piątek, 23 września 2016

† Chapter 4 †

                                                      † Slaves Love † 

Nie wiem jak długo siedziałam na podłodze w łazience i zastanawiałam się nad tym gdzie może znajdować się Vivanne. Na początku pomyślałam o mamie, ale przecież przed chwilą z nią rozmawiałam więc nie mogła tak szybko zostać porwana. Została więc na liście podejrzanych jedynie Vivi, moja najlepsza przyjaciółka od dziecięcych lat.
Pamiętam do dziś jak na placu zabaw jakiś wyrośnięty bachor zażądał bym oddała mu cały zestaw do bawienia się w piaskownicy. Odmawiałam mu a on groził, że mnie pobije jeżeli tego nie zrobię aż nagle drobny kamyk uderzył go. Został rzucony przez siedzącą niedaleko na drzewie Vivianne. Chłopczyk zwrócił wzrok na nią, a ona dalej w niego rzucała mówiąc by odszedł. On tym czasem powiedział, że wejdzie zaraz do niej i ją również spierze na kwaśne jabłko. Kiedy to zrobił jedna gałąź ułamała się a wtedy zleciał i z płaczem pobiegł do mamy.
 Od tego czasu nigdy mi już nie dokuczał a ja zdobyłam przyjaciółkę. Bawiłyśmy  się na tym drzewie, czasem tylko z niego schodziłyśmy. Później poszłyśmy do szkoły, byłyśmy coraz starsze i każda z nas zmieniła się nie do poznania. Teraz to ja miałam ją uratować! Mi groziło kilka siniaków a jej grozi śmierć! Czego nie byłam do końca pewna…
 W liściku było napisane, że jej ciało ma zostać sprzedane i nie miałam pojęcia co to oznacza. Jednakże wiedziałam kto może wiedzieć o co chodzi. Dlatego podniosłam się z podłogi i opuściłam łazienkę idąc po mój telefon by wybrać numer do Louisa. Odebrał po dwóch sygnałach.
- Kto nie ryzykuje… - powiedział.
-  Ten przegrywa dwa razy* - dokończyłam szybko. Louis założył telefon ale wciąż się bał, że ktoś mógłby go namierzyć lub przejąć jego telefon kogoś z naszej paczki. Dlatego wymyślił dla każdego cytaty.
- Destiny, coś się stało? – zapytał.
- Czy.. czy możesz przy… - powiedziałam drżącym głosem lecz nie dał mi skończyć.
- Zaraz będę – odpowiedział i się rozłączył a ja usiadłam na brzegu łóżka i czekałam na niego.
Obawiałam się trochę tego jak zareaguje gdy dowie się o liścikach, że ukrywałam je przed nim i okłamywałam. Chociaż pewnie będzie zły, ale przecież chciałam dobrze. Robiłam to bo nie chciałam aby i on nie mógł spać po nocach. Myślałam, że wszystko mamy pod kontrolą gdy Louis pokazał mi monitoring założony w domach moich bliskich i że nie muszę mówić mu o wiadomościach bo do niczego nie dojdzie lecz się myliłam. Popełniałam wciąż błędy i niby ja miałam być ich wybawieniem, ratunkiem. Może powinnam ułatwić robotę Snake’owi i od razu poderżnąć im i sobie gardła?
Louis zjawił się dziesięć minut później, przeskoczył przez okno i oznajmił mi, że już przyszedł. Pojawił się tak nagle, że aż pisnęłam przestraszona.
- Przepraszam… - szepnęłam po czym wstałam i rzuciłam mu się na szyję. Objął mnie w pasie i pozwolił się wypłakać, a miałam dzisiejszego wieczoru tego nie robić.
- Powiesz mi w końcu co się stało? Czemu płaczesz? – Odsunął mnie od siebie delikatnie.
- On porwał Vivianne… - powiedziałam patrząc na swoje dłonie i kawałek papieru, który wciąż kurczowo trzymałam.
- Skąd ta pewność? – zapytał.
- Bo dostałam to – odpowiedziałam i podałam mu liścik. Odebrał go i szybko przebiegł po nim wzrokiem czytając zdania.
