piątek, 18 listopada 2016

† Chapter 8 †

                                                          † Slaves Love †

WAŻNA INFORMACJA! - Skończyły mi się rozdziały, które miałam już napisane z wyprzedzeniem. Czekały tylko aż miną dwa tygodnie i zostaną opublikowane. Skoro ich nie ma oznacza to, że będę starała się napisać kolejny w przeciągu dwóch tygodni, ale niczego nie obiecuję. Jeżeli rozdział nie pojawi się po dwóch tygodniach to nie bądźcie źli tylko cierpliwie czekajcie. Kocham was i życzę miłego czytania! Mam nadzieję, że ten długi rozdział doda wam cierpliwości, nie zapominajcie o komentarzach!

Ludzie Benjamina otoczyły mnie z każdej strony tak samo jak moją Destiny. Stali twardo obok siebie, byli niczym mur. Zbliżyłem się do jednego z nich aby zadać mu cios, ale on był szybszy. Uderzył mnie w brzuch i popchnął w kierunku swojego kolegi, który także przyłożył z całych sił pięść do mojego ciała.
Zaczęli mnie tak sobie podawać, niczym piłkę do gry w siatkówkę. Starałem się oddawać ciosy ale nie zawsze mi to wychodziło. Zacząłem tracić siły, aż w pewnym momencie upadłem na kolana, a później położyłem się na brzuchu i wypluwałem z ust krew. Każda cząstka mojego ciała pulsowała nieprzyjemnym bólem. Jednakże bardziej doskwierał mi fakt, że zawiodłem Destiny.
Obiecałem jej, że nic się jej nie stanie, że wyjdziemy z tego cało a tymczasem ludzie Fraisera zabrali ją na licytację. Jeżeli Benajmin, ten pieprzony skurwiel, kazał bić mnie swoim ochroniarzom aż do ostatniego tchu nie byłem w stanie nic zrobić jak tylko czekać na śmierć i mieć nadzieję, że Olivii i Haydenowi udało się znaleźć i wyprowadzić z tego budynku Vivianne, że Benjamin nie będzie miał dwóch pieczeni na jednym ogniu.
Kiedy tak leżałem przyjmując kolejne ciosy dostrzegłem mój pistolet, który mi wypadł gdy Destiny wpadła na mnie po tym jak nagle otworzyły się drzwi do pokoju. Wyciągnąłem w jego kierunku dłoń z nadzieją, że uda mi się go dosięgnąć lecz niestety, brakowało kilku centymetrów po za tym jeden z ochroniarzy nadepnął mi na dłoń na co jęknąłem z bólu i przycisnąłem ją do mojej klatki piersiowej.
- Zostawcie go już. – Usłyszałem nagle głos Fraisera. Zapomniałem, że był nie tylko tym typem człowieka, który dostaje zawsze to co chce ale także takim, który dotrzymuje danego słowa. Nie mógł mnie zabić więc miałem szansę odbić Destiny zanim doszłoby do licytacji. Musiałem tylko jakoś się podnieść, stanąć na nogach.
- Z taką buźką nie wyrwiesz szybko następnej kobiety – powiedział kiedy do mnie podszedł. Czubkiem buta dotknął mojego policzka.
Zacisnąłem rękę na jego kostce zbierając w sobie resztkę siły, która we mnie pozostała. Przewrócił się, upadł plecami na ziemię i zanim zdążył się podnieść szybko dosięgnąłem broni. Przyłożyłem mu rękę do szyi lekko na nią naciskając, a lufę przystawiłem do jego skroni. Zdmuchnąłem kosmyki włosów z czoła, które wchodziły mi w oczy i powiedziałem:
- W porównaniu do ciebie mógłbym cię zabić… - Odchrząknąłem gdyż drażniło mnie coś w gardle i trudno było mi oddychać. – Ale tego nie zrobię, jeżeli powiesz mi gdzie ją zabrali.
- Przecież dobrze wiesz, gdzie… - odpowiedział z cwaniackim uśmiechem. Przycisnąłem mocniej rękę do jego gardła na co wziął gwałtowny wdech.
- Powiedz mi, które piętro, draniu! Numer pokoju! – wykrzyczałem. Nienawidziłem go z całego serca.
- Ósme… i sala… numer osiemset trzydzieści dwa… - wykrztusił.
Zabrałem rękę i pistolet od jego ciała. Wstałem i ruszyłem kulejąc ku wyjściu, a następnie do windy gdzie wyjąłem mój telefon i zadzwoniłem do Zayna aby przyjechał ze swoimi ludźmi gdyż przechodzimy do planu B, czyli wojny.
