piątek, 21 października 2016

† Chapter 6 †

                                                     † Slaves Love †


Wylądowaliśmy w Londynie o godzinie pierwszej trzydzieści po południu. Było pochmurnie i mgliście oraz zostało nam na zrealizowanie planu pięćdziesiąt sześć godzin i trzydzieści minut.
Przed lotniskiem na parkingu czekały na nas trzy czarne SUV-y z przyciemnianymi oknami. Wsiadłam z Louisem do pierwszego, Hayden i Olivia do drugiego a Seth zniknął w ostatnim i jako pierwszy odjechał. Po piętnastu minutach odjechał samochód z Liv i jej chłopakiem, a następnie po upływie tego samego czasu wyruszył nasz.
Jechaliśmy ulicami Londynu i cieszyłam cię, że są przyciemniane okna, ponieważ ludzie spacerujący chodnikami nie byli wstanie zobaczyć mojej twarzy dosłownie przyklejonej do szyby. Byłam pierwszy raz w Londynie i chciałam uchwycić i zapamiętać każdy szczegół gdybym już tutaj nie wróciła.
Po dziesięciu minutach zatrzymaliśmy się przed bramą jednorodzinnego domku. Nasz kierowca opuścił szybę i pokazał swoją twarz do kamery, która zeskanowała ją a po chwili brama przed nami się otworzyła i wjechaliśmy na posesję a następnie do garażu.
Gdy wysiadłam od razu złapałam Louisa za rękę i razem podążyliśmy za chłopakiem, który nas tu podwiózł. Zaprowadził on nas do środka domu, który zawierał całe wyposażenie, był zadbany ale nie przebywała w nim żadna żywa dusza oprócz naszych trzech. Wyglądało na to, że to nie był jeszcze punkt docelowy, ale byliśmy już bardzo blisko. Musieliśmy jeszcze przejść podziemnymi tunelami.
- Zayn mówił, że znasz drogę – powiedział  chłopak otwierając kluczami komórkę pod schodami. Moim oczom ukazały się schody, które prowadziły w dół.
- Zgadza się – przytaknął Louis po czym pociągnął mnie za sobą i zaczęliśmy schodzić.
- Kolejna podziemna kryjówka? – zapytałam go.
- Wszędzie gdzie są ludzie, którzy dla mnie pracują mają podziemną kryjówkę – wyjaśnił.
- Nie uważasz, że to trochę niebezpieczne? Gdyby ktoś się dowiedział gdzie macie swoje kryjówki mógłby je wysadzić i ziemia zawaliłaby się na głowy wszystkich ludzi, którzy by się znajdowali w podziemnych pomieszczeniach – powiedziałam.
- Zakładam, że niektórzy wiedzą o naszych siedzibach ale nie mogą nas wysadzić – odpowiedział uśmiechając się.
- Dlaczego? – Zmarszczyłam brwi.
- Ponieważ muszą pierw dostać się na posesję, które są ogrodzone bramami podłączonymi do napięcia. Wszystko jest także monitorowane i byle kto nie wjedzie, a gdyby się przedostał to od razu włącza się alarm. Okna i drzwi są blokowane a wszyscy uciekają wyjściem ewakuacyjnym na powierzchnię. Dodatkowo jak widzisz pod ziemią jest pełno korytarzy i gdyby je wysadzić zawaliłaby się połowa miasta. Nikt by się nie posunął do czegoś takiego – wytłumaczył.
- Naprawdę płowa miasta? – zapytałam unosząc brwi.
- Tak. Korytarze zaczynają się w czterech domach i każdy znajduje się w innej części miasta. My trafiliśmy do wschodniej a Liv i Hayden do północnej. Jeżeli wiesz gdzie powinnaś skręcić to trafisz do centrum inaczej zwanego Pająkiem gdyż gdybyś spojrzała na to wszystko z góry zobaczyłabyś jedną wielką pajęczynę.
- O mój boże… - szepnęłam. Wizja zawalającego się Londynu była przerażająca i miałam nadzieję, że nigdy do tego nie dojdzie.
Przemierzaliśmy w ciszy kolejne tunele. Były one pomalowane na biało i miały zamontowane w miejscu gdzie sufit spotyka się ze ścianą po obu stronach podłużne cienkie lampy. Drzwi, które ujrzałam po upływie chyba trzydziestu minut miały taki sam kolor co ściany przez co zlewały się z nimi i na początku pomyślałam, że to ślepy zaułek ale Louis szedł dalej. Kiedy podeszliśmy zapaliła się w miejscu judasza kamerka, która zeskanowała twarz Louisa.
