piątek, 26 lutego 2016

† Chapter 29 †

                                                    † Lethal Love †

 Karetka przyjechała piętnaście minut po tym jak Ethan po raz ostatni zaczerpnął powietrza. Piętnaście minut za późno. Zabrali jego ciało, wsadzili do czarnego worka a mnie owinęli specjalnym kocem i kazali na nie patrzeć przez całą drogę do szpitala.
 Louis z pozostałymi jechał tuż za nami, jako pierwszy ogarnął się i to dosyć szybko. Na początku podał nam nieprawdziwą historię, którą powinniśmy przedstawić pogotowiu a następnie policji, która na pewno zjawi się w szpitalu. Brzmiała ona tak, że Ethan sam siebie postrzelił po tym jak dowiedział się o tym, że skoczyłam z klifu, nieszczęśliwa miłość i tak dalej. Następnie przeniósł z Hayden'em ciało do domku, a dziewczyny wzięły po wiaderku i wyrzuciły piasek we krwi do oceanu. Zakaz wychodzenia z domku póki nie pojawi się karetka padł na mnie.
 Obserwowałam ich uważnie w milczeniu i próbowałam przetworzyć to co się stało, uwierzyć. Powtarzałam sobie, że Ethan nie żyje, że to naprawdę się stało, straciłam go. Wspomnienia ze śmierci ojca także wróciły co dobiło mnie jeszcze bardziej. Zastanawiałam się również ile ludzi jeszcze stracę.
 Tak się w tym pogrążyłam, że nawet nie zauważyłam kiedy przestałam płakać i tylko wpatrywać się w dal. Nie reagowałam na nic, nawet kiedy przyjechała karetka, przyszli do mnie ratownicy i próbowali się ze mną dogadać. Jedynie kiedy pomachali mi przed oczami ręką spojrzałam na nich a potem na Louisa, który stał obok i rozpłakałam się znowu.
 W szpitalu zabrali mnie do oddzielnego pokoju gdzie musiałam spędzić kolejną dobę w razie gdyby mój stan się pogorszył. Ethana zabrali do kostnicy, a Louis został poproszony o podanie danych, trzeba było powiadomić naszych rodziców. Strasznie współczułam państwu Jones, byłam ciekawa jak zareagują. Chociaż w sumie nie było trudno się domyślić, będą płakać, stracili w końcu jedynego syna. Myślałam też o mojej mamie i George'u co im powiem jak się zjawią bo powinni w końcu poznać prawdę, której nie mogłam wyjawić policji.
 Pojawiła się niedługo po tym jak przyjechaliśmy do szpitala. Kiedy tylko lekarz mnie zbadał i wyszedł z sali dwóch funkcjonariuszy zajęło jego miejsce. Oczywiście pierwsze pytanie jakie padło dotyczyło biegu zdarzeń. Odpowiedziałam im po chwili, której potrzebowałam aby brzmieć dosyć przekonująco podając im historię Louisa. Następnie zapytali mnie o moją chęć odebrania sobie życia. Powiedziałam im, że ktoś mnie zepchnął co po części było prawdą. Pytali także osobę która mnie zepchnęła i o której niby `nic nie wiedziałam, ani nikogo nie podejrzewałam. Kolejne pytania były o stosunkach między resztą paczki, które określiłam jako dobre, cel naszego wyjazdu i o moją miłość do Ethana co nie było takie trudne. Podłożyłam pod niego Louisa i aż się rozpłakałam. Podziękowali i wyszli przepytać innych. Zostałam sama i w spokoju wypłakałam się w poduszkę.
- Destiny? Destiny! - Moja mama wbiegła do szpitala nawołując mnie po imieniu. Czekałam siedząc na łóżku aż wpadnie do mojego pokoju. Wzięłam głęboki wdech przygotowując się na spotkanie z nią. Walczyłam z mordercą, a nie będę wstanie powiedzieć matce prawdy?
- O boże, Destiny.. - Wpadła do mojego pokoju z wyraźną ulgą w głosie i przytuliła mnie mocno. Wtuliłam się w nią, moje emocje puściły i znowu się rozpłakałam. Po chwili do naszego uścisku dołączył jeszcze George, złożył pocałunek na czubku mojej głowy i pogładził po plecach.
- Destiny, ty naprawdę chciałaś popełnić samobójstwo? Zdajesz sobie sprawę jak bardzo ważna jesteś i że nie mogę stracić także ciebie? - Zapytała mama szepcząc mi do ucha. Odsunęłam się i otarłam łzy z policzków.
