sobota, 3 października 2015

† Chapter 22 †

                                                              † Lethal Love †

  Nie mogłam spać, zegar wskazywał czternaście minut po drugiej w nocy, latarnie uliczne słabo oświetlały mój pokój, panowała prawie idealna cisza. Przerywał ją mój oddech i szum pościeli gdy przewracałam się z boku na bok próbując jednak zasnąć.
  Wszystko przez Louisa. Jego imię rozbrzmiewało w moim umyśle. Dlaczego nie może mieć jakiegoś okropnego imienia, na przykład Wilfred? Jakoś nie wyobrażam sobie aby niewidzialne głosy w mojej głowie szeptały Wilfred, Wilfred. Ale Louis... jak najbardziej tak. Ma takie piękne imię, a on sam również jest niczego sobie. Niebieskie oczy, brązowe włosy i te usta, które już niemal dwa razy zetknęły się z moimi. Jego głos, który jest ukojeniem dla moich uszu, ciepło jego ciała, które jest pokryte różnymi tatuażami. Szkoda, że nigdy nie będzie dla mnie osiągalny.
  Po tylu godzinach wpatrywania się w sufit doszłam do wniosku, że coś do niego czuję. Znam go od miesiąca i z każdym dniem myślę o nim coraz więcej, ale on chyba nie odwzajemnia tego uczucia. W ogóle wydaje się być taki zamknięty, jakby coś ukrywał lub czegoś się bał, a może obie te rzeczy?
  Po za tym, jeżeli by coś czuł, już dawno by mnie pocałował, prawda? A skoro tego nie zrobił to nie czuje tego co ja i powinnam jak najszybciej zdusić w sobie to uczucie. Nie powinnam się w nim zakochiwać ani w nikim innym. Moje życie wisi na włosku i wszelakie marzenia o założeniu rodziny nie wchodzą w grę. Nie wiadomo czy w ogóle dożyję kolejnych dni, nie wiem co Snake planuje i kiedy ma zamiar znów zaatakować.
  Na samą myśl o Snake'u i o tym wszystkim co zrobił, a co mnie może jeszcze czekać przechodzi mnie dreszcz oraz złość bo znów mam ochotę płakać. Jestem taka słaba fizycznie i emocjonalnie, nie lubię tego.
  Mocniej nakrywam się kołdrą zamykając oczy i próbuję znów zasnąć. Uspokajam oddech i rozluźniam się odpływając myślami znów do jego osoby. Wyobrażam sobie jakby to było gdyby bylibyśmy razem i teraz mi to pomaga, nim się obejrzę odpływam w sen.
 - No dalej, uderz mnie w końcu. - Louis stał przede mną ze zgiętymi rękoma i zaciśniętymi pięściami, miałam przybraną pozę jak on. Różnica była taka, że on wcale nie był spocony, normalnie oddychał, a jego włosy były w idealnym stanie, nie to co ja. Zdmuchnęłam kosmyk włosów z moich oczu po czym znów zaczęłam próbować go zaatakować powtarzając ruchy, których mnie uczył przez ten tydzień. Ćwiczenia, które miały mnie wzmocnić powoli ustępowały miejsca nauce jak mam walczyć.
- Znów robisz ten sam błąd. - Powiedział przewracając oczami i złapał za nadgarstek obracając po czym przyciągając do siebie tak, że moje plecy przywierały do jego klatki piersiowej. Westchnęłam sfrustrowana po czym wyrwałam się z uścisku.
- Mam już dość na dziś. - Powiedziałam ściągając gumkę z włosów aby poprawić kitka, niestety wyślizgnęła mi się z ręki i upadła na maty.
- Dobrze wiesz, że nie skończymy póki... a, cholera. - Odpowiedział i w tym samym czasie schylił się po gumkę, lecz ja byłam szybsza o tą jedną sekundę. Złapałam gumkę i podniosłam się przez co uderzyłam Louisa w twarz swoją głową.
- O matko! - Zakryłam usta dłonią. - Przepraszam, ja.. ja nie chciałam...
- Okej, nic się nie stało... tylko dostałem w nos...
- Jak to nic ci nie jest?! Leci ci krew! - Zaczęłam panikować, kiedy zabrałeś swoje ręce z nosa.
- Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że boisz się krwi. - Zakpił ze mnie, a ja przypomniałam sobie, że przecież od tygodnia znów trzyma mnie na dystans jak na początku naszej znajomości. Naprawdę go nie rozumiem, ma okres jak baba, że mu się tak nastroje zmieniają? Chociaż sama nie jestem lepsza. Niby mam się odkochać i w pewnym momencie jestem na dobrej drodze aby moje serce nie zaczynało bić szybciej gdy on jest tak blisko mnie, by moje myśli wciąż nie krążyły wokół jego osoby, a w drugim... nie daję rady. Po prostu coś w nim jest co mnie do niego ciągnie, ostatnio, czyli wczoraj, pękłam gdy pod koniec zajęć ściągnął koszulkę, boże tak bardzo chciałam dotknąć jego skóry, że dziś w nocy mi się to śniło!
- Oczywiście, że się nie boję. - Unoszę podbródek do góry i zakładam ręce na piersi. - Tylko to wygląda fatalnie. - Krzywię się gdy krew dalej spływa po twojej twarzy.
- To może coś z tym zrobisz? - I oto kolejny moment, w którym pękam.
- Och, tak, okej. Gdzie w takim razie macie tu apteczkę, czy coś?
- To był sarkazm. - Odpowiada zaczynając iść do podwyższenia, gdzie zatrzymuje się przy jednym ze stołów. Wyciąga z szuflady pudełko oznakowane czerwonym krzyżem, otwiera i wyjmuje roztargniony jedna ręką wszystkie rzeczy gdyż drugą przytrzymuje przy nosie rąbek swojej koszulki przez co odsłania trochę swojego brzucha.
- Zostaw to i siadaj. - Rozkazuje wyrywając z jego ręki pudełko i przyciskając je do piersi. - No już. - Ponaglam go gdy stoi wpatrując się we mnie. Przewraca oczami po czym posłusznie wskakuje na blat. Uśmiecham się i ponownie odkładam apteczkę obok niego. Wyciągam wszystkie gaziki i jedną połowę wykorzystuje aby zetrzeć krew, drugą nakazuje mu trzymać przy nosie z głową pochyloną na dół gdy w tym czasie ja poszukam w sali głównej lodu i większej ilości papieru.
  Wybiegam z sali treningowej do pokoju głównego gdzie huczy muzyka. Skręcam w lewo do mini kuchni i otwieram lodówkę gdzie znajduje lód. Następnie rozglądam się za jakimiś chusteczkami i jedyne co znajduję to papier ręcznikowy więc zamiast rwać po kolei każdy listek, zabieram po prostu cały i wracam szybko do Louisa.
- Okej, wróciłam. - Przesuwam apteczkę robiąc miejsce moim zdobyczom.
- Nie oślepłem, widzę, że wróciłaś. - Nie odpowiadam tylko urywam trochę papieru i kładę na jego kark gdzie zaraz również ląduje paczka lodu. Kolejne listki papieru, które urywam skręcam przy jednym z rogów i nakazuje aby włożył to do nozdrzy.
- No, wyglądasz prawie jak wampir. - Pochylam się spoglądając na niego od dołu i uśmiechając się.
- Uważaj, może naprawdę nim jestem i tylko czekam na odpowiedni moment, aby zanurzyć kły w twojej szyi i wyssać twą krew do ostatniej kropli? - Łapie mnie gwałtownie za szyje a ja z piskiem odskakuje po czym obydwoje się śmiejemy.
- Czyli raczej nie ma opcji, że skończę jak Bella z chłopakiem wampirem? - Prostuję się i opieram o blat stołu.
- Nie jestem taką cipą jak Edward.
- Czekaj, oglądałeś to? - Chłopaków raczej nie przekonuje ten film. Gdy byłam na nim w kinie z Allanem to zamiast oglądać go, przeglądał Facebook'a i Twittera. Tak, to była naprawdę udana randka.
- Mia... ja... oglądałem z siostrami. - Podnosi głowę zdejmując z karku lód a z nosa wyjmując papier.
- Och, masz siostry, jak się nazywają?
- Nie twoja sprawa. - Ścina temat i wyrzuca papier do kosza przedtem upewniając się, że na pewno już nie leci z jego nosa krew.
- Um, okej... masz rację, więc jeżeli nie Edward, to w takim razie kto ciebie najbardziej przypomina? - Próbuję ciągnąć dalej tą rozmowę, która przez moją ciekawość w szybkim tempie zmierza ku końcowi.
- Jasper.
- Jasper? - Jestem zdumiona, że akurat taka postać, ciekawe dlaczego.
- Tak. Jasper i na dziś to koniec. - Odchodzi znikając po chwili w szatni a ja zostaję sama. Przez moment uchylił ten mur, który go otacza i znów ze mną normalnie rozmawiał. Wystarczyło jedno, moje pytanie aby wszystko zniszczyć. Lecz chwila, nie, tak jest dobrze, niech się ode mnie oddala i ja też to zrobię tym samym odkocham, przynajmniej mam taką nadzieję, że tak będzie.
  Ponownie wzdycham i idę się przebrać. Dziesięć minut później siedzę już w jego samochodzie i patrzę przez szybę okna na mijane otoczenie. Nie rozmawiamy, nie gra nawet muzyka, a gdy wysiadam nie mówi mi nawet "pa". Ruszam przed siebie ulicą do domu i z trudem powstrzymuje się od tego aby się nie odwrócić i spojrzeć jak odjeżdża.
  No i tak to z nami jest. On raz mnie lubi, a raz nie. Ja raz go kocham, a raz nie.

                                                                 ~ † ~

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz