piątek, 14 lipca 2017

† Chapter 13 †

                                                      † Slaves Love †


Siedziałam na parapecie w swoim pokoju i obserwowałam jak nadchodzi noc. Słońce chowało się za horyzontem i niebo przybrało pomarańczowo różowy kolor. Pojawił się chłodny wiatr, który podrywał z ziemi opadłe z drzew liście i zapaliły się uliczne latarnie.
  Jesień rozpoczęła się dwa tygodnie temu przynosząc deszczowe dni, a ja już wyobrażałam sobie pod powiekami zamkniętych oczu świat przykryty puszystym śniegiem. Marzyłam o tym, że ubieram choinkę, kupuję prezenty dla bliskich, buduję bałwana i piję szampana w sylwestra. Pragnęłam tego w tym roku podwójnie z powodu Snake’a, który stał mi na przeszkodzie. Bałam się, że przegram w jego grze, wyłożę złą kartę, wyrzucę za małą ilość oczek, aby schronić się w bezpiecznym miejscu i zginę zanim pierwsza gwiazdka zdąży pojawić się na niebie.
  Przestałam rozmyślać  o nadchodzącym bożym narodzeniu kiedy rozległ się dzwonek do drzwi i zaczęłam się stresować pierwszym spotkaniem Louisa z moją matką. Zupełnie zapomniałam o jego przeszłości, która zabrudziła jego przyszłość i pokryła ciało tatuażami kiedy wyrażałam zgodę na wspólną kolację. Mimo wszystko miałam nadzieję, że spotkanie przebiegnie pomyślnie i nie będę musiała opuszczać Carlisle.
- Otworzę! – krzyknęłam wybiegając z pokoju. Schodząc po schodach poprawiłam prostą, czarną sukienkę, którą założyłam specjalnie na dzisiejszy wieczór oraz włożyłam za ucho niesforne kosmyki włosów, a następnie wzięłam głęboki wdech i nacisnęłam klamkę.
  Bukiet czerwonych róż, który Louis trzymał w dłoniach zasłaniał jego wyprostowaną sylwetkę odzianą w garnitur. Niesforne kosmyki jego włosów były ulizane i błyszczały się równie mocno jak czarne lakierki na jego stopach. Policzki miał gładkie, świeżo ogolone, a dookoła niego unosił silny zapach męskich perfum, który sprawił że nogi mi zmiękły.
- Dobry wieczór – powiedział przekraczając próg. Wyciągnął z bukietu jedną różą i wręczył mi ją całując mój policzek.
- Witaj, Louis – odpowiedziałam z szerokim uśmiechem na twarzy. Odebrałam różę i zanurzyłam w niej nos napawając się jej cudnym zapachem. Znad czerwonych płatków obserwowałam jak Louis staje naprzeciw mojej matki.
  Patricia Ellis przekazała mi w genach swoją urodę, każdy detal swojej twarzy. Miałyśmy te same kości policzkowe, brodę, pociągłe usta, zaokrąglony nos, a także kształt oczu. Jedynie kolor tęczówek był inny, brązowy odziedziczony po ojcu wraz ze wzrostem. Mama miała drobną budowę ciała, była o głowę niższa ode mnie i także od Louisa, a mimo to wydawała się nad nim górować przez srogie, podejrzliwe spojrzenie.
- Miło mi panią poznać. – Louis postanowił, że jako pierwszy się odezwie i wyciągnął w jej kierunku bukiet róż.
- Dziękuję, że zgodziłeś się przyjść – odpowiedziała odbierając kwiaty, które do tej pory zasłaniały pokrytą tatuażami szyję Louisa. Mama uniosła w górę zaskoczona wypielęgnowane brwi kiedy ujrzała czarne rysunki na jego skórze, ale ich nie skomentowała kąśliwie. – Zapraszam do salonu – dodała jedynie wskazując ręką pokój po czym zniknęła w kuchni by nalać wody do wazonu i postawić w nim podarowane róże.
  Podeszłam do Louisa i złapałam go za rękę, potarłam kciukiem wierzch jego dłoni. Gołym okiem zauważyłam, że stał cały spięty z powodu nerwów jakie przyniosło mu to spotkanie. Widziałam też, że wkładał całe serce aby wypaść jak najlepiej.
- Nie stresuj się – szepnęłam mu do ucha.
- Łatwo ci mówić - odszepnął patrząc na mnie oczami wypełnionymi przerażeniem.
- Owszem, ponieważ dostrzegam twoje gesty i ich efekty, zupełnie jakby ktoś mi ciebie podmienił. – Szturchnęłam go biodrem, aby go trochę go rozluźnić.