- Wiem mamo i ja wcale nie chciałam popełnić samobójstwa tylko... ktoś chciał mnie zabić. - Z trudem wyrzuciłam końcówkę.
- Czemu ktoś chciałby cię zabić? - Zapytał George po tym jak wymienił z mamą przerażone spojrzenia.
- Nie wiem, ale po prostu chce mojej śmierci... - Przygryzłam wargę i zaczęłam się bawić z nerwów rękoma.
- Czy on także porwał cię miesiąc temu? - Westchnęłam i pokiwałam głową potwierdzając pytanie mamy.
- Czemu wcześniej mi o tym nie powiedziałaś?
- Nie mogłam. Bałam się, że coś się wam stanie. Teraz po prostu uznałam, że musicie znać prawdę, że dłużej nie będę wstanie tego ukrywać.
- Trzeba to zgłosić na policję. - Oznajmił George.
- Nie, nie wolno wam. - Pokręciłam stanowczo głową. - On się o tym dowie i tym bardziej będzie grozić wam niebezpieczeństwo. Louis mówił mi, że policja nigdy nie była wstanie go złapać.
- Louis, ten miły chłopak, o którym mi mówiłaś? - Zapytała mama marszcząc brwi.
- Tak mamo, dzięki niemu jeszcze żyję. On jakby w tym siedzi, to skomplikowane.
- Chyba sam nie jest mordercą? Destiny, w co ty się wpakowałaś? - Powiedziała nie dowierzając.
- Nie, nie jest nim! - Zaprzeczyłam. - Wiem, okropne bagno ale wydostanę się z niego i wszystko będzie w porządku. - Starałam się przekonać ją jak i samą siebie.
- Nie... wątpię by było w porządku. Seryjny morderca próbuje cię zabić i prawie udało mu się to dwa razy w przeciągu zaledwie miesiąca! Nie wiesz co planuje i nie jesteś w stanie go pokonać, jesteś zwykłą nastolatką, która powinna skupić się na nauce! Policja się tym zajmie i złapie go, cały ten twój Louis na pewno zmyślał! - Mama zaczęła chodzić po sali cała nerwowa.
- Mamo, proszę musisz mi zaufać! Wiem co mówię, mamo... - Lamentowałam chodząc za nią.
- W takim razie wyprowadzamy się. - Powiedziała zdecydowana zatrzymując się.
- Że co? Nie!
- Właśnie, że tak. Wyjedziemy choćby na inny kontynent, nie będzie w stanie nas tam znaleźć.
 Twoja matka ma rację, Destiny. - Powiedział spokojnie George popierając moją matkę.
- Mamo ale ja mam tutaj przyjaciół, szkołę w której został mi ostatni rok. Nie mogę ot tak wyjechać!
- A ja nie mogę ci ot tak pozwolić umrzeć! Jesteś moją córką i kocham cię! - Ostatnie słowa spowodowały, że doznałam déjà vu. Ktoś mówił mi podobnym, załamanym tonem, że mnie kocha tylko nie mogę sobie przypomnieć kto. Poczułam, że ktoś mnie obserwuje i skierowałam wzrok na małe okienko w drzwiach. Ujrzałam Louisa, który zaczął odchodzić kiedy tylko nasze spojrzenia się skrzyżowały a ja doznałam olśnienia. Przecież usłyszałam te słowa kiedy obudziłam się, a jedyną osobą dookoła był Louis.
- Destiny? Słuchasz mnie? - Zapytała mama pstrykając mi palcami przed oczami. Potrząsnęłam głową przenosząc wzrok z drzwi na nią.
- Tak... um ja... muszę do toalety, zaraz wrócę... - Powiedziałam na prędce wybiegając z pokoju na korytarz i biegnąc za Louisem.
- Louis! - Zaczęłam za nim wołać. Dopiero kiedy skręciłam w inny korytarz zauważyłam go dalej oddalającego się.
- Louis! Poczekaj, muszę cię o coś spytać! Louis! - Wołałam a on nie zatrzymywał się mimo, że na pewno mnie słyszał.
- Louis, stój. - Powiedziałam zagradzając mu swoim ciałem drogę.
- Nie mogę teraz rozmawiać, Destiny. - Westchnął zirytowany.
- Chcę cię tylko o coś spytać, a ty odpowiedz tak lub nie, okej? - Zapytałam a on tylko kiwnął głową.
- Czy... czy ty mnie kochasz? - Wydusiłam z siebie wreszcie i nie mogłam uwierzyć, że to się stało, że musiałam się prawie utopić aby do tego doszło.
