piątek, 23 października 2015

† Chapter 23 †

                                                           † Lethal Love †

- Skoro umiesz nawet w miarę dobrze walczyć bez użycia broni, to czas najwyższy ją wprowadzić. - Zaczął Louis dwa tygodnie później i w tym samym czasie odsuwając metalowe drzwi ukazując całą ścianę, na której wisiały różne rodzaje pistoletów i noży. Widząc to szczęka mi opadła.
- Czy to legalne mieć tyle broni w jednym pomieszczeniu? I... skąd wy to macie? - Zapytałam podchodząc bliżej.
- To tajemnica. - Odpowiedział Louis uśmiechając się po czym zdejmując z jednego uchwytu pistolet i podchodząc do mnie.
- To jest Sig Sauer P226, 9mm...
- Czekaj, znasz nazwę każdego pistoletu, który się tu znajduje? - Przerwałam mu na co przechylił głowę i spojrzał na mnie spod przymrużonych powiek. - Przepraszam, siedzę już cicho. - Udałam, że zamykam buzię na kłódkę.
- Kontynuując, ustawowo rozmiar magazynka w Kalifornii wynosi 10. Zawsze musisz pamiętać ile strzałów oddałaś inaczej, no cóż, możesz zginąć. Ważną rzeczą, którą musisz również zapamiętać to, to aby zachować dystans, ponieważ przeciętna osoba potrafi pokonać 21 stopy w 1,5 sekundy, a jeżeli ma nóż to może cię wypatroszyć zanim zdążysz nacisnąć spust. Teraz weź pistolet i wyceluj we mnie. - Skończył i skierował pistolet w moja stronę.
- Co? Nie zrobię tego. - Odsunęłam się do tyłu o krok.
- Zaufaj mi, Des. - Przewrócił oczami i westchnął. Przez chwilę jeszcze się wahałam po czym wzięłam pistolet do ręki. Był ciężki i źle się z nim czułam.
- No dalej. - Pośpieszył mnie Louis. Westchnęłam i wycelowałam w niego. Zanim zdążyłam nacisnąć spust on wyrwał mi go z ręki.
- Och... - Tylko tyle byłam w stanie z siebie wydusić po jego szybkiej reakcji. Uśmiechnął się i przeszedł obok mnie idąc w kierunku stanowisk strzelniczych. Podążyłam za nim i zatrzymałam obok przy stanowisku numer trzy.
- Teraz spróbuj strzelić prosto w zaznaczony punkt na sylwetce. - Podał mi pistolet po czym wskazał cel, którym była czarna kropka w miejscu serca. Znów wzięłam go z niechęcią do ręki, jakoś mi nie leżał, chyba głównie dla tego, że to małe urządzenie może zabić każdego i zabiło między innymi mojego tatę.
- Trzymaj mocno, napręż ręce, będzie silny odrzut. - Poinformował mnie, a ja wykonałam jego polecenie po czym nacisnęłam spust odwracając w tym samym czasie głowę i zamykając oczy.
- No, prawie trafiłaś w jego kutasa. - Powiedział Louis śmiejąc się. Otworzyłam oczy i spojrzałam za nim na tarczę. Miał rację, ślad po strzale był poza sylwetką i na linii bioder.
- Taa... łamię nosy i prawie odstrzeliwuje kutasy, Snake ma się czego bać. - Powiedziałam trochę przygnębiona bo byłam w tym wszystkim naprawdę beznadziejna, Może i robiłam jakieś postępy ale to były małe kroczki, bardzo małe.
- Ja bym się bał, lubię swojego kutasa. - Odpowiedział dalej lekko się śmiejąc i podchodząc do mnie. Objął mnie od tyłu i złapał rękoma moją twarz. Moje serce przyśpieszyło, wzięłam wdech i wstrzymywałam go przez moment. Był tak blisko, aż czułam jego oddech na policzku.
- Okej, po pierwsze nie możesz odwracać głowy, musisz się skupić na swoim celu. - Skierował moją głowę prosto na punkt, w który miałam trafić, a następnie przeniósł swoje dłonie na moje i podniósł je celując pistoletem.
