sobota, 22 sierpnia 2015

† Chapter 19 †

                                                           † Lethal Love †

 Zamrugałam kilka razy otwierając oczy. Leżałam na twardym łóżku, z białą pościelą w niebieskiej koszuli nocnej. Ściany pokoju były w beżowych kolorach, okna były zasłonięte, przez małe okienko w drzwiach wpadało światło z korytarza. Przy moim uchu zaraz po lewej, coś cicho pikało w równym rytmie. Powoli przekręciłam głowę i ujrzałam kardiomonitor, który wywołał na mojej twarzy lekki uśmiech.
  Żyję, jestem w szpitalu, co prawda nie mam pojęcia jak to się stało, że się tu znajduję, ale żyje, moje serce bije. Chyba nigdy wcześniej tak bardzo nie doceniłam faktu, że żyję i mam możliwość przeżyć tyle wspaniałych chwil. Przepraszam, miałam taką opcję póki Snake nie postawił sobie za cel zabicia mnie. Teraz nie wiem ile dni czy miesięcy mi zostało, ale na pewno więcej przez Louisa, który uratował mnie i to już drugi raz.
  Odwracam głowę w prawo z nadzieję, że zobaczę go siedzącego przy mnie lecz widzę kogoś innego. Na widok tej osoby kamień spada mi z serca i mam ochotę płakać ze szczęścia, że tu jest i także żyje. Opiera głowę na krawędzi łóżka coś cicho szepcząc.
- Mamo.. - Mówię z lekką chrypą ściskając lekko jej dłoń.
- Destiny, kochanie. - Podnosi gwałtownie głowę do góry przybliżając się do mnie i ujmując w jedną rękę mój policzek. Jej oczy są czerwone od płaczu, po policzku spływają łzy a na ustach gości uśmiech pełen radości.
- Boże, tak się martwiłam o ciebie. Nikt nie wiedział gdzie jesteś, przepadłaś bez śladu, a potem ten telefon. Nawet nie wiesz jak byłam przerażona gdy kazał mi zapłacić taką sumę pieniędzy. Nie wiedziałam czy uda mi się je zebrać, a jeżeli nie to czy cię zabije? I kiedy czekałam na niego przy starym dworcu pojawili się jacyś ludzie, cali w tatuażach, ale to chyba nie od niego bo kazali mi stąd uciekać i jechać do szpitala, gdzie byłaś ty... - Wyrzuca z siebie słowa jak karabin maszynowy pociski. Ledwo udaje mi się za nią nadążyć.
- Mamo, mamo, spokojnie. - Próbuję wciąć się w jej w zdanie i jakoś uspokoić. - Już? - Kiwa głową ocierając łzy i biorąc, kilka głębokich wdechów.
- Jacy ludzie z tatuażami? - Pytam będąc tego bardzo ciekawa.
- Nie mam pojęcia, myślałam, że to ci, którzy ciebie przetrzymują, ale jednak myliłam się. Kazali mi zabrać pieniądze i jechać tutaj, do szpitala. Twierdzili, że tu będziesz i mówili prawdę.
- Jak zebrałaś pieniądze?
- Nie tylko ty chowasz pieniądze do skarpetki, moja droga.
- Mamo! - Jęczę nie dowierzając, na co mam się lekko śmieje.
- Jestem twoją matką, mam prawo przeszukiwać twój pokój! - Bardzo jestem ciekawa czego szukała ale boję się zapytać.
- Okej, tego pytania nie było.
- A jak się czujesz? - Przestaje się śmiać lecz wciąż ma uśmiech na twarzy.
- Dobrze, na prawdę nic mi nie jest.
- Tak, pewnie, nic ci nie jest. Tylko cię porwali, bili, głodzili i oblali benzyną. Co to jest?
- Skąd o tym wiesz? - Unoszę zdziwiona jedną brew.
- Lekarz mi powiedział. Ktoś chyba musiał cię doprowadzić do stanu zero.
- Och, no tak. - Westchnęłam cicho.
-  À propos, ktoś na zewnątrz również czeka aż się obudzisz aby z tobą porozmawiać.
- Louis? - Ożywiam się, moje serce bije trochę szybciej.
- Nie... - Mama patrzy na mnie podejrzliwie. - Komendant policji, będą szukać tego kto cię porwał.
- Nie! Nie mogą, niech tego nie robią.
- Destiny, przecież on cię porwał! Powinien ponieść konsekwencje!
- Mamo, błagam niech oni tego nie robią, proszę posłuchaj mnie jeżeli ci na mnie zależy... zaufaj mi. - Ściskam mocno jej dłoń starając się ją przekonać. Przecież Snake już tyle razy był ścigany, a wciąż jest na wolności, teraz pewnie będzie tak samo, ujdzie mu to płazem. Co jeżeli ich zabije, jednego po drugim? Nie mogę na to pozwolić.
- Proszę, mamo... - Milczy, wiem, że się waha.
- Dobra, przekonam ich, ale musisz mi w tym pomóc, udawaj że masz amnezję. - Uśmiecham się co odwzajemnia. Wstaje i podchodzi do drzwi. Chwytając klamkę odwraca się jeszcze do mnie. - Nie myśl sobie, że i ja dostanę amnezji i wywiniesz mi się z podania powodów dlaczego to robię. A zwłaszcza opowieści o tym chłopaku.
