piątek, 26 sierpnia 2016

† Chapter 2 †

                                                      † Slaves Love†


Podczas naszej drogi powrotnej do domu ze szpitala mama przedstawiła mi wszystkie punkty mojego szlabanu, na które ze względu na mój beznadziejny nastrój bez żadnego słowa sprzeciwu przystałam. Pierwszym punktem oczywiście był zakaz wychodzenia z domu. Jedynie do szkoły do której miał zawozić mnie Ed lub Daniel, starzy przyjaciele taty. Tak samo mieli mnie odbierać z niej i podwozić pod sam dom. Miałam nosić przy sobie gaz pieprzowy i wysyłać do mamy w ciągu trwających lekcji przynajmniej dwa SMS-y aby miała pewność, że jeszcze żyję. Dodatkowo spadły na mnie niektóre obowiązki domowe jak zmywanie, odkurzanie czy pranie, które miałam wykonywać przez następny miesiąc.
- Muszę już iść… - mruknęłam w krótkiej przerwie między pocałunkami Louisa. Siedziałam w jego samochodzie i jak zawsze nasz pocałunek na pożegnanie zamienił się w całą serię. Niestety Ed czy Daniel nie robi za naszą przyzwoitkę i trudno nam się od siebie oderwać, a jak to możliwe? No cóż… musiałam znowu nakłamać.
Kiedy dostałam liścik od Snake’a postanowiłam znowu wrócić do treningów z Louisem. Nie mogłam przedstawić prawdy mamie więc wymyśliłam, że Ed zaproponował mi kurs samoobrony, który przebiegałby pod ich okiem więc byłabym bezpieczna. Edowi natomiast powiedziałam, że mama wpadła na pomysł z kursem i ze szkoły odbierać mnie będzie George, który także odbierze mnie po zajęciach. Był to dosyć ryzykowny pomysł i zaserwował mi sporo stresu, ale musiałam spróbować i proszę, udało się!
- Jeszcze minuta… - odpowiedział zaczynając całować moją szyję.
- Louis… - westchnęłam przechylając głowę na bok.
- Hm? – mruknął.
- Naprawdę powinnam iść… jestem już spóźniona… - powiedziałam na co jęknął niezadowolony. Przestał mnie całować i odchylił głowę na oparcie fotela ukazując swoją twarz wykrzywioną grymasem niezadowolenia.
-Zobaczymy się jutro – powiedziałam uśmiechając się i kładąc dłonie na jego policzkach.
- Wiem to a ty wiesz, że dla mnie ten czas ciągnie się w nieskończoność. – Złapał moje dłonie w swoje i splótł nasze palce.
- Wytrzymasz, wierze w ciebie. – Pocałowałam go w czoło na co się rozpromienił.
- No dobra, leć już – powiedział otwierając mi drzwi. Wzięłam swoją torbę i zeszłam z jego kolan opuszczając samochód.
- Do zobaczenia! – Pomachałam mu zamykając jednocześnie drzwi. Odmachał mi i odprowadził mnie wzrokiem. Pobiegłam truchtem w kierunku domu aby nie dorobić sobie kolejnej minuty spóźnienia.
- Spóźniona! – Usłyszałam głos mamy kiedy tylko weszłam do domu. Przewróciłam oczami zdejmując trampki po czym poszłam do niej do kuchni.
- Tylko osiem minut – powiedziałam całując ją w policzek na przywitanie.
- Ja bym powiedziała, że aż osiem. Naczynia już zaczynały się o ciebie martwić. – Skinęła głową w kierunku zlewu i sterty naczyń z całego dnia.
- Nie mogę zrobić sobie nawet kilku minutowego odpoczynku? – zapytałam siadając naprzeciw niej i wzięłam do ręki jedną z wielu kartek, które leżały na stole.
- Oczywiście, że możesz. Nie interesuje mnie kiedy tylko czy w ogóle to zrobisz – odpowiedziała zakreślając coś na kartce i odkładając ją na stosik po prawej.
- Mamo, co to jest? – zapytałam ją ponownie odwracając w jej stronę trzymaną przeze mnie kartkę.
- Oferta mieszkaniowa – odpowiedziała wzruszając ramionami.
- Widzę, ale chodzi o to, że czemu to tu leży? – Zaczęłam przeglądać inne oferty. Różne typy mieszkań, w różnych miastach. Jedna nawet pochodziła z Ameryki, to był jakiś żart prawda?
