piątek, 9 grudnia 2016

† Chapter 9 †

                                                       † Slaves Love †

Przemieszczaliśmy się bardzo powoli, jednakże sprawnie. Louis wiedział gdzie mamy skręcić co mnie bardzo zaskoczyło. Nie sądziłam, że zna ten budynek aż tak dobrze. Podczas naszej podróży do zaplecza baru, które było naszym punktem docelowym zakurzyliśmy się trochę i zmarzliśmy. Kiedy tam dotarliśmy Louis mnie wyprzedził i wyskoczył pierwszy zwinnie lądując na podłodze, a później złapał mnie swoimi silnymi rękoma i postawił na ziemi. Zaczęliśmy się otrzepywać oraz omawiać następne kroki.
- Zayn pewnie jest już na miejscu i zza drzwiami możemy zastać niezłą rozróbę. - Skupiałam się na tym co mówił oraz próbowałam wychwycić odgłosy strzelaniny i krzyki lecz docierały do mnie jedynie słowa piosenki, która aktualnie leciała. – Przydałaby nam się nowa broń, na szczęście wszędzie są skrytki więc zaraz jakąś zdobędziemy. Kiedy wyjdziemy ukryjemy się za barem i rozeznamy w sytuacji, a później ruszymy do wyjścia. Mam nadzieję, że pamiętasz aby się nie zatrzymywać.
- Tak, pamiętam – powiedziałam. Przygryzłam wargę, gdyż nie chciałam wychodzić bez niego. Czułam, że trudno będzie mi tego dokonać jeżeli zostaniemy rozdzieleni.
- Świetnie. Chodź teraz po broń. - Ruszyliśmy na koniec pomieszczenia do lodówek z lodem i butelkami, które zostały wybrane do chłodzenia się podczas gdy reszta stała na wysokich pułkach.
Louis odsunął jedną z lodówek, za którą był mały sejf. Otworzył go i wyjął z niego dwa pistolety oraz kastety, którymi łatwo było poderżnąć gardło ze względu na ich kształt przypominający literę C i albo półksiężyc. Louis mi o nich opowiadał i kazał poćwiczyć walkę z ich zastosowaniem na jednych zajęciach. Zabijałam wtedy wypchaną kukłę, a nie człowieka do czego miało za chwilę dojść kiedy opuszczę z Louisem zaplecze.
Pozbyłam się już uczucia, że zostanę potępiona za zabicie innego człowieka. Uświadomiłam sobie, że wyrywam chwasty, a nie te najpiękniejsze kwiaty w ogrodzie. Wyciągnęłam również na wierzch moją odwagę, a schowałam wyobraźnie, która tworzyła w obliczu zagrożenia różne, straszne scenariusze. Powodowały one, że wolałam ogarnięta paniką siedzieć skulona w kącie i czekać na wybawienie. Teraz stałam się swoim własnym wybawieniem i niosłam je innym ludziom.
Uzbrojeni odwróciliśmy się twarzami w stronę drzwi, które w tym samym czasie się otworzyły i do środka wpadło dwóch mężczyzn. Zaczęli strzelać więc szybko z Louisem przylgnęliśmy do półek aby uniknąć pocisków, które za to trafiały w poustawiane butelki. Szkło leciało w każdą stronę, a alkohol różnej barwy rozlewał się po podłodze. Kiedy zauważyli, że zniknęliśmy i marnują tylko naboje przestali strzelać i zaczęli się do nas zbliżać. Słychać było jedynie pracę zamrażarek, nasze oddechy i kapiące krople ze skrajów półek. Spojrzałam na Louisa, który miał uniesiony pistolet i pokazał mi żebym miała dwoje oczu otwarte. Skinęłam potakująco głową i także podniosłam do klatki piersiowej pistolet, a mój palec wskazujący spoczął na spuście. Potem zaczął odliczać, wystawił trzy palce i powoli je chował. Kiedy zniknęły wszystkie dał znak do działania.
Wyszliśmy z ukrycia i od razu pociągnęliśmy za spust celując w naszych przeciwników. Trafiliśmy ich za pierwszym razem, Louis jak zawsze idealnie w serce, a ja trochę wyżej w czoło. Upadli z pluskiem na podłogę zalaną czerwonym winem, z którym zmieszała się później krew. Zabraliśmy im broń i biegiem pokonaliśmy odległość dzielącą nas od wyjścia.  Przed samym przekroczeniem progu poślizgnęłam się na mokrej podłodze, ale na szczęście Louis zdążył mnie szybko złapać. Pochyleni podeszliśmy do baru, Louis wychynął zza lady a ja na kuckach siedziałam obok niego. Wyraźnie słyszałam krzyki ludzi, wystrzały i muzykę na co przeszedł mnie dreszcz.
- Okej, widzę Zayna – powiedział przenosząc wzrok z tłumu na mnie. - Również jego ludzi, którzy są wszędzie gdzie nie spojrzysz i atakują ludzi Benjamina. Wmieszani są w to panikujący cywile no i kilka martwych ciał na podłodze więc uważaj abyś się nie potknęła kiedy będziesz uciekać.
- Po czym poznam ludzi, którzy są po tej samej stronie co my? – zapytałam.
- Po dwóch kolorowych soczewkach w oczach i neonowych paskach na skórach – odpowiedział uśmiechając się. Musiałam przyznać, że to dosyć ciekawy pomysł.
- Okej, jeszcze jedno pytanie. Ja, będę uciekać? A co z tobą?
- Muszę pomóc Zaynowi, nie mogę go tak zostawić.
- Idę w takim razie z tobą – powiedziałam po czym krzyknęłam przerażona kiedy nagle przerzucono nad barem mężczyznę. Uderzył w butelki i spadł na podłogę obok nas. Louis ochronił mnie przed odłamkami szkła zakrywając rękoma po czym spojrzał w oczy trzymając wciąż dłonie na moich ramionach.
- Proszę, chodź raz nie bądź uparta i zrób to o co cię proszę – powiedział, a następnie wstał i przeskoczył przez bar zostawiając mnie samą.
Wstałam a moje usta już się otwierały do tego, aby krzyknąć jego imię ale zaraz się zamknęły gdyż zrozumiałam, że mogę tym zwrócić na nas uwagę. Zobaczyłam jak znika w tłumie i biegnie do Zayna po czym znowu ukucnęłam a mój wzrok padł na martwego chłopaka. Na jego widok zrobiło mi się smutno, ponieważ był z naszej drużyny. Miał pomarańczową i zieloną soczewkę w otwartych ale bez życia oczach. W dodatku wyglądał na młodego chłopaka, młodszego ode mnie, chyba zaczynał dopiero szkołę średnią. Zamknęłam mu oczy po czym wstałam i zaczęłam wchodzić na blat. Kiedy na nim stanęłam zaczęłam szukać w tłumie Louisa i Zayna.
Nie było łatwo ich znaleźć przez panujący mrok i wciąż poruszających się ludzi ale w końcu mi się udało. Zgięłam więc kolana aby zeskoczyć z blatu po czym pobiec w ich kierunku lecz nie zrobiłam tego gdyż z mojej lewej strony pojawił się jeden z ludzi Benjamina i biegł w moim kierunku wyciągając broń zza pasa. Zanim udało mu się to zrobić uniosłam swoją i strzeliłam, ściągnęłam tym na siebie uwagę.
Dwóch ochroniarzy Benjamina zaczęło wdrapywać się na blat z moich dwóch stron. Poczekałam aż się wyprostują po czym rozłożyłam ręce i wystrzeliłam z dwóch pistoletów kilka razy póki ich nie zabiłam. Potem pojawił się trzeci mężczyzna, który złapał mnie za kostki i zrzucił na podłogę. Ból rozszedł się po moich plecach i głowie, a w oczach pojawiły się czarne plamki. Zamrugałam kilka razy po czym w ostatniej chwili strzeliłam do niego. Gdybym tego nie zrobiła na czas, przygniatałby mnie pewnie i okładał pięściami po twarzy.
Szybko wstałam i zaczęłam przeciskać się przez tłum do miejsca gdzie zauważyłam wcześniej Louisa i Zayna. Kiedy dzieliły mnie od nich zaledwie dwa kroki ktoś wpadł na mnie i popchnął w bok. Uderzyłam o plecy jakiegoś mężczyzny, który odwrócił się do mnie i przyłożył mi pięść do policzka.  Wycelowałam w niego jednym pistoletem, ale nie udało mi się strzelić bo był ode mnie szybszy i pozbawił mnie broni wykręcając rękę do tyłu.
- Au.. – jęknęłam.
- Panienki takie jak ty nie powinny używać tych niebezpiecznych zabawek – powiedział mając usta przy moim uchu. Zabrał mi obydwa pistolety po czym kopniakiem posłał na podłogę.
Myśląc, że nie mam już żadnej broni i nie stanowię dla niego zagrożenia odwrócił się do mnie plecami. Zaczął iść przez tłum i strzelać . Podniosłam się i wyjęłam zza pasa kastet zdmuchując przy okazji niesforny kosmyk, który wydostał się z mojego kucyka. Następnie zaczęłam biec w kierunku tego mężczyzny i wskoczyłam mu na plecy.
- Co jest kur… - powiedział zaskoczony. Nie dokończył jednakże gdyż poderżnęłam mu gardło. Krew trysnęła na moje ręce, a ciało z ulatującym życiem runęło na podłogę.
Siedząc na plecach mężczyzny wytarłam o jego czarny garnitur mój nóż po czym sprawdziłam ile zostało nabojów w pistoletach. Jeden magazynek był już pusty, ale z drugiego pistoletu mogłam oddać jeszcze dwa strzały. Przeznaczyłam je dla dwóch z pięciu mężczyzn, którzy otaczali Zayna i Louisa. Szybko i łatwo rozprawili się z trójką, która została po czym podbiegli do mnie.
- Dzięki za pomoc – powiedział Zayn uśmiechając się do mnie. Odwzajemniłam gest i także uniosłam kąciki ust do góry po czym spojrzałam na Louisa, który był przeciwieństwem Zayna. Na jego twarzy wyraźnie malowała się złość z powodu mojego nieposłuszeństwa i ciągłej obecności w klubie.
- Ciebie naprawdę trzeba złapać za rękę i wyprowadzić siłą. – Złapał moją zakrwawioną dłoń i pociągnął do wyjścia.
- Nie chciałam później wyprowadzać za rękę ciebie, martwego – powiedziałam z naciskiem na ostatnie słowo.
- Nigdy mnie nie słuchasz. Lekceważysz to o co cię proszę.
- Nie prawda! – podniosłam swój ton. Nie miałam pojęcia co nagle ugryzło Louisa i jego zły humor udzielił się również mi. – Nie mogłam cię zostawić tak jak ty nie opuściłeś Zayna i poszedłeś mu pomóc.
- Również nigdy we mnie nie wierzysz. Wyszedłbym z tego – Louis kontynuował wymienianie moich nie istniejących przewinień. Słuchałam go i wierzyłam w niego ale niepokój o jego życie był po prostu odrobinę silniejszą emocją. Sam się o mnie bardzo martwił więc czemu nie rozumiał, że i ja boję się o niego?
- A co z tobą? Zawsze mi powtarzasz, że we mnie wierzysz ale mam wrażenie, że wcale tak nie jest. – Zatrzymałam się i Louis również, stanęliśmy naprzeciwko siebie. – Mówiłeś, że to będzie mój sprawdzian. Myślę, że zabicie ośmiu osób sprawia, że go zdałam. Udowodniłam innym, a przede wszystkim sobie, że jestem silna. Potrafię zrobić coś więcej oprócz ukrywania się po kątach i płakania! Powinieneś być ze mnie dumny bo ty mnie wszystkiego nauczyłeś! Tymczasem masz do mnie pretensje!
- Mam teraz zacząć bić ci brawo, iść po szampana? – zapytał unosząc brwi. - Obchodzi mnie twoje bezpieczeństwo, a nie liczba osób, które przez ciebie nie żyją.
- To nie jest najlepszy moment na kłótnię – odezwał się Zayn a ja uświadomiłam sobie, że to jest nasza druga kłótnia. Oczywiście bardziej poważna niż ta pierwsza, która odbyła się po naszej randce kiedy dostałam liścik od Snake’a o porwaniu Vivianne. Jednakże nie sądziłam, że dojdzie kiedykolwiek między mną, a Louisem do sprzeczki. Nigdy również nie przeszło mi przez myśl rozstanie z Allanem, ratowanie przyjaciółki i strata ojca. Za każdym razem gdy rozpoczynała się jakaś dobra chwila tworzyłam w wyobraźni piękny, kolorowy obraz, który przedstawiał ciąg dalszy i zakończenie. Zapominałam, że istnieją czarne i szare kredki.
- Nie wtrącaj się, Malik – warknął Louis nie spuszczając ze mnie wzroku.
- Poważnie, jeżeli zaraz nie przestaniesz się kłócić z Destiny to koleś za tobą wbije ci nóż w serce – powiedział unosząc pistolet aby zastrzelić mężczyznę, który zbliżał się do Louisa zza jego plecami. Jednakże Louis postanowił sam zainterweniować. Natychmiast się odwrócił i wytrącił sztylet z ręki przeciwnika kopniakiem po czym przyłożył mu kilka razy w twarz z pięści. Chłopak próbował się bronić ale ostatecznie padł nieprzytomny na ziemię.
- Ludzie Snake’a – powiedział Louis patrząc na swojego pokonanego przeciwnika.
- Ale jak to… - wyszeptałam. Jak zawsze na myśl o Snake’u zrobiło mi się słabo.
- Benjamin musiał wezwać go na pomoc – stwierdził Zayn patrząc na wejście klubu. Przez główne drzwi wpadało do środka pełno ubranych na czarno, wytatuowanych nastolatków. Razem z ochroniarzami Benjamina rzucali się na ludzi Zayna, których liczba błyskawicznie zaczęła maleć.
- Odwrót, uciekajcie, natychmiast! Biegnijcie do wyjść, koniec z walką! – zaczął wykrzykiwać Zayn, a po chwili został zaatakowany tak samo jak Louis i ja.
Rzucił się na mnie chłopak o blond włosach ze sztyletem w dłoni. Uskoczyłam za późno przed jego ciosem i ostrze przecięło mi skórę na lewym ramieniu. Krew zaczęła spływać mi po ręce, a rana nieprzyjemnie piec. Zignorowałam go i skupiłam się na obronie gdyż sztylety, miecze i tym podobne wymagały szybkiej reakcji, odpowiedniego trzymania, stawiania kroków i kątów padania ciosów. Była to najtrudniejsza broń w opanowaniu i posługiwaniu się. Radziłam sobie z nią gorzej niż z pistoletem lub łukiem gdzie wystarczyło jedynie dobrze wycelować więc nie zawsze udawało mi się obronić przed ciosem. Zostałam ugodzona w obydwa ramiona i prawe biodro. Coraz bardziej doskwierał mi ból i zmęczenie, opadałam z sił w porównaniu z moim przeciwnikiem.
Widząc, że ma nade mną przewagę postanowił przejść do zadania ostatniego ciosu. Kopniakiem wytrącił mi kastet z ręki po czym powalił na ziemie i przystawił sztylet do szyi lecz nie wbił go w moją szyję od razu. Zbliżył swoją twarz do mojej tak, że czułam jego oddech na policzku po czym palcami lewej dłoni delikatnie przejechał po mojej twarzy ze złowieszczym uśmiechem na twarzy. Złapałam jego nadgarstki i jedynie zacisnęłam na nich swoje dłonie gdyż z jednej strony miałam ochotę się poddać i pozwolić mu się zabić. Natomiast z drugiej strony, moje waleczne oblicze krzyczało abym walczyła i nie poddawała się.
- Snake raczej nie będzie zadowolony kiedy się dowie, że to ja cię zabiłem, a nie on – powiedział. – Nie spodoba się to również Louisowi. Pewnie się załamie, a przynajmniej ja bym tak zareagował. Stracić tak ładną dziewczynę… - cmoknął z westchnieniem i pokręcił głową. – Naprawdę szkoda, ale cóż, za błędy rodziców trzeba płacić.
- O czym ty mówisz? – Z trudem wypowiedziałam te słowa przez coraz bardziej napierający na moją szyję nóż.
- No tak, nie masz o niczym pojęcia – zaśmiał się. – Jeżeli istnieje jakiś świat po śmierci i uda ci się trafić do tego samego miejsce co twojemu ojcu, to może go zapytasz o co mi chodziło.
Nie miałam pojęcia o czym on mówi i uznałam, że powtarza jakieś kłamstwa, które sprzedał mu Snake. Zdenerwowało mnie to, a gniew pobudził moją waleczną osobowość. Zacisnęłam powieki i wydobyłam z siebie resztkę sił i odepchnęłam przed siebie ręce chłopaka. Nóż wbił się w gardło lecz nie moje tylko blondyna. Jego oczy rozszerzyły się, usta otworzyły a z rany poleciała ciepła krew i ubrudziła mi ręce, szyję i brodę oraz zaczęła wsiąkać w koszulkę.
- Destiny?! – usłyszałam głos Louisa i poczułam ulgę, że i jemu udało się przeżyć starcie z jego własnym przeciwnikiem. Wyciągnęłam do niego rękę spod martwego już ciała chłopaka by dać mu znać, że żyję. Zauważając moją dłoń od razu zrzucił ze mnie ciało chłopaka i pomógł mi wstać. Oparłam się o jego ramię gdyż nogi miałam jak z waty, brakowało mi sił.
- Musimy uciekać, Destiny – poinformował mnie. - Wytrzymaj jeszcze trochę i mocno trzymaj mnie za rękę kiedy będziemy biec.
- Okej – pokiwałam głową. Louis złapał mnie za rękę a ja wykrzesałam ostatnie iskry energii. Zaczęliśmy biec przeskakując co jakiś czas przez zwłoki aż w końcu wybiegliśmy tego przeklętego klubu.
Zapadła już noc, powietrze stało się chłodne, a dookoła nie było widać ani jednej osoby chętnej na zabawę, wszyscy stąd uciekali. Louis podbiegł do jednego z wielu samochodów, które stały na ulicy i miały na drzwiach namalowaną neonową literę „Z”. Otworzył przede mną drzwi na tylne siedzenia i pomógł wsiąść do środka a po chwili usiadł obok mnie. Chciałam go zapytać kto w takim razie będzie prowadził, ale nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć drzwi od strony kierowcy otworzyły się i do samochodu wsiadł Zayn. Odpalił silnik i z piskiem opon odjechał w stronę Pająka. 

                                                             ~†~

piątek, 18 listopada 2016

† Chapter 8 †

                                                          † Slaves Love †

WAŻNA INFORMACJA! - Skończyły mi się rozdziały, które miałam już napisane z wyprzedzeniem. Czekały tylko aż miną dwa tygodnie i zostaną opublikowane. Skoro ich nie ma oznacza to, że będę starała się napisać kolejny w przeciągu dwóch tygodni, ale niczego nie obiecuję. Jeżeli rozdział nie pojawi się po dwóch tygodniach to nie bądźcie źli tylko cierpliwie czekajcie. Kocham was i życzę miłego czytania! Mam nadzieję, że ten długi rozdział doda wam cierpliwości, nie zapominajcie o komentarzach!

Ludzie Benjamina otoczyły mnie z każdej strony tak samo jak moją Destiny. Stali twardo obok siebie, byli niczym mur. Zbliżyłem się do jednego z nich aby zadać mu cios, ale on był szybszy. Uderzył mnie w brzuch i popchnął w kierunku swojego kolegi, który także przyłożył z całych sił pięść do mojego ciała.
Zaczęli mnie tak sobie podawać, niczym piłkę do gry w siatkówkę. Starałem się oddawać ciosy ale nie zawsze mi to wychodziło. Zacząłem tracić siły, aż w pewnym momencie upadłem na kolana, a później położyłem się na brzuchu i wypluwałem z ust krew. Każda cząstka mojego ciała pulsowała nieprzyjemnym bólem. Jednakże bardziej doskwierał mi fakt, że zawiodłem Destiny.
Obiecałem jej, że nic się jej nie stanie, że wyjdziemy z tego cało a tymczasem ludzie Fraisera zabrali ją na licytację. Jeżeli Benajmin, ten pieprzony skurwiel, kazał bić mnie swoim ochroniarzom aż do ostatniego tchu nie byłem w stanie nic zrobić jak tylko czekać na śmierć i mieć nadzieję, że Olivii i Haydenowi udało się znaleźć i wyprowadzić z tego budynku Vivianne, że Benjamin nie będzie miał dwóch pieczeni na jednym ogniu.
Kiedy tak leżałem przyjmując kolejne ciosy dostrzegłem mój pistolet, który mi wypadł gdy Destiny wpadła na mnie po tym jak nagle otworzyły się drzwi do pokoju. Wyciągnąłem w jego kierunku dłoń z nadzieją, że uda mi się go dosięgnąć lecz niestety, brakowało kilku centymetrów po za tym jeden z ochroniarzy nadepnął mi na dłoń na co jęknąłem z bólu i przycisnąłem ją do mojej klatki piersiowej.
- Zostawcie go już. – Usłyszałem nagle głos Fraisera. Zapomniałem, że był nie tylko tym typem człowieka, który dostaje zawsze to co chce ale także takim, który dotrzymuje danego słowa. Nie mógł mnie zabić więc miałem szansę odbić Destiny zanim doszłoby do licytacji. Musiałem tylko jakoś się podnieść, stanąć na nogach.
- Z taką buźką nie wyrwiesz szybko następnej kobiety – powiedział kiedy do mnie podszedł. Czubkiem buta dotknął mojego policzka.
Zacisnąłem rękę na jego kostce zbierając w sobie resztkę siły, która we mnie pozostała. Przewrócił się, upadł plecami na ziemię i zanim zdążył się podnieść szybko dosięgnąłem broni. Przyłożyłem mu rękę do szyi lekko na nią naciskając, a lufę przystawiłem do jego skroni. Zdmuchnąłem kosmyki włosów z czoła, które wchodziły mi w oczy i powiedziałem:
- W porównaniu do ciebie mógłbym cię zabić… - Odchrząknąłem gdyż drażniło mnie coś w gardle i trudno było mi oddychać. – Ale tego nie zrobię, jeżeli powiesz mi gdzie ją zabrali.
- Przecież dobrze wiesz, gdzie… - odpowiedział z cwaniackim uśmiechem. Przycisnąłem mocniej rękę do jego gardła na co wziął gwałtowny wdech.
- Powiedz mi, które piętro, draniu! Numer pokoju! – wykrzyczałem. Nienawidziłem go z całego serca.
- Ósme… i sala… numer osiemset trzydzieści dwa… - wykrztusił.
Zabrałem rękę i pistolet od jego ciała. Wstałem i ruszyłem kulejąc ku wyjściu, a następnie do windy gdzie wyjąłem mój telefon i zadzwoniłem do Zayna aby przyjechał ze swoimi ludźmi gdyż przechodzimy do planu B, czyli wojny.
Przejrzałem się też w lustrze windy. Miałem rozciętą brew i wargę, krew na policzku, brodzie oraz szyi. Moje prawe oko zaczynało puchnąć i robić się fioletowe lecz nie tylko ono miało się pokryć takim kolorem. Plecy, brzuch a także nogi będą w tym samym odcieniu ale to było dla mnie nic. Byłem w gorszym stanie.

~

Wjechaliśmy na wyższe piętro i przemieściliśmy się do małego pokoju. Próbowałam z nimi walczyć, krzyczałam o pomoc, ale kiedy zaczęli ściągać ze mnie ubrania zaczęłam płakać i trząść się. Przypomniał mi się moment, w którym Snake się do mnie dobierał z zamiarem zgwałcenia, a następnie zabicia. Jak prawie mu się to udało gdyż nagle do łazienki wszedł Louis, dzięki któremu przeżyłam to spotkanie ze Snake’em i kilka kolejnych. Tym razem na pewno nie miałam na co liczyć. Został otoczony przez taką samą ilość mężczyzn i pewnie szybko stamtąd nie wyjdzie. Jeżeli w ogóle Fraiser ma zamiar go wypuścić, może przecież chcieć go zabić.
Nie chciałam zostać zgwałcona, bałam się panicznie, że to zrobią, że do tego zmierzają. W kółko powtarzałam cicho, pod nosem słowo „nie” lub czasami z moich ust również padały słowa „zostawcie mnie”. Odganiałam ich łapska kiedy mnie dotykały, przyciskałam materiał spódniczki i marynarki do ciała, a kiedy zostały ze mnie zdjęte zasłaniałam się i ocierałam łzy, które spływały po moich policzkach.
Gdy na moim ciele została jedynie dolna część bielizny założyli mi na kostki i nadgarstki metalowe kajdanki po czym odsunęli się. Zostawili mnie w spokoju i ruszyli do drzwi, które gdy przez nie przeszli zamknęli na klucz. Zostałam sama, stojąc pośrodku małego, okrągłego pokoju na podeście w zupełnych ciemnościach. Dotarło do mnie, że wcale nie chcieli mi zrobić fizycznej krzywdy tylko wystawili mnie na licytację, która powinna się niebawem rozpocząć.
Stojąc tak i trochę marznąc próbowałam przestać płakać i myśleć pozytywnie. Starałam się odrzucić obraz martwego Louisa, zastrzelonego, z plamą krwi pod klatką piersiową. Powtarzałam sobie, że z tego wyszedł i zaraz tu przyjdzie. A Zayn wyruszy nam na pomoc gdyż Olivia i Hayden zawiadomili go o kłopotach. Sami wrócili do kwatery głównej gdzie zaopiekowali się Vivianne.
Nie mogło być innej opcji, a jeżeli była to pragnęłam jak najszybciej dostać kulkę w łeb. Nie chciałam żyć bez Louisa i moich przyjaciół będąc zabawką jakiegoś milionera i mieć świadomość, że to wszystko przeze mnie, że wepchnęłam ich w objęcia śmierci.
Nagle zapaliły się lampy zamontowane przy suficie i oślepiły mnie jasnym światłem. Zasłoniłam oczy i zaczęłam kilka razy mrugać powiekami aby się przyzwyczaić do światła. Kiedy udało mi się to zrobić okręciłam  się dookoła i ujrzałam pięć luster weneckich i usłyszałam moje dane.
- Imię i nazwisko Destiny Adelaide Ellis. Wiek osiemnaście lat. Wzrost metr siedemdziesiąt pięć. Waga pięćdziesiąt sześć kilogramów. Początkowa stawka wynosi dziesięć tysięcy – oznajmił męski głos.
Rozpoczęła się licytacja. Pięcioro mężczyzn siedziało za lustrami weneckimi i patrzyło na mnie, moje nagie ciało. Zastanawiali się czy chcą podbić stawkę, wygrać to. Podczas gdy ja starałam się nie zwymiotować gdyż myśl o tym, że w pokojach obok inne, niewinne dziewczyny były tak samo wystawione na sprzedaż jak ja przyprawiała mnie o mdłości. Nikt z tym nic nie robił, pozwalano aby kilkanaście dziewczyn każdego tygodnia zostało sprzedane i wywiezione na drugi koniec świata z dala od rodziny z dużo starszym mężczyzną, który by je okropnie traktował.
Obiecałam sobie, że kiedy tylko ujrzę mojego kupca to splunę mu w twarz, a jeżeli uda mu się mnie wywieźć z Londynu do jego miejsca zamieszkania to nie będę posłuszna, wręcz przeciwnie, zgotuje mu piekło. Nie będzie wstanie ze mną wytrzymać i pozbędzie się mnie. Dalej co prawda istniała szansa, że Louis albo Zayn ze swoimi ludźmi uratuje mnie, ale z każdą kolejną minutą przestawałam w to wierzyć.
- Osiemset tysięcy pięćset po raz pierwszy… po raz drugi… i po raz trzeci. Destiny Adelaide Ellis zostaje sprzedana. Trafia w ręce Charlesa Morgana – powiedział mężczyzna po czym światła zostały zgaszone, ponownie pomieszczenie spowiła ciemność lecz tym razem nie na długo jak ostatnio.
 Drzwi się otworzyły i do pomieszczenia ktoś wszedł wpuszczając trochę światła z drugiego pomieszczenia. Zacisnęłam ręce w pięści, napięłam mięśnie i zacisnęłam oczy czekając aż kajdanki zostaną zdjęte, a wtedy będę mogła uderzyć mężczyznę i zacząć uciekać.
- Destiny? – Usłyszałam bardzo dobrze znany mi głos Louisa. Otworzyłam natychmiast oczy i odwróciłam głowę w stronę drzwi aby się upewnić, że to on i nie mam jakiś zwid.
- Louis! – powiedziałam widząc jego sylwetkę. Uśmiechnęłam się szeroko z tego powodu i podziękowałam w myślach Bogu za to, że to nie był jeszcze mój ani jego czas na przejście na druga stronę.
  Louis ruszył w moja stronę kiedy mu odpowiedziałam i uwolnił moje ręce oraz nogi od metalowych kajdanek. Wiedziałam, że nie powinniśmy tracić czasu i uciekać ale nie mogłam się powstrzymać i rzuciłam mu się na szyję. Objął mnie w pasie i schował twarz w mojej szyi. Też był szczęśliwy z powodu, że możemy się znowu zobaczyć i dotknąć.
 Odsunęłam się trochę aby móc go pocałować, ale tego nie zrobiłam gdyż mimo słabego światła udało mi się zobaczyć jego twarz, która była zakrwawiona i pokryta siniakami.
- O mój boże, co oni ci zrobili. – Delikatnie przejechałam opuszkami palców po jego twarzy od łuku brwiowego po brodę.
- Do wesela się zagoi – odparł wzruszając ramionami.  – Zakładaj ubrania i uciekajmy stąd.
Podał mi leżące w ciemnościach na podłodze ubrania. Pokiwałam głową i szybko wciągnęłam na siebie czarne legginsy, biustonosz, ciemną bluzkę na krótki rękawek, trampki oraz związałam włosy w kitka gumką, która była w komplecie.
- Skąd je wziąłeś? – zapytałam ciekawa kiedy ruszyliśmy do wyjścia.
- Miałaś się w to ubrać aby jechać z tym skurwielem – odrzekł. Zauważyłam, że zaciska szczękę będąc z tego powodu wściekły.
- Właśnie co się z nim sta… Dobra, pytania nie było – powiedziałam kiedy weszliśmy do oświetlonego pokoju.
  Pomieszczenie przypominało kantor. Po jednej stronie było miejsce osoby przyjmującej pieniądze z okienka, a po drugiej dla tej, która je dawała. Drzwi, przez które można było przejść z jednej strony do drugiej były otwarte. Na blacie w okienku leżały suma pieniędzy, za którą zostałam sprzedana, a na podłodze dwa ciała z plamą krwi pod głową. Louis ich zastrzelił i byli martwi, a ja nie byłam z tego powodu zła bo zasługiwali na to.
- Masz pistolet – powiedział Louis podając mi broń. Wzięłam ją od niego po czym zrobiłam duży krok by ominąć ciało jak mniemam Charlesa.
 Louis szedł za mną i nie zrobił specjalnie dużego kroku. Stanął na jego plecach i zamknął czarną walizkę z pieniędzmi, która stała na okienku. Wziął ją do ręki, zszedł z martwego ciała i spojrzał na mnie.
- Zadzwoniłem już do Zayna, jedzie tutaj… - Zaczął przedstawiać mi plan, ale musiałam mu przerwać i o coś zapytać.
- Olivia i Hayden wydostali stąd Vivianne?
- Nie miałem z nimi kontaktu. Hayden, Liv ani Seth nie odbierają ale myślę, że tak, spokojnie Destiny. – Położył mi rękę na ramieniu i potarł go dłonią dodając otuchy. Skinęłam głową wzdychając.
- Okej, mów dalej jaki masz plan.
- Kiedy wyjdziemy ruszymy do windy i zjedziemy na dół. Będziemy musieli pewnie stoczyć bitwę z ochroniarzami Benjamina, który zaraz ich wyśle albo już to zrobił i spotkamy ich zaraz po przekroczeniu progu tego pokoju. Nie zastanawiaj się, po prostu strzelaj do każdego, który ci stanie na drodze, rozumiesz? – zapytał patrząc mi w oczy. Skinęłam potwierdzająco głową. – Nie będziemy sami, pomogą nam ludzie Zayna więc nie powinno pójść tak źle. Może się zrobić małe zamieszanie, możesz mnie zgubić z oczu ale mimo wszystko kieruj się do wyjścia.
- Ale… - zaczęłam protestować lecz on pokręcił głową.
- Nie, masz stąd wyjść a później wsiąść do auta, które zabierze cię do Pająka… - Zrobił krótką pauzę podczas której wpatrywaliśmy się sobie w oczy po czym dodał całując mnie w czule w czoło. – Kocham cię.
- Ja ciebie też – odpowiedziałam obejmując go na chwilę w pasie i zamykając oczy.
Kiedy chwila czułości się skończyła wyszliśmy na korytarz, który był pusty i nikt nas nie atakował, a przynajmniej jeszcze nie. Ruszyliśmy szybko w stronę windy lecz nie dotarliśmy do niej gdyż w połowie złapałam Louisa za nadgarstek i zatrzymałam go.
- Musimy zrobić coś jeszcze zanim zjedziemy na dół – powiedziałam. Louis zmarszczył brwi.
- Co takiego? – zapytał.
- Wypuścić te wszystkie dziewczyny, które także mają zostać dziś wieczorem lub w nadchodzących dniach sprzedane.
 Louis nie odpowiedział od razu. Milczał zastanawiając się nad tym co powiedziałam. Miałam nadzieję, że się zgodzi, a jeżeli nie to trudno. Zrobię to sama bo nie wyobrażałam sobie aby zostawić te dziewczyny.
- Pozostawimy po sobie więcej ofiar niż przypuszczałem – powiedział w końcu.
- To znaczy, że się zgadasz? – zapytałam. Szeroki uśmiech pojawił się na mojej twarzy.
- Tak. – Skinął głową. – Sale licytacyjne są na siódmym i szóstym piętrze, a na piątym są pokoje dla oczekujących. Pojedziemy na piąte, gdzie nie ma ochroniarzy i będzie łatwo je uwolnić. Zjedziemy później na sam dół. Dam znać aby Zayn wysłał ludzi na te dwa piętra gdzie odbywają się licytacje. Uwolnią je za jednym zamachem.
- Dziękuję. – Pocałowałam go szybko z uśmiechem. Złapałam za rękę i pociągnęłam do windy.
Wjechaliśmy na siódme piętro, które było puste, bez żadnych ochroniarzy tak jak mówił Louis. Zawierało czterdzieści pokoi dlatego rozdzieliliśmy się, ja poszłam w prawo, a Louis w lewo i zaczęliśmy wypuszczać kobiety.
Nie wszystkie pomieszczenia były zajęte więc sprawdzaliśmy czy są zamknięte lub otwarte. Jeżeli zamek nie ustępował strzelaliśmy w niego i kopniakiem otwieraliśmy drzwi. W środku zastawaliśmy dziewczyny, które siedziały skulone w kącie. Były zapłakane i nagie.
- Spokojnie… nie bój się mnie – powiedziałam do pierwszej dziewczyny, do której pokoju weszłam. – Nie zrobię ci krzywdy, wręcz przeciwnie. Jestem tu aby cię uratować.
Rudowłosa dziewczyna spojrzała na mnie i drżącym głosem zapytała:
- N… naprawdę?
- Tak, możesz stąd iść i uciekać. Jesteś wolna. – Przesunęłam się aby zrobić jej wolną drogę do drzwi. Spojrzała na nie, a później znowu na mnie.
- Dziękuję – powiedziała po czym zerwała się do biegu. Wybiegła z pokoju, a ja za nią. Ruszyłam do kolejnego pokoju, a ona prosto do windy przy której stały dwie inne dziewczyny, które zdążył już uratować Louis. Rozdawał im też pieniądze, które zabrał wcześniej aby miały jak złapać taksówkę, a nawet za jakieś dwadzieścia pięć tysięcy taksówek. Uśmiechnęłam się bo widok odradzającej się nadziei na ich twarzach był czymś pięknym i na długo zapadnie mi w pamięci.
Kiedy uwolniliśmy wszystkie dziewczyny, których było w sumie trzydzieści dwie sztuki zaczęły pojawiać się problemy. Piętro było puste, każda zjechała na dół i opuściła ten klub, taką miałam przynajmniej nadzieję. Teraz to ja i Louis musieliśmy opuścić poziom piąty, czekaliśmy na windę przytulając się do siebie, byłam z nas strasznie zadowolona.
Po chwili drzwi windy się rozsunęły jednakże nie była ona pusta. Wyszło z niej dwóch ochroniarzy, którzy mieli wycelowaną w nas broń. Louis od razu zareagował. Pociągnął nas w dół i tym samym uniknęliśmy pierwszych pocisków. Później wykonał przewrót w tył i z klęczek zaczął do nich strzelać.
Uwaga obydwóch mężczyzn skupiła się na nim dzięki czemu zyskałam chwilę na skupienie się. Nie spodziewałam się ataku i po udanym zadaniu uwolnienia dziewczyn pozwoliłam sobie na chwilę wytchnienia.
Louis zastrzelił pierwszego z nich, a w drugiego wycelowałam ja. Moja celność była jeszcze słaba więc trafiłam go w udo. Jęknął z bólu, upadł na jedno kolano i upuścił broń przykładając obydwie ręce do zranionej nogi.
- Ty mała… - Nie zdążył dokończyć, ponieważ Louis wstał i uderzył go w twarz.
W tym samym czasie winda ponownie zaczęła się otwierać, przybyli inni. Louis złapał mnie za dłoń i pociągnął do jednego pokoju za zakrętem. Kiedy skręcałam kątem oka zauważyłam czwórkę nowych ochroniarzy. Strzelali, lecz nie trafiali choć byli naprawdę blisko. Jeden pocisk przeleciał dokładnie kilka centymetrów od mojej twarzy.
Wpadliśmy do pokoju, zamknęliśmy drzwi, o które się oparłam by wziąć kilka głębokich wdechów gdyż przez fakt, że właśnie otarłam się o śmierć zrobiło mi się słabo. Później pomogłam Louisowi przesunąć pod drzwi łóżko, aby nie mogli się przez jakiś czas dostać do środka.
- Musieli przejąć centrum z monitoringiem. Cholera, mogli zabić Setha – mówił gorączkowo Louis.
- Albo, zdążył im uciec – dodałam.
- Tak, racja. Teraz my musimy uciec.
- Masz jakiś plan? – zapytałam.
- Jeszcze nie. – Pokręcił przecząco głową.
Zaczęłam również myśleć nad naszą ucieczką aby nie zostawiać go z tym samego. Rozejrzałam się po pokoju skupiając uwagę na każdym elemencie, który się w nim znajdował. Niestety nic się nie nadawało, w sumie zbyt wiele rzeczy się tutaj nie znajdowało. Łóżko już wykorzystaliśmy, zegar wiszący nad drzwiami do niczego by nam się nie przydał tak samo jak koc leżący na łóżku. Pewnie posłużyłby nam jako lina gdyby było tutaj okno, przez które często uciekali więźniowie z filmów czy seriali, które oglądałam z tatą ale niestety byliśmy zamknięci w czterech ścianach z jednymi drzwiami.
Zaczęłam myśleć o innych sposobach ucieczki stosowanej przez więźniów i przypomniało mi się, że niektórzy  kopali dziurę w podłodze albo uciekali kanałami wentylacyjnymi. Szybko się za jednym rozejrzałam i szeroko uśmiechnęłam kiedy dostrzegłam małą siateczkę w ścianie przy podłodze.
- Kanał wentylacyjny – powiedziałam wskazując na niego palcem.
Wzrok Louis natychmiast udał się w kierunku, który wskazywałam. Zmarszczył na chwilę brwi myśląc nad czymś po czym skinął głową. Podszedł do mnie i pocałował w czoło mówiąc:
- Świetny pomysł. Pójdziesz pierwsza, ja zaraz za tobą i będę ci mówił jak masz iść.

- Okej – przytaknęłam. Podeszłam do kratki i wyjęłam ją. Wzięłam głęboki wdech po czym weszłam do środka. Położyłam się na brzuchu i zaczęłam się czołgać aby zrobić miejsce Louisowi.

                                                                     ~†~

piątek, 4 listopada 2016

† Chapter 7 †

                                              † Slaves Love †

Klub Libertine mieścił się w dzielnicy Newington na ulicy The Cut. Z jego najwyższego piętra spokojnie można byłoby ujrzeć Tamizę gdyż był naprawdę wielki, chyba liczył sobie dziesięć pięter jak nie więcej. Ściany budynku były wyłożone szkłem i oświetlane kilkoma reflektorami w niebieskich i różowych barwach. Przed wejściem ciągnęła się kolejka pełna wytatuowanych punkowców z kolczykami na twarzy i włosami w różnych kolorach. Oprócz nich dało się tam też znaleźć zarośniętych i napakowanych harleyowców, skąpo ubrane prostytutki oraz małolatów, którzy nigdy w życiu nie złamali prawa i dziś postanowili, że to zmienią.
Ochroniarze w czarnych garniturach, którzy pilnowali wejścia wpuszczali każdego wcześniej obmacując mu boki sprawdzając tym samym czy nie ma ze sobą broni. Gdy to ujrzałam przeraziłam się i na chwilę wypadłam z bycia głupią lafiryndą przylepioną do Louisa, który przywrócił mnie szybko do porządku.
- Wolałabyś zostać w domu, cukiereczku? – zapytał przygryzając płatek mojego ucha.
- Później tam mnie zabierzesz, misiu pysiu – odpowiedziałam chichocząc. Przejechałam dłonią po jego torsie w górę i zaczepiłam palcem o jego nos po czym odsunęłam się od niego podchodząc do jednego z dwóch ochroniarzy gdyż nastała nasza kolej.
Położył on swoje dłonie przy moim biuście po tym jak kazał mi podnieść ręce do góry, a ja to zrobiłam. Poklepał mnie wzdłuż ciała i jestem pewna, że dłużej przytrzymał swoje dłonie kiedy dotarł  do mojego tyłka ale jedynie tylko po to aby sobie pomacać gdyż pozwolili nam wejść. Nie wykryli żadnej broni, która w sumie ukryta była z przodu lub z tyłu naszych ciał.
Wewnątrz budynku panował mrok, który przecinały reflektory w różnych kolorach. Unosił się zapach co dopiero spalonej marihuany i na cały regulator puszczane było techno, rock lub metal do którego tańczyło z około tysiąca ludzi na ogromnym parkiecie, przy którym unosił się sztuczny dym. Między tańczącymi ludźmi lawirowali mężczyźni, którzy mieli na sobie jedynie bokserki oraz muszkę i na tacach nosili shoty. Kiedy wszystkie zostały opróżnione wracali do baru gdzie barmani raz za razem przyrządzali kolejne drinki. Niektórzy z nich przynosili także zamówione napoje do stolików po lewej stronie, gdzie było kilka loży. Zapełnione one były przez mężczyzn i kobiety, które były na ich zawołanie. Obściskiwali się i nie tylko, jedna nawet klęczała pod stołem. W czterech punktach klubu były okrągłe podesty, na których striptizerki mając na sobie jedynie majtki ( chociaż chyba bardziej pasowałoby określenie sznurek) wyginały się na rurze przed mężczyznami, którzy sypali im na podesty pieniądze.
W skrócie to miejsce było jednym wielkim skupiskiem toksycznych ludzi, którzy nie mieli szacunku do swojego ciała i życia. Żadnych pohamować przy wlewaniu w siebie litrów alkoholu, wstrzykiwaniu narkotyków albo w obściskiwaniu się z kim popadnie lub także pieprzeniu po toaletach. Nie przywiązywali także wagi do pieniędzy, które sypały się z każdej strony tylko dlatego, że mogli zobaczyć nagą kobietę. Zachowywali się trochę jak niewytresowane zwierzęta, nie znali granic przyzwoitości i nie chcieli ich poznać. Niszczyli ten świat, w którym kiedyś panował pokój i harmonia.
Miałam nadzieję, że szybko opuszczę to miejsce bo nie mogłam na to wszystko patrzeć. Nie wierzyłam w to, że to jedyny sposób w jaki te kobiety mogą zarobić. Uważałam, że każdą z nich stać na dużo więcej tylko muszą się na to zdobyć, znaleźć w sobie siłę i iść prosto do celu. A jeżeli mężczyźni, którzy tutaj przesiadywali i je wykorzystywali okazaliby się dżentelmenami i nie traktowali kobiet jak zabawkę na pewno udałoby im się znaleźć tą jedyną. 
- Chcę rozmawiać z Benjaminem Fraiserem – powiedział Louis kiedy udało nam się przepchać przez tłum i dojść do windy, a następnie wjechać nią na trzecie piętro. Przejść kilkoma korytarzami i odszukać drzwi, które miały złotą tabliczkę z napisem „BOSS”.
- Kim jesteś? – zapytał jeden z dwóch ochroniarzy, którzy stali przy drzwiach.
- Jestem Louis. – Zrobił krótką pauzę po czym dodał – Louis Tomlinson.
Szczerze mówiąc przeszły mnie ciarki w tym momencie, a na usta wpłynął lekki uśmiech. Ochroniarze spojrzeli na siebie poczym jeden zapukał do drzwi i kiedy usłyszał zezwolenie na to, że może wejść zniknął za nimi.
Zapadła cisza podczas której wzięłam głęboki wdech, który miał mi pomóc się uspokoić. Czekała nas teraz najtrudniejsza część całej misji i serce waliło mi tak, że miałam wrażenie, że każdy je słyszał. Zazdrościłam Louisowi tego, że był totalnie opanowany i skupiony. Miał poważną twarz, która nie wyrażała żadnych emocji a jego mięśnie były napięte.
Mężczyzna po chwili otworzył drzwi przez które wyszła kobieta, która miała na sobie zwiewną do kolan sukienkę w zielonym kolorze i potargane włosy, które rozczesywała palcami. Kiedy przechodziła obok nas z uśmiechem na ustach mrugnęła do Louisa. Na szczęście on nie zwrócił na nią uwagi, tak samo jak na te striptizerki na dole. Naprawdę nic nie było wstanie odwrócić jego uwagi od zadania.
Że chyba ja sama, pomyślałam ale szybko odrzuciłam tę myśl gdyż powinnam być skupiona na czym innym.
- Możecie wejść – powiedział ochroniarz trzymając szeroko otwarte do wnętrza pokoju drzwi. Louis pociągnął mnie za sobą do środka pokoju gdzie na za wielkim biurkiem siedział Benjamin Fraiser.
Ubrany był w białą koszulę, która miała rozpięte trzy pierwsze guziki, czarne szelki i kilka złotych łańcuchów na szyi. Posiadał także zegarek na lewej ręce i kilka pierścieni na palcach, które były również ze złota.
Wyglądał na około pięćdziesiąt lat. Jego blond włosy z  siwizną w niektórych miejscach były zaczesane do tyłu. Miał widoczne zmarszczki na czole i w kącikach oczu, które miały jasny odcień niebieskiego i przerażały mnie bo miałam wrażenie, że gdy na mnie patrzył to wyobrażał sobie sposób w jaki mnie zabije.
Na szczęście za nim była ściana z oknami na całą szerokość i widać było Londyn, jego oświetlone budynki oraz zachodzące słońce i na tym widoku się skupiłam zamiast na jego spojrzeniu.
- Och, Louis! Dobrze cię widzieć! – Rozłożył ręce i uśmiechnął się. Dostrzegłam w jego uzębieniu kolejny złoty element z czego można było wywnioskować, że naprawdę miał kasy jak lodu.
- Mi ciebie też, Benjaminie – powiedział i skinął głową z podniesionym jednym kącikiem ust.
- Wiele lat minęło od naszego ostatniego spotkania. Zmieniłeś się, stałeś się prawdziwym mężczyzną – powiedział Fraiser i odpalił cygaro, w powietrza wzbiła się chmara białego dymu.
- No cóż, cztery lata to trochę sporo czasu. – Wzruszył ramionami Louis.
- Powiedz, co cię do mnie sprowadza, albo nie. – Pomachał prawą ręką, w której nie trzymał cygara. –Chcę wiedzieć najpierw kim jest ta piękna dama przy twoim boku. – Wskazał na mnie swoim paluchem i mrugnął.
- Destiny Ellis, pracuje dla mnie – odpowiedział stanowczo.
- Mhm… - pokiwał głową. Przysunął się bliżej biurka, na którym oparł łokieć a następnie na pięści położył swoją brodę. Wciąż wpatrywał się we mnie, lustrował od stóp po głowę.
– Zawsze miałeś dobry gust jeżeli chodzi o kobiety. Wybierałeś najlepsze partie i wiedziałeś jak je zaciągnąć do łóżka. Żadna ci nie odmówiła, prawda? – powiedział w końcu znowu opierając się plecami o fotel i znów kierując swoje spojrzenie na Louisa, który ścisnął mocniej moją dłoń gdy Benjamin wspomniał o kobietach.
- Prawda, nie mylisz się – powiedział zgadzając się z nim.
- To były dobre czasy… - westchnął po czym zaciągnął się ponownie cygarem. – No ale co było, to było. Skupmy się na teraźniejszości, powiedz mi czemu zawdzięczam tą wizytę.
- Chciałbym wykupić od ciebie dziewczynę. Nazywa się Vivianne Clive – odpowiedział.
Przez cały czas siedziałam cicho i obserwowałam wszystko uważnie dlatego nie umknęło mojej uwadze to, że na chwile Benjamin zwęził swoje oczy i jego uśmiech zadrżał.
- Ach, tak. Nowy nabytek dostarczony przez Samvela, który wspominał, że możesz się tu pojawić ale nie brałem sobie tego do serca – powiedział a ja na chwilę wytrzeszczyłam oczy. Kim był Samvel? Czy jemu chodziło o Snakea, który tak właśnie miał na imię?
– Jej ciało może być sporo warte. Musisz mi więc wiele zaoferować skoro chcesz ją wykupić nie biorąc udziału w licytacji. – Przestał się całkowicie uśmiechać, sprawiać wrażenie sympatycznego. Był śmiertelnie poważny i odrobinę groźny.
- Proponuję ci pół miliona.
- Znasz mnie równie dobrze jak ja ciebie. Podajesz naprawdę dobra cenę…
- Rozumiem, że się zgadzasz – powiedział Louis przerywając mu.
- Nie. Tego nie powiedziałem. – Pokręcił głową przecząco. –W ogóle nie pozwoliłeś mi dokończyć zdania. Matka cię nie nauczyła, że to niegrzeczne tak komuś przerywać? – zapytał z jadem w głosie.
Louis puścił moją dłoń i podszedł do biurka. Wycelował palcem w Benjamina i przez zaciśnięte zęby wycedził:
- Nie wspominaj o mojej matce. 
Skończyła się życzliwość i zaczęła wychodzić wzajemna nienawiść, która była jak wściekły pies na smyczy. Wyrywający się do tego aby ruszyć na swojego przeciwnika i rzucić mu się do gardła, zatopić w nim kły. Gdyby z całych sił nie starali się jej opanować na pewno by się na siebie rzucili.
- Proponuję ci inną wymianę – powiedział mężczyzna podnosząc się z fotela.
- Jaką? – zapytał Louis zakładając ręce na piersi.
- Dziewczyna za dziewczynę – powiedział. Wciągnęłam gwałtownie powietrze i zrobiłam krok w tył. W mojej głowie trwała bitwa myśli. Nie wiedziałam czy zgodzić się na taki układ, poświęcić się czy może sięgnąć po pistolet, który bardzo wyraźnie teraz odczuwałam i uciekać.
- Nie. Pieniądze albo nic – odpowiedział Louis.
- Och, Louis… przecież wiesz, że i tak zawsze dostaję wszystko co chcę…
- Nie tym razem. Jeśli nie chcesz pieniędzy to wychodzę. Żegnaj – powiedział. Odwrócił się do niego plecami i złapał mnie za rękę idąc w kierunku drzwi.
- Bierzcie ich – powiedział Fraiser i od razu dwóch ochroniarzy ruszyło w naszym kierunku. Cofnęliśmy się natychmiast i wyciągnęliśmy pistolety stając do siebie plecami.  Louis celował w Fraisera, a ja w dwóch ochroniarzy, którzy zauważając broń zatrzymali się i również wyciągnęli swoją.
- Nie strzelać! – powiedział od razu zauważając wyciągniętą broń ze strony swoich ochroniarzy. Dało się usłyszeć w jego głosie panikę. – Obydwoje mają być żywi!
- Wypuścisz nas inaczej nie zawaham się ani sekundy przed pociągnięciem spustu – powiedział Louis.
- Dobrze… - powiedział dopiero po upłynięciu kilku sekund. – Możecie iść.
Machnął ręką na ochroniarzy, który opuścili broń i odsunęli się robiąc nam wolną drogę do drzwi. Zaczęłam się do nich przemieszczać wciąż mając plecy złączone z plecami Louisa i wyciągniętą przed siebie bronią. Kiedy się przy nich znalazłam sięgnęłam ręką do klamki i otworzyłam drzwi. Bądź raczej tylko nacisnęłam na klamkę a inna siła z drugiej strony naparła na nie przez co uderzyły we mnie. Przewróciłam się na ziemię i wypuściłam z rąk broń. Zanim zdążyłam ją ponownie pochwycić złapali mnie za ramiona i podnieśli do góry dwaj ochroniarze, a cała masa innych wtoczyła się do środka.
- Ty pieprzony gnoju! – Krzyknął Louis do Benjamina podczas gdy  ja zaczęłam się szarpać i kopać mężczyzn, którzy mnie trzymali. Niestety było ich coraz więcej, otaczali mnie z każdej strony i łapali za ręce oraz nogi unieruchamiając. Przysłonili Louisa i słyszałam tylko jego głos i swój oraz śmiech Benjamina Fraisera, który musiał jakoś wezwać posiłki.
- Mówiłem Ci, że zawsze dostaję to co chcę a ty nie chciałeś słuchać, Louisie – powiedział Benjamin w przerwie od śmiechu.
- Puszczajcie mnie! Louis! - Krzyczałam a z moich oczu zaczęły lecieć łzy. - Louis, pomóż mi!
- Destiny! Nie martw się, znajdę cię, słyszysz?! Destiny! – Jego głos słabł, przemieszczałam się.
- Kocham cię, Destiny! – Usłyszałam jeszcze zanim wyszliśmy z pokoju i wsiedliśmy do windy. Zmrużyłam oczy przed jasnym światłem po czym zaczęłam znowu krzyczeć błagając żeby mnie wypuścili. 

                                                             ~†~

piątek, 21 października 2016

† Chapter 6 †

                                                     † Slaves Love †


Wylądowaliśmy w Londynie o godzinie pierwszej trzydzieści po południu. Było pochmurnie i mgliście oraz zostało nam na zrealizowanie planu pięćdziesiąt sześć godzin i trzydzieści minut.
Przed lotniskiem na parkingu czekały na nas trzy czarne SUV-y z przyciemnianymi oknami. Wsiadłam z Louisem do pierwszego, Hayden i Olivia do drugiego a Seth zniknął w ostatnim i jako pierwszy odjechał. Po piętnastu minutach odjechał samochód z Liv i jej chłopakiem, a następnie po upływie tego samego czasu wyruszył nasz.
Jechaliśmy ulicami Londynu i cieszyłam cię, że są przyciemniane okna, ponieważ ludzie spacerujący chodnikami nie byli wstanie zobaczyć mojej twarzy dosłownie przyklejonej do szyby. Byłam pierwszy raz w Londynie i chciałam uchwycić i zapamiętać każdy szczegół gdybym już tutaj nie wróciła.
Po dziesięciu minutach zatrzymaliśmy się przed bramą jednorodzinnego domku. Nasz kierowca opuścił szybę i pokazał swoją twarz do kamery, która zeskanowała ją a po chwili brama przed nami się otworzyła i wjechaliśmy na posesję a następnie do garażu.
Gdy wysiadłam od razu złapałam Louisa za rękę i razem podążyliśmy za chłopakiem, który nas tu podwiózł. Zaprowadził on nas do środka domu, który zawierał całe wyposażenie, był zadbany ale nie przebywała w nim żadna żywa dusza oprócz naszych trzech. Wyglądało na to, że to nie był jeszcze punkt docelowy, ale byliśmy już bardzo blisko. Musieliśmy jeszcze przejść podziemnymi tunelami.
- Zayn mówił, że znasz drogę – powiedział  chłopak otwierając kluczami komórkę pod schodami. Moim oczom ukazały się schody, które prowadziły w dół.
- Zgadza się – przytaknął Louis po czym pociągnął mnie za sobą i zaczęliśmy schodzić.
- Kolejna podziemna kryjówka? – zapytałam go.
- Wszędzie gdzie są ludzie, którzy dla mnie pracują mają podziemną kryjówkę – wyjaśnił.
- Nie uważasz, że to trochę niebezpieczne? Gdyby ktoś się dowiedział gdzie macie swoje kryjówki mógłby je wysadzić i ziemia zawaliłaby się na głowy wszystkich ludzi, którzy by się znajdowali w podziemnych pomieszczeniach – powiedziałam.
- Zakładam, że niektórzy wiedzą o naszych siedzibach ale nie mogą nas wysadzić – odpowiedział uśmiechając się.
- Dlaczego? – Zmarszczyłam brwi.
- Ponieważ muszą pierw dostać się na posesję, które są ogrodzone bramami podłączonymi do napięcia. Wszystko jest także monitorowane i byle kto nie wjedzie, a gdyby się przedostał to od razu włącza się alarm. Okna i drzwi są blokowane a wszyscy uciekają wyjściem ewakuacyjnym na powierzchnię. Dodatkowo jak widzisz pod ziemią jest pełno korytarzy i gdyby je wysadzić zawaliłaby się połowa miasta. Nikt by się nie posunął do czegoś takiego – wytłumaczył.
- Naprawdę płowa miasta? – zapytałam unosząc brwi.
- Tak. Korytarze zaczynają się w czterech domach i każdy znajduje się w innej części miasta. My trafiliśmy do wschodniej a Liv i Hayden do północnej. Jeżeli wiesz gdzie powinnaś skręcić to trafisz do centrum inaczej zwanego Pająkiem gdyż gdybyś spojrzała na to wszystko z góry zobaczyłabyś jedną wielką pajęczynę.
- O mój boże… - szepnęłam. Wizja zawalającego się Londynu była przerażająca i miałam nadzieję, że nigdy do tego nie dojdzie.
Przemierzaliśmy w ciszy kolejne tunele. Były one pomalowane na biało i miały zamontowane w miejscu gdzie sufit spotyka się ze ścianą po obu stronach podłużne cienkie lampy. Drzwi, które ujrzałam po upływie chyba trzydziestu minut miały taki sam kolor co ściany przez co zlewały się z nimi i na początku pomyślałam, że to ślepy zaułek ale Louis szedł dalej. Kiedy podeszliśmy zapaliła się w miejscu judasza kamerka, która zeskanowała twarz Louisa.
- Witamy w Londyńskiej siedzibie, szefie – powiedział komputerowy głos kobiety na co Louis uśmiechnął się szeroko i spojrzał na mnie a ja odwzajemniłam gest oraz pokręciłam głową.
Kamera zmieniła kolor z czerwonego na zielony i rozległ się krótki dźwięk po czym szczęk otwieranych zamków. Drzwi otworzyły się same i zamknęły gdy tylko weszliśmy do środka.
Znaleźliśmy się w dużym pokoju, który miał kształt koła. Pośrodku znajdowały się trzy kapsuły ustawione w kształt jednego z kolorów w kartach trefla. Dookoła nich były ustawione białe kanapy z trzema przerwami dzięki którym można było wejść do środka kabin.  Z czterech stron świata były drzwi, a między nimi stanowiska z komputerami i klawiaturą oraz z różnymi przyciskami. Siedzieli przy nich różni punkowcy i obserwowali wyświetlany obraz na monitorach.
- Dobrze cię widzieć, Louis – powiedział chłopak idący w naszą stronę. Miał pełno tatuaży jak każdy punk zresztą. Kolczyki w uszach i trochę ciemniejszą karnację a jego czarne włosy były w lekkim nieładzie.
- Ciebie również, Zayn – odpowiedział Louis i uściskali się przyjaźnie oraz poklepali po plecach z uśmiechami na twarzach.
Louis mówił, że Zayn jest dla niego jak brat. Przez to co spotkało ich w przeszłości nie mogą przebywać w tym samym miejscu ani też spotykać się często. Nie znałam konkretnych powodów i mimo, że strasznie mnie to ciekawiło nie naciskałam bo nie chciałam aby Louis był zły, naprawdę nie lubił tego tematu i unikał go jak ognia.
- Jestem Destiny – powiedziałam kiedy się od siebie odsunęli i wzrok chłopaka padł na mnie. Wyciągnęłam do niego dłoń z uśmiechem a on ją uścisnął.
- Jesteś jego dziewczyną, prawda? – zapytał a ja przytaknęłam skinieniem głowy. – Mam nadzieję, że spotkamy się znowu gdy to wszystko się skończy bo z chęcią cię bliżej poznam. Musisz być naprawdę wyjątkowa skoro to z tobą postanowił wpakować się w coś bardziej poważniejszego niż jedna noc. – Mrugnął do mnie a ja lekko zakłopotana otwierałam już usta aby powiedzieć, że chyba ma rację ale Louis odezwał się szybciej.
- Nie pora teraz na podlizywanie się, Malik. – Louis poklepał go po ramieniu.
- Nie podlizuję się. Staram się zrobić tylko dobre pierwsze wrażenie. – Chłopak podnosi ręce w obronnym geście. - Słyszałeś o trzydziestu sekundach? Są bardzo ważne.
- Już dawno minęły. Spędziłeś je na przytulaniu się do innego mężczyzny co świadczy tylko o jednym.
- Oczywiście, lubię w dupę. – Wywrócił oczami i przyłożył palec do klatki piersiowej Louisa w miejscu gdzie znajduje się serce i dodał. – Szczególnie od ciebie.
- Bliżej ci do idioty niż do geja – powiedział śmiejąc się a wraz z nim zaśmiałam się ja i Zayn. Dalszą sprzeczkę przerwało pojawienie się Haydena i Olivii, którzy weszli przez północne drzwi.
- Jesteśmy! – powiedziała z uśmiechem blondynka podchodząc do nas. Zaraz za nią szedł Hayden, który kiedy przy niej stanął objął ją w pasie.
- Doskonale, możecie się już szykować. Seth dowiedział się przed chwilą gdzie trzymają Vivianne – powiedział Zayn.
- Naprawdę? Żyje? Gdzie ona jest? – zapytałam go od razu z przejęciem.
- Tak, jest cała. Trzymają ją na piątym piętrze w pokoju numer pięćset siedem – odpowiedział.
- W takim razie masz rację. Nie marnujmy czasu i chodźmy się przebrać – powiedziała Olivia i klasnęła w dłonie.
- Możecie to zrobić na dole w szatniach. Wskakujcie do wind. – Zayn skinął głową w kierunku trzech szklanych kabin.
- Idź pierwsza – powiedział do mnie Louis. Spojrzałam na niego i skinęłam potakująco głową po czym poszłam w kierunku jednej z trzech wind i wsiadłam do niej z lekką obawą. Nie ufałam małym pomieszczeniom bo szybko kończyło się w nich powietrze oraz szklanym rzeczom bo uważałam, że mogą się za chwilę rozpaść także mój lęk był spotęgowany jednakże zbędny.
Kiedy drzwi zasunęły się to wszystkie dźwięki ucichły. Spojrzałam na Zayna, który coś powiedział a chwilę później poczułam jak wnętrzności podchodzą mi do góry. Zjechałam bezpiecznie na dół i tym samym znalazłam się w sali treningowej, która była idealną kopią tej w Carlisle, albo na odwrót.
- Tutaj macie swoje ciuchy – powiedziała Olivia wyciągając ubrania z plecaka i wcisnęła je Haydenowi do rąk. – Mam nadzieję, że garnitur się nie pogniótł.
- Myślałam, że mamy założyć coś seksownego a nie eleganckiego… - powiedziałam.
- To dotyczy się tylko nas. Louis będzie zwykłym chłopakiem, który chce się zabawić w klubie ze swoją towarzyszką, a Hayden będzie udawał jednego z milionerów, którzy chcą kupić dla siebie nową zabawkę bo obecna, czyli ja, mu się znudziła – wyjaśniła.
- Och, rozumiem. Problem w tym, że nie miałam o tym pojęcia i nie zabrałam ze sobą nic seksownego.
- We wszystkim wyglądasz gorąco, przynajmniej dla mnie – powiedział wzruszając ramionami i z cwaniackim uśmiechem na twarzy Louis, który wreszcie się pojawił i przyprawił mnie o rumieńce na twarzy. Chyba musiał uciąć sobie jeszcze krótką pogawędkę z Zaynem zanim do nas zjechał bo trochę minut zleciało.
- Spokojnie, coś dla ciebie znajdę, chodź. – Olivia złapała mnie za nadgarstek i pociągnęła do damskiej szatni.
Blondynka przebrała się w krótką, białą, koronkową i z dużym dekoltem sukienkę a do tego pomalowała sobie a później mnie usta na czerwono i założyła czarne wiązane szpilki. Ja miałam na sobie jej czarną miniówkę, kabaretki, szpilki oraz moją marynarkę, żadnej bluzki pod spodem tylko stanik. Czułam się przez to trochę nago ale Olivia powiedziała stanowczo, że tak musi być i koniec. Kropka.
Gdy wyszłyśmy chłopacy już czekali. Hayden w garniturze i z okularami przeciwsłonecznymi na nosie obracał w palcach sztylet. Louis był w czarnych spodniach, brązowej bluzce, której rękawy podciągnął do łokci oraz z czarnymi, męskimi lakierkami na stopach. Zlustrował mnie wzrokiem po czym powiedział:
- Każdy będzie się gapił na twój dekolt lub tyłek. Nie podoba mi się to.
- Już wiesz jak ja się czuję, stary. - Poklepał go po ramieniu Hayden z uśmiechem. Następnie schował sztylet do pochwy i odgarnął włosy swojej dziewczyny na jedną stronę, rozpiął sukienkę po czym wsadził go za jej stanik. Miała do niego przyszytą dodatkowo gumkę dzięki której ten sztylet się trzymał.
- Też coś dostanę? – zapytałam Louisa.
- Tak, tylko nie wiem gdzie mogłabyś go ukryć – odpowiedział i wyjął jeden z dwóch pistoletów, które miał ukryte pod bluzką za paskiem spodni.
- Spódniczka ma wysoki stan i także wszytą gumkę więc możesz go tam umieścić. Marynarka i włosy zasłonią go – zaproponowała Olivia i tak też zrobiliśmy.
Następnie wsiedliśmy do wind i pojechaliśmy do góry o jakieś cztery piętra. Znaleźliśmy się w chińskiej knajpce co mnie bardzo zaskoczyło gdyż spodziewałam się jakiegoś opuszczonego budynku a nie lokalu gastronomicznego, w którym przez zapachy, które się w nim unosiły zdałam sobie sprawę, że jestem strasznie głodna, ponieważ nic nie jadłam od rana. Niestety nie mogłam zrobić sobie krótkiej przerwy na sushi, miałam w końcu zadanie do wykonania.

                                                                   ~†~

piątek, 7 października 2016

† Chapter 5 †

                                                      † Slaves Love †

Rozległ się dźwięk mojego budzika, który od poniedziałku do piątku pilnował abym nie zaspała na lekcje w szkole. Tym razem była sobota i dzwonił aby przypomnieć mi, że mam zadanie do wykonania. Musiałam skłamać matce Vivianne i mojej, że uciekła z Michaelem a potem szybko dołączyć do Louisa aby polecieć do Londynu. Tam wydostać moją przyjaciółkę z klubu gdzie miała zostać sprzedana jakiemuś gościowi, który wyłoży za nią najwięcej kasy i sprowadzić z powrotem do Carlisle. Bułka z masłem.
Od razu wstałam i poszłam do łazienki wziąć szybki prysznic. Czerwone serce, które wczoraj było namalowane na lustrze już zniknęło ale wciąż siedziało w mojej głowie i widziałam je przed oczyma. Ciągle od nowa odtwarzało się i nie dawało spokoju.
Później spakowałam do plecaka kilka ubrań, kosmetyczkę oraz dokumenty i zbiegłam na dół aby zjeść śniadanie, którym pyły czekoladowe płatki.
Kiedy siedziałam tak jedząc i tupiąc nerwowo nogą a także wpatrując się intensywnie w zegar i obliczając ile godzin mi zostało do kuchni weszła moja mama. Od razu moja noga zamarła a wzrok skupił na misce i powoli podniósł na mamę, która podeszła do kuchenki aby wstawić wodę w czajniku.
- Cześć, mamo – powiedziałam witając się z nią.
- Dzień dobry, córeczko. Jak się spało? – zapytała wyjmując kubek i wsypując do niego kawę.
- Świetnie, a tobie? –odpowiedziałam. Starałam się wyglądać i brzmieć jakbym naprawdę zaczynała zwyczajny poranek a nie wyruszała na misję ratunkową do stolicy.
- Bywało lepiej. – Wzruszyła ramionami idąc do krzesła naprzeciwko mnie z kubkiem kawy w ręce. - No ale skoro już wstałaś to możesz powiedzieć w końcu swojej ciekawskiej matce jak było na randce.
- Może później? – zapytałam wstając aby odłożyć pustą miskę do zlewu.
- Czekałam całą noc, nie każ mi dłużej czekać! – powiedziała zatrzymując się aby spojrzeć na mnie.
- Wybacz, ale umówiłam się z Vivianne. Będę koło południa – oznajmiłam. Pocałowałam ją w policzek na pożegnanie i wyszłam z kuchni do przedpokoju. Tam chwyciłam za plecak, który zarzuciłam na ramiona i udałam się do domu Vivi.
Gdy tam dotarłam, zapukałam kilkakrotnie w drzwi czekając aż ujrzę Panią Clive. Nie musiałam na szczęście długo czekać. Od razu gdy przestałam uderzać usłyszałam jak stukają jej szpilki o podłogę i chwilę później ujrzałam mamę Vivianne w drzwiach. W porównaniu do mojej mamy, która siedziała teraz w salonie w szlafroku i oglądała program poranny Jennifer Clive była już elegancko ubrana, umalowana i uczesana. Gotowa sprzedawać kosmetyki i zarobić na nich jak najwięcej.
- Dzień dobry, proszę Pani – powiedziałam zanim ona zdążyła pierwsza się odezwać.
- Witaj, Destiny – powiedziała uprzejmie i uśmiechnęła się do mnie ciepło.  - Zgaduję, że przyszłaś do mojej córki.
- Tak, zgadza się. – Skinęłam na potwierdzenie jej słów głową.
- Niestety nie ma jej. Zakładam, że została na noc u Michaela.
- Och nie… - Zrobiłam krok w tył i przyłożyłam jedną dłoń do ust.
- Coś się stało? – zapytała marszcząc idealnie wyskubane brwi.
- Tak… to znaczy… - Zaczęłam się jąkać, a potem wyznałam z trudem.  – Myślę, że Vivianne nie wróci.
- Jak to? Stało jej się coś? – Pani Clive od razu zaczęła panikować, martwić się.
- Ona… ona mówiła mi, że zamierza uciec z Michaelem… Ja… ja starałam się ją przekonać aby tego nie robiła. Myślałam, że mi się udało ją przekonać, ale najwidoczniej nie. – Kłamałam ale myślałam o tym co tak naprawdę ją spotkało. Aż zebrały mi sie łzy w oczach.
- Vivianne nigdy by tego nie zrobiła! – zaprzeczyła stanowczo. Była taka pewna, że córka kocha swój dom, rodziców i życie, że nigdy przez głowę nie przeszła jej myśl o tym, że córka mogłaby ich opuścić nie zostawiając żadnej wiadomości o tym co zrobiła.
Jednakże ja ją znałam lepiej od jej własnej matki. Wiedziałam, że mimo iż interesuje się modą to nienawidziła tego, że matka zamiast zabierać ją na koncerty lub do kina zaciągała ją do galerii i salonów kosmetycznych gdy tylko skończyła dwanaście lat.
 Dalej tego nie lubi i woli iść do tych miejsc ze mną bo wie, że nie zacznę zwracać jej uwagi na temat jej wyglądu i doradzać, że powinna coś w sobie zmienić. Pozwalam być jej sobą, dokonywać zmian takich jakich ona sama chce i wybierać to, co jej się podoba oraz wspieram ją w tym.
- Jednak chyba tak, ale proszę się nie martwić. Wiem gdzie są, znajdę ich i przemówię do rozsądku. Vivianne wróci do domu – powiedziałam zrywając się do biegu.
- Poczekaj! Może lepiej zadzwonię na policję! – wybiegła kawałek ale nie ruszyła za mną.
- Nie trzeba! Poradzę sobie! Proszę tylko powiedzieć o tym mojej mamie! – odkrzyknęłam nie odwracając się do niej tylko dalej biegnąc przed siebie jak najszybciej.
 Biegłam oczywiście na koniec ulicy gdzie miał czekać Louis. Ostatnim razem gdy przemierzałam ten odcinek biegiem mało nie wyplułam płuc lecz tym razem moja kondycja była znacznie lepsza i gdy wsiadłam do minivana miałam jedynie małą zadyszkę.
- Wszystko poszło gładko, żadnych problemów – oznajmiłam zapinając pasy. Louis tylko skinął głową ruszając z piskiem opon w kierunku lotniska. – O której mamy samolot?
- Startuje dziesięć minut po dwunastej – odpowiedział na moje pytanie siedzący z tyłu Hayden. Odwróciłam głowę i ujrzałam go oraz siedzącą obok niego Olivię, która od razu mnie powitała szerokim uśmiechem.
- Cześć, Destiny. Jak się masz? – zapytała Liv.
- Źle, szczerze mówiąc – odpowiedziałam jej.
- Tak mi przykro, naprawdę. – Złapała mnie za dłoń i ścisnęła ją. – Lecz wierzę, że uda nam się ją stamtąd wydostać.
– Obyś miała rację. – Uśmiechnęłam się do niej lekko po czym mój wzrok powędrował do chłopaka, który siedział obok niej. Miał ciemne oczy, dłuższe włosy, które związał w kitkę i lekki zarost oraz posiadał masę tatuaży na rękach, które widziałam dzięki jego bluzce na ramiączkach.
- Hej, Seth – powiedziałam witając się z nim. Poznałam go gdy Louis zabrał mnie do pokoju z monitoringiem, to on wszystkim dowodził.
-Siema – odpowiedział uśmiechając się do mnie. – Powinnaś jej uwierzyć. Mamy dobry plan.
- Właśnie, chcecie mnie wtajemniczyć? – zapytałam odwracając wzrok na Louisa, który nic nie mówił, był skupiony na drodze i miał worki pod oczami. Spał pewnie zaledwie z trzy godziny, albo wcale.
- W Londynie czekają na nas zaprzyjaźnieni ludzie– odpowiedział mi Seth. - Zabiorą was do swojej kryjówki i dadzą potrzebny sprzęt. Ja pojadę pod klub Libertine aby podłączyć się do ich kamer i sprawdzić, w którym pokoju znajduje się Vivianne.
- Będziemy musieli się też  przebrać. W coś bardziej eleganckiego… seksownego – powiedziała Olivia. Zdałam sobie sprawę z tego, że wzięłam ze sobą same ciemne ubrania, które na pewno nie były seksowne.
- Następnie w odstępach czasu wejdziemy po kolei do środka – kontynuował Seth. – Rozdzielimy się. Liv i Hayden będą szukać twojej przyjaciółki podczas gdy ty i Louis pójdziecie do szefa aby nie miał podejrzeń, że coś robimy. Będziecie starać się wykupić od niego Vivianne. Kiedy ją znajdziemy dam znać Louisowi, że jest bezpieczna i możecie opuścić budynek. Powiem wam też kiedy jednak coś pójdzie nie tak gdyż udam się do punktu obserwującego. 
- Po drodze pewnie spotka się kilku ochroniarzy ale skopie się im tyłek – powiedział Hayden uśmiechając się szeroko.
- Jak powiesz o wszystkim Louisowi? – zapytałam.
- Będę miał pluskwę w uchu – odezwał się Louis a ja pokiwałam głową aby pokazać, że rozumiem.
- Wydaje się, że macie rację i jest to dobry plan – powiedziałam kiedy wszystko sobie jeszcze raz szybko przeanalizowałam próbując znaleźć jakąś lukę, ale nie udało mi się. Oni znali się lepiej na zasadach tego mrocznego świata i musiałam im zaufać, że wybrali najlepszą opcję spośród możliwych mimo iż mieli niewiele czasu na przedyskutowanie tego.
- Mówiłem – powiedział uśmiechając się zadowolony z tego, że miał racje Seth.
Kiedy zjawiliśmy się na lotnisku każdy na nas podejrzliwie spoglądał. W niektórych oczach widziałam strach a z innych pałała nienawiść i pogarda. Gdyby wiedzieli tylko, że tak naprawdę działaliśmy po stronie dobra i ludzie Louisa starają się ochronić tych wszystkich ludzi oraz ich dzieci przed grupą Snake’a na pewno zmieniliby swoje poglądy tak jak ja to zrobiłam.
Podczas odprawy dokładnie nas przeszukali. Żadne z nas nie zabrało broni bo jak powiedział Seth mieliśmy ją otrzymać na miejscu więc nic nie znaleźli. Mogliśmy spokojnie wejść na pokład samolotu aby zająć swoje miejsca i czekać na start, który nastąpił dokładnie o godzinie, którą podał mi Hayden w samochodzie.
- Spokojnie, Destiny – szepnął mi do ucha Louis kiedy już wznosiliśmy się w powietrzu. – Ja także wierzę, że wszystko się uda. Nie pozwolę aby skrzywdzili Vivianne ani ciebie.
- Wierzę ci. – Odwróciłam wzrok od okna i spojrzałam mu w oczy.
- Nie oszukasz mnie. Widzę twój zmartwiony wzrok i czuję jak miażdżysz moją dłoń.
- Och… przepraszam – powiedziałam i puściłam jego rękę, na której zostawiłam ślady małych półksiężyców zrobione przez paznokcie.
- Nic się nie stało – odpowiedział i rozmasował ją drugą ręką.
- Naprawdę nie chciałam – powiedziałam przygryzając wargę.
- Destiny, nie musisz mnie przepraszać – westchnął ciężko, a moje usta otworzyły się aby znowu wypowiedzieć słowo „przepraszam”. Louis to zauważył i przyłożył mi palec do ust. – Nawet się nieważ mówić znowu tego słowa.
- Okej…
- Masz zamknąć oczy. Wziąć głęboki wdech i powoli wypuścić powietrze przez usta – polecił a ja posłusznie wykonałam jego rozkaz. – Świetnie. Teraz powtórz to kilka razy i słuchaj mnie uważnie. Każdy z nas stresował się przed swoją pierwszą misją, ale gdy doszło co do czego pokazaliśmy na co nas stać, że nie jesteśmy słabi. Jestem przekonany, że z tobą także tak będzie. Po za tym jakby co będę przy tobie. – Skończył a ja otworzyłam oczy i znowu normalnie oddychałam.
- Przecież chciałeś abym została w domu – powiedziałam.
- Masz rację lecz fakt, że wymyśliłaś kłamstwo nie był jedynym powodem dla którego pozwoliłem ci jechać. Uznałem też, że przyda ci się taki wypad, będzie dla ciebie sprawdzianem i… - Przerwał i podrapał się po karku.
- I co? – zapytałam.
- Jestem egoistą i chcę cię mieć przy sobie. Gdybyś została nie mógłbym się skupić bo wciąż myślałabym o tobie, czy jesteś bezpieczna. – Jego wyznanie sprawiło, że się uśmiechnęłam i złożyłam na jego ustach pocałunek w ramach podziękowań za to, że znowu sprawił iż zapomniałam o moich zmartwieniach i uśmiechnęłam się. Nie miałam pojęcia jak to on robi, ale byłam za to wdzięczna Bogu.

                                                                ~†~