piątek, 12 sierpnia 2016

† Chapter 1 †

                                                      † Slaves Love†


Ostatnie dwa tygodnie wakacji minęły i były dla mnie jak piękny sen, z którego nie chce się obudzić tylko pragnie się aby trwał wiecznie.
Dni przemijały mi w spowolnionym tempie z narastającą temperaturą i w towarzystwie najlepszych osób, z którymi przesiadywałam na mieście lub w parku. Siedzieliśmy na leżakach i napawaliśmy się słońcem, które przyjemnie muskało naszą skórę i dodawało jej ciemniejszego odcienia.
Wieczorem tańczyliśmy słuchając muzyki jakiegoś mało znanego, dopiero zaczynającego zespołu, który był podekscytowany swoimi pięcioma minutami po których każde z nas rozchodziło się w swoją stronę.
Wracałam do domu idąc wtulona w Louisa z jego ręką na moim ramieniu i w jego bluzie, którą zawsze mi oddawał bo noce były chłodne. Słuchałam naszych kroków i oddechów, które były jedynymi dźwiękami wydawanymi o tak późnej godzinie. Wyciszałam się, wzrastało zmęczenie i chęć na znalezienie się w łóżku.
Czułam się przez to wszystko taka szczęśliwa i lekka. Jakby kule u moich nóg z całym tym ciężarem, który na mnie spoczywał przez ostatnie miesiące został odcięty. Nareszcie mogłam się wznieść w powietrze i lecieć po błękitnym niebie, czuć wiatr we włosach, dotknąć chmur.
Ostatniego wieczoru wakacji zdałam sobie sprawę, że przecież nie mam skrzydeł i ludzie nie mogą ot tak sobie latać bo działa takie coś jak grawitacja. Spadłam więc na ziemię z dużym impetem, wróciła szara rzeczywistość i kule u nóg.
Siedziałam wtedy oparta o tors Louisa i patrzyłam w niebo na fajerwerki.
- Kocham cię – wyszeptał do mojego ucha w pewnym momencie.
– Kocham cię w cholerę i nie obchodzi mnie to czy Snake może się w tym momencie na nas patrzy. Obchodzi mnie to, że to ja mam cię w ramionach, a nie on – dodał jeszcze i pocałował moje ucho.
- Ja ciebie też kocham i także w cholerę – odpowiedziałam dopiero po chwili i delikatnie się uśmiechnęłam patrząc na niego. Odwzajemnił uśmiech i nachylił się aby mnie pocałować.
Niby wszystko pięknie, powiedział mi, że mnie kocha a ja się tym tak martwiłam. Lecz to tylko dlatego, że przecież Snake obiecał zabić każdego kogo kocham i kto kocha mnie, a ja o tym zapomniałam. Przez całe dwa tygodnie nic nie robiłam w kierunku ochrony bliskich. Obijałam się, pozwalałam by Snake realizował swój plan.
 „Zaczął się nowy rok szkolny, a z nim zaczyna się nasza gra”, tak brzmiało pierwsze zdanie kolejnego liściku od Snake’a, który dostałam następnego dnia. Reszta wyjaśniała zasady gry, która polegała na tym, że będzie takich listów więcej i każdy będzie zawierał zagadkę dotyczącą miejsca pobytu porwanej przez niego osoby. Jeżeli dobrze ją rozwiążę w przeciągu siedemdziesięciu dwóch godzin to będę miała szansę na uratowanie tej osoby.
Załamałam się na początku bo byłam pewna, że nie dam rady rozwiązać tych zagadek i będę musiała patrzeć jak ważne dla mnie osoby po kolei umierają w nie wiadomo jaki sposób. Jak pięć trumien zakopują w ziemi, jak zostaję sama i popadam w obłęd.
Później wściekłość, którą do siebie czułam przez to, że siedziałam bezczynnie zmotywowała mnie do działania i próbowałam wymyślić swój plan działania.
Pierw postanowiłam spisać wszystkie osoby, które kocham i upewnić się, że są obserwowane przez specjalnie wyznaczone osoby z grupy Louisa. Następnie zabrałam nóż z kuchni i schowałam w torbie tak na wszelki wypadek jakby nagle Snake postanowił mnie zaatakować, a nie kogoś z listy. Zapytałam również Louisa czy możemy wrócić do treningów. Zgodził się więc poświęcam im teraz każde popołudnie po szkole bo w końcu muszę nadrobić stracony czas. Jestem też czujna i zastanawiam się kiedy uderzy i na kogo najpierw, jest przecież tyle możliwości…