 Louis nie odpowiedział od razu. Na początku jego twarz wyraziła zaskoczenie, a potem zmarszczył brwi na chwilę aż w końcu uśmiechnął się, pokręcił głową i zaśmiał.
- Czy ja cię kocham? - Zapytał w przerwie od śmiechu. - Oczywiście, że nie. Nawet mi się nie podobasz, nie jesteś w moim typie.
- Och... ale ja przecież... słyszałam. - Powiedziałam robiąc krok w tył. Czułam się jakbym mnie spoliczkowano.
- Musiało ci się w takim razie coś zdawać bo tak nie jest. Nasza znajomość jest tylko i wyłącznie z przymusu. Gdyby nie Snake to nie zwróciłbym na ciebie uwagi, szara myszka, pilna uczennica z dobrymi manierami - prychnął. Jak dla mnie to on był teraz wężem, a jego słowa były przepełnione jadem i kąsały mnie, zadawały ból.
- Po za tym wolę blondynki z niebieskimi oczyma, mające kobiece kształty. Ty jesteś tego przeciwieństwem więc jak ktoś taki jak ty może mi się podobać? Jak mogę kochać kogoś takiego jak ty? - Stałam i tego słuchałam prosząc w duchu by przestał. Zrozumiałam raz i to mi wystarczyło.
- Czasami zastanawiam się czy dobrze robię ratując cię za każdym razem. Może powinienem pozwolić ci utonąć lub spalić się razem z tym starym magazynem? Przez ciebie Ethan nie żyje. - Ostatnie zdanie wycedził przez zęby z nienawiścią, to był dla mnie cios poniżej pasa. Łzy kolejny raz zaczęły spływać po moich policzkach. Jak mógł winić mnie za śmierć Ethana? Przecież to nie ja w niego strzeliłam tylko Snake.
- Teraz zejdź mi z drogi jeżeli nie masz mi nic więcej do powiedzenia. - Powiedział i wyminął mnie lekko trącając mnie ramieniem.
 Odsunęłam się przywierając plecami do ściany po czym zjechałam po niej w dół. Objęłam rękoma nogi i schowałam w nich twarz płacząc. Miałam znowu złamane serce i bolało jeszcze bardziej. Louis mnie nie kochała, a jedyna osoba, która byłaby pewnie wstanie mnie pocieszyć nie żyje.

                                                               ~†~

sobota, 13 lutego 2016

† Chapter 28 †

                                                        † Lethal Love †

 Nie mogłem wyrzucić z głowy obrazu Destiny i Ethana całujących się. Po prostu nie mogłem, wciąż od nowa wyświetlał mi się przed oczami i nie chciał zniknąć. Próbowałem zamknąć to wspomnienie głęboko w moim sejfie w głowie, ale nie chciało tam wejść. Strasznie mnie to frustrowało i nie tylko to. Dokładało się do tego jeszcze to, że ten dzień nie jest pierwszym i zapewne nie ostatnim dniem podczas którego nie mogę wyrzucić Destiny z głowy. Znam chyba rysy jej twarzy na pamięć, śnię o niej po nocy, a nie powinienem bo nic do niej nie czuję. W moim życiu nie ma miejsca na miłość i w jej także. Chociaż każdy mówi, że ona mnie kocha a ja ją, to nie prawda, nie może tak być.
 Jednak tak jest - mój głos w głowie odzywa się i myśli, że ma rację, a wcale nie ma jej! Nie kocham jej, nie kocham, w żaden sposób... ale jej oczy, sposób poruszania się, jej głos i śmiech, który wywołuje Ethan, a nie ja... boże stop! Nie jestem zazdrosny, nie jestem zakochany! Ja nie umiem kochać!
 Zaciskam ręce schowane w kieszeniach bluzy w pięści, zamykam na chwilę oczy po czym kopię leżący przed sobą kamyk i następny. Muszę jakoś wyładować tą złość która we mnie siedzi. Najchętniej zamknąłbym się w sali treningowej, ale tam pewnie też znowu bym myślał o Destiny i chwilach spędzonych z nią. Jak robiła te wszystkie ćwiczenia siłowe, moje ulubione przysiady, jak próbowała mnie znokautować aż w końcu uderzyła mnie w nos, jak uczyła się strzelać i jak... cholera jasna nie. Naprawdę muszę przestać o niej myśleć bo inaczej oszaleję, a może już to się nawet stało.
 Oszalałeś na jej punkcie - ponownie wtrąca się głos, on też mnie już irytuje. Czemu musi istnieć, wszystko utrudnia i naprawdę nie ma racji. Po prostu... myślę o niej tyle, ponieważ trzyma się najdłużej ze wszystkich ofiar, które obrał sobie na cel Snake. Weszła do naszej paczki i dogaduje się dobrze z każdym, jako jedyna wykazała chęć tego abym nauczył ją walczyć. Pozostałe nie były tak blisko mnie, żadna dziewczyna od pięciu lat nie była gdyż nie byłem w stanie okazać uczuć po tym co zrobiłem. Nadal nie umiem sobie tego wybaczyć i pewnie nigdy nie będę umiał, w moim sercu zawsze będzie dziura i zawsze będzie krwawiła.
- Louis, co ty na to aby zamówić na wieczór pizzę? - Głos Raven sprowadza mnie na ziemię.
- Hmm? - Potrząsam głową i spoglądam na nią pytająco.
- Chcemy zamówić pizzę. Nie chce mi się wam gotować, znowu. - Mówi nakładając nacisk na ostatnie słowo przez co się lekko uśmiecham.
- Hola, hola. Gotowałaś nam tylko wczoraj. - Zauważa Hayden.
- Jak chcesz możesz zjeść to co było wczoraj, chyba jeszcze zostało. - Raven posyła mu mordercze spojrzenie.
- Nic nie mówiłem. - Podnosi ręce w geście obronnym.
- Tak myślałam, to co, zamawiamy? - Wszyscy jej przytaknęliśmy, prawie wszyscy. Dopiero teraz zauważyłem, że Destiny i Ethan gdzieś zniknęli. Przystanąłem i rozejrzałem się za nimi, ani śladu. Cholera gdzie ich wcięło?
- Chodź Louis, zanim przyjadą z tą pizzą będzie już noc! O nich się nie martw, wrócą! - Odpowiedziała Liv, zupełnie jakby czytała mi w myślach i starała się mnie pocieszyć. Lecz to nie ona odpowiadała za życie Destiny, tylko ja i naprawdę wolałbym gdyby się nie oddalała. Czułbym się też o wiele lepiej gdybym to ja był przy niej, lecz nie mogę, ona woli jego ode mnie. Mam nadzieję, że gdyby Snake nagle się pojawił Ethan dałby mu radę.
 Rzuciłem ostatnie spojrzenie na drogę i drzewa po obu jej stronach po czym odwróciłem się i z westchnieniem zacząłem iść dalej. Nie zrobiłem dwóch kroków gdy usłyszałem łamanie się gałązki, jakby ktoś na nią przypadkiem nadepnął. Natychmiast się odwróciłem i spojrzałem w kierunku, z którego według mnie dochodził odgłos i chyba zdążyłem zarejestrować ruch. Wyjąłem ręce z kieszeni i podbiegłem do tego miejsca, nikogo nie było. Zmarszczyłem brwi odwracając się dookoła, przesłyszało mi się a może zbyt mocno reaguję na zwykły, typowy dźwięk w lesie?
 Wróciłem na ścieżkę kręcąc przecząco głową ze zmarszczonymi brwiami. Nie możliwe abym był już przewrażliwiony, nigdy nie byłem i zawsze miałem rację, mój instynkt nigdy się nie mylił. Więc co umknęło mojej uwadze? Co powinienem teraz zrobić, co się zbliża? Na pewno nic dobrego, ale może na prawdę teraz niepotrzebnie się martwię? Nie, nie martwię się nadmiernie, ufam sobie i swoim przeczuciom. Oby Destiny wróciła z Ethan'em, inaczej będziemy mieli przerąbane.
 Wróciłem do domku ze złymi przeczuciami. Siedziałem na kanapie i co chwilę sprawdzałem godzinę licząc ile minut już ich nie ma, byłem trochę nerwowy, tylko trochę. Po dwudziestu minutach drzwi się otworzyły i wszedł Ethan, pełen energii z uśmiechem na twarzy. Destiny nie weszła po nim, gdzie ona do cholery jest?
- Hej wszystkim! Co robicie? - Zapytał kierując się do kuchni gdzie siedziała Liv i Hayden grając w monopol. Wpatrywałem się w drzwi czekając aż wejdzie przez nie z małym opóźnieniem Destiny, ale nic się nie działo.
- Czekamy na pizzę, a on płaci mi właśnie sto dwadzieścia funtów. - Oznajmiła mu Olivia triumfalnie się uśmiechając z wyciągniętą dłoń do Haydena, który załamany przeczesał włosy palcami i spojrzał na trzy banknoty, które mu zostały.
- Ta kobieta mnie wykończy. - Westchnął wręczając jej dwa banknoty.
- Dziękuję bardzo. - Odebrała je i dołączyła do swojej kupki, w której były chyba wszystkie możliwe banknoty z gry.
- Zamówiliście dla mnie cztery sery, prawda? - Zapytał Ethan siadając obok Haydena.
- Jasne, że tak. - Kiwnęła głową i rzuciła kostką po czym pokazała język do Haydena, który nie wierzył w to co widzi. Olivia miała szczęście po raz kolejny i nie stanęła na jego zakupione pola.
- Jak to możliwe? - Zapytał ale ja miałem lepsze pytanie. Gdzie do kurwy jest Destiny? Wstałem z kanapy i udałem się do kuchni stając obok Liv, na przeciw Ethana.
- Gdzie Destiny? - Od razu przeszedłem do rzeczy wypowiadając pytanie trochę ostrym tonem i zaciskając bardziej pięść, którą położyłem na blacie.
- Potrzebowała kilka minut wytchnienia, zaraz wróci i będziesz mógł dalej się w nią wpatrywać. - Uśmiechnął się znowu co mnie zdenerwowało jeszcze bardziej. Liv i Hayden to zauważyli i przyglądali nam się w milczeniu, bojąc się coś powiedzieć.
- Po pierwsze, wcale się na nią kurwa nie gapię. Po drugie co to ma niby kurwa znaczyć? Zostawiłeś ją?! - Pod koniec uniosłem swój ton. On nie zdawał sobie sprawy, że dając jej tą chwilę wytchnienia mógł wpakować ją prosto w ręce Snake'a.
- Louis, bracie, spokojnie. - Uśmiech zniknął z jego twarzy i chyba zaczął pojmować co tak naprawdę zrobił, nareszcie cholera. - Wróci za chwilę, zobaczysz. Niby jak Snake miałby się tutaj znaleźć?
- No nie wiem, przyjechać za nami?! Gdzie ona jest?
- Louis on nie mógł za nami przyjechać. - Odważył się wtrącić Hayden. Skierowałem na niego wzrok, który dotychczas miałem utkwiony w Ethanie.
- Och doprawdy? Jednak mógł, wiem na co go stać, póki nie zabije nie odpuści. Jestem pewien, że widziałem jego ludzi...
- Jego ludzi, nie samego Snake'a. - Przerwał mi Hayden.
- Tam gdzie oni to i Snake'a! - Wykrzyknąłem. - To, że go nie widać, nie znaczy że go tutaj nie ma! Gdzie ona jest?! - Powtórzyłem pytanie skierowane do Ethana, na którego twarzy malował się smutek. Trochę mu zajęło zanim zebrał się za odpowiedź.
- Ja... ona... Destiny jest na klifie... - Wydusił z siebie w końcu. Zamknąłem oczy biorąc głęboki wdech aby nie rzucić się na niego i go nie zabić za taką głupotę. Myśl Louis, działaj, uratuj ją.
- Okej... - Powiedziałem spokojnie wpatrując się w blat. - Zawołajcie Raven, bierzemy broń i idziemy na klif, ona nie może zginąć. - Rozdałem polecenia i sam ruszyłem do schowka z bronią, a chłopaki za mną, Liv poszła po Raven. Zmieniliśmy się z zabawnych w twardzieli, wyszkolonych i gotowych na obicie komuś buźki.
- Przepraszam Louis, że nie pomyślałem o tym, naprawdę przepraszam, cholera chciałem dobrze. - Mówił Ethan idąc za mną do schodów pod którymi była komórka a w podłodze skrzynia z bronią. Otworzyłem klapę, a następnie pudło i podałem najpierw Hayden'owi pistolet i naboje.
- Będziesz przepraszał ją nie mnie, jeżeli jeszcze w ogóle żyje. - Wepchnąłem mu do rąk pistolet już nabity po czym sam wziąłem jeden dla siebie i dwa dla dziewczyn, które pojawiły się po chwili, również gotowe do akcji.
- Żyje, musi, naprawdę przepraszam. - Kontynuował kiedy przeszliśmy do drzwi. Westchnąłem zirytowany, przeszkadzał mi w obmyślaniu działania.
- Zamknij się już, słowa jej nie pomogą, musimy działać. - Odwróciłem się do nich przodem i spojrzałem na każdego. - Olivia, Hayden idziecie na południe, okrężną drogą do klifu, zbadajcie teren. Raven, Ethan, wy za mną na skróty. Nie powstrzymujcie się od strzałów za to ich unikajcie jakby też byli uzbrojeni. Uważajcie na siebie, macie wrócić cali z Destiny, potem się stąd zwiniemy.
- Zawsze wracamy cali, damy im radę, jeżeli tutaj są. - Zauważył Hayden z uśmiechem. Widać było, że jest podekscytowany i nie narzekałby gdyby mógł komuś wpierdolić.
- Dobra, wiecie co robić, powodzenia. - Kiwnąłem głową i odwróciłem się z powrotem do drzwi otwierając je i wychodząc z nadzieją, że jednak nie dojdzie do starcia między moimi przyjaciółmi, a ludźmi Snake'a, a Destiny będzie żyła.
- Witaj, przystojniaczku. - Z ust nie jakiej Cassandry, zakochanej bez wzajemności w Sanke'u wyszły te dwa słowa, a następnie śmiech. Stała u szczytów schodów a niżej za nią This, Kade i Shane. Kurwa wiedziałem, że tu są, wiedziałem kurwa.
- Gdzieś się wybieracie? - Zapytała podchodząc do nas trochę bliżej.
- Na spacer, ale jak widać mamy niespodziewanych gości. - Odpowiedziałem z fałszywym uśmiechem.
- No tak, zapomnieliśmy zadzwonić. - Wzruszyła ramionami. - Ale chyba znajdziecie dla nas dosłownie klika minut, prawda?
- Nie wiem, jesteśmy nie przygotowani. Jakbyście nas uprzedzili skoczylibyśmy do sklepu po ciasto na przykład. - Nie chciałem prowadzić tej niby jakże niewinnej rozmowy, która działała na naszą niekorzyść, lecz nie miałem wyboru. Byli uzbrojeni, gwałtowny ruch a mogli również zaatakować, a z tarasu dużego pola ucieczki nie ma. Może i jakoś udałoby mi się wszystko przeprowadzić bez ofiar gdyby nie niecierpliwość Shane'a, niech go diabli wezmą.
- Oj dajcie spokój, każdy z nas dobrze wie po co tu jesteśmy, możemy przejść do rzeczy? - Przewrócił oczami i wycelował w naszą grupę po czym strzelił. Olivia została powalona na ziemię przez Haydena, który szybko zareagował. Kula trafiła w szybkę w drzwiach, która rozbiła się i na ziemię posypały się kawałki szkła.
- Ty pieprzony skurwielu, jak mogłeś celować w moją dziewczynę! - Wycedził przez zęby i po chwili znalazł się przy nim, rozbroił i zaczął okładać pięściami po twarzy. Reszta również skoczyła sobie do gardeł rozpoczynając bójkę. Liv zmierzyła się z Tish, Raven naskoczyła na Cassandrę. Ethan i ja stanęliśmy przeciwko Kade'owi.
- Idź po Destiny, a ja się nim zajmę. - Powiedział Ethan stojąc przy moim boku.
- Jesteś tego pewny? - Odpowiedziałem, obydwaj celowaliśmy w Kade'a, który miał nóż zamiast pistoletu.
- Jak nigdy, ona cię potrzebuję, a my sobie poradzimy. - Zapewnił mnie a następnie strzelił w Kade'a, który odskoczył w bok a potem w przód na niego i zaczęli się bić, dodatkowo Ethan próbował unikać ostrza. - Na co czekasz, biegnij! - Ponaglił mnie. Pokiwałem głową i zerwałem się do biegu.
- Nie! Zatrzymać go! On nie może nam uciec! - Krzyczała za mną Cassandra, ale nikt za mną się nie udał. Każdy był zajęty walką. Miałem nadzieję, że każdy wyjdzie z tego cały, jak zawsze.
 Biegłem przez plażę najszybciej jak mogłem. Piasek nie ułatwiał tego zadania, stopy zapadały się w niego, wsypywał się do butów, ale starałem się z całych sił, których dodawała mi myśl, że Destiny mnie potrzebuję i muszę ją uratować, nie mogę jej stracić.
 Kiedy byłem przy skraju lasu i wbiegałem do niego usłyszałem krzyk. Zamarłem odwracając się do oceanu i uświadamiając sobie, że Snake zrzucił ją z klifu a ona utopi się, pójdzie na dno.