- Na sto procent to Vivianne? – zapytał ponownie podnosząc na mnie wzrok. Pokiwałam głową a z jego ust wyrwało się kilka przekleństwa.
- Wiesz, gdzie ona może być? – Stałam wciąż w tym samym miejscu i przygryzałam wargę martwiąc się, że jednak nie wie gdzie Snake zabrał moją przyjaciółkę tak samo jak ja.
- Zaczekaj – Nakazał i wyjął telefon wybierając numer. Ktoś, chyba mężczyzna odpowiedział mu w końcu ale nie byłam w stanie słyszeć co mówi.
- Sprawdź zaraz centrum kontrolne i nagrania z ostatnich godzin w domu Clive. Cholera i nikt nie mógł do mnie zadzwonić?! Nie wiecie w jakim gównie utknęliśmy? Chcecie w nim zostać na zawsze?! Dobra, zadzwonię do ciebie za jakiś czas i powiem ci kiedy się spotkamy. Obudź wszystkich i spróbujcie z monitoringu miasta ich namierzyć. Mogą być w drodze do Londynu. Na razie. – Skończył rozmowę i odwracał się do mnie.
- Zabrał ją do Londynu? - zapytałam marszcząc brwi. Po co miałby to robić?
- Tak, do klubu Libertine. - odpowiedział.
- Dlaczego? Przecież jej ciało ma zostać sprzedane... - powiedziałam i znowu zrobiło mi się słabo na myśl o tym.
- I zostanie... - westchnął ciężko. Widziałam, że nie chce mówić nic więcej ale ja musiałam wiedzieć.
- Jak? – nalegałam i zrobiłam krok w jego stronę.
- Destiny... - również do mnie podszedł i położył mi ręce na ramionach. - Jesteś zmęczona, połóż się spać, a jutro rano ktoś do ciebie przyjdzie. Zajmę się tym i Vivianne wróci do domu.
- Nie, Louis – powiedziałam stanowczo. - Chcę wiedzieć wszystko, to moja przyjaciółka i chcę ją uratować bez względu na wszystko. To przeze mnie tam jest i to dzięki mnie wyjdzie stamtąd.
- Proszę, tak będzie lepiej... - Pokręcił głową łapiąc mnie za dłonie.
- Louis, powiedz mi! - Podniosłam swój ton, a on przyłożył mi palec do ust.
- Shhh... obudzisz swoją mamę.
- W takim razie powiedz mi to co starasz się ukryć. Sposób w jaki jej ciało ma zostać sprzedane – wycedziłam przez zęby.
- Londyn to serce państwa, stolica. Libertine również jest centrum – zaczął mówić ale z trudem. Mimo to wiedział, że nie dam mu spokoju i nie ma innego wyjścia.
- Czego?
- Tego całego gówna, mafii. Mieszka tam mężczyzna, który jest szefem każdych klubów na świecie oraz gangów. Prowadzi brudne biznesy i zleca wszystko swoim ludziom. Przez handel narkotykami po... sprzedaż ciał –Słuchałam uważnie tego co mówił i chyba dostrzegłam w jego oczach łzy ale nie przywiązałam do tego większej wagi. Byłam zupełnie pochłonięta sprawą Vivi i tym, że muszę ją znaleźć.
- Komu? - zapytałam ale nie byłam pewna czy chcę usłyszeć odpowiedź.
- Mężczyznom... którzy mają pieniądze i są niewyżyci seksualnie. Kupują kobiety, które zabierają ze sobą i wykorzystują fizycznie. Nie tylko do tego aby się z nimi przespać ale też aby im usługiwały, sprzątały, gotowały. - Z każdym kolejnym jego słowem czułam jak robi mi się słabo. Nogi ugięły się pode mną i gdyby nie ręce Louisa zaciśnięte na moich ramionach poleciałabym w dół.
- O Boże... O Boże... – powtarzałam nie wierząc w to co usłyszałam. Zastanawiałam się też czy nie byłoby lepiej gdyby ją zabił. - Vivianne... ona... nie może, ona, o boże...
- Destiny... – Louis posadził mnie krześle i kucnął przy mnie. - Wiem jak to brzmi. Okropnie, potwornie i nie możesz w to uwierzyć. Pewnie też myślisz, że to koniec i już jej nigdy nie zobaczysz ale daj mi czas. Ona wróci.
- Nie... – Mrugnęłam kilka razy aby powstrzymać zbierające się na nowo łzy.
- Właśnie, że tak. Nie wierzysz we mnie? - zapytał uśmiechając się szelmowsko.
- Wierze, ale ty nie rozumiesz o co mi chodzi –Podniosłam się i podeszłam do komody. Otworzyłam pierwszą szufladą i spod ubrań wyciągnęłam dwa kawałki papierów. Dwa liściki od Snake’a.
- Co to jest? - zapytał kiedy odwróciłam się do niego. Patrzył na moje ręce ze zmarszczonymi brwiami.
- Nie chciałam ci zawracać głowy w wakacje. Żebyś się nie martwił i jakoś wyleciało mi z głowy, a potem gdy znowu zaczęłam trenować i pokazałeś mi monitoring myślałam, że wszystko będzie dobrze. Nie damy sie zaskoczyć i nikogo nie porwie więc nie było sensu aby cię powiadomić... Ale jednak to się stało... - Teraz ja nie chciałam wyjawić mu wszystkiego ale wiedziałam, że muszę.
- O czym ty mówisz? Co przede mną ukrywałaś? – Założył ręce na piersi czekając.
- Dwa tygodnie przed końcem wakacji dostałam liścik od Snake’a. - Podałam mu odpowiednią kartkę. – Powiedział, że zabije każdego kogo kocham. A pierwszego września dostałam kolejny z zasadami gry. Nie mamy czasu, Louis. Chociaż w sumie mamy ale organiczny. - Podałam mu drugi i objęłam się ramionami czekając aż go przeczyta.
- Mogłaś mi powiedzieć od razu! - Teraz on podniósł ton i zaczął niecierpliwie chodzić po pokoju wyrywając sobie włosy z głowy. Wiedziałam, że gorączkowo myśli nad tym co teraz zrobić.
- Przepraszam - Tylko tyle byłam w stanie powiedzieć.
- To wszystko komplikuje. Siedemdziesiąt dwie godziny! - Wyrzucił ręce do góry. - Do reszty go pojebało!
- Louis... moja mama śpi - Przypomniałam mu teraz ja. Cóż za obrót sytuacji!
- Tak, tak wiem... –Powiedział już ciszej nie patrząc nawet na mnie po czym zapadła między nami cisza którą przerwałam mówiąc:
- Więc... co teraz zrobimy?
- My? - Spojrzał na mnie a ja powoli kiwnęłam głową.
- Nie, ty tu zostajesz. To zbyt niebezpieczne. – Pokręcił przecząco głową. - Chyba jasno się wyraziłem kilka minut temu?
- Nie obchodzi mnie to. Jadę z tobą, Louis. Nie po to trenowałam aby teraz siedzieć na dupie w domu! - A jeżeli coś ci się stanie? Nie mogę na to pozwolić... - Znowu do mnie podszedł i pogładził mnie po policzku. - Chciałbym zabrać cię na drugą randkę – Uśmiechnął się słabo patrząc na moją sukienkę. Pomyśleć, że jeszcze niedawno byliśmy szczęśliwi a teraz wszystko się zawaliło.
- I zrobisz to gdy tylko wrócimy z Londynu albo nawet zabierzesz mnie tam pod Big Bena lub na London Eye. – Złapałam go za dłonie i ścisnęłam je.
- Twoja mama znowu będzie się martwić i chyba jak wrócisz naprawdę nie wypuści cię już z domu.
- Trudno, może i mnie zamknąć. – Wzruszyłam ramionami. - Chcę aby Vivainne była bezpieczna, to jest dla mnie teraz najważniejsze. Nic więcej się nie liczy... – Mówiłam a w trakcie przyszedł mi pomysł do głowy a na twarzy pojawił się uśmiech.
- Na jaki pomysł wpadłaś? - zapytał wzdychając zrezygnowany. Wiedział, że jeżeli wpadłam na jakiś plan to, to koniec i nie uda mu się mnie przekonać aby zostać.
