wtorek, 11 sierpnia 2015

† Chapter 18 †

                                                           † Lethal Love †

  Mówią, że ludzie nie popełniają drugi raz tego samego błędu, za drugim razem jest już to wybór. Czy tak samo było ze mną? Idąc znów do klubu nie popełniłam żadnego błędu tylko świadomie wybrałam ponowny powrót? Czy sama się skazałam na taki los? Prawdopodobne. W końcu popełniłam błąd nie słuchając Louisa, gdybym się go posłuchała i nie wracała to może i nie siedziałabym teraz skuta kajdankami, cała obolała w jakimś budynku. Mogłam za to posłuchać za drugim razem kiedy wysłał mi SMS i jednak zostać w domu ale wybrałam, że tam pójdę. A może po prostu moje życie składa się z samych błędów? Albo nie ma żadnych błędów ani wyborów? Tak miało być, ktoś z góry wszystko zaplanował. Co jeżeli Bóg wiedział o wszystkim od dawna i wie co wydarzy się za parę chwil czy kilka lat?
  Westchnęłam cicho siadając wygodniej, od tego siedzenia bolała mnie już dupa, nie wspominając, już o tym, że potrzebuję skorzystać z toalety i to PILNIE. Jak tak dalej pójdzie to chyba nie wytrzymam i zrobię toaletę z tego pokoju. Naprawdę nie chciałabym aby do tego doszło, to byłoby... ohydne. Mam nadzieję, że Snake okaże swoją dobroć i pozwoli mi pójść się załatwić kiedy go o to zapytam gdy tylko tu przyjdzie. Tylko ile jeszcze będę musiała na niego czekać?
  Nowy, chłopak, który ma siedzieć ze mną dwadzieścia cztery na dobę pilnując abym czasem nie uciekła, co jest według mnie bezsensowne, śpi w najlepsze cicho chrapiąc tym samym przerywając panującą cisze. Mogłabym go obudzić i spytać, która godzina, na pewno ma przy sobie telefon, ale nie mam serca aby to zrobić. Muszę dlatego dalej czekać zastanawiając co dzieje się na zewnątrz.
  Mijają kolejne minuty, które zamieniają się w godziny i nic się nie zmienia. Robię się znów trochę senna, powieki zaczynają mi się same zamykać. Wtem słychać krzyki dochodzące z korytarza coraz bardziej nabierające na sile. Natychmiast oprzytomnieje i z walącym sercem czekam na to co się ma zaraz wydarzyć. Po chwili otwierają się drzwi, które uderzają od ścianę. Do środka wchodzi Snake a za nim Shane i Kade. Widać, że jest zły a nawet wściekły. Zauważając wybudzającego się ze snu Nowego zrzuca go z krzesła po czym słychać huk i mój krzyk. Postrzelił go w głowę, zabił na moich oczach, o boże.
- Dlaczego to zrobiłeś?! - Pytam przerażona przenosząc wzrok z ciała chłopaka na niego. Spogląda na mnie i przez chwilę myślę, że i ja zaraz dostanę kulką w głowę, ale on się uśmiecha.
- Spał, a nie powinien. - Mówi omijając ciało i podchodząc do mnie. Popełniłam kolejny błąd, mogłam chłopaka obudzić, a teraz nie żyje, przeze mnie!
- Przecież i tak nie mogłabym uciec!
- Ale ktoś mógłby ci pomóc. - Kuca przede mną i ujmuje mój podbródek. - Ale nie ma co płakać, Destiny. - Ściera łzy z moich policzków, po których zaraz spływają nowe.
- Jesteś potworem. - Szepczę, uśmiecha się.
- Jestem człowiekiem Destiny, a ludzie to potwory. Zniszczą w tobie wszystko jeżeli jesteś zbyt słaby. Prawda? - Przejeżdża po mojej ręce, na której są białe blizny po cięciu.
- Powiedz mi, jakie masz życzenie?
- Czy jest tu toaleta? - Odpowiadam bez namysłu.
- Ach te ludzkie potrzeby, zupełnie zapomniałem, jesteśmy tacy krusi. - Sięga do kieszeni wyjmując kluczyki po czym uwalnia mnie z kajdanek. Natychmiast przykładam ręce do piersi pocierając je. Snake chwyta mnie za ramię podnosząc do góry i popychając do przodu. Omal nie wpadam na ciało, po podłodze sunie stróżka krwi. Oczy chłopaka są otwarte, takie bez życia. Szybko odwracam wzrok i idę do drzwi wychodząc na korytarz.
- W lewo. - Mówi podążając krok za mną. Nie wspomniał, że mam nawet nie próbować uciec, ale nie musi, nie zamierzam. Idąc kątem oka zauważam barierki a w dole wysokie metalowe półki z pudłami. Zakładam, że zamknął mnie w starym magazynie, który dawno miał być zrównany z ziemią.
  Zatrzymujemy się przy białych drzwiach.
- Masz minutę. - Opiera się o ścianę. Wchodzę do środka i szybko się załatwiam. Zatrzymuje się na dłużej przy pękniętym lustrze patrząc na swoje marne odbicie. Na policzku mam fioletowego siniaka, zaschniętą krew na szyi i brodzie, opuchniętą wargę. Wyglądam okropnie.
- Wyłaź, koniec czasu! - Rozlega się pukanie, wzdrygam się i posłusznie opuszczam toaletę.