 Natychmiast zawróciłem biegnąc do brzegu a po drodze pozbywałem się ciuchów. Byłem w samych bokserkach kiedy wbiegłem do wody i zacząłem płynąć do niej również jak najszybciej tylko mogłem. Tym razem utrudniała mi to zadanie niska temperatura wody i fale, które coraz bliżej klifu zaczęły być coraz silniejsze i zachowywały się jakby wyrywały mnie sobie. Lecz nie to mnie denerwowało najbardziej, tylko to, że nie widziałem nigdzie Destiny. Pływałem, pływałem, pływałem i jeszcze raz pływałem w każdym możliwym kierunku, ale nigdzie jej nie widziałem ani nie słyszałem.
- Destiny! - Zawołałem i to nie raz, ale nikt się nie odezwał. Cholera, cholera, cholera. Gdzie ona jest?
 Wtedy mnie olśniło, przecież może już iść na dno. Pokręciłem głową bo to nie brzmiało dobrze i biorąc głęboki wdech zanurkowałem. Pod wodą też nie było jej łatwo dostrzec, nie wiedziałem też jak daleko jest przez co miałem ochotę skulić się w kącie i zacząć płakać, ale nie mogłem, musiałem ją znaleźć. Dam radę, wytrzymam i znajdę ją, nie stracę kolejnej ważnej osoby.
 Musiałem wypłynąć z trzy razy i ponownie nabrać powietrza zanim zauważyłem żółty, neonowy przebłysk. Nigdy w życiu nie dziękowałem tak bogu, że Destiny postanowiła założyć dzisiaj trampki w tym kolorze. Wiedząc, że ją znalazłem dostałem na nowo zastrzyku sił i radości, która zniknęła tak samo jak się pojawiła.
 Kiedy do niej podpłynąłem chwyciłem ją za rękę, przyciągnąłem do siebie i skierowałem się na powierzchnię. Kiedy wypłynąłem od razu zacząłem kierować się do lądu co również nie było łatwe, ale udało się. Przez całą drogę próbowałem ją obudzić, ale ona nie reagowała, była sztywna i zimna. Miała sine usta, czerwone ślady na szyi, nie oddychała.
 Na brzegu od razu ułożyłem ją na piasku, zgarnąłem swoje ciuchy i zacząłem ją reanimować, musiała żyć.
- No dalej, Destiny, wiem, że twoje serce jeszcze bije, wracaj do mnie, do nas. - Mówiłem trochę załamany wykonując trzydzieści ucisków. Nie dopuszczałem do siebie myśli, że mogę ją stracić ani żadnego z moich przyjaciół, którzy zostali wdając się w bójkę z wrogiem.
- Obudź się.. Destiny.. - Traciłem nadzieję na to, że otworzy oczy. Zabierałem się za trzecie powtórzenie a ona dalej nic, traciłem ją, zawiodłem.
- Destiny... nie możesz, kocham cię... - Wyszeptałem pod nosem mając łzy w oczach.

                                                           ~

 "Kocham cię". Usłyszałam w mojej głowie i zaczęłam się włączać, serce od nowa zaczynało bić. Najpierw odzyskałam słuch i wtedy usłyszałam te dwa słowa, które natychmiast zniknęły w otchłani moich myśli. Drugie w kolejności było czucie. Piasek przylepiony do mojego mokrego ciała oraz zimno, przeraźliwe zimno. Ostatni był wzrok. Otworzyłam gwałtownie oczy tak samo jak nagle zaczęłam kaszleć pozbywając się wody z płuc i trzęsłam się, szczękałam zębami, zamarzałam. Otuliłam się rękoma, a potem poczułam ciepłą bluzę na ramionach i silne ręce, które zamknęły mnie w szczelnym uścisku.
 Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że to Louis, jego bluza, jego ręce mocno trzymające mnie w uścisku i to jego klatka piersiowa do której jestem przytulona.
- Boże mało na zawał nie zszedłem, tak się cieszę, że zdążyłem i tak bardzo cię przepraszam. - Mówił pocierając moje ramię.
- J... jest... ok. - Wydukałam bo wciąż się trzęsłam i szczękałam zębami.
- Musisz wrócić do domku, natychmiast się ogrzać inaczej dostaniesz hipotermii, albo najlepiej zadzwonię po karetkę, dasz radę iść?
- N.. nie. - Odpowiedziałam, ale chodziło mi bardziej o to, że nie miał dzwonić po karetkę. Moja mama nie mogła się dowiedzieć o tym co się właśnie wydarzyło. Ale Louis zrozumiał to inaczej i po tym jak się szybko ubrał wziął mnie na ręce i rękach zaczął wracać do domku w milczeniu. Czasem coś wtrącał jak to bardzo się cieszy, że żyję. Tymczasem ja skupiałam się na tym aby było mi cieplej.