- Po drugie trzymaj mocniej ten pistolet. - Jego mięśnie się napięły a wzrok skupił na celu za to mój na jego profilu. Wyglądał tak dobrze, jego kości policzkowe i to skupienie w oczach, które niespodziewanie spojrzały w moje. Nie odwróciłam wzroku, tylko dalej się w niego wpatrywałam i znów czułam to jak bardzo mnie do niego ciągnie. Zamknęłam oczy błagając aby mnie w końcu pocałował, tak bardzo chcę czuć jego usta na swoich, chcę móc być obejmowana przez niego o każdej porze dnia i nocy.
 Niestety, rozlega się huk i czuję nagle zimno. Otwieram oczy i rozglądam się. Jego strzał oddany był bezbłędnie a on sam gdzieś wyszedł, zostawił mnie samą, po prostu pięknie.
  Uznałam, że to koniec zajęć, więc poszłam się przebrać, a gdy nadal go nie było wyszłam z sali treningowej do pokoju głównego i zaczęłam go szukać.
- Czyżbyś szukała Louisa? - Szybko odwracam się do osoby, która skierowała do mnie te słowa. Jest to mężczyzna, dobrze zbudowany i wyższy ode mnie o kilka centymetrów. Ma ciemne włosy i oczy oraz lekki zarost. Tak samo jak inni ma tatuaże i kolczyki. Przechylam głowę na bok i marszczę brwi.
- Kojarzę cię... - Mówię i próbuję sobie przypomnieć skąd.
- Pewnie z klubu, w którym pracuje razem z Louisem. Jestem Hayden. - Uśmiecha się wyciągając do mnie dłoń, którą ściskam.
- Och tak, masz rację. Ja jestem...
- Destiny. - Przerywa mi i jestem naprawdę zdumiona, skąd on zna moje imię? - Louis nam często o tobie opowiada. Pomagamy mu ciebie chronić. - Zarzuca mi rękę na ramie i zaczynamy iść.
- Pomagacie?
- Tak, ja i kilka innych osób.
- Czy pomagaliście mu chronić kogoś innego? - Dostrzegam okazję by poznać odpowiedź na kilka dręczących mnie pytań więc postanawiam ją wykorzystać.
- Tak, ale ty jesteś inna.
- Jak to, inna?
- Kiedy Snake cię porwał to nie chciał nic innego robić jak tylko cię znaleźć. Przez cały dzień i noc próbował ustalić gdzie jesteś, obwiniał się, że dał się tak wrobić i że to jego wina.
- Naprawdę? - Nie spodziewałam się, że Louis mógłby się tak zachować. Przecież wciąż mnie odrzuca, a to zachowanie wskazuje jakby mu na mnie zależało. Nie rozumiem go, naprawdę.
- Naprawdę. Ej, ludzie! Zobaczcie kogo znalazłem! - Nim zdążę zapytać o coś jeszcze dochodzimy do kanapy, na której siedzą dwie dziewczyny i chłopak, którzy słysząc Haydena od razu kierują na mnie wzrok. - Destiny we własnej osobie!
- O matko! - Z siedzenia podrywa się blondynka i po chwili zamyka mnie w uścisku po czym odsuwa na szerokość rąk i przygląda mi się. - Naprawdę jesteś taka ładna jak mówił Lou. Jeju cieszę się, że w końcu mogę cie poznać! - Znów mnie tuli, a ja szczerze nie nadążam za tym co się tutaj dzieje.
- Jeszcze ją udusisz, Liv. - Odzywa się druga dziewczyna, która ma czarne włosy z czerwonymi pasemkami i na ramieniu wytatuowanego wilka.
- Oj tam zaraz uduszę, przesadzasz. À propos, jestem Olivia, ale możesz mówić na mnie Liv, jak wszyscy. - Uśmiecha się do mnie szeroko co odwzajemniam niepewnie po czym kieruję wzrok na pozostałą dwójkę, która została na kanapie.
- Destiny, co już pewnie każdy z was wie. - Poprawiłam torbę, która spadła mi z ramienia po tym jak Liv mnie przytuliła i która teraz była obejmowana przez Haydena, chyba są parą.
- Tylko słyszymy je jakieś sto  razy dziennie. - Zaśmiał się drugi chłopak. - Jestem Ethan.
- A ja Raven i fajnie, że w końcu w naszej paczce będzie tyle samo dziewczyn co i chłopaków.
-  Właśnie! - Odezwała się znów Liv. - Czy Louis mówił ci już, że za tydzień jedziemy nad ocean?
- Um, zupełnie nic. - Pokręciłam przecząco głową.
- Pewnie jak zawsze zapomniał. - Powiedział Ethan.
- W takim razie ja zrobię to za niego. Jak co roku jedziemy na domek, który jest nad oceanem i po prostu dobrze się bawimy. Uważam, że powinnaś z nami jechać!
- Ja, um, nie wiem sama, powinnam chyba pogadać o tym z Louisem, a nawet nie wiem gdzie jest.
- Spoko, pewnie wyszedł zapalić. - Odpowiedział Ethan, który sam akurat palił.
- I już wróciłem. - Rozległ się głos Louisa, który stanął obok mnie i założył ręce na piersi.
- Och to świetnie, bo uważamy, że Destiny powinna się z nami wybrać na domek. - Powiedziała Liv na co wszyscy przytaknęli jej skinieniem głowy. Spojrzałam na Louisa ciekawa co powie, czy także się zgodzi? Jeżeli tak to będę musiała się zastanowić nad tym co ja powiem mamie.
- Macie rację, powinna jechać. - Odpowiedział po chwili, a Olivia klasnęła w dłonie uradowana.
- Nie powinna zostawać sama, Snake może to wykorzystać. - Dodał po chwili na co Ethan przewrócił oczami i westchnął.
- A teraz chodź, odwiozę cię. - Odwrócił się i zaczął iść do windy. Pożegnałam się z moimi nowymi znajomymi po czym podążyłam za nim. Oczywiście znów wróciliśmy do stanu gdzie zamyka się przede mną i nie pozwala zbliżyć. To naprawdę zaczyna mnie irytować. Może na tym wyjeździe coś się zmieni? Może uda mi się do niego dotrzeć?

sobota, 3 października 2015

† Chapter 22 †

                                                              † Lethal Love †

  Nie mogłam spać, zegar wskazywał czternaście minut po drugiej w nocy, latarnie uliczne słabo oświetlały mój pokój, panowała prawie idealna cisza. Przerywał ją mój oddech i szum pościeli gdy przewracałam się z boku na bok próbując jednak zasnąć.
  Wszystko przez Louisa. Jego imię rozbrzmiewało w moim umyśle. Dlaczego nie może mieć jakiegoś okropnego imienia, na przykład Wilfred? Jakoś nie wyobrażam sobie aby niewidzialne głosy w mojej głowie szeptały Wilfred, Wilfred. Ale Louis... jak najbardziej tak. Ma takie piękne imię, a on sam również jest niczego sobie. Niebieskie oczy, brązowe włosy i te usta, które już niemal dwa razy zetknęły się z moimi. Jego głos, który jest ukojeniem dla moich uszu, ciepło jego ciała, które jest pokryte różnymi tatuażami. Szkoda, że nigdy nie będzie dla mnie osiągalny.
  Po tylu godzinach wpatrywania się w sufit doszłam do wniosku, że coś do niego czuję. Znam go od miesiąca i z każdym dniem myślę o nim coraz więcej, ale on chyba nie odwzajemnia tego uczucia. W ogóle wydaje się być taki zamknięty, jakby coś ukrywał lub czegoś się bał, a może obie te rzeczy?
  Po za tym, jeżeli by coś czuł, już dawno by mnie pocałował, prawda? A skoro tego nie zrobił to nie czuje tego co ja i powinnam jak najszybciej zdusić w sobie to uczucie. Nie powinnam się w nim zakochiwać ani w nikim innym. Moje życie wisi na włosku i wszelakie marzenia o założeniu rodziny nie wchodzą w grę. Nie wiadomo czy w ogóle dożyję kolejnych dni, nie wiem co Snake planuje i kiedy ma zamiar znów zaatakować.