- Witamy w Londyńskiej siedzibie, szefie – powiedział komputerowy głos kobiety na co Louis uśmiechnął się szeroko i spojrzał na mnie a ja odwzajemniłam gest oraz pokręciłam głową.
Kamera zmieniła kolor z czerwonego na zielony i rozległ się krótki dźwięk po czym szczęk otwieranych zamków. Drzwi otworzyły się same i zamknęły gdy tylko weszliśmy do środka.
Znaleźliśmy się w dużym pokoju, który miał kształt koła. Pośrodku znajdowały się trzy kapsuły ustawione w kształt jednego z kolorów w kartach trefla. Dookoła nich były ustawione białe kanapy z trzema przerwami dzięki którym można było wejść do środka kabin.  Z czterech stron świata były drzwi, a między nimi stanowiska z komputerami i klawiaturą oraz z różnymi przyciskami. Siedzieli przy nich różni punkowcy i obserwowali wyświetlany obraz na monitorach.
- Dobrze cię widzieć, Louis – powiedział chłopak idący w naszą stronę. Miał pełno tatuaży jak każdy punk zresztą. Kolczyki w uszach i trochę ciemniejszą karnację a jego czarne włosy były w lekkim nieładzie.
- Ciebie również, Zayn – odpowiedział Louis i uściskali się przyjaźnie oraz poklepali po plecach z uśmiechami na twarzach.
Louis mówił, że Zayn jest dla niego jak brat. Przez to co spotkało ich w przeszłości nie mogą przebywać w tym samym miejscu ani też spotykać się często. Nie znałam konkretnych powodów i mimo, że strasznie mnie to ciekawiło nie naciskałam bo nie chciałam aby Louis był zły, naprawdę nie lubił tego tematu i unikał go jak ognia.
- Jestem Destiny – powiedziałam kiedy się od siebie odsunęli i wzrok chłopaka padł na mnie. Wyciągnęłam do niego dłoń z uśmiechem a on ją uścisnął.
- Jesteś jego dziewczyną, prawda? – zapytał a ja przytaknęłam skinieniem głowy. – Mam nadzieję, że spotkamy się znowu gdy to wszystko się skończy bo z chęcią cię bliżej poznam. Musisz być naprawdę wyjątkowa skoro to z tobą postanowił wpakować się w coś bardziej poważniejszego niż jedna noc. – Mrugnął do mnie a ja lekko zakłopotana otwierałam już usta aby powiedzieć, że chyba ma rację ale Louis odezwał się szybciej.
- Nie pora teraz na podlizywanie się, Malik. – Louis poklepał go po ramieniu.
- Nie podlizuję się. Staram się zrobić tylko dobre pierwsze wrażenie. – Chłopak podnosi ręce w obronnym geście. - Słyszałeś o trzydziestu sekundach? Są bardzo ważne.
- Już dawno minęły. Spędziłeś je na przytulaniu się do innego mężczyzny co świadczy tylko o jednym.
- Oczywiście, lubię w dupę. – Wywrócił oczami i przyłożył palec do klatki piersiowej Louisa w miejscu gdzie znajduje się serce i dodał. – Szczególnie od ciebie.
- Bliżej ci do idioty niż do geja – powiedział śmiejąc się a wraz z nim zaśmiałam się ja i Zayn. Dalszą sprzeczkę przerwało pojawienie się Haydena i Olivii, którzy weszli przez północne drzwi.
- Jesteśmy! – powiedziała z uśmiechem blondynka podchodząc do nas. Zaraz za nią szedł Hayden, który kiedy przy niej stanął objął ją w pasie.
- Doskonale, możecie się już szykować. Seth dowiedział się przed chwilą gdzie trzymają Vivianne – powiedział Zayn.
- Naprawdę? Żyje? Gdzie ona jest? – zapytałam go od razu z przejęciem.
- Tak, jest cała. Trzymają ją na piątym piętrze w pokoju numer pięćset siedem – odpowiedział.
- W takim razie masz rację. Nie marnujmy czasu i chodźmy się przebrać – powiedziała Olivia i klasnęła w dłonie.
- Możecie to zrobić na dole w szatniach. Wskakujcie do wind. – Zayn skinął głową w kierunku trzech szklanych kabin.
