piątek, 9 grudnia 2016

† Chapter 9 †

                                                       † Slaves Love †

Przemieszczaliśmy się bardzo powoli, jednakże sprawnie. Louis wiedział gdzie mamy skręcić co mnie bardzo zaskoczyło. Nie sądziłam, że zna ten budynek aż tak dobrze. Podczas naszej podróży do zaplecza baru, które było naszym punktem docelowym zakurzyliśmy się trochę i zmarzliśmy. Kiedy tam dotarliśmy Louis mnie wyprzedził i wyskoczył pierwszy zwinnie lądując na podłodze, a później złapał mnie swoimi silnymi rękoma i postawił na ziemi. Zaczęliśmy się otrzepywać oraz omawiać następne kroki.
- Zayn pewnie jest już na miejscu i zza drzwiami możemy zastać niezłą rozróbę. - Skupiałam się na tym co mówił oraz próbowałam wychwycić odgłosy strzelaniny i krzyki lecz docierały do mnie jedynie słowa piosenki, która aktualnie leciała. – Przydałaby nam się nowa broń, na szczęście wszędzie są skrytki więc zaraz jakąś zdobędziemy. Kiedy wyjdziemy ukryjemy się za barem i rozeznamy w sytuacji, a później ruszymy do wyjścia. Mam nadzieję, że pamiętasz aby się nie zatrzymywać.
- Tak, pamiętam – powiedziałam. Przygryzłam wargę, gdyż nie chciałam wychodzić bez niego. Czułam, że trudno będzie mi tego dokonać jeżeli zostaniemy rozdzieleni.
- Świetnie. Chodź teraz po broń. - Ruszyliśmy na koniec pomieszczenia do lodówek z lodem i butelkami, które zostały wybrane do chłodzenia się podczas gdy reszta stała na wysokich pułkach.
Louis odsunął jedną z lodówek, za którą był mały sejf. Otworzył go i wyjął z niego dwa pistolety oraz kastety, którymi łatwo było poderżnąć gardło ze względu na ich kształt przypominający literę C i albo półksiężyc. Louis mi o nich opowiadał i kazał poćwiczyć walkę z ich zastosowaniem na jednych zajęciach. Zabijałam wtedy wypchaną kukłę, a nie człowieka do czego miało za chwilę dojść kiedy opuszczę z Louisem zaplecze.
Pozbyłam się już uczucia, że zostanę potępiona za zabicie innego człowieka. Uświadomiłam sobie, że wyrywam chwasty, a nie te najpiękniejsze kwiaty w ogrodzie. Wyciągnęłam również na wierzch moją odwagę, a schowałam wyobraźnie, która tworzyła w obliczu zagrożenia różne, straszne scenariusze. Powodowały one, że wolałam ogarnięta paniką siedzieć skulona w kącie i czekać na wybawienie. Teraz stałam się swoim własnym wybawieniem i niosłam je innym ludziom.
Uzbrojeni odwróciliśmy się twarzami w stronę drzwi, które w tym samym czasie się otworzyły i do środka wpadło dwóch mężczyzn. Zaczęli strzelać więc szybko z Louisem przylgnęliśmy do półek aby uniknąć pocisków, które za to trafiały w poustawiane butelki. Szkło leciało w każdą stronę, a alkohol różnej barwy rozlewał się po podłodze. Kiedy zauważyli, że zniknęliśmy i marnują tylko naboje przestali strzelać i zaczęli się do nas zbliżać. Słychać było jedynie pracę zamrażarek, nasze oddechy i kapiące krople ze skrajów półek. Spojrzałam na Louisa, który miał uniesiony pistolet i pokazał mi żebym miała dwoje oczu otwarte. Skinęłam potakująco głową i także podniosłam do klatki piersiowej pistolet, a mój palec wskazujący spoczął na spuście. Potem zaczął odliczać, wystawił trzy palce i powoli je chował. Kiedy zniknęły wszystkie dał znak do działania.
Wyszliśmy z ukrycia i od razu pociągnęliśmy za spust celując w naszych przeciwników. Trafiliśmy ich za pierwszym razem, Louis jak zawsze idealnie w serce, a ja trochę wyżej w czoło. Upadli z pluskiem na podłogę zalaną czerwonym winem, z którym zmieszała się później krew. Zabraliśmy im broń i biegiem pokonaliśmy odległość dzielącą nas od wyjścia.  Przed samym przekroczeniem progu poślizgnęłam się na mokrej podłodze, ale na szczęście Louis zdążył mnie szybko złapać. Pochyleni podeszliśmy do baru, Louis wychynął zza lady a ja na kuckach siedziałam obok niego. Wyraźnie słyszałam krzyki ludzi, wystrzały i muzykę na co przeszedł mnie dreszcz.
- Okej, widzę Zayna – powiedział przenosząc wzrok z tłumu na mnie. - Również jego ludzi, którzy są wszędzie gdzie nie spojrzysz i atakują ludzi Benjamina. Wmieszani są w to panikujący cywile no i kilka martwych ciał na podłodze więc uważaj abyś się nie potknęła kiedy będziesz uciekać.
- Po czym poznam ludzi, którzy są po tej samej stronie co my? – zapytałam.
- Po dwóch kolorowych soczewkach w oczach i neonowych paskach na skórach – odpowiedział uśmiechając się. Musiałam przyznać, że to dosyć ciekawy pomysł.
- Okej, jeszcze jedno pytanie. Ja, będę uciekać? A co z tobą?
- Muszę pomóc Zaynowi, nie mogę go tak zostawić.
- Idę w takim razie z tobą – powiedziałam po czym krzyknęłam przerażona kiedy nagle przerzucono nad barem mężczyznę. Uderzył w butelki i spadł na podłogę obok nas. Louis ochronił mnie przed odłamkami szkła zakrywając rękoma po czym spojrzał w oczy trzymając wciąż dłonie na moich ramionach.
- Proszę, chodź raz nie bądź uparta i zrób to o co cię proszę – powiedział, a następnie wstał i przeskoczył przez bar zostawiając mnie samą.
Wstałam a moje usta już się otwierały do tego, aby krzyknąć jego imię ale zaraz się zamknęły gdyż zrozumiałam, że mogę tym zwrócić na nas uwagę. Zobaczyłam jak znika w tłumie i biegnie do Zayna po czym znowu ukucnęłam a mój wzrok padł na martwego chłopaka. Na jego widok zrobiło mi się smutno, ponieważ był z naszej drużyny. Miał pomarańczową i zieloną soczewkę w otwartych ale bez życia oczach. W dodatku wyglądał na młodego chłopaka, młodszego ode mnie, chyba zaczynał dopiero szkołę średnią. Zamknęłam mu oczy po czym wstałam i zaczęłam wchodzić na blat. Kiedy na nim stanęłam zaczęłam szukać w tłumie Louisa i Zayna.
Nie było łatwo ich znaleźć przez panujący mrok i wciąż poruszających się ludzi ale w końcu mi się udało. Zgięłam więc kolana aby zeskoczyć z blatu po czym pobiec w ich kierunku lecz nie zrobiłam tego gdyż z mojej lewej strony pojawił się jeden z ludzi Benjamina i biegł w moim kierunku wyciągając broń zza pasa. Zanim udało mu się to zrobić uniosłam swoją i strzeliłam, ściągnęłam tym na siebie uwagę.
Dwóch ochroniarzy Benjamina zaczęło wdrapywać się na blat z moich dwóch stron. Poczekałam aż się wyprostują po czym rozłożyłam ręce i wystrzeliłam z dwóch pistoletów kilka razy póki ich nie zabiłam. Potem pojawił się trzeci mężczyzna, który złapał mnie za kostki i zrzucił na podłogę. Ból rozszedł się po moich plecach i głowie, a w oczach pojawiły się czarne plamki. Zamrugałam kilka razy po czym w ostatniej chwili strzeliłam do niego. Gdybym tego nie zrobiła na czas, przygniatałby mnie pewnie i okładał pięściami po twarzy.