- Vivanne także wyszła dziś z Michaelem. Dlatego kazałeś namierzyć ich przez monitoring miasta, prawda? - zapytałam.
- Tak, właśnie. - przyznał mi rację.
 - Możemy powiedzieć jej matce i mojej, że tak naprawdę uciekli a ja jedyna wiem gdzie i... – Przerywa mi. Podchwycił mój tok myślenia i wiedział co zamierzam dalej zrobić oraz dodał kilka groszy od siebie.
- I jako dobra przyjaciółka podążysz za nią szybko aby sprowadzić ją z powrotem. Kupie bilety na samolot do Londynu i z rana gdy tylko jej matka zadzwoni na policje w sprawie zaginięcia ty dołączysz do mnie i pojedziemy po nią.  – Uśmiechnęłam się triumfalnie. Byłam z siebie zadowolona, że udało mi się wymyślić historyjkę, którą sprzedamy matkom i że jadę z nim do Londynu.
- Ale teraz musisz iść spać, rozumiesz?
- I zmyć makijaż bo wyglądam pewnie jak panda – powiedziałam i obróciłam się do lustra. Ujrzałam czarne smugi tuszu na policzkach i rozmazany cień.
- O boże… Jedyne co mnie łączy z pandą to, to że gdyby mnie ujrzała to by zaczęła uciekać – Zaśmiałam się lekko a Louis wraz ze mną.
- Jak dla mnie wciąż jesteś urocza – powiedział Louis wzruszając ramionami i z uśmiechem na twarzy, który odwzajemniłam.
Wierzyłam, że nam się uda. Rozwiązaliśmy zagadkę, mieliśmy wstępny plan działania i wydawało mi się, że wszystko zadziała. Vivianne będzie żyć.

                                                             ~†~


*-Cytat zaczerpnięty z książki pod tytułem „Dziewięć żyć Chloe King” autorstwa Liz Braswell.

piątek, 9 września 2016

† Chapter 3 †

                                                      † Slaves Love †

Nadszedł piątek, a wraz z nim moja pierwsza randka z Louisem, który się spóźniał. Miał być o ósmej i wysłać mi SMS-a, że już czeka i mogę zejść. Tymczasem było już dziesięć po ósmej wieczorem a ja cała zestresowana siedziałam przed toaletką tupiąc o podłogę szpilką i wpatrywałam się w mój telefon z niecierpliwością. Jeszcze trochę a zaczęłabym obgryzać paznokcie albo zlizywać czerwoną szminkę z ust.
 W końcu po pięciu minutach rozległ się dźwięk przychodzącego SMS-a, przestraszona nagłym dźwiękiem aż podskoczyłam. Wzięłam telefon do trzęsących się rąk i odpisałam mu, że zaraz będę. Bałam się, że coś mu się stało albo wcale nie chciał iść ze mną na randkę bo dalej mnie nienawidził i to wszystko sobie przyśniłam.
Spojrzałam po raz ostatni na swoje odbicie w lustrze upewniając się, że wyglądam dobrze po czym wzięłam torebkę i poszłam do pokoju mamy.
- Wychodzę. Będę tak jak kazałaś, równo o jedenastej – oznajmiłam stając w progu jej pokoju.
- Pięknie wyglądasz – skomplementowała mnie przenosząc wzrok z książki, którą czytała na mnie. – Baw się dobrze.
- Dzięki. – Uśmiechnęłam się lekko i gdy odwzajemniła gest odwróciłam się w kierunku schodów. Szpilki, które były tak samo czarne jak sukienka z wycięciami na brzuchu i dekolcie stukały kiedy schodziłam po stopniach. Kiedy byłam już na dole założyłam jeszcze beżowy płaszcz i wyszłam z domu.
Otuliło mnie chłodne jesienne powietrze gdy zaczęłam iść na koniec ulicy. Panował półmrok i paliły się latarnie, a pod jedną z nich stał do mnie tyłem Louis i palił papierosa. Kiedy usłyszał, że się zbliżam rzucił go na chodnik, zdeptał i się do mnie odwrócił.
