wtorek, 1 września 2015

† Chapter 20 †

                                                          † Lethal Love †

  Majaczę między snem a rzeczywistością, powieki otwierają się i opadają. Mając jedną połowę twarzy ukrytą w poduszce, uchylam jedno oko, świat nabiera ostrości i wtedy sprawdzam, która jest godzina. Zegar ukazuje 8:41 AM. Dopiero ranek, więc mogę jeszcze spać. Przewracam się na drugi bok, bardziej nasuwając na siebie kołdrę i na nowo próbuję zasnąć.
  Louis! Wstaję gwałtownie, mało nie spadam z łóżka. Zaspałam i to już pierwszego dnia szkolenia! Dlaczego nie pomyślałam o tym, aby ustawić sobie budzik? Ach tak. byłam zbyt rozemocjonowana tym co się wydarzyło tej nocy pod moim oknem. Jego ciepłe ciało tak blisko mojego.. jego ręce obejmujące mnie w talii... jego... stop!
  Stop, stop, stop!
  Dlaczego ja o tym myślę? Mam jedynie dziewiętnaście minut aż wybije równo dziewiąta. Jedynka na zegarze zmienia się w dwójkę. Osiemnaście, właśnie straciłam jakże ważne sześćdziesiąt sekund czasu i mogę stracić kolejne jeżeli nic ze sobą nie zrobię. Po za tym on nic dla mnie nie znaczy. To tylko Louis, chłopak, który mnie uratował kilka razy, który wczoraj mnie przytulił, a właściwie ja jego i który tak ładnie pachnie... Ugh, znów to robię!
  Odkładam te myśli na boczny tor, a na głównym stawiając te dotyczące tego w co dziś się ubiorę. Nerwowo przygryzam paznokcie stojąc przed szafą i czekając na olśnienie. Przerzucam ubrania w poszukiwaniu tych odpowiednich, co jakiś czas sprawdzając godzinę. Kiedy zostaje mi dziesięć minut wciąż nie mam pojęcia co wybrać, znów, tym razem szybciej przebieram między ciuchami, aż w końcu decydując się na jasne jeansy i bordową bluzkę.
  Wracam do pokoju po moim najszybszym w życiu prysznicu, równie szybkim ubraniu się, umyciu zębów i rozczesaniu włosów, które jak zawsze z rana sterczą we wszystkie strony. Wrzucam do sportowej torby najpotrzebniejsze, rzeczy na trening. Upewniam się jeszcze czy aby na pewno wszystko wzięłam po czym narzucam torbę na ramię i wychodzę z pokoju. Zbiegam na dół do kuchni, biorąc butelkę wody oraz jabłko. Idę do przedpokoju wciągając na nogi szybko zniszczone już trampki, jestem w trakcie zakładania drugiego gdy słyszę głos mamy.
- Bez śniadania tak wychodzisz? - Pyta stojąc z pustym kubkiem po kawie w drzwiach salonu.
- Tak, śpieszę się. - Odpowiadam szybko kierując się do drzwi.
- Dokąd, jeżeli można wiedzieć? - Zatrzymuję się i powoli odwracam w jej stronę.
- Um... - No to jestem w kropce. Gdzie ja mogę się śpieszyć o tej porze? - Do siłowni. - Odpowiadam w końcu uśmiechając się.
- Tylko wróć na obiad, wpadnie George.
- Dobrze, dobrze, na pewno będę. - Znów odwracam się do drzwi. Jest już sześć minut po dziewiątej.
- Ach i jeszcze jedno, Destiny...! - Nie słyszę już co ma mi zamiar powiedzieć tylko trzask zamykających się za mną drzwi. Spoglądam na wyświetlacz telefonu. Siedem minut po dziewiątej. Louis mnie zabije.
  Ruszam biegiem aż na koniec ulicy, gdzie ma na mnie czekać. Torba co chwilę mi spada, co mnie denerwuje, tak samo jak włosy wpadające do oczu. Tylko mnie spowalniają. Mijam kolejne domy co rusz sprawdzając godzinę i widząc jak z siódemki robi się ósemka a z niej dziewiątka. Modle się by czas się zatrzymał i aby Louis na mnie wciąż czekał.
  Dostrzegam jego czarny samochód, ten w którym o mało nie zwymiotowałam i zemdlałam, aż jestem ciekawa co będzie następne. Umysł podrzuca mi brudne myśli, które odrzucam równie szybko jak się pojawiły. Zwalniam gdy od auta dzieli mnie tylko kilka kroków. Nagle auto rusza.
- Nie! - Krzyczę wyrzucając ręce w górę i znów zaczynając biec.
- Louis! Zatrzymaj się! - Dalej krzyczę biegnąc za pojazdem. Jestem pewna, że widzi mnie w lusterku, więc czemu się nie zatrzymuję?!
 W końcu zwalnia i zatrzymuję się przy następnym zakręcie. Jestem padnięta, mam ochotę upaść na chodnik i z niego nie wstawać. Jestem również już cała spocona a nawet jeszcze nie dotarłam na trening. Ciągnę za sobą torbę, którą po wejściu do auta wpycham pod swoje nogi. Zapinam pas i odwracam się do Louisa. Patrzę do niego spod przymrużonych powiek z nienawiścią. A on? No cóż, śmieje się! Zaczynam okładać go otwartymi dłońmi po ramieniu cedząc przez zęby.
- Widziałeś mnie! Na pewno, a mimo to się nie zatrzymałeś! Jak mogłeś! I jeszcze jest ci do śmiechu! - Po chwili łapie mnie za nadgarstki i odpowiada z uśmiechem na twarzy.
- Przynajmniej mamy za sobą rozgrzewkę. - Wyszarpuję ręce z uścisku krzyżując je na piersi.
- Nienawidzę cię. - Prycham.