- Jesteśmy, Destiny żyje, a wy, cali, zdro... Ethan? - Oznajmił Louis zbliżając się do grupki przyjaciół, która siedziała na piasku. Kiedy się zbliżyliśmy poznaliśmy prawdziwy powód czemu akurat tutaj się znajdowali.
 Ethan leżał na piasku, głowę miał na kolanach Raven. Olivia wtulona w Haydena płakała, każdy płakał, a po chwili i ja z Louisem.
- Oni.. my.. zaczęli uciekać i.. i pobiegliśmy za nimi... - Zaczęła wyjaśniać Raven płacząc i pociągając nosem. - Wtedy pojawił się on... Snake i... i on strzelił... Ethan dostał i.. ja, boże... Ethan.. - Nie dokończyła, załamała się i zaczęła bardziej płakać głaszcząc delikatnie jego policzki.
- Zadzwoniliśmy po karetkę... może go uratują... - Powiedział również szlochając Hayden. Obejmował Liv, pocierał jej plecy i całował w czoło, próbował pocieszyć dziewczynę, która wypłakiwała łzy w jego koszulkę.
- Czy.. czyli żyje jeszcze? - Zapytał Louis drżącym głosem nerwowo łapiąc się za włosy i pociągając za nie.
- Mam się świetnie. - Odezwał się Ethan, ale Raven go uciszyła by leżał spokojnie, a zaraz przyjedzie pomoc. Wcale nie wyglądał na to aby było świetnie. Piasek pod jego plecami był czerwony od krwi, tak samo dłoń którą trzymał na lewych żebrach.
- Ethan... wybacz mi, to moja wina... - Złapał za jego dłoń Louis.
- Nie mam za co... - Patrzył na niego spokojnie, jakby dopiero się obudził, a nie umierał.
- Mam, chociażby za to, że na ciebie naskoczyłem! Za inne kłótnie i niedocenianie cię, za wiele rzeczy.
- Racja, mam świetne pomysły. - Uśmiechnął się, a za chwilę skrzywił z bólu i zakaszlał, krwią. Przerażał mnie ten widok, ale nie umiałam zamknąć oczu, znowu wtulić się w Louisa.
- Dasz radę. - Bardziej stwierdził niż zapytał Lou ściskając jego dłoń.
- Cieszę się, że uratowałeś ją. - Odpowiedział przenosząc wzrok na mnie. Uświadamiam sobie, że gdyby nie ja on by żył, poświęcił się walcząc przeciwko Snake'owi. Ta myśl jeszcze bardziej mnie dobija i płaczę jeszcze mocniej.
- Ethan... - Szepnęłam błagalnie i pokręciłam głową. On nie może umrzeć, tyle dla mnie zrobił w tak krótkim czasie, no po prostu nie może odejść.
- To była przyjemność cię poznać i by móc pomagać cię chronić - Kolejny grymas i atak kaszlu, zakryłam usta ręką nie wierząc w to co się dzieje.
- Będziesz mnie znał dalej, nas wszystkich. - Powiedziałam szeptem z lekką chrypą.
- Kocham was. - Zamknął oczy po czym otworzył je znowu z wysiłkiem. Nie, nie, nie. Protestowałam w środku.
- Powiedźcie też to moim rodzicom - Wziął oddech. - Mimo wszystko ich kocham i że.. - Kolejny oddech. - żeby nie płakali. - Jego oddech stawał się coraz wolniejszy. - A na moim pogrzebie niech puszczą dobrego rocka. - Wysapuje kolejne słowa między oddechami.
- Będziesz żył, Ethan. Zobaczysz, zaraz będzie tutaj karetka. - Zwróciła się znowu do niego Raven. Spojrzał na nią i uśmiechnął się.
- Do zobaczenia, mała. - Oddech.
 Leżał nieruchomo z zamkniętymi oczyma. Wyczekiwałam kolejnego oddechu, ale nic takiego nie nastąpiło. Ethan umarł.
 Każdy zaczął płakać. Przywarłam do Louisa, a on od razu mnie objął i schował twarz w moją szyję, nie chciał na to patrzeć tak jak ja. Straciliśmy przyjaciela. Nie znałam go tak długo jak oni, ale i tak był dla mnie ważną osobą, teraz go nie ma, a to wszystko przeze mnie.

                                                                ~†~