- W tej dzielnicy raczej dziwki nie spotkasz – powiedziałam przystając i zmierzyłam go wzrokiem. Miał zaczesane do tyłu włosy oraz ogolił się przez co wyglądał jakby był dwa lata ode mnie młodszy, a nie starszy. Tatuaże były ukryte pod czarnym garniturem, tylko widoczne były te na szyi.
- Szkoda, byłem gotowy zapłacić sporą sumę – odpowiedział i szybko pokonał dzielącą nas odległość zaledwie dwóch kroków. Położył ręce na moich biodrach i przyłożył usta do moich. Zarzuciłam mu ręce na szyję i odpowiedziałam mu na pocałunek, który był delikatny i czuły. Bił od niego zapach perfum i dopiero co spalonego papierosa.
- Ślicznie wyglądasz – szepnął kiedy się od siebie odsunęliśmy.
- Tobie też do twarzy z czerwonym kolorem na ustach. – Zachichotałam i sięgnęłam do torebki po chusteczkę.
- Dzięki. – Odebrał chusteczkę i starł moją szminkę ze swoich ust.
- Gdzie byłeś tyle czasu, zaczynałam się martwić – powiedziałam podchodząc do drzwi od strony pasażera i wsiadłam do jego auta. On zrobił to samo od strony kierowcy.
- Musiałem sprawdzić czy wszystko jest gotowe, wybacz. – Odpalił silnik i ruszyliśmy.
- Właśnie, powiesz mi wreszcie gdzie mnie zabierasz? – zapytałam. Mimo, że męczyłam go ciągle tym pytaniem przez tydzień on zupełnie nic mi nie powiedział.
- Nie. – Uśmiechnął się i spojrzał na mnie. Spoglądałam na niego spod przymrużonych powiek.
- Dlaczego, przecież za chwilę i tak się dowiem.
- Ponieważ, jak to sama ujęłaś, zaraz się dowiesz. Wytrzymasz. – Położył mi dłoń na kolanie wciąż się uśmiechając. Tymczasem ja prychnęłam i wyjęłam szminkę aby poprawić usta.
Dojechaliśmy na miejsce po dziesięciu minutach. Świetnie znałam tą okolice i nie mogłam w to uwierzyć, że mnie tutaj zabrał. Kiedy ostatni raz tu byłam nabyłam nieprzyjemnych wspomnień ale teraz czułam, że zastąpię je naprawdę przyjemnymi.
 Mianowicie znaleźliśmy się pod Notte Club, który należał do Louisa. Wciśnięty był między budynkami, które znajdowały się w najbardziej obskurnej dzielnicy Carlisle. Neonowy szyld z nazwą świecił się równie mocno co poprzednio. Nie dobiegała ze środka muzyka, było wyjątkowo cicho, żadnej żywej duszy dookoła a okna były zasłonięte przez żaluzje.
 Trzymając się za ręce weszliśmy do środka. Louis odebrał ode mnie płaszcz i zawiesił na stojaku. Zauważyłam wtedy, że się stresuje oraz także małe zmiany w wystroju wnętrza. Pod sufitem oraz wokół blatu baru były zamontowane małe lampki. Na środku parkietu stały krzesła przy okrągłym stoliku z białym obrusem, sztućcami i wazonem z jedną różą.
- Witamy w naszej restaurante, señora. – Nagle pojawił się Hayden wyjeżdżając z zaplecza na rolkach. Miał zawiązany w pasie biały fartuch, w ręce miał menu a nad górną wargą doklejony wąsik na co nie umiałam powstrzymać chichotu. Kątem oka zauważyłam, że Louis także się uśmiechnął a jego zdenerwowanie na chwilę zniknęło.
- Recomiendo danie główne – powiedział wręczając nam do ręki menu. Mrugnął do mnie po czym zniknął.
Podeszliśmy do stolika gdzie Louis odsunął dla mnie krzesło po czym usiadł naprzeciw mnie.
- Wiem, że nie tego oczekiwałaś tylko myślałaś pewnie o prawdziwej, pięciogwiazdkowej restauracji kiedy powiedziałem abyś ubrała się elegancko – zaczął mówić i gestem ręki pokazał mi abym mu nie przerywała więc pozwoliłam mu dokończyć. – Niestety nie stać mnie na kolację w takim miejscu, może pewnego dnia mi się uda ale na chwilę obecną stać mnie jedynie na to co widzisz. Mam nadzieję, że ci to odpowiada.