  Na samą myśl o Snake'u i o tym wszystkim co zrobił, a co mnie może jeszcze czekać przechodzi mnie dreszcz oraz złość bo znów mam ochotę płakać. Jestem taka słaba fizycznie i emocjonalnie, nie lubię tego.
  Mocniej nakrywam się kołdrą zamykając oczy i próbuję znów zasnąć. Uspokajam oddech i rozluźniam się odpływając myślami znów do jego osoby. Wyobrażam sobie jakby to było gdyby bylibyśmy razem i teraz mi to pomaga, nim się obejrzę odpływam w sen.
 - No dalej, uderz mnie w końcu. - Louis stał przede mną ze zgiętymi rękoma i zaciśniętymi pięściami, miałam przybraną pozę jak on. Różnica była taka, że on wcale nie był spocony, normalnie oddychał, a jego włosy były w idealnym stanie, nie to co ja. Zdmuchnęłam kosmyk włosów z moich oczu po czym znów zaczęłam próbować go zaatakować powtarzając ruchy, których mnie uczył przez ten tydzień. Ćwiczenia, które miały mnie wzmocnić powoli ustępowały miejsca nauce jak mam walczyć.
- Znów robisz ten sam błąd. - Powiedział przewracając oczami i złapał za nadgarstek obracając po czym przyciągając do siebie tak, że moje plecy przywierały do jego klatki piersiowej. Westchnęłam sfrustrowana po czym wyrwałam się z uścisku.
- Mam już dość na dziś. - Powiedziałam ściągając gumkę z włosów aby poprawić kitka, niestety wyślizgnęła mi się z ręki i upadła na maty.
- Dobrze wiesz, że nie skończymy póki... a, cholera. - Odpowiedział i w tym samym czasie schylił się po gumkę, lecz ja byłam szybsza o tą jedną sekundę. Złapałam gumkę i podniosłam się przez co uderzyłam Louisa w twarz swoją głową.
- O matko! - Zakryłam usta dłonią. - Przepraszam, ja.. ja nie chciałam...
- Okej, nic się nie stało... tylko dostałem w nos...
- Jak to nic ci nie jest?! Leci ci krew! - Zaczęłam panikować, kiedy zabrałeś swoje ręce z nosa.
- Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że boisz się krwi. - Zakpił ze mnie, a ja przypomniałam sobie, że przecież od tygodnia znów trzyma mnie na dystans jak na początku naszej znajomości. Naprawdę go nie rozumiem, ma okres jak baba, że mu się tak nastroje zmieniają? Chociaż sama nie jestem lepsza. Niby mam się odkochać i w pewnym momencie jestem na dobrej drodze aby moje serce nie zaczynało bić szybciej gdy on jest tak blisko mnie, by moje myśli wciąż nie krążyły wokół jego osoby, a w drugim... nie daję rady. Po prostu coś w nim jest co mnie do niego ciągnie, ostatnio, czyli wczoraj, pękłam gdy pod koniec zajęć ściągnął koszulkę, boże tak bardzo chciałam dotknąć jego skóry, że dziś w nocy mi się to śniło!
- Oczywiście, że się nie boję. - Unoszę podbródek do góry i zakładam ręce na piersi. - Tylko to wygląda fatalnie. - Krzywię się gdy krew dalej spływa po twojej twarzy.
- To może coś z tym zrobisz? - I oto kolejny moment, w którym pękam.
- Och, tak, okej. Gdzie w takim razie macie tu apteczkę, czy coś?
- To był sarkazm. - Odpowiada zaczynając iść do podwyższenia, gdzie zatrzymuje się przy jednym ze stołów. Wyciąga z szuflady pudełko oznakowane czerwonym krzyżem, otwiera i wyjmuje roztargniony jedna ręką wszystkie rzeczy gdyż drugą przytrzymuje przy nosie rąbek swojej koszulki przez co odsłania trochę swojego brzucha.