Szybko wstałam i zaczęłam przeciskać się przez tłum do miejsca gdzie zauważyłam wcześniej Louisa i Zayna. Kiedy dzieliły mnie od nich zaledwie dwa kroki ktoś wpadł na mnie i popchnął w bok. Uderzyłam o plecy jakiegoś mężczyzny, który odwrócił się do mnie i przyłożył mi pięść do policzka.  Wycelowałam w niego jednym pistoletem, ale nie udało mi się strzelić bo był ode mnie szybszy i pozbawił mnie broni wykręcając rękę do tyłu.
- Au.. – jęknęłam.
- Panienki takie jak ty nie powinny używać tych niebezpiecznych zabawek – powiedział mając usta przy moim uchu. Zabrał mi obydwa pistolety po czym kopniakiem posłał na podłogę.
Myśląc, że nie mam już żadnej broni i nie stanowię dla niego zagrożenia odwrócił się do mnie plecami. Zaczął iść przez tłum i strzelać . Podniosłam się i wyjęłam zza pasa kastet zdmuchując przy okazji niesforny kosmyk, który wydostał się z mojego kucyka. Następnie zaczęłam biec w kierunku tego mężczyzny i wskoczyłam mu na plecy.
- Co jest kur… - powiedział zaskoczony. Nie dokończył jednakże gdyż poderżnęłam mu gardło. Krew trysnęła na moje ręce, a ciało z ulatującym życiem runęło na podłogę.
Siedząc na plecach mężczyzny wytarłam o jego czarny garnitur mój nóż po czym sprawdziłam ile zostało nabojów w pistoletach. Jeden magazynek był już pusty, ale z drugiego pistoletu mogłam oddać jeszcze dwa strzały. Przeznaczyłam je dla dwóch z pięciu mężczyzn, którzy otaczali Zayna i Louisa. Szybko i łatwo rozprawili się z trójką, która została po czym podbiegli do mnie.
- Dzięki za pomoc – powiedział Zayn uśmiechając się do mnie. Odwzajemniłam gest i także uniosłam kąciki ust do góry po czym spojrzałam na Louisa, który był przeciwieństwem Zayna. Na jego twarzy wyraźnie malowała się złość z powodu mojego nieposłuszeństwa i ciągłej obecności w klubie.
- Ciebie naprawdę trzeba złapać za rękę i wyprowadzić siłą. – Złapał moją zakrwawioną dłoń i pociągnął do wyjścia.
- Nie chciałam później wyprowadzać za rękę ciebie, martwego – powiedziałam z naciskiem na ostatnie słowo.
- Nigdy mnie nie słuchasz. Lekceważysz to o co cię proszę.
- Nie prawda! – podniosłam swój ton. Nie miałam pojęcia co nagle ugryzło Louisa i jego zły humor udzielił się również mi. – Nie mogłam cię zostawić tak jak ty nie opuściłeś Zayna i poszedłeś mu pomóc.
- Również nigdy we mnie nie wierzysz. Wyszedłbym z tego – Louis kontynuował wymienianie moich nie istniejących przewinień. Słuchałam go i wierzyłam w niego ale niepokój o jego życie był po prostu odrobinę silniejszą emocją. Sam się o mnie bardzo martwił więc czemu nie rozumiał, że i ja boję się o niego?
- A co z tobą? Zawsze mi powtarzasz, że we mnie wierzysz ale mam wrażenie, że wcale tak nie jest. – Zatrzymałam się i Louis również, stanęliśmy naprzeciwko siebie. – Mówiłeś, że to będzie mój sprawdzian. Myślę, że zabicie ośmiu osób sprawia, że go zdałam. Udowodniłam innym, a przede wszystkim sobie, że jestem silna. Potrafię zrobić coś więcej oprócz ukrywania się po kątach i płakania! Powinieneś być ze mnie dumny bo ty mnie wszystkiego nauczyłeś! Tymczasem masz do mnie pretensje!
- Mam teraz zacząć bić ci brawo, iść po szampana? – zapytał unosząc brwi. - Obchodzi mnie twoje bezpieczeństwo, a nie liczba osób, które przez ciebie nie żyją.