- Louis.. – Położyłam dłoń na jego i splotłam nasze palce. – To jest dużo lepsze bo włożyłeś w to całe swoje serce. Odpowiada mi bardzo, wręcz jestem wzruszona tym gestem. Żaden z chłopaków, z którymi się umawiałam nie zabrał mnie na taką randkę.
- No cóż, spotykałaś się z samymi palantami – wtrącił wzruszając ramionami z uśmiechem.
- Masz rację – zgodziłam się z nim i odwzajemniłam uśmiech. – Po za tym w restauracji kilkanaście par oczu by nam się przypatrywało, a tak jesteśmy tylko my.
 Potarłam kciukiem jego wierzch dłoni. Chciał coś powiedzieć lecz znowu pojawił się Hayden.
- Czy mogę już odebrać wasze orden? – zapytał. W ręce trzymał długopis i mały notatnik.
- Um… tak… - powiedziałam puszczając dłoń Louisa i otworzyłam menu z zamiarem zamówienia pierwszego lepszego dania, na które padnie mój wzrok. Kiedy otworzyłam kartę okazało się, że nie miałam nawet w czym wybierać na chybił trafił gdyż istniała tylko jedna pozycja.
– Poproszę spaghetti – powiedziałam.
- Coś do picia? – zapytał ponownie, a ja przeniosłam wzrok na drugą stronę karty.
- Colę – odpowiedziałam zamykając menu. Rodzaj napoju był tak samo jedyny jak danie.
- To samo – powiedział Louis oddając mu nasze menu.
- Mają tutaj strasznie duży wybór – powiedziałam kiedy Hayden odjechał.
- Raven zachorowała, a zdolności kucharskie Olivii i Haydena są ograniczone – wyjaśnił Louis śmiejąc się.
- A co z twoim talentem kucharskim? – zapytałam wtórując mu śmiechem.
- Nie istnieje. – Pokręcił przecząco głową opierając brodę na złożonych dłoniach.
- Na pewno umiesz coś ugotować.
- Uwierz, że nie.
- Mama cię niczego nie nauczyła? – zapytałam. Louis spiął się jak zawsze kiedy wspominałam o jego rodzinie i jego blask z oczu wygasał.
- Nie – odpowiedział stanowczo nie dodając nic więcej co oznaczało, że temat był skończony. Nie ciągnęłam go dalej bo wiedziałam, że nie lubi i nie chce rozmawiać o swoich bliskich. Nie powiedział mi czemu konkretnie, tylko po prostu wyraźnie powiedział nie i koniec. Kropka. Posłuchałam i starałam się nie wspominać mu o nich ale czasami mi się nie udawało, tak jak teraz.
Znalazłam nam jednakże inny, potem pojawiły się kolejne a w między czasie Hayden przyniósł nam jedzenie i muszę przyznać, że spaghetti było naprawdę pyszne. Później przyniósł na deser tiramisu i jedliśmy je wspólnie z jednego talerza co doprowadziło do walki o ostatni kawałek.
Kiedy o około dziesiątej Olivia i Hayden zostawili nas zupełnie samych, Louis podszedł do odtwarzacza muzyki, który stał na scenie i włączył go. Do moich uszu dobiegły pierwsze dźwięki piosenki Guns N' Roses - Don't Cry.
- Mogę prosić do tańca? – zapytał Louis wyciągając do mnie dłoń.
- Poczekaj chwilę – odpowiedziałam. Zdjęłam szpilki, które mi już dokuczały i w których byłam od niego trochę wyższa po czym chwyciłam jego dłoń. Oplotłam go rękoma wokół szyi, a on objął mnie w pasie i zakręcił nami dookoła na co zachichotałam. Stanęłam mu później na butach i głowę położyłam na jego ramieniu zamykając oczy. Zaczęliśmy kołysać się w wolny rytm piosenki.
- Don't you cry tonight. I still love you, baby – szepnął mi do ucha Louis w tym samym czasie co zaśpiewał to Axl Rose. Zrozumiałam w tym momencie, że nie bez powodu to właśnie ten utwór puścił.
Gdy dowiedziałam się o przeprowadzce nie było wieczoru żebym nie płakała lub nie mogła spać. Tak bardzo mnie przytłaczały liściki od Snake’a i widok mamy przeglądającej ofertę mieszkaniową, że nie umiałam się powstrzymać od płaczu, znaleźć w sobie siły. Louis to zauważył i zaproponował, że będzie do mnie wpadać wieczorem. Zabierał ze sobą drabinę i wspinał się do mnie do pokoju. Kładł się obok na łóżku i zamykał w uścisku, w którym czułam się bezpieczna. Gładził moje plecy i włosy póki nie zasnęłam, a później nad ranem znikał.
Dzisiaj nie uroniłam ani jednej łzy, wręcz przeciwnie. Nie mogłam przestać się śmiać, wciąż bolą mnie policzki i brzuch.
- Give me a kiss before you tell me goodbye – zaśpiewał znowu ujmując mój podbródek po czym pocałował mnie. Jego jedna ręka spoczywała pod moimi plecami, a druga wsunęła się w moje włosy. Jego usta były miękkie, a pocałunki nieśpiesznie. Składał powolne i lekkie pocałunki na moich ustach, które były wyznaniem tego jak bardzo mnie kochał i jak ważna dla niego byłam.
Gdy się od siebie oderwaliśmy oparłam swoje czoło o jego i pogładziłam dłonią jego policzek.
- Jesteś najlepszy, wiesz o tym? – zapytałam szepcząc.
- Oczywiście, że wiem – odpowiedział po czym znowu mnie pocałował ale tym razem bardziej namiętnie.
 Pod moim domem byliśmy dziesięć minut przed jedenastą. Moja mama siedziała w kuchni pijąc herbatę już przebrana w swoją piżamę aby tylko gdy się pojawię od razu iść spać.
- I jak było? – zapytała gdy weszłam do środka.
- Nie obraź się, ale opowiem ci jutro. Jestem padnięta i nie marzę o niczym innym jak o moim łóżku – odpowiedziałam wchodząc po schodach na górę.
- W takim razie dobranoc, Destiny – powiedziała kierując się do swojej sypialni.
- Dobranoc, mamo - odpowiedziałam jej wchodząc do swojego pokoju. Zamknęłam drzwi i opadłam na łóżko wzdychając z uśmiechem na twarzy, który wywołały przywołane ponownie wspomnienia z dzisiejszego wieczoru. To był naprawdę udany wypad, na pewno go nie zapomnę i będę często wspominać. Może niedługo znowu pójdziemy z Louisem na randkę, na przykład do kina na jakiś romans, komedie lub horror. Byłoby cudowanie.
Po chwili zerwałam się i udałam w kierunku łazienki z zamiarem wskoczenia pod prysznic. Lecz spadło to na drugi tor gdy mój wzrok skierowałam na lustro.
Wisiała na nim mała karteczka, a obok zostało narysowane serce czerwoną szminką. Ten obraz spowodował, że nogi wrosły mi w ziemie, zamarłam. Ręce podniosłam do ust, które ułożyły się w literkę "o", tym samym zakrywając je.
Snake kogoś porwał, a przede mną była pierwsza wskazówka. Wykorzystał on moją chwilę nie uwagi i uderzył. Znowu zapomniałam o tym w jaki sposób on działa, że czai się w ukryciu i gdy odwracasz wzrok atakuje.
Mogłam nie iść na tą randkę. Nie wiem co ja sobie myślałam, że Snake rozmyśli się wiedząc o naszej randce i jeszcze nam ślub zaraz wyprawi? Przez to, że jestem zapominalska ktoś teraz cierpiał, ktoś kogo kochałam. Tylko kto?
Oderwałam kawałek papieru trzęsącą się ręką a potem przeczytałam jego zawartość.

W SAMYM SERCU SIĘ ZNAJDUJE OSOBA BLISKA TOBIE.
WIELE LAT ZA SOBĄ MACIE SPĘDZONYCH NA KŁÓTNI I ZABAWIE.
JEJ CIAŁO NIEDŁUGO ZOSTANIE SPRZEDANE.

                                                                   ~†~