  Wracamy do mojego więzienia. Znów na moich rękach zaciskają się kajdanki. Ciało Nowego gdzieś zniknęło a Shane trzyma w ręce baniak z jakimś płynem. Snake bierze go od niego i zbliżając się odkręca.
- Wiesz, myślałem, że twoim ostatnim życzeniem będzie coś w rodzaju, powiedz mojej mamie że ją kocham. - Patrzę na niego pełna strachu. Wtedy gdy o to pytał to nie myślałam, że chodzi mu o ostatnie życzenie zanim mnie zabije. Co teraz zrobi? Zastrzeli, udusi? Przełykam z trudem ślinę.
- No nic, spłoniecie razem. - Mówi triumfalnie po czym przechyla baniak a jego zawartość wylewa się na mnie. Mrugam kilka razy i pluję pozbywając się płynu z ust. Po zapachu rozpoznaję, że to benzyna.
- Żegnaj Dessssstiny. - Mówi na odchodne po czym się śmieje ze swoimi kolegami.
- Czekaj! - Wołam za nim na marne. - Co masz na myśli mówiąc razem?! O kim ty mówisz, jestem sama! - Zaczynam cicho łkać, skóra zaczyna mnie lekko piec. - Ja nie chcę tak umierać... - Szepczę pozbawiona jakiejkolwiek nadziei na to, że uda mi się przeżyć. To koniec.
  Czekam aż budynek stanie w płomieniach i mnie pochłonie. Lecz to długo nie nadchodzi, przez co mój strach, przerażenie i rozpacz narastają. Jakże wielkie jest moje zdumienie gdy drzwi się otwierają a w progu stoi on.
- No hej, wybacz mi to spóźnienie. Potrzebujesz pomocy? - Pyta beztrosko poprawiając grzywkę i zaraz zjawiając się przy mnie aby uwolnić moje ręce.
- Louis? Jak ty się tu znalazłeś? Myślałam, że się nie zjawisz... - Nagle dociera do mnie znaczenie słów Snake, spłoniecie razem. - Louis! Powinieneś uciekać, on chce nas podpalić, zginiemy... - Na nowo popadam w histerię.
- Ciiii... - Przykłada palec do moich ust, jest całkowicie opanowany. - Nie zginiemy, wydostanę cię stąd i naprawdę przepraszam, że musiałaś tu być i trochę się nacierpieć. - Dostrzegam w jego oczach żal. Nie wiem co mam odpowiedzieć, więc po prostu łapię go za dłoń kiedy jestem wolna i razem wybiegamy z pokoju.
  W dole rozgrywa się bójka, między ludźmi Snake a tymi co są z Louisem. Padną od czasu do czasu jakieś strzały, mam nadzieję, że nikt nie ucierpi. Ktoś podpala puste pudła, pierwsze płomienie pochłaniają je, ogień co raz bardziej się rozprzestrzenia.
- Chodź. - Mówi i ciągnie mnie w prawo. Nie przejdziemy za wiele gdy na drodze staje nam dwóch mężczyzn. Jeden rzuca się na Louisa a drugi zmierza prosto na mnie. Nie umiem się bić więc co mogę więcej zrobić jak odwrócić się i uciec? Niestety dogania mnie i zaciska swoje ręce w pasie. Wierzgam nogami i krzyczę gdy próbuje mnie wyrzucić za barierkę. Puszcza mnie, opadam na podłogę i odsuwam się obserwując jak Louis okłada go pięściami po czym wywala za barierkę. Słychać jego krzyk, który po chwili ucicha. Ponownie ujmują dłoń Louisa kiedy wyciąga ją w moją stronę. Podnoszę się i biegniemy teraz bez żadnych przeszkód. Zbiegamy po schodach i zaczynamy biec ku wyjściu co utrudniają nam płomienie ognia i przewalające się półki. Robi mi się gorąco i krztuszę się dymem. Zatrzymujemy się zastanawiając gdzie teraz pobiec.
- Louis... - Potrząsam jego dłonią wskazując rozlaną benzynę po której śladzie dojdzie się do sterty materiałów wybuchowych. Jeżeli zaraz się stąd nie wydostaniemy wylecimy w powietrze. Gdy to dostrzega biegnie jeszcze szybciej ciągnąc mnie za sobą. Kiedy wybiegamy przez otwarte drzwi za nami wali się tynk zagradzając drogę. O mały włos, a moglibyśmy tam ugrzęznąć. Wciąż nie zwalniając oddalamy się od magazynu. Tracę powoli siły, jestem głodna przez co słaba, gdyby nie ręka Louisa, która mocno zaciska się na mojej dawno upadłabym na ziemię. Kiedy jesteśmy jakieś dwadzieścia metrów od budynku nastaje eksplozja. Odrzuca nas, opadamy na ziemię, Louis przykrywa mnie swoim ciałem. Przez moment dzwoni mi w uszach, świat dookoła wiruje. Louis podpiera się na ramionach po obu stronach mojej głowy, od jego twarzy dzieli moją kilka centymetrów. Wydaje mi się, że czas zatrzymał się na chwilę gdy patrzę w jego niebieskie oczy a on to odwzajemnia. Zgarnął kosmyk moich włosów za ucho, przybliżył się zamykając oczy. Wstrzymuję oddech, jestem pewna, że mnie zaraz pocałuję... Jednak to się nie dzieje, czas znów przyśpiesza a on podnosi się a potem pomaga mi stanąć na nogach.
- Jesteś cała? - Pyta odchrząkując.
- Tak. - Odpowiadam.
- Nie ma za co, ale to jeszcze nie koniec, musimy stąd uciec.
  Siedzę w jego samochodzie opierając czoło o zimną szybę i jedyne o czym myślę to, to że uciekłam, uratował mnie, żyję.

                                                                   ~ † ~ 

 Od Autorki: Przepraszam, że znów trochę musieliście czekać, ale miałam u siebie gościa na tydzień i w sumie liczyłam, że przybędzie trochę komentarzy. Znów spadły i zastanawiam się czy nie dać limitu... no ale nic, co do rozdziału, mam nadzieję, że przypadł wam do gustu, w końcu pojawił się Louis, którego będzie teraz już więcej a no i pierwszy moment między naszą dwójką. Co o tym wszystkim myślicie? xx

5 komentarzy:

  1. Świetny rozdział!
    No w końcu Lou się zjawił i całe szczęście, bo nie chcę sobie wyobrażać co by się stało...
    Pierwszy moment i UGH! Dlaczego się nie pocałowiali!? xD
    Super, że teraz Louis będzie się częściej pojawiał :)
    Do następnego! /@zosia_official

    OdpowiedzUsuń
  2. Wooooow co za akcja! :D
    Louis bohater <3 tylko dlaczego jej nie pocałował?!
    Cudowny rozdział, już czekam na następny :3
    @najal_myhusband

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie wiem dlaczego, ale nie wyświetla mi się w powiadomieniach, że napisałaś do mnie o nowym rozdziale :c
    Co do rozdziału to cieszę się, że wreszcie się pojawił Louis ^^
    Czekam na kolejny :)
    @little_shy_x

    OdpowiedzUsuń
  4. W końcu Louis ją uratował. Czekam na kolejny rozdział z niecierpliwością <3

    OdpowiedzUsuń
  5. Cuuudowny rozdzial :* czekam na kolejny z niecierpliwoscia :) @nxd69

    OdpowiedzUsuń