Przejrzałem się też w lustrze windy. Miałem rozciętą brew i wargę, krew na policzku, brodzie oraz szyi. Moje prawe oko zaczynało puchnąć i robić się fioletowe lecz nie tylko ono miało się pokryć takim kolorem. Plecy, brzuch a także nogi będą w tym samym odcieniu ale to było dla mnie nic. Byłem w gorszym stanie.

~

Wjechaliśmy na wyższe piętro i przemieściliśmy się do małego pokoju. Próbowałam z nimi walczyć, krzyczałam o pomoc, ale kiedy zaczęli ściągać ze mnie ubrania zaczęłam płakać i trząść się. Przypomniał mi się moment, w którym Snake się do mnie dobierał z zamiarem zgwałcenia, a następnie zabicia. Jak prawie mu się to udało gdyż nagle do łazienki wszedł Louis, dzięki któremu przeżyłam to spotkanie ze Snake’em i kilka kolejnych. Tym razem na pewno nie miałam na co liczyć. Został otoczony przez taką samą ilość mężczyzn i pewnie szybko stamtąd nie wyjdzie. Jeżeli w ogóle Fraiser ma zamiar go wypuścić, może przecież chcieć go zabić.
Nie chciałam zostać zgwałcona, bałam się panicznie, że to zrobią, że do tego zmierzają. W kółko powtarzałam cicho, pod nosem słowo „nie” lub czasami z moich ust również padały słowa „zostawcie mnie”. Odganiałam ich łapska kiedy mnie dotykały, przyciskałam materiał spódniczki i marynarki do ciała, a kiedy zostały ze mnie zdjęte zasłaniałam się i ocierałam łzy, które spływały po moich policzkach.
Gdy na moim ciele została jedynie dolna część bielizny założyli mi na kostki i nadgarstki metalowe kajdanki po czym odsunęli się. Zostawili mnie w spokoju i ruszyli do drzwi, które gdy przez nie przeszli zamknęli na klucz. Zostałam sama, stojąc pośrodku małego, okrągłego pokoju na podeście w zupełnych ciemnościach. Dotarło do mnie, że wcale nie chcieli mi zrobić fizycznej krzywdy tylko wystawili mnie na licytację, która powinna się niebawem rozpocząć.
Stojąc tak i trochę marznąc próbowałam przestać płakać i myśleć pozytywnie. Starałam się odrzucić obraz martwego Louisa, zastrzelonego, z plamą krwi pod klatką piersiową. Powtarzałam sobie, że z tego wyszedł i zaraz tu przyjdzie. A Zayn wyruszy nam na pomoc gdyż Olivia i Hayden zawiadomili go o kłopotach. Sami wrócili do kwatery głównej gdzie zaopiekowali się Vivianne.
Nie mogło być innej opcji, a jeżeli była to pragnęłam jak najszybciej dostać kulkę w łeb. Nie chciałam żyć bez Louisa i moich przyjaciół będąc zabawką jakiegoś milionera i mieć świadomość, że to wszystko przeze mnie, że wepchnęłam ich w objęcia śmierci.
Nagle zapaliły się lampy zamontowane przy suficie i oślepiły mnie jasnym światłem. Zasłoniłam oczy i zaczęłam kilka razy mrugać powiekami aby się przyzwyczaić do światła. Kiedy udało mi się to zrobić okręciłam  się dookoła i ujrzałam pięć luster weneckich i usłyszałam moje dane.
- Imię i nazwisko Destiny Adelaide Ellis. Wiek osiemnaście lat. Wzrost metr siedemdziesiąt pięć. Waga pięćdziesiąt sześć kilogramów. Początkowa stawka wynosi dziesięć tysięcy – oznajmił męski głos.
Rozpoczęła się licytacja. Pięcioro mężczyzn siedziało za lustrami weneckimi i patrzyło na mnie, moje nagie ciało. Zastanawiali się czy chcą podbić stawkę, wygrać to. Podczas gdy ja starałam się nie zwymiotować gdyż myśl o tym, że w pokojach obok inne, niewinne dziewczyny były tak samo wystawione na sprzedaż jak ja przyprawiała mnie o mdłości. Nikt z tym nic nie robił, pozwalano aby kilkanaście dziewczyn każdego tygodnia zostało sprzedane i wywiezione na drugi koniec świata z dala od rodziny z dużo starszym mężczyzną, który by je okropnie traktował.
Obiecałam sobie, że kiedy tylko ujrzę mojego kupca to splunę mu w twarz, a jeżeli uda mu się mnie wywieźć z Londynu do jego miejsca zamieszkania to nie będę posłuszna, wręcz przeciwnie, zgotuje mu piekło. Nie będzie wstanie ze mną wytrzymać i pozbędzie się mnie. Dalej co prawda istniała szansa, że Louis albo Zayn ze swoimi ludźmi uratuje mnie, ale z każdą kolejną minutą przestawałam w to wierzyć.
- Osiemset tysięcy pięćset po raz pierwszy… po raz drugi… i po raz trzeci. Destiny Adelaide Ellis zostaje sprzedana. Trafia w ręce Charlesa Morgana – powiedział mężczyzna po czym światła zostały zgaszone, ponownie pomieszczenie spowiła ciemność lecz tym razem nie na długo jak ostatnio.
 Drzwi się otworzyły i do pomieszczenia ktoś wszedł wpuszczając trochę światła z drugiego pomieszczenia. Zacisnęłam ręce w pięści, napięłam mięśnie i zacisnęłam oczy czekając aż kajdanki zostaną zdjęte, a wtedy będę mogła uderzyć mężczyznę i zacząć uciekać.
- Destiny? – Usłyszałam bardzo dobrze znany mi głos Louisa. Otworzyłam natychmiast oczy i odwróciłam głowę w stronę drzwi aby się upewnić, że to on i nie mam jakiś zwid.
- Louis! – powiedziałam widząc jego sylwetkę. Uśmiechnęłam się szeroko z tego powodu i podziękowałam w myślach Bogu za to, że to nie był jeszcze mój ani jego czas na przejście na druga stronę.
  Louis ruszył w moja stronę kiedy mu odpowiedziałam i uwolnił moje ręce oraz nogi od metalowych kajdanek. Wiedziałam, że nie powinniśmy tracić czasu i uciekać ale nie mogłam się powstrzymać i rzuciłam mu się na szyję. Objął mnie w pasie i schował twarz w mojej szyi. Też był szczęśliwy z powodu, że możemy się znowu zobaczyć i dotknąć.
 Odsunęłam się trochę aby móc go pocałować, ale tego nie zrobiłam gdyż mimo słabego światła udało mi się zobaczyć jego twarz, która była zakrwawiona i pokryta siniakami.
- O mój boże, co oni ci zrobili. – Delikatnie przejechałam opuszkami palców po jego twarzy od łuku brwiowego po brodę.
- Do wesela się zagoi – odparł wzruszając ramionami.  – Zakładaj ubrania i uciekajmy stąd.
Podał mi leżące w ciemnościach na podłodze ubrania. Pokiwałam głową i szybko wciągnęłam na siebie czarne legginsy, biustonosz, ciemną bluzkę na krótki rękawek, trampki oraz związałam włosy w kitka gumką, która była w komplecie.
- Skąd je wziąłeś? – zapytałam ciekawa kiedy ruszyliśmy do wyjścia.
- Miałaś się w to ubrać aby jechać z tym skurwielem – odrzekł. Zauważyłam, że zaciska szczękę będąc z tego powodu wściekły.
- Właśnie co się z nim sta… Dobra, pytania nie było – powiedziałam kiedy weszliśmy do oświetlonego pokoju.
  Pomieszczenie przypominało kantor. Po jednej stronie było miejsce osoby przyjmującej pieniądze z okienka, a po drugiej dla tej, która je dawała. Drzwi, przez które można było przejść z jednej strony do drugiej były otwarte. Na blacie w okienku leżały suma pieniędzy, za którą zostałam sprzedana, a na podłodze dwa ciała z plamą krwi pod głową. Louis ich zastrzelił i byli martwi, a ja nie byłam z tego powodu zła bo zasługiwali na to.
- Masz pistolet – powiedział Louis podając mi broń. Wzięłam ją od niego po czym zrobiłam duży krok by ominąć ciało jak mniemam Charlesa.
 Louis szedł za mną i nie zrobił specjalnie dużego kroku. Stanął na jego plecach i zamknął czarną walizkę z pieniędzmi, która stała na okienku. Wziął ją do ręki, zszedł z martwego ciała i spojrzał na mnie.
- Zadzwoniłem już do Zayna, jedzie tutaj… - Zaczął przedstawiać mi plan, ale musiałam mu przerwać i o coś zapytać.
- Olivia i Hayden wydostali stąd Vivianne?
- Nie miałem z nimi kontaktu. Hayden, Liv ani Seth nie odbierają ale myślę, że tak, spokojnie Destiny. – Położył mi rękę na ramieniu i potarł go dłonią dodając otuchy. Skinęłam głową wzdychając.
- Okej, mów dalej jaki masz plan.
- Kiedy wyjdziemy ruszymy do windy i zjedziemy na dół. Będziemy musieli pewnie stoczyć bitwę z ochroniarzami Benjamina, który zaraz ich wyśle albo już to zrobił i spotkamy ich zaraz po przekroczeniu progu tego pokoju. Nie zastanawiaj się, po prostu strzelaj do każdego, który ci stanie na drodze, rozumiesz? – zapytał patrząc mi w oczy. Skinęłam potwierdzająco głową. – Nie będziemy sami, pomogą nam ludzie Zayna więc nie powinno pójść tak źle. Może się zrobić małe zamieszanie, możesz mnie zgubić z oczu ale mimo wszystko kieruj się do wyjścia.
- Ale… - zaczęłam protestować lecz on pokręcił głową.
- Nie, masz stąd wyjść a później wsiąść do auta, które zabierze cię do Pająka… - Zrobił krótką pauzę podczas której wpatrywaliśmy się sobie w oczy po czym dodał całując mnie w czule w czoło. – Kocham cię.
- Ja ciebie też – odpowiedziałam obejmując go na chwilę w pasie i zamykając oczy.
Kiedy chwila czułości się skończyła wyszliśmy na korytarz, który był pusty i nikt nas nie atakował, a przynajmniej jeszcze nie. Ruszyliśmy szybko w stronę windy lecz nie dotarliśmy do niej gdyż w połowie złapałam Louisa za nadgarstek i zatrzymałam go.
- Musimy zrobić coś jeszcze zanim zjedziemy na dół – powiedziałam. Louis zmarszczył brwi.
- Co takiego? – zapytał.
- Wypuścić te wszystkie dziewczyny, które także mają zostać dziś wieczorem lub w nadchodzących dniach sprzedane.
 Louis nie odpowiedział od razu. Milczał zastanawiając się nad tym co powiedziałam. Miałam nadzieję, że się zgodzi, a jeżeli nie to trudno. Zrobię to sama bo nie wyobrażałam sobie aby zostawić te dziewczyny.
- Pozostawimy po sobie więcej ofiar niż przypuszczałem – powiedział w końcu.
- To znaczy, że się zgadasz? – zapytałam. Szeroki uśmiech pojawił się na mojej twarzy.
- Tak. – Skinął głową. – Sale licytacyjne są na siódmym i szóstym piętrze, a na piątym są pokoje dla oczekujących. Pojedziemy na piąte, gdzie nie ma ochroniarzy i będzie łatwo je uwolnić. Zjedziemy później na sam dół. Dam znać aby Zayn wysłał ludzi na te dwa piętra gdzie odbywają się licytacje. Uwolnią je za jednym zamachem.
- Dziękuję. – Pocałowałam go szybko z uśmiechem. Złapałam za rękę i pociągnęłam do windy.
Wjechaliśmy na siódme piętro, które było puste, bez żadnych ochroniarzy tak jak mówił Louis. Zawierało czterdzieści pokoi dlatego rozdzieliliśmy się, ja poszłam w prawo, a Louis w lewo i zaczęliśmy wypuszczać kobiety.
Nie wszystkie pomieszczenia były zajęte więc sprawdzaliśmy czy są zamknięte lub otwarte. Jeżeli zamek nie ustępował strzelaliśmy w niego i kopniakiem otwieraliśmy drzwi. W środku zastawaliśmy dziewczyny, które siedziały skulone w kącie. Były zapłakane i nagie.
- Spokojnie… nie bój się mnie – powiedziałam do pierwszej dziewczyny, do której pokoju weszłam. – Nie zrobię ci krzywdy, wręcz przeciwnie. Jestem tu aby cię uratować.
Rudowłosa dziewczyna spojrzała na mnie i drżącym głosem zapytała:
- N… naprawdę?
- Tak, możesz stąd iść i uciekać. Jesteś wolna. – Przesunęłam się aby zrobić jej wolną drogę do drzwi. Spojrzała na nie, a później znowu na mnie.
- Dziękuję – powiedziała po czym zerwała się do biegu. Wybiegła z pokoju, a ja za nią. Ruszyłam do kolejnego pokoju, a ona prosto do windy przy której stały dwie inne dziewczyny, które zdążył już uratować Louis. Rozdawał im też pieniądze, które zabrał wcześniej aby miały jak złapać taksówkę, a nawet za jakieś dwadzieścia pięć tysięcy taksówek. Uśmiechnęłam się bo widok odradzającej się nadziei na ich twarzach był czymś pięknym i na długo zapadnie mi w pamięci.
Kiedy uwolniliśmy wszystkie dziewczyny, których było w sumie trzydzieści dwie sztuki zaczęły pojawiać się problemy. Piętro było puste, każda zjechała na dół i opuściła ten klub, taką miałam przynajmniej nadzieję. Teraz to ja i Louis musieliśmy opuścić poziom piąty, czekaliśmy na windę przytulając się do siebie, byłam z nas strasznie zadowolona.
Po chwili drzwi windy się rozsunęły jednakże nie była ona pusta. Wyszło z niej dwóch ochroniarzy, którzy mieli wycelowaną w nas broń. Louis od razu zareagował. Pociągnął nas w dół i tym samym uniknęliśmy pierwszych pocisków. Później wykonał przewrót w tył i z klęczek zaczął do nich strzelać.
Uwaga obydwóch mężczyzn skupiła się na nim dzięki czemu zyskałam chwilę na skupienie się. Nie spodziewałam się ataku i po udanym zadaniu uwolnienia dziewczyn pozwoliłam sobie na chwilę wytchnienia.
Louis zastrzelił pierwszego z nich, a w drugiego wycelowałam ja. Moja celność była jeszcze słaba więc trafiłam go w udo. Jęknął z bólu, upadł na jedno kolano i upuścił broń przykładając obydwie ręce do zranionej nogi.
- Ty mała… - Nie zdążył dokończyć, ponieważ Louis wstał i uderzył go w twarz.
W tym samym czasie winda ponownie zaczęła się otwierać, przybyli inni. Louis złapał mnie za dłoń i pociągnął do jednego pokoju za zakrętem. Kiedy skręcałam kątem oka zauważyłam czwórkę nowych ochroniarzy. Strzelali, lecz nie trafiali choć byli naprawdę blisko. Jeden pocisk przeleciał dokładnie kilka centymetrów od mojej twarzy.
Wpadliśmy do pokoju, zamknęliśmy drzwi, o które się oparłam by wziąć kilka głębokich wdechów gdyż przez fakt, że właśnie otarłam się o śmierć zrobiło mi się słabo. Później pomogłam Louisowi przesunąć pod drzwi łóżko, aby nie mogli się przez jakiś czas dostać do środka.
- Musieli przejąć centrum z monitoringiem. Cholera, mogli zabić Setha – mówił gorączkowo Louis.
- Albo, zdążył im uciec – dodałam.
- Tak, racja. Teraz my musimy uciec.
- Masz jakiś plan? – zapytałam.
- Jeszcze nie. – Pokręcił przecząco głową.
Zaczęłam również myśleć nad naszą ucieczką aby nie zostawiać go z tym samego. Rozejrzałam się po pokoju skupiając uwagę na każdym elemencie, który się w nim znajdował. Niestety nic się nie nadawało, w sumie zbyt wiele rzeczy się tutaj nie znajdowało. Łóżko już wykorzystaliśmy, zegar wiszący nad drzwiami do niczego by nam się nie przydał tak samo jak koc leżący na łóżku. Pewnie posłużyłby nam jako lina gdyby było tutaj okno, przez które często uciekali więźniowie z filmów czy seriali, które oglądałam z tatą ale niestety byliśmy zamknięci w czterech ścianach z jednymi drzwiami.
Zaczęłam myśleć o innych sposobach ucieczki stosowanej przez więźniów i przypomniało mi się, że niektórzy  kopali dziurę w podłodze albo uciekali kanałami wentylacyjnymi. Szybko się za jednym rozejrzałam i szeroko uśmiechnęłam kiedy dostrzegłam małą siateczkę w ścianie przy podłodze.
- Kanał wentylacyjny – powiedziałam wskazując na niego palcem.
Wzrok Louis natychmiast udał się w kierunku, który wskazywałam. Zmarszczył na chwilę brwi myśląc nad czymś po czym skinął głową. Podszedł do mnie i pocałował w czoło mówiąc:
- Świetny pomysł. Pójdziesz pierwsza, ja zaraz za tobą i będę ci mówił jak masz iść.

- Okej – przytaknęłam. Podeszłam do kratki i wyjęłam ją. Wzięłam głęboki wdech po czym weszłam do środka. Położyłam się na brzuchu i zaczęłam się czołgać aby zrobić miejsce Louisowi.

                                                                     ~†~

piątek, 4 listopada 2016

† Chapter 7 †

                                              † Slaves Love †

Klub Libertine mieścił się w dzielnicy Newington na ulicy The Cut. Z jego najwyższego piętra spokojnie można byłoby ujrzeć Tamizę gdyż był naprawdę wielki, chyba liczył sobie dziesięć pięter jak nie więcej. Ściany budynku były wyłożone szkłem i oświetlane kilkoma reflektorami w niebieskich i różowych barwach. Przed wejściem ciągnęła się kolejka pełna wytatuowanych punkowców z kolczykami na twarzy i włosami w różnych kolorach. Oprócz nich dało się tam też znaleźć zarośniętych i napakowanych harleyowców, skąpo ubrane prostytutki oraz małolatów, którzy nigdy w życiu nie złamali prawa i dziś postanowili, że to zmienią.
Ochroniarze w czarnych garniturach, którzy pilnowali wejścia wpuszczali każdego wcześniej obmacując mu boki sprawdzając tym samym czy nie ma ze sobą broni. Gdy to ujrzałam przeraziłam się i na chwilę wypadłam z bycia głupią lafiryndą przylepioną do Louisa, który przywrócił mnie szybko do porządku.
- Wolałabyś zostać w domu, cukiereczku? – zapytał przygryzając płatek mojego ucha.
- Później tam mnie zabierzesz, misiu pysiu – odpowiedziałam chichocząc. Przejechałam dłonią po jego torsie w górę i zaczepiłam palcem o jego nos po czym odsunęłam się od niego podchodząc do jednego z dwóch ochroniarzy gdyż nastała nasza kolej.
Położył on swoje dłonie przy moim biuście po tym jak kazał mi podnieść ręce do góry, a ja to zrobiłam. Poklepał mnie wzdłuż ciała i jestem pewna, że dłużej przytrzymał swoje dłonie kiedy dotarł  do mojego tyłka ale jedynie tylko po to aby sobie pomacać gdyż pozwolili nam wejść. Nie wykryli żadnej broni, która w sumie ukryta była z przodu lub z tyłu naszych ciał.
Wewnątrz budynku panował mrok, który przecinały reflektory w różnych kolorach. Unosił się zapach co dopiero spalonej marihuany i na cały regulator puszczane było techno, rock lub metal do którego tańczyło z około tysiąca ludzi na ogromnym parkiecie, przy którym unosił się sztuczny dym. Między tańczącymi ludźmi lawirowali mężczyźni, którzy mieli na sobie jedynie bokserki oraz muszkę i na tacach nosili shoty. Kiedy wszystkie zostały opróżnione wracali do baru gdzie barmani raz za razem przyrządzali kolejne drinki. Niektórzy z nich przynosili także zamówione napoje do stolików po lewej stronie, gdzie było kilka loży. Zapełnione one były przez mężczyzn i kobiety, które były na ich zawołanie. Obściskiwali się i nie tylko, jedna nawet klęczała pod stołem. W czterech punktach klubu były okrągłe podesty, na których striptizerki mając na sobie jedynie majtki ( chociaż chyba bardziej pasowałoby określenie sznurek) wyginały się na rurze przed mężczyznami, którzy sypali im na podesty pieniądze.
W skrócie to miejsce było jednym wielkim skupiskiem toksycznych ludzi, którzy nie mieli szacunku do swojego ciała i życia. Żadnych pohamować przy wlewaniu w siebie litrów alkoholu, wstrzykiwaniu narkotyków albo w obściskiwaniu się z kim popadnie lub także pieprzeniu po toaletach. Nie przywiązywali także wagi do pieniędzy, które sypały się z każdej strony tylko dlatego, że mogli zobaczyć nagą kobietę. Zachowywali się trochę jak niewytresowane zwierzęta, nie znali granic przyzwoitości i nie chcieli ich poznać. Niszczyli ten świat, w którym kiedyś panował pokój i harmonia.
Miałam nadzieję, że szybko opuszczę to miejsce bo nie mogłam na to wszystko patrzeć. Nie wierzyłam w to, że to jedyny sposób w jaki te kobiety mogą zarobić. Uważałam, że każdą z nich stać na dużo więcej tylko muszą się na to zdobyć, znaleźć w sobie siłę i iść prosto do celu. A jeżeli mężczyźni, którzy tutaj przesiadywali i je wykorzystywali okazaliby się dżentelmenami i nie traktowali kobiet jak zabawkę na pewno udałoby im się znaleźć tą jedyną. 
- Chcę rozmawiać z Benjaminem Fraiserem – powiedział Louis kiedy udało nam się przepchać przez tłum i dojść do windy, a następnie wjechać nią na trzecie piętro. Przejść kilkoma korytarzami i odszukać drzwi, które miały złotą tabliczkę z napisem „BOSS”.
- Kim jesteś? – zapytał jeden z dwóch ochroniarzy, którzy stali przy drzwiach.
- Jestem Louis. – Zrobił krótką pauzę po czym dodał – Louis Tomlinson.
Szczerze mówiąc przeszły mnie ciarki w tym momencie, a na usta wpłynął lekki uśmiech. Ochroniarze spojrzeli na siebie poczym jeden zapukał do drzwi i kiedy usłyszał zezwolenie na to, że może wejść zniknął za nimi.
Zapadła cisza podczas której wzięłam głęboki wdech, który miał mi pomóc się uspokoić. Czekała nas teraz najtrudniejsza część całej misji i serce waliło mi tak, że miałam wrażenie, że każdy je słyszał. Zazdrościłam Louisowi tego, że był totalnie opanowany i skupiony. Miał poważną twarz, która nie wyrażała żadnych emocji a jego mięśnie były napięte.
Mężczyzna po chwili otworzył drzwi przez które wyszła kobieta, która miała na sobie zwiewną do kolan sukienkę w zielonym kolorze i potargane włosy, które rozczesywała palcami. Kiedy przechodziła obok nas z uśmiechem na ustach mrugnęła do Louisa. Na szczęście on nie zwrócił na nią uwagi, tak samo jak na te striptizerki na dole. Naprawdę nic nie było wstanie odwrócić jego uwagi od zadania.
Że chyba ja sama, pomyślałam ale szybko odrzuciłam tę myśl gdyż powinnam być skupiona na czym innym.
- Możecie wejść – powiedział ochroniarz trzymając szeroko otwarte do wnętrza pokoju drzwi. Louis pociągnął mnie za sobą do środka pokoju gdzie na za wielkim biurkiem siedział Benjamin Fraiser.
Ubrany był w białą koszulę, która miała rozpięte trzy pierwsze guziki, czarne szelki i kilka złotych łańcuchów na szyi. Posiadał także zegarek na lewej ręce i kilka pierścieni na palcach, które były również ze złota.
Wyglądał na około pięćdziesiąt lat. Jego blond włosy z  siwizną w niektórych miejscach były zaczesane do tyłu. Miał widoczne zmarszczki na czole i w kącikach oczu, które miały jasny odcień niebieskiego i przerażały mnie bo miałam wrażenie, że gdy na mnie patrzył to wyobrażał sobie sposób w jaki mnie zabije.
Na szczęście za nim była ściana z oknami na całą szerokość i widać było Londyn, jego oświetlone budynki oraz zachodzące słońce i na tym widoku się skupiłam zamiast na jego spojrzeniu.
- Och, Louis! Dobrze cię widzieć! – Rozłożył ręce i uśmiechnął się. Dostrzegłam w jego uzębieniu kolejny złoty element z czego można było wywnioskować, że naprawdę miał kasy jak lodu.
- Mi ciebie też, Benjaminie – powiedział i skinął głową z podniesionym jednym kącikiem ust.
- Wiele lat minęło od naszego ostatniego spotkania. Zmieniłeś się, stałeś się prawdziwym mężczyzną – powiedział Fraiser i odpalił cygaro, w powietrza wzbiła się chmara białego dymu.
- No cóż, cztery lata to trochę sporo czasu. – Wzruszył ramionami Louis.
- Powiedz, co cię do mnie sprowadza, albo nie. – Pomachał prawą ręką, w której nie trzymał cygara. –Chcę wiedzieć najpierw kim jest ta piękna dama przy twoim boku. – Wskazał na mnie swoim paluchem i mrugnął.
- Destiny Ellis, pracuje dla mnie – odpowiedział stanowczo.
- Mhm… - pokiwał głową. Przysunął się bliżej biurka, na którym oparł łokieć a następnie na pięści położył swoją brodę. Wciąż wpatrywał się we mnie, lustrował od stóp po głowę.
– Zawsze miałeś dobry gust jeżeli chodzi o kobiety. Wybierałeś najlepsze partie i wiedziałeś jak je zaciągnąć do łóżka. Żadna ci nie odmówiła, prawda? – powiedział w końcu znowu opierając się plecami o fotel i znów kierując swoje spojrzenie na Louisa, który ścisnął mocniej moją dłoń gdy Benjamin wspomniał o kobietach.
- Prawda, nie mylisz się – powiedział zgadzając się z nim.
- To były dobre czasy… - westchnął po czym zaciągnął się ponownie cygarem. – No ale co było, to było. Skupmy się na teraźniejszości, powiedz mi czemu zawdzięczam tą wizytę.
- Chciałbym wykupić od ciebie dziewczynę. Nazywa się Vivianne Clive – odpowiedział.
Przez cały czas siedziałam cicho i obserwowałam wszystko uważnie dlatego nie umknęło mojej uwadze to, że na chwile Benjamin zwęził swoje oczy i jego uśmiech zadrżał.
- Ach, tak. Nowy nabytek dostarczony przez Samvela, który wspominał, że możesz się tu pojawić ale nie brałem sobie tego do serca – powiedział a ja na chwilę wytrzeszczyłam oczy. Kim był Samvel? Czy jemu chodziło o Snakea, który tak właśnie miał na imię?
– Jej ciało może być sporo warte. Musisz mi więc wiele zaoferować skoro chcesz ją wykupić nie biorąc udziału w licytacji. – Przestał się całkowicie uśmiechać, sprawiać wrażenie sympatycznego. Był śmiertelnie poważny i odrobinę groźny.
