piątek, 23 września 2016

† Chapter 4 †

                                                      † Slaves Love † 

Nie wiem jak długo siedziałam na podłodze w łazience i zastanawiałam się nad tym gdzie może znajdować się Vivanne. Na początku pomyślałam o mamie, ale przecież przed chwilą z nią rozmawiałam więc nie mogła tak szybko zostać porwana. Została więc na liście podejrzanych jedynie Vivi, moja najlepsza przyjaciółka od dziecięcych lat.
Pamiętam do dziś jak na placu zabaw jakiś wyrośnięty bachor zażądał bym oddała mu cały zestaw do bawienia się w piaskownicy. Odmawiałam mu a on groził, że mnie pobije jeżeli tego nie zrobię aż nagle drobny kamyk uderzył go. Został rzucony przez siedzącą niedaleko na drzewie Vivianne. Chłopczyk zwrócił wzrok na nią, a ona dalej w niego rzucała mówiąc by odszedł. On tym czasem powiedział, że wejdzie zaraz do niej i ją również spierze na kwaśne jabłko. Kiedy to zrobił jedna gałąź ułamała się a wtedy zleciał i z płaczem pobiegł do mamy.
 Od tego czasu nigdy mi już nie dokuczał a ja zdobyłam przyjaciółkę. Bawiłyśmy  się na tym drzewie, czasem tylko z niego schodziłyśmy. Później poszłyśmy do szkoły, byłyśmy coraz starsze i każda z nas zmieniła się nie do poznania. Teraz to ja miałam ją uratować! Mi groziło kilka siniaków a jej grozi śmierć! Czego nie byłam do końca pewna…
 W liściku było napisane, że jej ciało ma zostać sprzedane i nie miałam pojęcia co to oznacza. Jednakże wiedziałam kto może wiedzieć o co chodzi. Dlatego podniosłam się z podłogi i opuściłam łazienkę idąc po mój telefon by wybrać numer do Louisa. Odebrał po dwóch sygnałach.
- Kto nie ryzykuje… - powiedział.
-  Ten przegrywa dwa razy* - dokończyłam szybko. Louis założył telefon ale wciąż się bał, że ktoś mógłby go namierzyć lub przejąć jego telefon kogoś z naszej paczki. Dlatego wymyślił dla każdego cytaty.
- Destiny, coś się stało? – zapytał.
- Czy.. czy możesz przy… - powiedziałam drżącym głosem lecz nie dał mi skończyć.
- Zaraz będę – odpowiedział i się rozłączył a ja usiadłam na brzegu łóżka i czekałam na niego.
Obawiałam się trochę tego jak zareaguje gdy dowie się o liścikach, że ukrywałam je przed nim i okłamywałam. Chociaż pewnie będzie zły, ale przecież chciałam dobrze. Robiłam to bo nie chciałam aby i on nie mógł spać po nocach. Myślałam, że wszystko mamy pod kontrolą gdy Louis pokazał mi monitoring założony w domach moich bliskich i że nie muszę mówić mu o wiadomościach bo do niczego nie dojdzie lecz się myliłam. Popełniałam wciąż błędy i niby ja miałam być ich wybawieniem, ratunkiem. Może powinnam ułatwić robotę Snake’owi i od razu poderżnąć im i sobie gardła?
Louis zjawił się dziesięć minut później, przeskoczył przez okno i oznajmił mi, że już przyszedł. Pojawił się tak nagle, że aż pisnęłam przestraszona.
- Przepraszam… - szepnęłam po czym wstałam i rzuciłam mu się na szyję. Objął mnie w pasie i pozwolił się wypłakać, a miałam dzisiejszego wieczoru tego nie robić.
- Powiesz mi w końcu co się stało? Czemu płaczesz? – Odsunął mnie od siebie delikatnie.
- On porwał Vivianne… - powiedziałam patrząc na swoje dłonie i kawałek papieru, który wciąż kurczowo trzymałam.
- Skąd ta pewność? – zapytał.
- Bo dostałam to – odpowiedziałam i podałam mu liścik. Odebrał go i szybko przebiegł po nim wzrokiem czytając zdania.
- Na sto procent to Vivianne? – zapytał ponownie podnosząc na mnie wzrok. Pokiwałam głową a z jego ust wyrwało się kilka przekleństwa.
- Wiesz, gdzie ona może być? – Stałam wciąż w tym samym miejscu i przygryzałam wargę martwiąc się, że jednak nie wie gdzie Snake zabrał moją przyjaciółkę tak samo jak ja.
- Zaczekaj – Nakazał i wyjął telefon wybierając numer. Ktoś, chyba mężczyzna odpowiedział mu w końcu ale nie byłam w stanie słyszeć co mówi.
- Sprawdź zaraz centrum kontrolne i nagrania z ostatnich godzin w domu Clive. Cholera i nikt nie mógł do mnie zadzwonić?! Nie wiecie w jakim gównie utknęliśmy? Chcecie w nim zostać na zawsze?! Dobra, zadzwonię do ciebie za jakiś czas i powiem ci kiedy się spotkamy. Obudź wszystkich i spróbujcie z monitoringu miasta ich namierzyć. Mogą być w drodze do Londynu. Na razie. – Skończył rozmowę i odwracał się do mnie.
- Zabrał ją do Londynu? - zapytałam marszcząc brwi. Po co miałby to robić?
- Tak, do klubu Libertine. - odpowiedział.
- Dlaczego? Przecież jej ciało ma zostać sprzedane... - powiedziałam i znowu zrobiło mi się słabo na myśl o tym.
- I zostanie... - westchnął ciężko. Widziałam, że nie chce mówić nic więcej ale ja musiałam wiedzieć.
- Jak? – nalegałam i zrobiłam krok w jego stronę.
- Destiny... - również do mnie podszedł i położył mi ręce na ramionach. - Jesteś zmęczona, połóż się spać, a jutro rano ktoś do ciebie przyjdzie. Zajmę się tym i Vivianne wróci do domu.
- Nie, Louis – powiedziałam stanowczo. - Chcę wiedzieć wszystko, to moja przyjaciółka i chcę ją uratować bez względu na wszystko. To przeze mnie tam jest i to dzięki mnie wyjdzie stamtąd.
- Proszę, tak będzie lepiej... - Pokręcił głową łapiąc mnie za dłonie.
- Louis, powiedz mi! - Podniosłam swój ton, a on przyłożył mi palec do ust.
- Shhh... obudzisz swoją mamę.
- W takim razie powiedz mi to co starasz się ukryć. Sposób w jaki jej ciało ma zostać sprzedane – wycedziłam przez zęby.
- Londyn to serce państwa, stolica. Libertine również jest centrum – zaczął mówić ale z trudem. Mimo to wiedział, że nie dam mu spokoju i nie ma innego wyjścia.
- Czego?
- Tego całego gówna, mafii. Mieszka tam mężczyzna, który jest szefem każdych klubów na świecie oraz gangów. Prowadzi brudne biznesy i zleca wszystko swoim ludziom. Przez handel narkotykami po... sprzedaż ciał –Słuchałam uważnie tego co mówił i chyba dostrzegłam w jego oczach łzy ale nie przywiązałam do tego większej wagi. Byłam zupełnie pochłonięta sprawą Vivi i tym, że muszę ją znaleźć.
- Komu? - zapytałam ale nie byłam pewna czy chcę usłyszeć odpowiedź.
- Mężczyznom... którzy mają pieniądze i są niewyżyci seksualnie. Kupują kobiety, które zabierają ze sobą i wykorzystują fizycznie. Nie tylko do tego aby się z nimi przespać ale też aby im usługiwały, sprzątały, gotowały. - Z każdym kolejnym jego słowem czułam jak robi mi się słabo. Nogi ugięły się pode mną i gdyby nie ręce Louisa zaciśnięte na moich ramionach poleciałabym w dół.
- O Boże... O Boże... – powtarzałam nie wierząc w to co usłyszałam. Zastanawiałam się też czy nie byłoby lepiej gdyby ją zabił. - Vivianne... ona... nie może, ona, o boże...
- Destiny... – Louis posadził mnie krześle i kucnął przy mnie. - Wiem jak to brzmi. Okropnie, potwornie i nie możesz w to uwierzyć. Pewnie też myślisz, że to koniec i już jej nigdy nie zobaczysz ale daj mi czas. Ona wróci.
- Nie... – Mrugnęłam kilka razy aby powstrzymać zbierające się na nowo łzy.
- Właśnie, że tak. Nie wierzysz we mnie? - zapytał uśmiechając się szelmowsko.
- Wierze, ale ty nie rozumiesz o co mi chodzi –Podniosłam się i podeszłam do komody. Otworzyłam pierwszą szufladą i spod ubrań wyciągnęłam dwa kawałki papierów. Dwa liściki od Snake’a.
- Co to jest? - zapytał kiedy odwróciłam się do niego. Patrzył na moje ręce ze zmarszczonymi brwiami.
- Nie chciałam ci zawracać głowy w wakacje. Żebyś się nie martwił i jakoś wyleciało mi z głowy, a potem gdy znowu zaczęłam trenować i pokazałeś mi monitoring myślałam, że wszystko będzie dobrze. Nie damy sie zaskoczyć i nikogo nie porwie więc nie było sensu aby cię powiadomić... Ale jednak to się stało... - Teraz ja nie chciałam wyjawić mu wszystkiego ale wiedziałam, że muszę.
- O czym ty mówisz? Co przede mną ukrywałaś? – Założył ręce na piersi czekając.
- Dwa tygodnie przed końcem wakacji dostałam liścik od Snake’a. - Podałam mu odpowiednią kartkę. – Powiedział, że zabije każdego kogo kocham. A pierwszego września dostałam kolejny z zasadami gry. Nie mamy czasu, Louis. Chociaż w sumie mamy ale organiczny. - Podałam mu drugi i objęłam się ramionami czekając aż go przeczyta.