Mama wspominała, że się wyprowadzimy ale myślałam, że jednak przekonałam ją aby tego nie robić. Przecież nie mogę wyjechać, zwłaszcza po tym liściku, jak będę ratować przyjaciół będąc zza oceanem? Chyba, że zostawi ich i pojedzie za mną, przejmie samolot i doprowadzi do katastrofy.
Nie, stop. Nie mogę tak myśleć, to głupie, tak nie będzie.
- Szukam dla nas nowego mieszkania, wyprowadzamy się.
- Myślałam, że ten pomysł został anulowany.
- Też tak myślałam, ale po tym jak powiedziałaś mi o kursie samoobrony uświadomiłam sobie, że nawet jeśli teraz twój prześladowca nie daje o sobie znaku życia nie znaczy wcale, że postanowił porzucić swoje plany. Dlatego dla pewności jednak się przeprowadzimy tylko nie wiem jeszcze gdzie, jest wiele atrakcyjnych ofert, a dzięki zarobkom George’a możemy sobie na to pozwolić. Czy to nie wspaniałe? Możemy pojechać nawet do Paryża, zwiedzić trochę świata.
- Żartujesz , prawda? – zapytałam osłupiała.
Nie mogłam w to uwierzyć, że ona naprawdę chciała to zrobić i mówiła mi w dodatku o tym jako o czymś przyjemnym czyli zwiedzaniu świata i różnych jego zakątków. Może i chciałabym to zrobić, ale przecież nie mogłam opuścić Carlisle, miałam tutaj przyjaciół, szkołę i Louisa.
- Kochanie, ja rozumiem, że będzie ci się ciężko rozstać z tym miejscem i zaaklimatować  w nowym, ale chcę abyś była bezpieczna. – Przerwała przeglądanie ofert i spojrzała na mnie. Położyła dłoń na mojej głaszcząc ją kciukiem.
-Właśnie, że nie rozumiesz. - Zabrałam dłoń i otarłam nią łzy, które zaczęły mi spływać po policzkach.
- Destiny… wiem, że mówiłaś, że nic ci już nie grozi ale chcę mieć pewność.
- Skąd wiesz, że przeprowadzka da ci stu procentową gwarancje na moje bezpieczeństwo? Jeżeli on wróci to nie spocznie. Znajdzie nas, a wtedy co, znowu się wyprowadzimy? Będziemy przed nim wiecznie uciekać? – Wstałam z krzesła i uniosłam swój ton.
- Jeżeli to będzie konieczne to tak. Jednakże mam nadzieję, że policja go złapie do tego czasu. – Prychnęłam kręcąc głową z niedowierzaniem, ona mnie w ogóle nie słuchała.
- Policja tu nic nie da! Też ci o tym wspominałam, on jest zbyt przebiegły, mamo.
- Destiny, uspokój się. – Wstała i podeszła do mnie kładąc jedną rękę na moim ramieniu a drugą ścierała kolejne łzy.
– Pamiętam co mówiłaś, ale zrozum, że się po prostu o ciebie troszczę. Gdy będziesz matką sama to zrozumiesz. – Uśmiechnęłam się na jej ostatnie słowa. Gdy będę matką, jasne, prędzej umrę.
- Skoro już postanowione, że zamierzasz pozbawić mnie kontaktu ze znajomymi to może pozwolisz mi się z nimi spotykać i wykorzystać ostatnie dni? – zapytałam po czym od razu dodałam. – Mam zaproszenie na randkę.
- Co? Od kogo? – Zmarszczyła brwi.
- Louis, wspominałam ci o nim – odpowiedziałam.
- Och to wspaniale, kochanie!– Uśmiechnęła się szeroko do mnie ale moja twarz wciąż pozostawała niewzruszona.
- Mogę iść czy nie? – zapytałam krótko, a uśmiech zniknął z jej twarzy. Zrozumiała, że nie wyciągnie ze mnie nic konkretnego, że nie mam humoru na to aby plotkować z nią w tym momencie o chłopakach.
- Kiedy?
- W ten piątek.
- Możesz, ale masz wrócić o dziesiątej do domu – powiedziała puszczając mnie.
Odwróciłam się biorąc swoją torbę z podłogi i wyszłam z kuchni pod nosem mówiąc ciche „dziękuję”. Wbiegłam po schodach na górę do swojego pokoju. Odrzuciłam torbę na bok, zatrzasnęłam drzwi i znowu zaczęłam wylewać łzy w poduszkę.