- Idź pierwsza – powiedział do mnie Louis. Spojrzałam na niego i skinęłam potakująco głową po czym poszłam w kierunku jednej z trzech wind i wsiadłam do niej z lekką obawą. Nie ufałam małym pomieszczeniom bo szybko kończyło się w nich powietrze oraz szklanym rzeczom bo uważałam, że mogą się za chwilę rozpaść także mój lęk był spotęgowany jednakże zbędny.
Kiedy drzwi zasunęły się to wszystkie dźwięki ucichły. Spojrzałam na Zayna, który coś powiedział a chwilę później poczułam jak wnętrzności podchodzą mi do góry. Zjechałam bezpiecznie na dół i tym samym znalazłam się w sali treningowej, która była idealną kopią tej w Carlisle, albo na odwrót.
- Tutaj macie swoje ciuchy – powiedziała Olivia wyciągając ubrania z plecaka i wcisnęła je Haydenowi do rąk. – Mam nadzieję, że garnitur się nie pogniótł.
- Myślałam, że mamy założyć coś seksownego a nie eleganckiego… - powiedziałam.
- To dotyczy się tylko nas. Louis będzie zwykłym chłopakiem, który chce się zabawić w klubie ze swoją towarzyszką, a Hayden będzie udawał jednego z milionerów, którzy chcą kupić dla siebie nową zabawkę bo obecna, czyli ja, mu się znudziła – wyjaśniła.
- Och, rozumiem. Problem w tym, że nie miałam o tym pojęcia i nie zabrałam ze sobą nic seksownego.
- We wszystkim wyglądasz gorąco, przynajmniej dla mnie – powiedział wzruszając ramionami i z cwaniackim uśmiechem na twarzy Louis, który wreszcie się pojawił i przyprawił mnie o rumieńce na twarzy. Chyba musiał uciąć sobie jeszcze krótką pogawędkę z Zaynem zanim do nas zjechał bo trochę minut zleciało.
- Spokojnie, coś dla ciebie znajdę, chodź. – Olivia złapała mnie za nadgarstek i pociągnęła do damskiej szatni.
Blondynka przebrała się w krótką, białą, koronkową i z dużym dekoltem sukienkę a do tego pomalowała sobie a później mnie usta na czerwono i założyła czarne wiązane szpilki. Ja miałam na sobie jej czarną miniówkę, kabaretki, szpilki oraz moją marynarkę, żadnej bluzki pod spodem tylko stanik. Czułam się przez to trochę nago ale Olivia powiedziała stanowczo, że tak musi być i koniec. Kropka.
Gdy wyszłyśmy chłopacy już czekali. Hayden w garniturze i z okularami przeciwsłonecznymi na nosie obracał w palcach sztylet. Louis był w czarnych spodniach, brązowej bluzce, której rękawy podciągnął do łokci oraz z czarnymi, męskimi lakierkami na stopach. Zlustrował mnie wzrokiem po czym powiedział:
- Każdy będzie się gapił na twój dekolt lub tyłek. Nie podoba mi się to.
- Już wiesz jak ja się czuję, stary. - Poklepał go po ramieniu Hayden z uśmiechem. Następnie schował sztylet do pochwy i odgarnął włosy swojej dziewczyny na jedną stronę, rozpiął sukienkę po czym wsadził go za jej stanik. Miała do niego przyszytą dodatkowo gumkę dzięki której ten sztylet się trzymał.
- Też coś dostanę? – zapytałam Louisa.
- Tak, tylko nie wiem gdzie mogłabyś go ukryć – odpowiedział i wyjął jeden z dwóch pistoletów, które miał ukryte pod bluzką za paskiem spodni.
- Spódniczka ma wysoki stan i także wszytą gumkę więc możesz go tam umieścić. Marynarka i włosy zasłonią go – zaproponowała Olivia i tak też zrobiliśmy.
Następnie wsiedliśmy do wind i pojechaliśmy do góry o jakieś cztery piętra. Znaleźliśmy się w chińskiej knajpce co mnie bardzo zaskoczyło gdyż spodziewałam się jakiegoś opuszczonego budynku a nie lokalu gastronomicznego, w którym przez zapachy, które się w nim unosiły zdałam sobie sprawę, że jestem strasznie głodna, ponieważ nic nie jadłam od rana. Niestety nie mogłam zrobić sobie krótkiej przerwy na sushi, miałam w końcu zadanie do wykonania.