- Mogłaś mi powiedzieć od razu! - Teraz on podniósł ton i zaczął niecierpliwie chodzić po pokoju wyrywając sobie włosy z głowy. Wiedziałam, że gorączkowo myśli nad tym co teraz zrobić.
- Przepraszam - Tylko tyle byłam w stanie powiedzieć.
- To wszystko komplikuje. Siedemdziesiąt dwie godziny! - Wyrzucił ręce do góry. - Do reszty go pojebało!
- Louis... moja mama śpi - Przypomniałam mu teraz ja. Cóż za obrót sytuacji!
- Tak, tak wiem... –Powiedział już ciszej nie patrząc nawet na mnie po czym zapadła między nami cisza którą przerwałam mówiąc:
- Więc... co teraz zrobimy?
- My? - Spojrzał na mnie a ja powoli kiwnęłam głową.
- Nie, ty tu zostajesz. To zbyt niebezpieczne. – Pokręcił przecząco głową. - Chyba jasno się wyraziłem kilka minut temu?
- Nie obchodzi mnie to. Jadę z tobą, Louis. Nie po to trenowałam aby teraz siedzieć na dupie w domu! - A jeżeli coś ci się stanie? Nie mogę na to pozwolić... - Znowu do mnie podszedł i pogładził mnie po policzku. - Chciałbym zabrać cię na drugą randkę – Uśmiechnął się słabo patrząc na moją sukienkę. Pomyśleć, że jeszcze niedawno byliśmy szczęśliwi a teraz wszystko się zawaliło.
- I zrobisz to gdy tylko wrócimy z Londynu albo nawet zabierzesz mnie tam pod Big Bena lub na London Eye. – Złapałam go za dłonie i ścisnęłam je.
- Twoja mama znowu będzie się martwić i chyba jak wrócisz naprawdę nie wypuści cię już z domu.
- Trudno, może i mnie zamknąć. – Wzruszyłam ramionami. - Chcę aby Vivainne była bezpieczna, to jest dla mnie teraz najważniejsze. Nic więcej się nie liczy... – Mówiłam a w trakcie przyszedł mi pomysł do głowy a na twarzy pojawił się uśmiech.
- Na jaki pomysł wpadłaś? - zapytał wzdychając zrezygnowany. Wiedział, że jeżeli wpadłam na jakiś plan to, to koniec i nie uda mu się mnie przekonać aby zostać.
- Vivanne także wyszła dziś z Michaelem. Dlatego kazałeś namierzyć ich przez monitoring miasta, prawda? - zapytałam.
- Tak, właśnie. - przyznał mi rację.
 - Możemy powiedzieć jej matce i mojej, że tak naprawdę uciekli a ja jedyna wiem gdzie i... – Przerywa mi. Podchwycił mój tok myślenia i wiedział co zamierzam dalej zrobić oraz dodał kilka groszy od siebie.
- I jako dobra przyjaciółka podążysz za nią szybko aby sprowadzić ją z powrotem. Kupie bilety na samolot do Londynu i z rana gdy tylko jej matka zadzwoni na policje w sprawie zaginięcia ty dołączysz do mnie i pojedziemy po nią.  – Uśmiechnęłam się triumfalnie. Byłam z siebie zadowolona, że udało mi się wymyślić historyjkę, którą sprzedamy matkom i że jadę z nim do Londynu.
- Ale teraz musisz iść spać, rozumiesz?
- I zmyć makijaż bo wyglądam pewnie jak panda – powiedziałam i obróciłam się do lustra. Ujrzałam czarne smugi tuszu na policzkach i rozmazany cień.
- O boże… Jedyne co mnie łączy z pandą to, to że gdyby mnie ujrzała to by zaczęła uciekać – Zaśmiałam się lekko a Louis wraz ze mną.
- Jak dla mnie wciąż jesteś urocza – powiedział Louis wzruszając ramionami i z uśmiechem na twarzy, który odwzajemniłam.
Wierzyłam, że nam się uda. Rozwiązaliśmy zagadkę, mieliśmy wstępny plan działania i wydawało mi się, że wszystko zadziała. Vivianne będzie żyć.

                                                             ~†~


*-Cytat zaczerpnięty z książki pod tytułem „Dziewięć żyć Chloe King” autorstwa Liz Braswell.

3 komentarze:

  1. Super rozdział czekam na next

    OdpowiedzUsuń
  2. OMG OMG OMG *.*
    Mam nadzieję, że odbiją Vivianne całą i zdrową ^^

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak zwykle przyjemnie się czytało. Kiedy tylko znajdę chwile wolnego postaram się raz jeszcze przeczytać wszystkie rozdziały (jak na razie napięty grafik mi na to nie pozawala :/).
    Życzę dużo weny i czekam na następny rozdział :)

    OdpowiedzUsuń