- A ja cię lubię i zastanawiam się czy mam ci powiedzieć o tym, że masz bluzkę na lewej stronie. - Rusza patrząc na mnie kątem oka i ponownie się uśmiechając.
- Co? - Podrywam się patrząc w lusterko. O matko! On ma rację! Jak ja mogłam tego nie zauważyć? Odruchowo ściągam z siebie bluzkę zostając w staniku na czas aż przewrócę ją na prawą stronę i znów nie założę. Kątem oka widzę jak Louis porusza się niespokojnie na siedzeniu i odchrząkuję na co tym razem na mojej twarzy pojawia się uśmiech.
- Jeżeli zamierzasz robić striptiz to proszę nie w moim samochodzie, a zwłaszcza kiedy prowadzę.
- To gdzie? - Unoszę pytająco brew.
- Myślę, że znasz adres. - Jego głos jest taki pociągający, przygryzam wargę patrząc na niego. Odwraca głowę odwzajemniając spojrzenie, aż robi mi się gorąco i czuję jak na moich policzkach pojawiają się rumieńce na co szybko odwracam wzrok.
  Przez resztę drogi nie rozmawiamy za wiele. Pyta czy się wyspałam i ja również kieruję do niego to pytanie na co oboje przytakujemy głowami. Po godzinie jesteśmy na totalnym zadupiu w lesie, szczerze przyznam, że nie tego się spodziewałam.
- Gdzie my jesteśmy? - Pytam stając obok Louisa i lustrując budynek przed którym się zatrzymaliśmy. A raczej jego ruinę, nie ma okien, zburzoną jedną część oraz graffiti na ścianach.
- Może słyszałaś o funkcjonującym tu w latach osiemdziesiątych psychiatryku? - Wytrzeszczam oczy z przerażenia, czy ja dobrze usłyszałam? Psychiatryk?
- C... co? - Pytam a głos lekko mi drży.
- To może i lepiej. - Wzrusza ramionami zaczynając iść do budynku, zaraz ruszam za nim .
- Dlaczego mnie tu zabrałeś? W jaki sposób stary, opuszczony psychiatryk ma mi pomóc w walce ze Snake'm?
- Zobaczysz. - Uśmiecha się cwaniacko po czym wchodzi po schodach i u ich szczytu zatrzymuje się odwracając za siebie by na mnie spojrzeć.
- Idziesz? - Wzdycham ciężko i przeskakuje po dwa schodki dołączając do niego.
  W środku jest jeszcze gorzej i okropnie cuchnie stęchlizną. Podłoga jest brudna od błota i krwi, wszędzie jest roztrzaskane na kawałki szkło od szyb lub butelek, odciski kroków, przewrócone łóżka z pościelą i hak zwisający z sufitu, co mnie najbardziej przeraża. Podbiegam do Louisa aby być blisko niego, to miejsce jest straszne.
  Idziemy do wind, które o dziwo działają. Wchodzę do jednej z nich niepewnie bojąc się, że nagle staną i utkniemy tu na zawsze. Louis podważa tablicę z cyframi za którą kryje się kolejna, tylko, że zamiast cyferek guziki są kolorowe, wciska jeden z czerwonych i ruszamy, zjeżdżając w dół.
- Po co te kolory? - Pytam.
- Jakby jakiś nieproszony gość się tu pojawił i gdyby udało mu się znaleźć te drugie przyciski, które mają go zmylić by nie poznał naszej małej tajemnicy.
- Jakiej tajemnicy? - To robi się coraz bardziej dziwne, kto miałby ochotę przychodzić w tak paskudne miejsce?
- Przekonasz się już za chwilę.
  Wydaje mi się, że zaraz zjedziemy aż do jądra ziemi tak długo to trwa, lecz w końcu stajemy a ja spodziewam się zobaczyć piwnice czy lochy, och jak bardzo się mylę. Z szeroko otwartą buzią robię krok w przód opuszczając windę a wchodząc do dużego pomieszczenia pełnego punkowców. Pokój spowija jasne, fioletowe oraz granatowe światło. Na cały regulator gra muzyka przez którą przebijają się śmiechy obecnych ludzi, którzy spędzają ten czas zupełnie jak typowi nastolatkowie. Siedzą na jednej z kanap, oglądając telewizję lub grając na konsolach w wyścigi, bądź w bilard czy pingponga. Niektórzy nawet czytają w lewym rogu sali i muszę przyznać, że mają w czym wybierać. Mają też szafki z przekąskami oraz dwie lodówki wypełnione napojami i to nie tylko alkoholem. Ktoś tańczy, goni za sobą lub całuję się. Naprawdę nie mogę w to uwierzyć, że pod psychiatrykiem znajduje się takie miejsce, jak to możliwe, że tu jest? Jak daleko sięga i co jeszcze zobaczę? Niesamowite.
- Witaj w naszym małym podziemnym świecie, Destiny. - Słyszę szept Louisa tuż przy swoim uchu po prawej i mimowolnie uśmiecham się.

                                                                    ~ † ~ 

 Od Autorki: Witajcie po wakacjach w nowym roku szkolnym! Jak tam się czujecie na myśl o kolejnych 10 miesiącach pracy? Ja mam mały mętlik i trochę się boję, nowa szkoła i tak dalej. Nie wiem jak będzie z czasem i pisaniem, ale chyba będzie dobrze, plan nie jest taki zły. Mam już pewien pomysł jak to wszystko pogodzić i mam nadzieję, że się uda. Powodzenia życzę także wam! Co do opowiadanie, myślę, że przeniosę je całościowo na wattpada, jest tu coraz mniej komentarzy więc pewnie w końcu przestanie ich być, co o tym myślicie?

1 komentarz: