niedziela, 20 września 2015

† Chapter 21 †

                                                            † Lethal Love †

  Mijając ludzi nie mogłam powstrzymać się od gapienia na nich. Każdy miał inne kształty tatuaży i w różnych ilościach. Kolorowe albo i nie, zwierzęta, wzory etniczne, gwiazdki, serca, czyjaś twarz czy jakieś słowa z piosenki albo książki oraz dużo innych rzeczy. Również były kolczyki w ustach, nosie, języku, policzkach abo brwi. Zauważyłam też neonowe soczewki u paru osób i mimo, że każdy z nich albo te rzeczy miał czy nie, to jedno ich łączyło. Uśmiech. Na pierwszy rzut oka pewnie każdy myśli o nich jako o ludziach złych, pogrążonych w depresji. Lecz ci tutaj wcale na takich nie wyglądają. To jest po prostu ich styl bycia, są inni, wyjątkowi na swój sposób jak każdy z nas. Oczywiście istnieją tacy którzy są źli i mam tu na myśli Snake'a, który zabija niewinnych ludzi, kradnie, gwałci bezbronne dziewczyny i Bóg wie co jeszcze.
  Przeszliśmy na drugą stronę pokoju do czarnych drzwi, które zlały się z tłem i wcześniej ich nie dostrzegłam. Louis otworzył je przede mną i pozwolił wejść pierwszej. Widząc ten pokój znów mnie zatkało. Był dwa razy większy od poprzedniego, dobrze oświetlony, w białych, szarych oraz czerwonych kolorach. Podłogę pokrywały maty, po lewej stronie było pięć stanowisk z sylwetką człowieka na końcu, na wprost para białych drzwi, a po prawej podwyższenie gdzie były drabinki zamontowane także na suficie, worki treningowe, sztanga, hantle i inne stanowiska do ćwiczeń, które można by znaleźć w siłowni i na których widok już byłam zmęczona.
- Lewe drzwi to szatnia damska, możesz się tam przebrać. - Powiedział Louis wskazując ręką drzwi. Przytaknęłam skinieniem głowy i poszłam w ich kierunku. Weszłam do środka kładąc torbę na ławce między drzwiami, za którymi były prysznice, a wnęką z toaletą, dwoma umywalkami i dużym lustrem. Przebrałam się w czarne legginsy i różowy t-shirt na ramiączkach po czym uczesałam włosy w kitek.
  Mając pewność, że dobrze wyglądam opuściłam szatnię wracając na salę treningową. Louis już na mnie czekał rozgrzewając się poprzez robienie pajacyków potem przysiadów. Stanęłam jak wryta wpatrując się w niego, a raczej w jego dupę. Spojrzałam na jego a potem swoją i stwierdziłam, że ma lepszą ode mnie.
- Destiny? - Usłyszałam jego głos co oznaczało, że przyłapał mnie jak gapię się na swoją dupę.
- Um... - Zakłopotana zgarnęłam kosmyk z oczu, a on zaśmiał się zakładając ręce na piersi.
- Gotowa? - Zapytał jedynie za co byłam mu wdzięczna, bo nie postanowił skomentować tego co przed chwilą zobaczył.
- Jak najbardziej. - Odparłam choć tak naprawdę nie będąc tego taka pewna. Nigdy nie byłam dobra na wuefie, unikałam go jak ognia, a teraz czekają mnie treningi, które mają nauczyć jak mam walczyć, mnie, największą łamagę na świecie. - Od czego zaczynamy?
- Rozgrzewki oczywiście.
  Zaczęliśmy od zrobienia paręnastu kółek dookoła sali, po których miałam dość, ciężko oddychałam opierając jedną dłoń na kolanie a drugą uciskając brzuch. Niestety to był dopiero początek, następnie kazał mi wykonać sto pajacyków, siedemdziesiąt pięć przysiadów i piętnaście pąpek. Przy ostatniej pąpce padłam na ziemię i nie zamierzałam się podnieść, serce waliło mi tak jakby miało zaraz się wyrwać z piersi.
- Masz naprawdę słabą kondycję. - Stwierdził Louis pomagając mi usiąść po czym podał przyniesioną z mojej torby wodę. Odkręciłam ją i przechyliłam zachłannie wypijając prawie połowę zawartości.
- Ty za to... jesteś w szczytowej formie. - Otarłam czoło opadając plecami na maty.
- Trening czyni mistrza. - Wzruszyła ramionami również kładąc się obok mnie.
- Czy możemy na dziś już skończyć? - Zapytałam mimo, że to było oczywiste jaką usłyszę odpowiedź.
- Dopiero zaczęliśmy. - Zaśmiał się a ja jęknąłam niezadowolona.
  Po krótkiej przerwie wróciliśmy do ćwiczeń na brzuch, nogi i ramiona. Podczas przechodzenia z jednego szczebla drabinki na suficie na drugi nie dawałam już rady. Ręce mi się trzęsły i nie miałam zupełnie siły. Próbowałam pokonać kolejny szczebel, ale niestety spocone ręce ześlizgnęły się z metalowego prętu i poleciałam w dół. Na szczęście Louis został na dole i zręcznie mnie złapał w swoje ramiona. Oplotłam go rękoma wokół szyi opierając głowę o jego pierś i próbując uspokoić oddech. Byłam naprawdę zmęczona.
- Wiesz... - Po chwili milczenia, gdy lekkie zawroty głowy minęły lekko, odezwałam się uchylając powieki i patrząc na ciebie.
- Hm? - Odpowiedział również na mnie spoglądając.
- Przypomniała mi się ta noc kiedy omal nie zwymiotowałam w twoim samochodzie...
- Ach tak, też to pamiętam. - Na jego twarzy pojawił się uśmiech. - Tylko wtedy byłaś pijana, a teraz jesteś naprawdę zmęczona.
- Przepraszam. - Wyszeptałam.
- Za co mnie przepraszasz? - Uniósł jedną brew.
- Że cię wtedy nie posłuchałam i przyszłam znów do tego klubu, a teraz musisz ze mną tu siedzieć i ratować gdy Snake mnie porwie czy coś. - Zsunęłam nogi z jego ręki stając na ziemi.
- Nie musisz mnie za to przepraszać, Destiny. - Próbowałam mu przerwać, ale położył mi palec na ustach. - Daj mi skończyć. Wcale nie sprawiasz mi problemu, to przyjemność móc cię trenować i jestem pewien, że dasz sobie radę, a kiedy następnym razem na twojej drodze pojawi się Snake uda ci się go pokonać. Chociaż nie, nie popełnię drugi raz tego błędu zostawiając cię bez opieki, będę miał cię zawsze na oku. - Mrugnął na koniec tym samym wywołując na mojej twarzy lekki uśmiech.
- Dziękuję. - Przytuliłam go i tak staliśmy kilka minut póki pierwsza się nie odsunęłam idąc się przebrać. Będąc przy drzwiach odwróciłam się jeszcze przez ramię by na niego spojrzeć i ponownie się uśmiechnąć.

                                                                             ~ † ~

1 komentarz: