piątek, 29 stycznia 2016

† Chapter 27 †

                                                             † Lethal Love †

 Natychmiast zapadłam w kamienny sen po tym jak Louis odniósł mnie do łóżka i od tamtego momentu byłam totalnie nieprzytomna. Dlatego gdy ktoś zaczął postrząsać moim ramieniem i krzyczeć moje imię wyrywając mnie ze słodkiego snu byłam zszokowana i skonsternowana.
- Destiny! Wstawaj nie udawaj! Mamy nowy dzień! Deeees! - Na całe gardło wydzierał się nie kto inny jak Ethan i siedząc obok mnie potrząsał moim ramieniem.
- Co? Co się dzieje? - Podniosłam się do pozycji siedzącej przecierając oczy i ziewając.
- Wstawaj! - Ethan ponownie potrząsnął moim ramieniem.
- Wstałam już! Nie widzisz!? - Również uniosłam ton, nie lubiłam jak ktoś mnie budził więc byłam zawsze lekko drażliwa. No dobra gdyby to byłby Louis nie byłabym zła tylko dziękowała za to Bogu. Niestety nie raczył zostać więc nie miałam za co dziękować i przez co zaczęłam się zastanawiać czy my aby na pewno jesteśmy chociaż tymi przyjaciółmi?
- Widzę i się cieszę. - Uśmiechnął się szeroko, a ja przewróciłam oczami i opadłam na poduszkę wiedząc, że obudził mnie bez powodu.
- Nienawidzę cię. - Mruknęłam wtulona w poduszkę z zamkniętymi oczami.
- Oho! Ktoś chyba nie w humorze. - Zaczął mnie trochę łaskotać.
- Spadaj, Ethan. - Odepchnęłam go.
 Miał rację, nie byłam w najlepszym nastroju tylko przez to, że mnie obudził i uświadomił bolesną prawdę. Naprawdę czy to było za wiele dla Louisa, jego duma by na tym ucierpiała więc nie mógł spędzić tej jednej nocy obok? Myślałam, że na tym wyjeździe coś się miedzy nami zmieni, ale jak widać nie zapowiada się na nic prócz podniesienia puli rozmów w ciągu dnia do dwóch. Żałuję teraz, że tu przyjechałam, że chciałam aby nauczył mnie samoobrony. Miłość to największe gówno, a w szczególności wtedy kiedy zakochasz się niewłaściwie i nie wiesz czy ta druga osoba coś czuje do ciebie, czy to to samo co ty do niej czy nie. Najgorsze, że gdy go widzisz jesteś sparaliżowana, twoje serce mocniej bije, masz motyle w brzuchu i boisz się podejść zapytać.
- Okej chyba wiem o co chodzi. - Odpuścił sobie uśmiechy, łaskotki i po prostu przytulił mnie. Och gdybym zakochała się w Ethanie życie byłoby o wiele prostsze.
- Louis, prawda? - Zapytał gdy nie odpowiadałam udając, że znowu zasypiam.
- Może.. - Szepnęłam otwierając oczy i przygryzając wargę.
- Co tym razem? - Westchnął ciężko. On chyba też był już tym wszystkim sfrustrowany, no dobra na pewno. Zawsze jak coś było nie tak to mu się z tego zwierzałam, a w większości tematem był Louis. Trochę szalone, że znam go nie cały miesiąc a tak już mu ufam, ale nie da się nie, jest taki pozytywny.
- Wczoraj, a raczej dziś, właśnie która godzina? - Zapytałam zaciekawiona.
- Prawie druga, co raczej dziś? - Szybko odpowiedział.
- Okej, a więc dziś jak Louis odnosił mnie do łóżka...
- Mrrr... i co potem?
- Nie to co myślisz. - Sprostowałam, boże jemu tylko jedno w głowie!
- Racja, słyszałbym. - Mrugnął do mnie, a ja dałam mu kuksańca w bok z lekkim uśmiechem na twarzy.
- Więc kiedy odnosił mnie do łóżka byłam tak jakby świadoma a trochę bardziej nie tego co mówię i poprosiłam aby został ze mną, spał tak jak ty z Raven po przyjacielsku.
- Nie został zgaduje.
- Jak widzisz nie. - Westchnęłam i przestałam się uśmiechać.
- Cóż ja ci mogę powiedzieć... - Zaczął się zastanawiać na głos, strasznie byłam ciekawa tego co wymyśli, a jednocześnie się trochę bałam.
- Jak wiesz, a może nie wiesz idziemy dzisiaj na spacer zaraz po śniadaniu, które na nas czeka tak à propos. No ale spacer ten jest naszą taką kolejną tradycją, jest strasznie dłuuuugi i myślę, że to będzie idealna okazja abyś spięła dupę i podeszła do niego zagadać, zapytać prosto z mostu co między wami jest.
- Nie, Ethan, zdecydowane nie. - Powiedziałam stanowczo.
- Ale czemu? - Nalegał.
- Bo się nie odważę? Spłonę rumieńcem, zacznę się jąkać i nic z tego nie wyjdzie. - Tak byłoby na sto procent więc wolę tego uniknąć. Chociaż może ma racje... powinnam.
- Kobieto, raz się żyje! Będę tam i cię popchnę, prooooszę. - Znowu zaczął mną potrząsać i cholera chyba serio miał rację, jednak jakiś cień wątpliwości jeszcze we mnie pozostawał.
- Zastanowię się nad tym. - Odpowiedziałam a on uśmiechnął się szeroko.
- Uznajmy to za tak. Będziesz mi jeszcze dziękować, przez wiele lat.
- Chyba zapomniałeś, że Snake chce mnie zabić.
- Louis sobie z nim poradzi, nie bój się tylko już myśl nad zaproszeniami na wasz ślub. - Zaczęłam się głośno śmiać.
- Jasne i może jeszcze chciałbyś być chrzestnym naszych dzieci, co?
- Żebyś wiedziała, że tak! - Również zaczął się śmiać. - Ale na ten moment wystarczy mi buziak, o tutaj. - Postukał palcem wskazującym swój policzek.
- Nieee, fuuu w policzek, masz pewnie tyle zarazków bo się nie myłeś. - Zachowałam się trochę jak małe dziecko i odsunęłam się od niego.
- No daj buziaka, no daj daj. - Zrobił dzióbek i próbował się przybliżyć do mojej twarzy gdy wciąż trzymałam wyciągnięte ręce opierając je na jego piersi. Nagle złapał mnie za nadgarstki i uniósł ręce do góry, głowa mi się odwróciła i nasze usta zetknęły się w krótkim nic nie znaczącym oczywiście pocałunku.
- Destiny twoja mama do ciebie... dzwoni. - Odsunęliśmy się od siebie w tym samym czasie kiedy dobiegł nas głos Louisa. Ethan jak gdyby nigdy nic położył się obok podpierając na ramionach, a ja usiadłam czując się lekko skrępowana tym, że był świadkiem jak się pocałowaliśmy, zupełnie przypadkiem i po przyjacielsku.
- Hej, Louis. - Rzucił uśmiechając się od ucha do ucha.
- Taa, cześć. - Odpowiedział lecz się nawet na niego nie spojrzał, wciąż miał utkwiony wzrok we mnie. Spuścił wzrok na telefon dopiero wtedy kiedy i ja to zrobiłam bo nie byłam w stanie znieść jego spojrzenia i faktu, że jestem pewnie cała czerwona.
- Umm... - Zająknęłam się próbując coś powiedzieć, ale w sumie nie wiedziałam nawet co.
- Tak, twój telefon... twoja mama chyba chce rozmawiać no bo dzwoni, no wiesz, nieważne, proszę. - Odpowiedział zakłopotany gubiąc się w słowach i podszedł podając mi telefon, a ja odebrałam go trochę powolnie po czym wyszedł szybko z pokoju.
- O mój boże on to na pewno widział, co on sobie pomyślał? - Zwróciłam się do Ethana spanikowana.
- Po co ta panika, Destiny? - Zapytał najspokojniej w świecie, a ja myślałam, że go uduszę.
- A czemu by nie? Jak ona nas widział to przecież na pewno myśli, że między nami coś jest ale nie jest. Jak mam do niego teraz podejść na tym spacerze? Nie zrobię tego!
- Patrzysz na to ze złej strony. Może poczuł zazdrość i dotrze do niego, że powinien tak samo spiąć dupę i zrobić krok do przodu bo inny zgarnie cie mu sprzed nosa? - Spojrzałam na niego bijąc się w myślach o to kto ma rację. Skończyło się na tym, że jęknęłam załamana i wstałam idąc do łazienki aby oddzwonić do mamy.
 Mama zadzwoniła aby dowiedzieć się czy żyję i jak się czuję, czy mi się tutaj podoba. Odpowiadałam jej w miarę szczerze i starałam się bardziej skupić na tym co u niej słychać. Zakończyłyśmy rozmowę mówiąc nawzajem kocham cię. Mama dodała jeszcze abym na siebie uważała i że zobaczymy się za cztery dni. Kiedy się rozłączyłam byłam bliska płaczu, poczułam że przydałaby mi się tutaj i to aby mnie przytuliła.
 Śniadanie i spacer okazały się męczarnią. Myślałam, że sobie poradzę i nie będę myśleć o porannym zdarzeniu, ale się myliłam, w moim przypadku było to niewykonalne. Trzymałam się z tyłu, nie odzywałam się podczas gdy reszta śmiała i dobrze bawiła się. Najciężej było mi patrzeć na Liv i Haydena, którzy się całowali, trzymali za rękę. Ethan starał się mnie przekonać abym podeszła mimo to ale byłam uparta i odmawiałam. Później postanowił spróbować mnie rozweselić i niech go diabli wezmą, udawało mu się. W pewnym momencie złapał mnie za rękę i pociągnął w innym kierunku. Znaleźliśmy się na klifie a widok zapierał dech w piersiach. Świetnie widać było całą plażę i nasz domek, dalsze części lasu i inną plaże po drugiej stronie klifu. Ocean także się jakby powiększył i wydawał się być bardziej potężny. Pewnie zachody i wschody słońca byłoby tu idealnie podziwiać.
- Idealne miejsce na przemyślenia, coś o tym wiem. - Powiedział stając przy krawędzi i patrząc w dal na ocean. Stanęłam obok trzymając go za rękę bo bałam się, że spadnę.
- Myślę, że tego potrzebujesz więc zostawię cię tu i dam kilka minut, a potem chce usłyszeć same dobre wieści. - Odwrócił głowę w moją stronę i uśmiechnął się.
 - Dziękuję, że tyle dla mnie robisz, jesteś najlepszym przyjacielem. - Przytuliłam go.
- Nie ma za co, mała. - Odwzajemnił uścisk po czym wypuścił mnie i zaczął wracać. - Do zobaczenia!
- Spadaj. - Zaśmiałam się i kiedy zniknął wśród drzew usiadłam, zaczynając myśleć.
 Nie wiem ile czasu zajmuje mi dojście do wniosku, że wrócę do domku i wyjaśnię wszystko Louisowi, a potem zapytam co do mnie czuję. Nie ważne co powie, po prostu muszę to w końcu z siebie wyrzucić bo to nie da mi spokoju. Po za tym i tak wkrótce mogę zginąć, więc co mi tam. Postanawiam również wrócić do domku gdyż wiatr zaczyna mocniej wiać i robi mi się zimno.
 Wstaję otrzepując tyłek, odwracam się uderzając o czyjś tors. Z początku myślę, że to Ethan próbujący mnie przestraszyć, ale gdy podnoszę wyżej wzrok na twarz momentalnie robię kilka kroków w tył i zasłaniam usta ręką wydając z siebie zdławiony krzyk.
- Dobry wieczór, Dessstiny. - Odzywa się z typowym dla siebie przeciągnięciem litery "s" i z tym cwaniackim uśmiechem na twarzy, Snake.
- S.. skąd ty się t..t utaj wziąłeś? - Mój głos drży, jąkam się i szybko oddycham, jestem przerażona. Nie mam pojęcia co on tu robi, jaki będzie jego następny krok. Najgorsze, że nagle z głowy wyleciały mi wszystkie lekcje z Louisem, który jest daleko ode mnie i nie jest w stanie mnie usłyszeć, a nawet gdyby to nie da rady tu dobiec. Louis, któremu miałam wyznać co czuję ale za to umrę, tym razem na sto procent. Tylko jak? Udusi mnie, zadźga nożem czy zastrzeli? Nie chcę, nie jestem gotowa, nigdy nie będę.
- No cóż... - Wzrusza ramionami robiąc krok do przodu, a ja w tym samym czasie do tyłu. - Wciąż żyjesz.. a to mi się nie podoba, rozumiesz?
- Ja.. nic ci nie zrobiłam.. zostaw mnie w spokoju. - Wyciągam przed siebie ręce mając zaciśnięte pięści tak jak mi pokazywał Louis. Mój mózg pracuje na najwyższych obrotach i próbuje przypomnieć sobie więcej szczegółów z treningów.
- Racja, ale mam w zwyczaju zabijać tą samą krew. - Kolejny krok w przód i w tył, dodatkowo marszczę brwi zastanawiając się o co mu chodzi.
 Ten krótki moment mojego zastanowienia wystarczy aby Snake pokonał dzielącą nas odległość i zaatakował. Uderza mnie pięścią w brzuch, zginam się w pół i obejmuje rękoma w pasie. Dostaje kolejne uderzenie w twarz kiedy się prostuję, upadam bokiem na ziemię. Odrzucam włosy z twarzy do tyłu kątem oka zauważając jak Snake zamachuje się do kolejnego uderzenia, na które nie mam zamiaru mu pozwolić. Kładę się na ziemi by szybko się przeturlać w ostatniej chwili, jego pięć uderza o ziemię. Wstaję równie szybko przyjmując pozę taką jak poprzednio, ręce przed siebie, zaciśnięte pięści, ciało całe spięte i łomoczące serce. Snake unosi brwi będąc zaskoczony moją reakcją, ale potem zaczyna się śmiać.
- Naprawdę myślisz, że możesz mnie pokonać? - Mówi z kpiną.
- Nie, ale spróbować mogę. - Odpowiadam wzruszając ramionami i postanawiam zaatakować, dostałam zastrzyk adrenaliny i czuję się jakbym mogła zrobić wszystko.
 Wymierzam cios w jego twarz, moja pięść zostaje złapana przez jego dłoń i unieruchomiona, tak samo jak druga i nie wiem co mam teraz zrobić. Myśl, myśl, myśl, powtarzam sobie nerwowo aż w końcu wpadam na jeden pomysł i na mojej twarzy pojawia się uśmieszek. Kopię go nogą w krocze z całej siły nim cokolwiek zdąży zrobić. Mocniej niż ostatnim razem w klubie, naprawdę przydały się te treningi z Louisem.
 Snake puszcza moje ręce przenosząc je na swoje krocze, upada na kolana. Nie tracąc czasu uderzam go znowu nogą w klatkę piersiową przez co opada na plecy a ja zrywam się do ucieczki. Niestety kiedy koło niego przebiegam on łapie mnie za kostkę i upadam na ziemię. Z moich ust wydobywa się cichy jęk, nagłe spotkanie ciała z ziemią nie jest przyjemnym doznaniem.
 Ledwo dojdę do siebie, przewrócę się na plecy to Snake już do mnie podchodzi. Zaczynam się wycofywać do tyłu póki nie złapie mnie za gardło i nie podniesie do góry. Automatycznie zaciskam ręce na jego dłoni i próbuję się oswobodzić z uścisku, trudno mi oddychać, wierzgam nogami.
- Ty głupia dziewczyno. - Cedzi przez zęby, jest zdenerwowany, z moich oczu zaczynają wypływać łzy, boję się.
- Myślałaś, że Ci się uda. - Znowu ze mnie kpi co mnie nie dziwi. Gdybym to ja wygrała też pewnie bym mu coś podobnego powiedziała, ale jest odwrotnie.
- Musisz wiedzieć, że ja nigdy nie przegrywam. - Uśmiecha się triumfalnie kończąc swoją małą przemowę i docierając na skraj klifu po za który mnie wystawił. Nie mam nic pod nogami, tylko powietrze a w oddali ciemna woda oceanu, fale uderzające o skałę.
 - Pro... oszę... - Piszczę patrząc na niego błagalnie po czym zaczynam krzyczeć kiedy puszcza mnie i zaczynam spadać.
 Powietrze wdziera mi się do gardła, stawia opór mojemu ciału. Włosy uciekaj w różne strony, przeważnie przysłaniając mi widok. Ręce machają w powietrzu próbując złapać się czegoś ale bezskutecznie, spadam coraz szybciej, aż w końcu przekraczam taflę wody i znajduję się pod jej powierzchnią.
  Zimna wręcz lodowata woda pochłonęła mnie, wywołało to u mnie szok przez co połknęłam odrobinę wody. Zasłoniłam usta rękoma jakby to coś dało, potem rozejrzałam się szybko na boki a potem do góry w kierunku powierzchni i niezdarnie machałam kończynami aby jak najszybciej móc zaczerpnąć powietrza.
 Kiedy mi się udało wzięłam głęboki wdech i zgarnęłam włosy z twarzy. Usta mi się już trzęsły i byłam pewna, że reszta ciała zaraz też zacznie się trząść z powodu zimna. Spojrzałam do góry, nie było widać Snake'a, nie widziałam też lądu do którego mogłabym podpłynąć. Chociaż nawet gdybym widziała go to nie wiem czy byłabym wstanie do niego dotrzeć poprzez fale, które co chwilę gdy się wyłaniałam zalewały mnie i z powrotem znajdowałam się pod wodą.
  W kółko wypływałam rozglądając się w panice i próbując płynąć w jakąkolwiek stronę, nie minęła minuta nowa fala porywała mnie chowając pod taflą wody. Słona woda wdzierała mi się do ust przez co do płuc, zaczynałam się trząść i tracić siły, poddawałam się, byłam załamana. Czułam, że niedługo nadejdzie mój koniec ale nie dopuszczałam do siebie tej myśli. Nawet się nie pożegnałam, ciekawe jak zareagują gdy nie pojawię się wieczorem, a potem odkryją, że utonęłam. Ethan, który czeka na dobre wieści, mama która kazała mi uważać na siebie. Chciało mi się płakać, krzyczeć o pomoc, ale moje gardło nie było w najlepszym stanie na krzyk.
 Nie wiem po jakim czasie naprawdę straciłam nadzieję i zrezygnowałam z próby wydostania się z wody, ale zrobiłam to. Panika minęła, zaczęłam się jakby powoli wyłączać. Przestałam się ruszać, wypływać na powierzchnię i nabierać powietrza. Woda dostawała się do mojego ciała przez lekko uchylone usta, z których wydostawały się małe bąbelki i ulatywały do góry. Patrzyłam za nimi póki powieki mi nie opadły i nie widziałam nic. Było ciemno, spokojnie cicho, jakbym zapadała w sen.
 Słyszałam jedynie uderzenia swojego serca, które stawały się coraz rzadsze...

                                                                      ~†~

2 komentarze:

  1. Genialny !!
    Dawaj szybko next'a!!
    Claudia xxx.

    OdpowiedzUsuń
  2. Miłość kom­po­nowa­na przez dwoj­ga ludzi. Drżenie kącików ust i dłonie spla­tające gdzieś nad for­te­pianem uczuć. Tak, to miłość na­pisała naj­piękniej­szą me­lodię świata. Bi­cie dwoj­ga serc. Żaden Bee­tho­ven, żaden Vi­val­di. To my.
    Widzący - kocha ją przez jej wygląd.
    Niewi­domy - kocha ją przez jej złote serce. Oczy widzą to co na zewnątrz. Oce­niają obu­dowę. Za to ser­ce. Ser­ce widzi to cze­go nie dos­trze­ga wzrok, to co jest uk­ry­te głębo­ko w nas.
    Dla­tego niewi­domi widzą najlepiej
    Mu­zyka po­win­na za­palać płomień w ser­cu mężczyz­ny i na­pełniać łza­mi oczy kobiety.
    http://uliczkami-barcelony.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń