzyczeć błagając o pomoc. Z cienia wyłania się jeszcze Shane i razem ze Snake'm podchodzą do mnie. Snake uśmiecha się złowieszczo. Jestem pewna, że moje oczy są przepełnione strachem. Zginę, zabije mnie.
- Ciężko było cię znaleźć.. twój znajomy nam to trochę utrudnił, ale no cóż, jest zbyt głupi by idealnie przewidzieć nasze plany. - Wybuchają śmiechem, ponownie się szarpię, jestem zła. Nie wiem czemu, ale po prostu nikt nie będzie mówił, że Louis jest głupi, nie jest, uratował mnie już raz. Właśnie, gdzie on jest gdy go potrzebuję?!
- Co mu zrobiłeś? - Cedzę przez zęby obstawiając ciemne scenariusze.
- Martwimy się, co? - Kpi ze mnie. - Zginiecie razem. - Przybliża swoją twarz do mojej przejeżdżając dłonią po tali w górę do szyi i zatrzymuję dłoń na moim policzku, kciukiem przejeżdża po mojej dolnej wardze. Macham głową nie chcąc by tak robił. Wzdycha przewracając oczami. - Shane, czyń swoją powinność. - Odchodzi dając miejsce Shane'owi, on natomiast uruchamia ciężarówkę, która zlała się z tłem nocy. Dociera do mnie, że zostaje porywana. Znów się wiercę, wierzgam nogami i próbuję wyswobodzić ręce ale Kade mocno i silnie trzyma mnie w uścisku. Zanim jeszcze Shane przyłoży mi do twarzy czarna szmatkę i stracę przytomność po ulicy rozchodzi się mój krzyk.

                                                                        ~ † ~ 

 Od Autorki: Muszę szczerze przyznać, że to jeden z moich ulubionych rozdziałów. A wam jak się podoba? Zaczyna się znów robić niebezpiecznie. Liczę na wasze przemyślenia w komentarzach! Których nie było za wiele przy ostatnim rozdziale... co z wami? Hej, proszę komentujcie! Nawet nie wiecie ile to dla mnie znaczy, wiem, że czasem zawalałam ale teraz naprawdę się staram i no eh.. proszę, chociaż kilka słów. Mogę na was liczyć? Mam nadzieję x
Chcę też powiedzieć, że wyjeżdżam na dwa tygodnie na domek i nie wiem jak będzie z internetem ale będę robić wszystko by pisać. Do następnego kochani! Nie zapomnijcie komentować! xx