- To nie jest najlepszy moment na kłótnię – odezwał się Zayn a ja uświadomiłam sobie, że to jest nasza druga kłótnia. Oczywiście bardziej poważna niż ta pierwsza, która odbyła się po naszej randce kiedy dostałam liścik od Snake’a o porwaniu Vivianne. Jednakże nie sądziłam, że dojdzie kiedykolwiek między mną, a Louisem do sprzeczki. Nigdy również nie przeszło mi przez myśl rozstanie z Allanem, ratowanie przyjaciółki i strata ojca. Za każdym razem gdy rozpoczynała się jakaś dobra chwila tworzyłam w wyobraźni piękny, kolorowy obraz, który przedstawiał ciąg dalszy i zakończenie. Zapominałam, że istnieją czarne i szare kredki.
- Nie wtrącaj się, Malik – warknął Louis nie spuszczając ze mnie wzroku.
- Poważnie, jeżeli zaraz nie przestaniesz się kłócić z Destiny to koleś za tobą wbije ci nóż w serce – powiedział unosząc pistolet aby zastrzelić mężczyznę, który zbliżał się do Louisa zza jego plecami. Jednakże Louis postanowił sam zainterweniować. Natychmiast się odwrócił i wytrącił sztylet z ręki przeciwnika kopniakiem po czym przyłożył mu kilka razy w twarz z pięści. Chłopak próbował się bronić ale ostatecznie padł nieprzytomny na ziemię.
- Ludzie Snake’a – powiedział Louis patrząc na swojego pokonanego przeciwnika.
- Ale jak to… - wyszeptałam. Jak zawsze na myśl o Snake’u zrobiło mi się słabo.
- Benjamin musiał wezwać go na pomoc – stwierdził Zayn patrząc na wejście klubu. Przez główne drzwi wpadało do środka pełno ubranych na czarno, wytatuowanych nastolatków. Razem z ochroniarzami Benjamina rzucali się na ludzi Zayna, których liczba błyskawicznie zaczęła maleć.
- Odwrót, uciekajcie, natychmiast! Biegnijcie do wyjść, koniec z walką! – zaczął wykrzykiwać Zayn, a po chwili został zaatakowany tak samo jak Louis i ja.
Rzucił się na mnie chłopak o blond włosach ze sztyletem w dłoni. Uskoczyłam za późno przed jego ciosem i ostrze przecięło mi skórę na lewym ramieniu. Krew zaczęła spływać mi po ręce, a rana nieprzyjemnie piec. Zignorowałam go i skupiłam się na obronie gdyż sztylety, miecze i tym podobne wymagały szybkiej reakcji, odpowiedniego trzymania, stawiania kroków i kątów padania ciosów. Była to najtrudniejsza broń w opanowaniu i posługiwaniu się. Radziłam sobie z nią gorzej niż z pistoletem lub łukiem gdzie wystarczyło jedynie dobrze wycelować więc nie zawsze udawało mi się obronić przed ciosem. Zostałam ugodzona w obydwa ramiona i prawe biodro. Coraz bardziej doskwierał mi ból i zmęczenie, opadałam z sił w porównaniu z moim przeciwnikiem.
Widząc, że ma nade mną przewagę postanowił przejść do zadania ostatniego ciosu. Kopniakiem wytrącił mi kastet z ręki po czym powalił na ziemie i przystawił sztylet do szyi lecz nie wbił go w moją szyję od razu. Zbliżył swoją twarz do mojej tak, że czułam jego oddech na policzku po czym palcami lewej dłoni delikatnie przejechał po mojej twarzy ze złowieszczym uśmiechem na twarzy. Złapałam jego nadgarstki i jedynie zacisnęłam na nich swoje dłonie gdyż z jednej strony miałam ochotę się poddać i pozwolić mu się zabić. Natomiast z drugiej strony, moje waleczne oblicze krzyczało abym walczyła i nie poddawała się.