                                                                   ~†~

piątek, 7 października 2016

† Chapter 5 †

                                                      † Slaves Love †

Rozległ się dźwięk mojego budzika, który od poniedziałku do piątku pilnował abym nie zaspała na lekcje w szkole. Tym razem była sobota i dzwonił aby przypomnieć mi, że mam zadanie do wykonania. Musiałam skłamać matce Vivianne i mojej, że uciekła z Michaelem a potem szybko dołączyć do Louisa aby polecieć do Londynu. Tam wydostać moją przyjaciółkę z klubu gdzie miała zostać sprzedana jakiemuś gościowi, który wyłoży za nią najwięcej kasy i sprowadzić z powrotem do Carlisle. Bułka z masłem.
Od razu wstałam i poszłam do łazienki wziąć szybki prysznic. Czerwone serce, które wczoraj było namalowane na lustrze już zniknęło ale wciąż siedziało w mojej głowie i widziałam je przed oczyma. Ciągle od nowa odtwarzało się i nie dawało spokoju.
Później spakowałam do plecaka kilka ubrań, kosmetyczkę oraz dokumenty i zbiegłam na dół aby zjeść śniadanie, którym pyły czekoladowe płatki.
Kiedy siedziałam tak jedząc i tupiąc nerwowo nogą a także wpatrując się intensywnie w zegar i obliczając ile godzin mi zostało do kuchni weszła moja mama. Od razu moja noga zamarła a wzrok skupił na misce i powoli podniósł na mamę, która podeszła do kuchenki aby wstawić wodę w czajniku.
- Cześć, mamo – powiedziałam witając się z nią.
- Dzień dobry, córeczko. Jak się spało? – zapytała wyjmując kubek i wsypując do niego kawę.
- Świetnie, a tobie? –odpowiedziałam. Starałam się wyglądać i brzmieć jakbym naprawdę zaczynała zwyczajny poranek a nie wyruszała na misję ratunkową do stolicy.
- Bywało lepiej. – Wzruszyła ramionami idąc do krzesła naprzeciwko mnie z kubkiem kawy w ręce. - No ale skoro już wstałaś to możesz powiedzieć w końcu swojej ciekawskiej matce jak było na randce.
- Może później? – zapytałam wstając aby odłożyć pustą miskę do zlewu.
- Czekałam całą noc, nie każ mi dłużej czekać! – powiedziała zatrzymując się aby spojrzeć na mnie.
- Wybacz, ale umówiłam się z Vivianne. Będę koło południa – oznajmiłam. Pocałowałam ją w policzek na pożegnanie i wyszłam z kuchni do przedpokoju. Tam chwyciłam za plecak, który zarzuciłam na ramiona i udałam się do domu Vivi.
Gdy tam dotarłam, zapukałam kilkakrotnie w drzwi czekając aż ujrzę Panią Clive. Nie musiałam na szczęście długo czekać. Od razu gdy przestałam uderzać usłyszałam jak stukają jej szpilki o podłogę i chwilę później ujrzałam mamę Vivianne w drzwiach. W porównaniu do mojej mamy, która siedziała teraz w salonie w szlafroku i oglądała program poranny Jennifer Clive była już elegancko ubrana, umalowana i uczesana. Gotowa sprzedawać kosmetyki i zarobić na nich jak najwięcej.
- Dzień dobry, proszę Pani – powiedziałam zanim ona zdążyła pierwsza się odezwać.
- Witaj, Destiny – powiedziała uprzejmie i uśmiechnęła się do mnie ciepło.  - Zgaduję, że przyszłaś do mojej córki.
- Tak, zgadza się. – Skinęłam na potwierdzenie jej słów głową.
- Niestety nie ma jej. Zakładam, że została na noc u Michaela.
- Och nie… - Zrobiłam krok w tył i przyłożyłam jedną dłoń do ust.
- Coś się stało? – zapytała marszcząc idealnie wyskubane brwi.
- Tak… to znaczy… - Zaczęłam się jąkać, a potem wyznałam z trudem.  – Myślę, że Vivianne nie wróci.
- Jak to? Stało jej się coś? – Pani Clive od razu zaczęła panikować, martwić się.
- Ona… ona mówiła mi, że zamierza uciec z Michaelem… Ja… ja starałam się ją przekonać aby tego nie robiła. Myślałam, że mi się udało ją przekonać, ale najwidoczniej nie. – Kłamałam ale myślałam o tym co tak naprawdę ją spotkało. Aż zebrały mi sie łzy w oczach.
- Vivianne nigdy by tego nie zrobiła! – zaprzeczyła stanowczo. Była taka pewna, że córka kocha swój dom, rodziców i życie, że nigdy przez głowę nie przeszła jej myśl o tym, że córka mogłaby ich opuścić nie zostawiając żadnej wiadomości o tym co zrobiła.
Jednakże ja ją znałam lepiej od jej własnej matki. Wiedziałam, że mimo iż interesuje się modą to nienawidziła tego, że matka zamiast zabierać ją na koncerty lub do kina zaciągała ją do galerii i salonów kosmetycznych gdy tylko skończyła dwanaście lat.
 Dalej tego nie lubi i woli iść do tych miejsc ze mną bo wie, że nie zacznę zwracać jej uwagi na temat jej wyglądu i doradzać, że powinna coś w sobie zmienić. Pozwalam być jej sobą, dokonywać zmian takich jakich ona sama chce i wybierać to, co jej się podoba oraz wspieram ją w tym.
- Jednak chyba tak, ale proszę się nie martwić. Wiem gdzie są, znajdę ich i przemówię do rozsądku. Vivianne wróci do domu – powiedziałam zrywając się do biegu.
- Poczekaj! Może lepiej zadzwonię na policję! – wybiegła kawałek ale nie ruszyła za mną.
- Nie trzeba! Poradzę sobie! Proszę tylko powiedzieć o tym mojej mamie! – odkrzyknęłam nie odwracając się do niej tylko dalej biegnąc przed siebie jak najszybciej.
 Biegłam oczywiście na koniec ulicy gdzie miał czekać Louis. Ostatnim razem gdy przemierzałam ten odcinek biegiem mało nie wyplułam płuc lecz tym razem moja kondycja była znacznie lepsza i gdy wsiadłam do minivana miałam jedynie małą zadyszkę.
- Wszystko poszło gładko, żadnych problemów – oznajmiłam zapinając pasy. Louis tylko skinął głową ruszając z piskiem opon w kierunku lotniska. – O której mamy samolot?
- Startuje dziesięć minut po dwunastej – odpowiedział na moje pytanie siedzący z tyłu Hayden. Odwróciłam głowę i ujrzałam go oraz siedzącą obok niego Olivię, która od razu mnie powitała szerokim uśmiechem.
- Cześć, Destiny. Jak się masz? – zapytała Liv.
- Źle, szczerze mówiąc – odpowiedziałam jej.
- Tak mi przykro, naprawdę. – Złapała mnie za dłoń i ścisnęła ją. – Lecz wierzę, że uda nam się ją stamtąd wydostać.
– Obyś miała rację. – Uśmiechnęłam się do niej lekko po czym mój wzrok powędrował do chłopaka, który siedział obok niej. Miał ciemne oczy, dłuższe włosy, które związał w kitkę i lekki zarost oraz posiadał masę tatuaży na rękach, które widziałam dzięki jego bluzce na ramiączkach.
- Hej, Seth – powiedziałam witając się z nim. Poznałam go gdy Louis zabrał mnie do pokoju z monitoringiem, to on wszystkim dowodził.
-Siema – odpowiedział uśmiechając się do mnie. – Powinnaś jej uwierzyć. Mamy dobry plan.
- Właśnie, chcecie mnie wtajemniczyć? – zapytałam odwracając wzrok na Louisa, który nic nie mówił, był skupiony na drodze i miał worki pod oczami. Spał pewnie zaledwie z trzy godziny, albo wcale.
- W Londynie czekają na nas zaprzyjaźnieni ludzie– odpowiedział mi Seth. - Zabiorą was do swojej kryjówki i dadzą potrzebny sprzęt. Ja pojadę pod klub Libertine aby podłączyć się do ich kamer i sprawdzić, w którym pokoju znajduje się Vivianne.
- Będziemy musieli się też  przebrać. W coś bardziej eleganckiego… seksownego – powiedziała Olivia. Zdałam sobie sprawę z tego, że wzięłam ze sobą same ciemne ubrania, które na pewno nie były seksowne.
- Następnie w odstępach czasu wejdziemy po kolei do środka – kontynuował Seth. – Rozdzielimy się. Liv i Hayden będą szukać twojej przyjaciółki podczas gdy ty i Louis pójdziecie do szefa aby nie miał podejrzeń, że coś robimy. Będziecie starać się wykupić od niego Vivianne. Kiedy ją znajdziemy dam znać Louisowi, że jest bezpieczna i możecie opuścić budynek. Powiem wam też kiedy jednak coś pójdzie nie tak gdyż udam się do punktu obserwującego. 