- Zostaw to i siadaj. - Rozkazuje wyrywając z jego ręki pudełko i przyciskając je do piersi. - No już. - Ponaglam go gdy stoi wpatrując się we mnie. Przewraca oczami po czym posłusznie wskakuje na blat. Uśmiecham się i ponownie odkładam apteczkę obok niego. Wyciągam wszystkie gaziki i jedną połowę wykorzystuje aby zetrzeć krew, drugą nakazuje mu trzymać przy nosie z głową pochyloną na dół gdy w tym czasie ja poszukam w sali głównej lodu i większej ilości papieru.
  Wybiegam z sali treningowej do pokoju głównego gdzie huczy muzyka. Skręcam w lewo do mini kuchni i otwieram lodówkę gdzie znajduje lód. Następnie rozglądam się za jakimiś chusteczkami i jedyne co znajduję to papier ręcznikowy więc zamiast rwać po kolei każdy listek, zabieram po prostu cały i wracam szybko do Louisa.
- Okej, wróciłam. - Przesuwam apteczkę robiąc miejsce moim zdobyczom.
- Nie oślepłem, widzę, że wróciłaś. - Nie odpowiadam tylko urywam trochę papieru i kładę na jego kark gdzie zaraz również ląduje paczka lodu. Kolejne listki papieru, które urywam skręcam przy jednym z rogów i nakazuje aby włożył to do nozdrzy.
- No, wyglądasz prawie jak wampir. - Pochylam się spoglądając na niego od dołu i uśmiechając się.
- Uważaj, może naprawdę nim jestem i tylko czekam na odpowiedni moment, aby zanurzyć kły w twojej szyi i wyssać twą krew do ostatniej kropli? - Łapie mnie gwałtownie za szyje a ja z piskiem odskakuje po czym obydwoje się śmiejemy.
- Czyli raczej nie ma opcji, że skończę jak Bella z chłopakiem wampirem? - Prostuję się i opieram o blat stołu.
- Nie jestem taką cipą jak Edward.
- Czekaj, oglądałeś to? - Chłopaków raczej nie przekonuje ten film. Gdy byłam na nim w kinie z Allanem to zamiast oglądać go, przeglądał Facebook'a i Twittera. Tak, to była naprawdę udana randka.
- Mia... ja... oglądałem z siostrami. - Podnosi głowę zdejmując z karku lód a z nosa wyjmując papier.
- Och, masz siostry, jak się nazywają?
- Nie twoja sprawa. - Ścina temat i wyrzuca papier do kosza przedtem upewniając się, że na pewno już nie leci z jego nosa krew.
- Um, okej... masz rację, więc jeżeli nie Edward, to w takim razie kto ciebie najbardziej przypomina? - Próbuję ciągnąć dalej tą rozmowę, która przez moją ciekawość w szybkim tempie zmierza ku końcowi.
- Jasper.
- Jasper? - Jestem zdumiona, że akurat taka postać, ciekawe dlaczego.
- Tak. Jasper i na dziś to koniec. - Odchodzi znikając po chwili w szatni a ja zostaję sama. Przez moment uchylił ten mur, który go otacza i znów ze mną normalnie rozmawiał. Wystarczyło jedno, moje pytanie aby wszystko zniszczyć. Lecz chwila, nie, tak jest dobrze, niech się ode mnie oddala i ja też to zrobię tym samym odkocham, przynajmniej mam taką nadzieję, że tak będzie.
  Ponownie wzdycham i idę się przebrać. Dziesięć minut później siedzę już w jego samochodzie i patrzę przez szybę okna na mijane otoczenie. Nie rozmawiamy, nie gra nawet muzyka, a gdy wysiadam nie mówi mi nawet "pa". Ruszam przed siebie ulicą do domu i z trudem powstrzymuje się od tego aby się nie odwrócić i spojrzeć jak odjeżdża.
  No i tak to z nami jest. On raz mnie lubi, a raz nie. Ja raz go kocham, a raz nie.

                                                                 ~ † ~