- Snake raczej nie będzie zadowolony kiedy się dowie, że to ja cię zabiłem, a nie on – powiedział. – Nie spodoba się to również Louisowi. Pewnie się załamie, a przynajmniej ja bym tak zareagował. Stracić tak ładną dziewczynę… - cmoknął z westchnieniem i pokręcił głową. – Naprawdę szkoda, ale cóż, za błędy rodziców trzeba płacić.
- O czym ty mówisz? – Z trudem wypowiedziałam te słowa przez coraz bardziej napierający na moją szyję nóż.
- No tak, nie masz o niczym pojęcia – zaśmiał się. – Jeżeli istnieje jakiś świat po śmierci i uda ci się trafić do tego samego miejsce co twojemu ojcu, to może go zapytasz o co mi chodziło.
Nie miałam pojęcia o czym on mówi i uznałam, że powtarza jakieś kłamstwa, które sprzedał mu Snake. Zdenerwowało mnie to, a gniew pobudził moją waleczną osobowość. Zacisnęłam powieki i wydobyłam z siebie resztkę sił i odepchnęłam przed siebie ręce chłopaka. Nóż wbił się w gardło lecz nie moje tylko blondyna. Jego oczy rozszerzyły się, usta otworzyły a z rany poleciała ciepła krew i ubrudziła mi ręce, szyję i brodę oraz zaczęła wsiąkać w koszulkę.
- Destiny?! – usłyszałam głos Louisa i poczułam ulgę, że i jemu udało się przeżyć starcie z jego własnym przeciwnikiem. Wyciągnęłam do niego rękę spod martwego już ciała chłopaka by dać mu znać, że żyję. Zauważając moją dłoń od razu zrzucił ze mnie ciało chłopaka i pomógł mi wstać. Oparłam się o jego ramię gdyż nogi miałam jak z waty, brakowało mi sił.
- Musimy uciekać, Destiny – poinformował mnie. - Wytrzymaj jeszcze trochę i mocno trzymaj mnie za rękę kiedy będziemy biec.
- Okej – pokiwałam głową. Louis złapał mnie za rękę a ja wykrzesałam ostatnie iskry energii. Zaczęliśmy biec przeskakując co jakiś czas przez zwłoki aż w końcu wybiegliśmy tego przeklętego klubu.
Zapadła już noc, powietrze stało się chłodne, a dookoła nie było widać ani jednej osoby chętnej na zabawę, wszyscy stąd uciekali. Louis podbiegł do jednego z wielu samochodów, które stały na ulicy i miały na drzwiach namalowaną neonową literę „Z”. Otworzył przede mną drzwi na tylne siedzenia i pomógł wsiąść do środka a po chwili usiadł obok mnie. Chciałam go zapytać kto w takim razie będzie prowadził, ale nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć drzwi od strony kierowcy otworzyły się i do samochodu wsiadł Zayn. Odpalił silnik i z piskiem opon odjechał w stronę Pająka. 

                                                             ~†~

4 komentarze:

  1. Jak zawsze super rozdział czekam na next i pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Słyszałyście juź o śmierci mamy Louis'a. Popłakałam się jak się dowiedziałam kobieta osierociła siódemkę wspaniałych dzieci i jednego wnuka. Cały czas nie mogę w to uwierzyć. Bardzo współczuję Louis'owi i mam nadzieję że nie zrobi nic głupiego i będzie silny.- Natalia

    OdpowiedzUsuń
  3. Muszę przyznać, że jestem odrobinę zaskoczona, że pojawił się rozdział ponieważ nie dostałam powiadomienia ;(

    Rozdział jak zwykle niesamowity, nic dodać nic ująć :) Czekam na więcej i życzę dużo weny

    opowiadania-deszczem-pisane.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Naprawdę? Bardzo cię przepraszam w takim razie! Wydawało mi się, że to zrobiłam ale ostatnio przechodzę przez ciężki okres w życiu, jestem zabiegana i nie ogarniam trochę co się dookoła mnie dzieje. Przepraszam jeszcze raz i zapraszam na rozdział 10! ♥

      Usuń