                                                                ~†~

piątek, 12 sierpnia 2016

† Chapter 1 †

                                                      † Slaves Love†


Ostatnie dwa tygodnie wakacji minęły i były dla mnie jak piękny sen, z którego nie chce się obudzić tylko pragnie się aby trwał wiecznie.
Dni przemijały mi w spowolnionym tempie z narastającą temperaturą i w towarzystwie najlepszych osób, z którymi przesiadywałam na mieście lub w parku. Siedzieliśmy na leżakach i napawaliśmy się słońcem, które przyjemnie muskało naszą skórę i dodawało jej ciemniejszego odcienia.
Wieczorem tańczyliśmy słuchając muzyki jakiegoś mało znanego, dopiero zaczynającego zespołu, który był podekscytowany swoimi pięcioma minutami po których każde z nas rozchodziło się w swoją stronę.
Wracałam do domu idąc wtulona w Louisa z jego ręką na moim ramieniu i w jego bluzie, którą zawsze mi oddawał bo noce były chłodne. Słuchałam naszych kroków i oddechów, które były jedynymi dźwiękami wydawanymi o tak późnej godzinie. Wyciszałam się, wzrastało zmęczenie i chęć na znalezienie się w łóżku.
Czułam się przez to wszystko taka szczęśliwa i lekka. Jakby kule u moich nóg z całym tym ciężarem, który na mnie spoczywał przez ostatnie miesiące został odcięty. Nareszcie mogłam się wznieść w powietrze i lecieć po błękitnym niebie, czuć wiatr we włosach, dotknąć chmur.
Ostatniego wieczoru wakacji zdałam sobie sprawę, że przecież nie mam skrzydeł i ludzie nie mogą ot tak sobie latać bo działa takie coś jak grawitacja. Spadłam więc na ziemię z dużym impetem, wróciła szara rzeczywistość i kule u nóg.
Siedziałam wtedy oparta o tors Louisa i patrzyłam w niebo na fajerwerki.
- Kocham cię – wyszeptał do mojego ucha w pewnym momencie.
– Kocham cię w cholerę i nie obchodzi mnie to czy Snake może się w tym momencie na nas patrzy. Obchodzi mnie to, że to ja mam cię w ramionach, a nie on – dodał jeszcze i pocałował moje ucho.
- Ja ciebie też kocham i także w cholerę – odpowiedziałam dopiero po chwili i delikatnie się uśmiechnęłam patrząc na niego. Odwzajemnił uśmiech i nachylił się aby mnie pocałować.
Niby wszystko pięknie, powiedział mi, że mnie kocha a ja się tym tak martwiłam. Lecz to tylko dlatego, że przecież Snake obiecał zabić każdego kogo kocham i kto kocha mnie, a ja o tym zapomniałam. Przez całe dwa tygodnie nic nie robiłam w kierunku ochrony bliskich. Obijałam się, pozwalałam by Snake realizował swój plan.
 „Zaczął się nowy rok szkolny, a z nim zaczyna się nasza gra”, tak brzmiało pierwsze zdanie kolejnego liściku od Snake’a, który dostałam następnego dnia. Reszta wyjaśniała zasady gry, która polegała na tym, że będzie takich listów więcej i każdy będzie zawierał zagadkę dotyczącą miejsca pobytu porwanej przez niego osoby. Jeżeli dobrze ją rozwiążę w przeciągu siedemdziesięciu dwóch godzin to będę miała szansę na uratowanie tej osoby.
Załamałam się na początku bo byłam pewna, że nie dam rady rozwiązać tych zagadek i będę musiała patrzeć jak ważne dla mnie osoby po kolei umierają w nie wiadomo jaki sposób. Jak pięć trumien zakopują w ziemi, jak zostaję sama i popadam w obłęd.
Później wściekłość, którą do siebie czułam przez to, że siedziałam bezczynnie zmotywowała mnie do działania i próbowałam wymyślić swój plan działania.
Pierw postanowiłam spisać wszystkie osoby, które kocham i upewnić się, że są obserwowane przez specjalnie wyznaczone osoby z grupy Louisa. Następnie zabrałam nóż z kuchni i schowałam w torbie tak na wszelki wypadek jakby nagle Snake postanowił mnie zaatakować, a nie kogoś z listy. Zapytałam również Louisa czy możemy wrócić do treningów. Zgodził się więc poświęcam im teraz każde popołudnie po szkole bo w końcu muszę nadrobić stracony czas. Jestem też czujna i zastanawiam się kiedy uderzy i na kogo najpierw, jest przecież tyle możliwości…
- Des! Przestań, na dziś już wystarczy, Destiny! – Przez chmarę myśli przebił się do mnie głos Louisa, który przywołał mnie na ziemię.
- Przepraszam ja… zamyśliłam się – odpowiedziałam przestając uderzać w worek treningowy i próbując złapać oddech.
- Ostatnio jesteś dosyć często zamyślona i spięta. Co się z tobą dzieje? – zapytał mnie Louis kładąc swoje dłonie na moich ramionach i patrząc mi w oczy.
- Nic… - skłamałam. Louis nic nie wie o liścikach. Miałam mu powiedzieć, ale wciąż zapominałam, odkładałam to na później. W końcu uznałam, że lepiej będzie jak mu nie powiem gdyż chociaż jedno z nas nie powinno sobie tym głowy zawracać i żyć w spokoju.
- Właśnie widzę to całe nic – odpowiedział.
- Po prostu… - westchnęłam i tym samym zyskałam chwilę na zastanowienie się nad słowami. Kiedy już przyszły kontynuowałam. - Stresuje się szkołą, martwię się o mamę i przyjaciół… - wyznałam mu w dosyć bardzo skrócony sposób prawdę.
- Przecież mamy wszystko pod kontrolą, a śladu po Snake’u nie ma od miesiąca.
- Wiem, ale… - spróbowałam mu przerwać.
- Żadnych ale, ja teraz mówię – na jego twarzy pojawił się uśmiech, którego nie umiałam nie odwzajemnić.
- Okej – kiwnęłam głową i pozwoliłam mu mówić dalej.
- Jeżeli coś się wydarzy jesteśmy gotowi więc nie musisz się niczym przejmować, damy radę. Czy kiedykolwiek zawaliliśmy? – zapytał. Wiedziałam, że ma rację a to pytanie było tylko po to abym przypomniała sobie ten istotny fakt. Lecz nie umiałam od tak pozbyć się moich zmartwień i ufać, że wszystko jest pięknie, kolorowo.
- Nie – odpowiedziałam na jego pytanie.
- No właśnie, więc nie stresuj się, rozluźnij. A jak nie potrafisz to… to pozwól, że ja się tym zajmę i… i zabiorę cię na randkę w ten piątek – wydusił z siebie z wielkim trudem. Na mojej twarzy pojawiło się wielkie zdumienie.
- Na randkę? – zapytałam upewniając się, że dobrze usłyszałam.
- Tak, na randkę. No wiesz, um… pójdziemy gdzieś tylko we dwójkę, na kolację i… - przerwałam mu śmiejąc się.
- Wiem, jak wygląda randka, Louis – powiedziałam. Nie mogłam uwierzyć w to, że zaprosił mnie na randkę, sam Louis we własnej osobie. O Boże!
- Racja, no ale… zgadasz się?
- A czy dwa plus dwa to cztery? – spytałam poruszając zabawnie brwiami.
- To znaczy tak? – Podniósł jeden kącik ust do góry.
- Tak – zaśmiałam się ponownie, a Louis wraz ze mną i dodatkowo objął mnie w pasie i przyciągnął bliżej siebie.
- Boże to dobrze, tak się stresowałem – powiedział z ulgą w głosie i pocałował mnie w policzek.
- Niby czym?
- No cóż… to tak jakby będzie moja pierwsza randka?
- Żartujesz, prawda?
- Nie, nie żartuję – spoważniał a ja razem z nim. Stał się znów tym poważnym gościem, który na pierwszy rzut oka jednym ruchem mógłby skręcić ci kark więc lepiej się do niego nie zbliżać.
Znam go dwa miesiące (to znaczy przez ten czas jesteśmy razem i rozmawiamy normalnie ze sobą bez żadnego unikania obecności swojej osoby) i zdążyłam zauważyć, że staje się taki nieprzyjemny zawsze kiedy poruszamy temat związany z jego przeszłością. Wydaje mi się, że nie chce abym ją poznała i coś ukrywa.
- Och, no cóż. Kiedyś zawsze musi być ten pierwszy raz – zaśmiałam się lekko próbując rozluźnić ponownie atmosferę ale mi się jakoś nie udało.
- A dokąd mnie zabierasz, jeżeli mogę wiedzieć? – odezwałam się ponownie po krótkiej chwili ciszy. Louis postanowił wpatrywać się we mnie i popaść w zamyślenie.
- Nie możesz – odpowiedział kręcąc przecząco głową. - To będzie niespodzianka.

                                                               ~†~