  Chwilę po tym jak wyszła wchodzi do sali Chuck z notesem i długopisem w ręce. Wita się ze mną i pyta jak się mam. Siada obok mnie po czym zaczyna zadawać pytania, na które odpowiadam tak jakbym nic nie pamiętała. Chyba wychodzi mi to dosyć przekonująco bo w końcu rezygnuje. Dziękuję i opuszcza salę. Przez małe okienko widzę jak mama z nim rozmawia, mam nadzieję, że się uda. Po paru minutach wchodzi do sali uśmiechając się i pokazując dwa kciuki w górę. Udało się, mogę odetchnąć z ulgą.
  Około czwartej po południu dostaję wypis ze szpitala. Przebrana w nowe ciuchy, które przywiozła mi mama opuszczam budynek. Czuję się zdecydowanie lepiej, mam wciąż siniaka na policzku i w innych częściach ciała, ale to zejdzie. Tylko wspomnienia pozostaną, ukryte w zakamarkach umysłu, gotowe powrócić i wzbudzić strach. 
  Od razu po powrocie do domu wzięłam swoją piżamę i poszłam pod prysznic, bardzo długi prysznic. Ciepła woda spływała po mnie i znikała w odpływie zabierając ze sobą wszystkie wydarzenia dzisiejszego dnia. Wychodząc czuję się lżej. Wracam do pokoju i wskakuję pod pościel. Jem spaghetti przygotowane przez mamę i oglądam stary jak świat film pod tytułem "Pani Doubtfire". Kiedy się kończy, gaszę lampkę przy łóżku i idę spać. 
  Ze snu wyrywa mnie ciche stukanie o szybę. Ignoruję je i próbuję spać dalej ale ono powtarza się co rusz nie dając mi spokoju. Wzdycham ciężko zła, że coś przerywa mi sen. Przerzucam nogi poza łóżko przecierając zaspane oczy. Zegarek na etażerce pokazuje drugą nad ranem. Podążam po ciemku przez pokój do okna, w które coś dalej uderza. Podnoszę je do góry i mrużąc oczy rozglądam się po ogródku. Lampki czujne, zamontowane między roślinami dają słabą poświatę na postać stojącą pod moim oknem. Nie wiem kto to, bo nie widzę jego twarzy, ale oszalał przychodząc do mnie o tej porze!
- Nie wiem kim jesteś ale lepiej stąd znikaj jeżeli ci życie miłe. - Mówię szeptem by mama mnie nie usłyszała. Nagle dostaję w czoło małym kamykiem, który odbija się i spada na podłogę.
- Au.. - Pocieram czoło.
- Sorry, wybacz, nie chciałem. - Wytrzeszczam oczy ze zdumienia gdy rozpoznaję głos.
- Louis? Co ty tutaj robisz? I to o drugiej nad ranem! Nie wiesz, że normalni ludzi śpią o tej porze.
- Nie należę do nich, po za tym chcę pogadać, nie zabijaj mnie proszę. - Śmieje się. Nie wierzę, że on stoi pod moim oknem, myślałam, że znów będzie mnie unikać, Snake mnie znów porwie a on uratuje i tak w kółko.
- Długo mam jeszcze tu stać? Dla twojej wiadomości na zewnątrz jest zaledwie dziesięć stopni i trochę marznę.
- Tak, tak, już schodzę. - Zamykam okno i kręcąc głową z niedowierzaniem wychodzę do niego otulona czerwonym szlafrokiem w misie co oczywiście musi skomentować ze śmiechem.
- Już skończyłeś? Jeżeli tak, to możesz przejść do rzeczy inaczej serio cię zabiję za tą pobudkę.
- Groźna. - Znów się śmieje. - No dobra, przyszedłem tu by sprawdzić jak się czujesz.
- Tylko tyle? Więc naprawdę świetnie, dziękuję ci, że mnie uratowałeś a teraz możesz znów mnie unikać, dobranoc. - Odwracam się na pięcie wracając do domu. Ten jednak łapie mnie za ramię i odwraca z powrotem w swoją stronę.
- Nie miej mi tego za złe, Destiny. Myślałem, że jeżeli nie będę się do ciebie zbliżał to i Snake sobie odpuści. - Słyszę po tonie jego głosu, że naprawdę czuje się winny.
- No to źle myślałeś! Czekał tylko na okazję by mnie porwać i udało mu się! Gdzie wtedy byłeś, skoro masz mnie przed nim chronić?
- Wiem, to był błąd, którego już nie popełnię, chcę to naprawić, pamiętasz jak chciałaś abym nauczył cię jak się bronić? Nie było mnie wtedy bo dałem mu się zaprowadzić w pole, przepraszam.
- Przeprosiny przyjęte i tak, pamiętam.
- Zgadzam się. Jutro z rana o dziewiątej przyjadę po ciebie i tak codziennie póki się nie nauczysz. - Na mojej twarzy pojawia się uśmiech zadowolenia.
- Okej, ale żeby lepiej moja mama się o tym nie dowiedziała, czekaj na mnie na końcu ulicy.
- Niech będzie, a teraz wracaj do łóżka.
- Dzięki. - Uścisnęłam go na pożegnanie. - Dobranoc. - Odwróciłam się i truchtem wróciłam do domu. Położyłam się do łóżka zasypiając ze wspomnieniem tego jak się do niego przytuliłam.

                                                                           ~ † ~ 

 Od Autorki: Notka tym razem będzie krótka, a więc..Mamy kolejny rozdział! Co o nim myślicie? A szczególnie o nocnym Romeo znanym inaczej jako Louis? Proszę zostawcie swoją opinię, zróbcie to dla mnie z okazji moich słodkich 16 urodzin. 

wtorek, 11 sierpnia 2015

† Chapter 18 †

                                                           † Lethal Love †

  Mówią, że ludzie nie popełniają drugi raz tego samego błędu, za drugim razem jest już to wybór. Czy tak samo było ze mną? Idąc znów do klubu nie popełniłam żadnego błędu tylko świadomie wybrałam ponowny powrót? Czy sama się skazałam na taki los? Prawdopodobne. W końcu popełniłam błąd nie słuchając Louisa, gdybym się go posłuchała i nie wracała to może i nie siedziałabym teraz skuta kajdankami, cała obolała w jakimś budynku. Mogłam za to posłuchać za drugim razem kiedy wysłał mi SMS i jednak zostać w domu ale wybrałam, że tam pójdę. A może po prostu moje życie składa się z samych błędów? Albo nie ma żadnych błędów ani wyborów? Tak miało być, ktoś z góry wszystko zaplanował. Co jeżeli Bóg wiedział o wszystkim od dawna i wie co wydarzy się za parę chwil czy kilka lat?
  Westchnęłam cicho siadając wygodniej, od tego siedzenia bolała mnie już dupa, nie wspominając, już o tym, że potrzebuję skorzystać z toalety i to PILNIE. Jak tak dalej pójdzie to chyba nie wytrzymam i zrobię toaletę z tego pokoju. Naprawdę nie chciałabym aby do tego doszło, to byłoby... ohydne. Mam nadzieję, że Snake okaże swoją dobroć i pozwoli mi pójść się załatwić kiedy go o to zapytam gdy tylko tu przyjdzie. Tylko ile jeszcze będę musiała na niego czekać?
  Nowy, chłopak, który ma siedzieć ze mną dwadzieścia cztery na dobę pilnując abym czasem nie uciekła, co jest według mnie bezsensowne, śpi w najlepsze cicho chrapiąc tym samym przerywając panującą cisze. Mogłabym go obudzić i spytać, która godzina, na pewno ma przy sobie telefon, ale nie mam serca aby to zrobić. Muszę dlatego dalej czekać zastanawiając co dzieje się na zewnątrz.
  Mijają kolejne minuty, które zamieniają się w godziny i nic się nie zmienia. Robię się znów trochę senna, powieki zaczynają mi się same zamykać. Wtem słychać krzyki dochodzące z korytarza coraz bardziej nabierające na sile. Natychmiast oprzytomnieje i z walącym sercem czekam na to co się ma zaraz wydarzyć. Po chwili otwierają się drzwi, które uderzają od ścianę. Do środka wchodzi Snake a za nim Shane i Kade. Widać, że jest zły a nawet wściekły. Zauważając wybudzającego się ze snu Nowego zrzuca go z krzesła po czym słychać huk i mój krzyk. Postrzelił go w głowę, zabił na moich oczach, o boże.
- Dlaczego to zrobiłeś?! - Pytam przerażona przenosząc wzrok z ciała chłopaka na niego. Spogląda na mnie i przez chwilę myślę, że i ja zaraz dostanę kulką w głowę, ale on się uśmiecha.
- Spał, a nie powinien. - Mówi omijając ciało i podchodząc do mnie. Popełniłam kolejny błąd, mogłam chłopaka obudzić, a teraz nie żyje, przeze mnie!
- Przecież i tak nie mogłabym uciec!
- Ale ktoś mógłby ci pomóc. - Kuca przede mną i ujmuje mój podbródek. - Ale nie ma co płakać, Destiny. - Ściera łzy z moich policzków, po których zaraz spływają nowe.
- Jesteś potworem. - Szepczę, uśmiecha się.
- Jestem człowiekiem Destiny, a ludzie to potwory. Zniszczą w tobie wszystko jeżeli jesteś zbyt słaby. Prawda? - Przejeżdża po mojej ręce, na której są białe blizny po cięciu.
- Powiedz mi, jakie masz życzenie?
- Czy jest tu toaleta? - Odpowiadam bez namysłu.
- Ach te ludzkie potrzeby, zupełnie zapomniałem, jesteśmy tacy krusi. - Sięga do kieszeni wyjmując kluczyki po czym uwalnia mnie z kajdanek. Natychmiast przykładam ręce do piersi pocierając je. Snake chwyta mnie za ramię podnosząc do góry i popychając do przodu. Omal nie wpadam na ciało, po podłodze sunie stróżka krwi. Oczy chłopaka są otwarte, takie bez życia. Szybko odwracam wzrok i idę do drzwi wychodząc na korytarz.
- W lewo. - Mówi podążając krok za mną. Nie wspomniał, że mam nawet nie próbować uciec, ale nie musi, nie zamierzam. Idąc kątem oka zauważam barierki a w dole wysokie metalowe półki z pudłami. Zakładam, że zamknął mnie w starym magazynie, który dawno miał być zrównany z ziemią.
  Zatrzymujemy się przy białych drzwiach.
- Masz minutę. - Opiera się o ścianę. Wchodzę do środka i szybko się załatwiam. Zatrzymuje się na dłużej przy pękniętym lustrze patrząc na swoje marne odbicie. Na policzku mam fioletowego siniaka, zaschniętą krew na szyi i brodzie, opuchniętą wargę. Wyglądam okropnie.
- Wyłaź, koniec czasu! - Rozlega się pukanie, wzdrygam się i posłusznie opuszczam toaletę.
  Wracamy do mojego więzienia. Znów na moich rękach zaciskają się kajdanki. Ciało Nowego gdzieś zniknęło a Shane trzyma w ręce baniak z jakimś płynem. Snake bierze go od niego i zbliżając się odkręca.
- Wiesz, myślałem, że twoim ostatnim życzeniem będzie coś w rodzaju, powiedz mojej mamie że ją kocham. - Patrzę na niego pełna strachu. Wtedy gdy o to pytał to nie myślałam, że chodzi mu o ostatnie życzenie zanim mnie zabije. Co teraz zrobi? Zastrzeli, udusi? Przełykam z trudem ślinę.
- No nic, spłoniecie razem. - Mówi triumfalnie po czym przechyla baniak a jego zawartość wylewa się na mnie. Mrugam kilka razy i pluję pozbywając się płynu z ust. Po zapachu rozpoznaję, że to benzyna.
- Żegnaj Dessssstiny. - Mówi na odchodne po czym się śmieje ze swoimi kolegami.
- Czekaj! - Wołam za nim na marne. - Co masz na myśli mówiąc razem?! O kim ty mówisz, jestem sama! - Zaczynam cicho łkać, skóra zaczyna mnie lekko piec. - Ja nie chcę tak umierać... - Szepczę pozbawiona jakiejkolwiek nadziei na to, że uda mi się przeżyć. To koniec.
  Czekam aż budynek stanie w płomieniach i mnie pochłonie. Lecz to długo nie nadchodzi, przez co mój strach, przerażenie i rozpacz narastają. Jakże wielkie jest moje zdumienie gdy drzwi się otwierają a w progu stoi on.
- No hej, wybacz mi to spóźnienie. Potrzebujesz pomocy? - Pyta beztrosko poprawiając grzywkę i zaraz zjawiając się przy mnie aby uwolnić moje ręce.
- Louis? Jak ty się tu znalazłeś? Myślałam, że się nie zjawisz... - Nagle dociera do mnie znaczenie słów Snake, spłoniecie razem. - Louis! Powinieneś uciekać, on chce nas podpalić, zginiemy... - Na nowo popadam w histerię.