- Proponuję ci pół miliona.
- Znasz mnie równie dobrze jak ja ciebie. Podajesz naprawdę dobra cenę…
- Rozumiem, że się zgadzasz – powiedział Louis przerywając mu.
- Nie. Tego nie powiedziałem. – Pokręcił głową przecząco. –W ogóle nie pozwoliłeś mi dokończyć zdania. Matka cię nie nauczyła, że to niegrzeczne tak komuś przerywać? – zapytał z jadem w głosie.
Louis puścił moją dłoń i podszedł do biurka. Wycelował palcem w Benjamina i przez zaciśnięte zęby wycedził:
- Nie wspominaj o mojej matce. 
Skończyła się życzliwość i zaczęła wychodzić wzajemna nienawiść, która była jak wściekły pies na smyczy. Wyrywający się do tego aby ruszyć na swojego przeciwnika i rzucić mu się do gardła, zatopić w nim kły. Gdyby z całych sił nie starali się jej opanować na pewno by się na siebie rzucili.
- Proponuję ci inną wymianę – powiedział mężczyzna podnosząc się z fotela.
- Jaką? – zapytał Louis zakładając ręce na piersi.
- Dziewczyna za dziewczynę – powiedział. Wciągnęłam gwałtownie powietrze i zrobiłam krok w tył. W mojej głowie trwała bitwa myśli. Nie wiedziałam czy zgodzić się na taki układ, poświęcić się czy może sięgnąć po pistolet, który bardzo wyraźnie teraz odczuwałam i uciekać.
- Nie. Pieniądze albo nic – odpowiedział Louis.
- Och, Louis… przecież wiesz, że i tak zawsze dostaję wszystko co chcę…
- Nie tym razem. Jeśli nie chcesz pieniędzy to wychodzę. Żegnaj – powiedział. Odwrócił się do niego plecami i złapał mnie za rękę idąc w kierunku drzwi.
- Bierzcie ich – powiedział Fraiser i od razu dwóch ochroniarzy ruszyło w naszym kierunku. Cofnęliśmy się natychmiast i wyciągnęliśmy pistolety stając do siebie plecami.  Louis celował w Fraisera, a ja w dwóch ochroniarzy, którzy zauważając broń zatrzymali się i również wyciągnęli swoją.
- Nie strzelać! – powiedział od razu zauważając wyciągniętą broń ze strony swoich ochroniarzy. Dało się usłyszeć w jego głosie panikę. – Obydwoje mają być żywi!
- Wypuścisz nas inaczej nie zawaham się ani sekundy przed pociągnięciem spustu – powiedział Louis.
- Dobrze… - powiedział dopiero po upłynięciu kilku sekund. – Możecie iść.
Machnął ręką na ochroniarzy, który opuścili broń i odsunęli się robiąc nam wolną drogę do drzwi. Zaczęłam się do nich przemieszczać wciąż mając plecy złączone z plecami Louisa i wyciągniętą przed siebie bronią. Kiedy się przy nich znalazłam sięgnęłam ręką do klamki i otworzyłam drzwi. Bądź raczej tylko nacisnęłam na klamkę a inna siła z drugiej strony naparła na nie przez co uderzyły we mnie. Przewróciłam się na ziemię i wypuściłam z rąk broń. Zanim zdążyłam ją ponownie pochwycić złapali mnie za ramiona i podnieśli do góry dwaj ochroniarze, a cała masa innych wtoczyła się do środka.
- Ty pieprzony gnoju! – Krzyknął Louis do Benjamina podczas gdy  ja zaczęłam się szarpać i kopać mężczyzn, którzy mnie trzymali. Niestety było ich coraz więcej, otaczali mnie z każdej strony i łapali za ręce oraz nogi unieruchamiając. Przysłonili Louisa i słyszałam tylko jego głos i swój oraz śmiech Benjamina Fraisera, który musiał jakoś wezwać posiłki.
- Mówiłem Ci, że zawsze dostaję to co chcę a ty nie chciałeś słuchać, Louisie – powiedział Benjamin w przerwie od śmiechu.
- Puszczajcie mnie! Louis! - Krzyczałam a z moich oczu zaczęły lecieć łzy. - Louis, pomóż mi!
- Destiny! Nie martw się, znajdę cię, słyszysz?! Destiny! – Jego głos słabł, przemieszczałam się.
- Kocham cię, Destiny! – Usłyszałam jeszcze zanim wyszliśmy z pokoju i wsiedliśmy do windy. Zmrużyłam oczy przed jasnym światłem po czym zaczęłam znowu krzyczeć błagając żeby mnie wypuścili. 

                                                             ~†~