- Po drodze pewnie spotka się kilku ochroniarzy ale skopie się im tyłek – powiedział Hayden uśmiechając się szeroko.
- Jak powiesz o wszystkim Louisowi? – zapytałam.
- Będę miał pluskwę w uchu – odezwał się Louis a ja pokiwałam głową aby pokazać, że rozumiem.
- Wydaje się, że macie rację i jest to dobry plan – powiedziałam kiedy wszystko sobie jeszcze raz szybko przeanalizowałam próbując znaleźć jakąś lukę, ale nie udało mi się. Oni znali się lepiej na zasadach tego mrocznego świata i musiałam im zaufać, że wybrali najlepszą opcję spośród możliwych mimo iż mieli niewiele czasu na przedyskutowanie tego.
- Mówiłem – powiedział uśmiechając się zadowolony z tego, że miał racje Seth.
Kiedy zjawiliśmy się na lotnisku każdy na nas podejrzliwie spoglądał. W niektórych oczach widziałam strach a z innych pałała nienawiść i pogarda. Gdyby wiedzieli tylko, że tak naprawdę działaliśmy po stronie dobra i ludzie Louisa starają się ochronić tych wszystkich ludzi oraz ich dzieci przed grupą Snake’a na pewno zmieniliby swoje poglądy tak jak ja to zrobiłam.
Podczas odprawy dokładnie nas przeszukali. Żadne z nas nie zabrało broni bo jak powiedział Seth mieliśmy ją otrzymać na miejscu więc nic nie znaleźli. Mogliśmy spokojnie wejść na pokład samolotu aby zająć swoje miejsca i czekać na start, który nastąpił dokładnie o godzinie, którą podał mi Hayden w samochodzie.
- Spokojnie, Destiny – szepnął mi do ucha Louis kiedy już wznosiliśmy się w powietrzu. – Ja także wierzę, że wszystko się uda. Nie pozwolę aby skrzywdzili Vivianne ani ciebie.
- Wierzę ci. – Odwróciłam wzrok od okna i spojrzałam mu w oczy.
- Nie oszukasz mnie. Widzę twój zmartwiony wzrok i czuję jak miażdżysz moją dłoń.
- Och… przepraszam – powiedziałam i puściłam jego rękę, na której zostawiłam ślady małych półksiężyców zrobione przez paznokcie.
- Nic się nie stało – odpowiedział i rozmasował ją drugą ręką.
- Naprawdę nie chciałam – powiedziałam przygryzając wargę.
- Destiny, nie musisz mnie przepraszać – westchnął ciężko, a moje usta otworzyły się aby znowu wypowiedzieć słowo „przepraszam”. Louis to zauważył i przyłożył mi palec do ust. – Nawet się nieważ mówić znowu tego słowa.
- Okej…
- Masz zamknąć oczy. Wziąć głęboki wdech i powoli wypuścić powietrze przez usta – polecił a ja posłusznie wykonałam jego rozkaz. – Świetnie. Teraz powtórz to kilka razy i słuchaj mnie uważnie. Każdy z nas stresował się przed swoją pierwszą misją, ale gdy doszło co do czego pokazaliśmy na co nas stać, że nie jesteśmy słabi. Jestem przekonany, że z tobą także tak będzie. Po za tym jakby co będę przy tobie. – Skończył a ja otworzyłam oczy i znowu normalnie oddychałam.
- Przecież chciałeś abym została w domu – powiedziałam.
- Masz rację lecz fakt, że wymyśliłaś kłamstwo nie był jedynym powodem dla którego pozwoliłem ci jechać. Uznałem też, że przyda ci się taki wypad, będzie dla ciebie sprawdzianem i… - Przerwał i podrapał się po karku.
- I co? – zapytałam.
- Jestem egoistą i chcę cię mieć przy sobie. Gdybyś została nie mógłbym się skupić bo wciąż myślałabym o tobie, czy jesteś bezpieczna. – Jego wyznanie sprawiło, że się uśmiechnęłam i złożyłam na jego ustach pocałunek w ramach podziękowań za to, że znowu sprawił iż zapomniałam o moich zmartwieniach i uśmiechnęłam się. Nie miałam pojęcia jak to on robi, ale byłam za to wdzięczna Bogu.

                                                                ~†~