- Des! Przestań, na dziś już wystarczy, Destiny! – Przez chmarę myśli przebił się do mnie głos Louisa, który przywołał mnie na ziemię.
- Przepraszam ja… zamyśliłam się – odpowiedziałam przestając uderzać w worek treningowy i próbując złapać oddech.
- Ostatnio jesteś dosyć często zamyślona i spięta. Co się z tobą dzieje? – zapytał mnie Louis kładąc swoje dłonie na moich ramionach i patrząc mi w oczy.
- Nic… - skłamałam. Louis nic nie wie o liścikach. Miałam mu powiedzieć, ale wciąż zapominałam, odkładałam to na później. W końcu uznałam, że lepiej będzie jak mu nie powiem gdyż chociaż jedno z nas nie powinno sobie tym głowy zawracać i żyć w spokoju.
- Właśnie widzę to całe nic – odpowiedział.
- Po prostu… - westchnęłam i tym samym zyskałam chwilę na zastanowienie się nad słowami. Kiedy już przyszły kontynuowałam. - Stresuje się szkołą, martwię się o mamę i przyjaciół… - wyznałam mu w dosyć bardzo skrócony sposób prawdę.
- Przecież mamy wszystko pod kontrolą, a śladu po Snake’u nie ma od miesiąca.
- Wiem, ale… - spróbowałam mu przerwać.
- Żadnych ale, ja teraz mówię – na jego twarzy pojawił się uśmiech, którego nie umiałam nie odwzajemnić.
- Okej – kiwnęłam głową i pozwoliłam mu mówić dalej.
- Jeżeli coś się wydarzy jesteśmy gotowi więc nie musisz się niczym przejmować, damy radę. Czy kiedykolwiek zawaliliśmy? – zapytał. Wiedziałam, że ma rację a to pytanie było tylko po to abym przypomniała sobie ten istotny fakt. Lecz nie umiałam od tak pozbyć się moich zmartwień i ufać, że wszystko jest pięknie, kolorowo.
- Nie – odpowiedziałam na jego pytanie.
- No właśnie, więc nie stresuj się, rozluźnij. A jak nie potrafisz to… to pozwól, że ja się tym zajmę i… i zabiorę cię na randkę w ten piątek – wydusił z siebie z wielkim trudem. Na mojej twarzy pojawiło się wielkie zdumienie.
- Na randkę? – zapytałam upewniając się, że dobrze usłyszałam.
- Tak, na randkę. No wiesz, um… pójdziemy gdzieś tylko we dwójkę, na kolację i… - przerwałam mu śmiejąc się.
- Wiem, jak wygląda randka, Louis – powiedziałam. Nie mogłam uwierzyć w to, że zaprosił mnie na randkę, sam Louis we własnej osobie. O Boże!
- Racja, no ale… zgadasz się?
- A czy dwa plus dwa to cztery? – spytałam poruszając zabawnie brwiami.
- To znaczy tak? – Podniósł jeden kącik ust do góry.
- Tak – zaśmiałam się ponownie, a Louis wraz ze mną i dodatkowo objął mnie w pasie i przyciągnął bliżej siebie.
- Boże to dobrze, tak się stresowałem – powiedział z ulgą w głosie i pocałował mnie w policzek.
- Niby czym?
- No cóż… to tak jakby będzie moja pierwsza randka?
- Żartujesz, prawda?
- Nie, nie żartuję – spoważniał a ja razem z nim. Stał się znów tym poważnym gościem, który na pierwszy rzut oka jednym ruchem mógłby skręcić ci kark więc lepiej się do niego nie zbliżać.
Znam go dwa miesiące (to znaczy przez ten czas jesteśmy razem i rozmawiamy normalnie ze sobą bez żadnego unikania obecności swojej osoby) i zdążyłam zauważyć, że staje się taki nieprzyjemny zawsze kiedy poruszamy temat związany z jego przeszłością. Wydaje mi się, że nie chce abym ją poznała i coś ukrywa.
- Och, no cóż. Kiedyś zawsze musi być ten pierwszy raz – zaśmiałam się lekko próbując rozluźnić ponownie atmosferę ale mi się jakoś nie udało.
- A dokąd mnie zabierasz, jeżeli mogę wiedzieć? – odezwałam się ponownie po krótkiej chwili ciszy. Louis postanowił wpatrywać się we mnie i popaść w zamyślenie.
- Nie możesz – odpowiedział kręcąc przecząco głową. - To będzie niespodzianka.

                                                               ~†~

4 komentarze:

  1. Super czekałam na rozdział i czekam na następny

    OdpowiedzUsuń
  2. OMG nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału *.*
    cudowny rozdział! ♥♥♥

    OdpowiedzUsuń