- Ciiii... - Przykłada palec do moich ust, jest całkowicie opanowany. - Nie zginiemy, wydostanę cię stąd i naprawdę przepraszam, że musiałaś tu być i trochę się nacierpieć. - Dostrzegam w jego oczach żal. Nie wiem co mam odpowiedzieć, więc po prostu łapię go za dłoń kiedy jestem wolna i razem wybiegamy z pokoju.
  W dole rozgrywa się bójka, między ludźmi Snake a tymi co są z Louisem. Padną od czasu do czasu jakieś strzały, mam nadzieję, że nikt nie ucierpi. Ktoś podpala puste pudła, pierwsze płomienie pochłaniają je, ogień co raz bardziej się rozprzestrzenia.
- Chodź. - Mówi i ciągnie mnie w prawo. Nie przejdziemy za wiele gdy na drodze staje nam dwóch mężczyzn. Jeden rzuca się na Louisa a drugi zmierza prosto na mnie. Nie umiem się bić więc co mogę więcej zrobić jak odwrócić się i uciec? Niestety dogania mnie i zaciska swoje ręce w pasie. Wierzgam nogami i krzyczę gdy próbuje mnie wyrzucić za barierkę. Puszcza mnie, opadam na podłogę i odsuwam się obserwując jak Louis okłada go pięściami po czym wywala za barierkę. Słychać jego krzyk, który po chwili ucicha. Ponownie ujmują dłoń Louisa kiedy wyciąga ją w moją stronę. Podnoszę się i biegniemy teraz bez żadnych przeszkód. Zbiegamy po schodach i zaczynamy biec ku wyjściu co utrudniają nam płomienie ognia i przewalające się półki. Robi mi się gorąco i krztuszę się dymem. Zatrzymujemy się zastanawiając gdzie teraz pobiec.
- Louis... - Potrząsam jego dłonią wskazując rozlaną benzynę po której śladzie dojdzie się do sterty materiałów wybuchowych. Jeżeli zaraz się stąd nie wydostaniemy wylecimy w powietrze. Gdy to dostrzega biegnie jeszcze szybciej ciągnąc mnie za sobą. Kiedy wybiegamy przez otwarte drzwi za nami wali się tynk zagradzając drogę. O mały włos, a moglibyśmy tam ugrzęznąć. Wciąż nie zwalniając oddalamy się od magazynu. Tracę powoli siły, jestem głodna przez co słaba, gdyby nie ręka Louisa, która mocno zaciska się na mojej dawno upadłabym na ziemię. Kiedy jesteśmy jakieś dwadzieścia metrów od budynku nastaje eksplozja. Odrzuca nas, opadamy na ziemię, Louis przykrywa mnie swoim ciałem. Przez moment dzwoni mi w uszach, świat dookoła wiruje. Louis podpiera się na ramionach po obu stronach mojej głowy, od jego twarzy dzieli moją kilka centymetrów. Wydaje mi się, że czas zatrzymał się na chwilę gdy patrzę w jego niebieskie oczy a on to odwzajemnia. Zgarnął kosmyk moich włosów za ucho, przybliżył się zamykając oczy. Wstrzymuję oddech, jestem pewna, że mnie zaraz pocałuję... Jednak to się nie dzieje, czas znów przyśpiesza a on podnosi się a potem pomaga mi stanąć na nogach.
- Jesteś cała? - Pyta odchrząkując.
- Tak. - Odpowiadam.
- Nie ma za co, ale to jeszcze nie koniec, musimy stąd uciec.
  Siedzę w jego samochodzie opierając czoło o zimną szybę i jedyne o czym myślę to, to że uciekłam, uratował mnie, żyję.

                                                                   ~ † ~ 

 Od Autorki: Przepraszam, że znów trochę musieliście czekać, ale miałam u siebie gościa na tydzień i w sumie liczyłam, że przybędzie trochę komentarzy. Znów spadły i zastanawiam się czy nie dać limitu... no ale nic, co do rozdziału, mam nadzieję, że przypadł wam do gustu, w końcu pojawił się Louis, którego będzie teraz już więcej a no i pierwszy moment między naszą dwójką. Co o tym wszystkim myślicie? xx