- Przepraszam, nie wiem jakie są twoje ulubione kwiaty, a żel paskudnie schodzi z włosów – powiedział z uśmiechem.
- Peonie – odpowiedziałam krótko.
  Przekroczyliśmy próg salonu gdzie oczekiwał nas George, który zamierzał jak najlepiej wypaść w roli ojca, którego mi zastępował. Przekonana byłam całkowicie, że gdyby Thomas Ellis żył i mógł z nami tutaj dzisiaj być na pewno założyłby swój mundur policyjny i bawiłby się pistoletem siedząc w fotelu. Obracając wciąż broń na palcu zacząłby opowiadać mi o wymyślonym mężczyźnie, którego dzisiaj zabił, a następnie zauważyłby Louisa. Podniósłby się z siedzenia upuszczając specjalnie kajdanki, przywitałby się z nim przyjaznym uściskiem, a przy stole zacząłby go wypytywać jak na przesłuchaniu. Wszystko zakończyłby śmiechem i jedyną poważną przestrogą jaką mój wybranek powinien sobie wziąć do serca.
- Ufajcie sobie nawzajem, nie ukrywajcie przed sobą prawdy, każdy problem lepiej rozwiązać we dwójkę – powiedział kiedyś do Allana.
  Deszcz uderzał w okna ze względu na połowę listopada, ogień w kominku ogrzewał salon, a my jedliśmy kolację. Minęły trzy tygodnie odkąd zaczęłam spędzać z Allanem więcej czasu niż ze zwykłym przyjacielem. Odprowadzał mnie akurat do domu kiedy zaczęło padać więc zaproponowałam aby wszedł do środka na herbatę i przeczekał ulewę. Skończyło się na rodzinnej kolacji i nocowaniu u mnie w pokoju oraz snuciu pierwszych marzeń o wspólnej przyszłości. Wszystko się zmieniło, relacje, otaczający nas ludzie i nasze wnętrza, jedynie porcelanowa zastawa i srebrne sztućce pozostały takie same.
  Przeszłość nigdy nie miała mi do powiedzenia niczego ciekawego, uświadamiała mi jedynie ile straciłam i zadawała ból. Starałam się skupiać na teraźniejszości i być szczęśliwą z drobnych rzeczy póki miałam na to możliwość więc otarłam szybko łzy, które zebrały mi się w oczach przez owe wspomnienie. Zepchnęłam je w odmęty mojego umysłu i zaczęłam zapamiętywać detale kształtującego się nowego, szczęśliwego wspomnienia.
- Dobry wieczór – powiedział Louis wyciągając do niego dłoń.
- Cześć, miło mi cię poznać… - powiedział ściskając jego rękę. Przeciągnął ostatnie słowo spoglądając na mnie ponad jego głową szukając ratunku. Zrozumiałam, że nie pamięta jego imienia więc szybko powtórzyłam mu je poruszając ustami.
– Luke.
- Louis. – Natychmiast poprawiłam Geroge’a, kiedy wypowiedział źle odczytane z moich ust imię.
- Tak, Louis. Miło mi, że mogę nareszcie cię poznać, Louis. Jak się masz?
  George był chyba jeszcze bardziej zestresowany niż Louis. Oboje znajdowali się w podobnej sytuacji, nie wiedzieli jak mają poradzić sobie z nowym wyzwaniem. George nie posiadał żony ani dzieci więc jego córka nigdy nie przyprowadzała chłopaka do domu, a Louis posiadał jedynie dziewczyny na jedną noc i nie odwiedzał ich w domu.
- Wspaniale, a pan? – zapytał próbując utrzymywać konwersację.
- Również mam się dobrze – odpowiedział po czym dodał także nie chcąc uniknąć krępującej ciszy. – Chociaż trochę jestem zmęczony po pracy i głodny.
- Destiny mówiła, że prowadzi pan firmę, reklamową jeżeli dobrze pamiętam.
- Zgadza się – skinął potakująco głową. - A ty czymś się zajmujesz, chodzisz jeszcze do szkoły? – zapytał z zakłopotaniem, które wynikało z wiedzy Louisa na jego temat, podczas gdy Geroge o wszystkim zapomniał. 
- Nie, proszę pana – odpowiedział uprzejmie Louis nie przejmując się tym oraz wcześniejszym pomyleniem jego imienia. – Skończyłem szkołę dwa lata temu i aktualnie posiadam restaurację.
- Restaurację w tak młodym wieku! To doprawdy godne podziwu! – Podobnie jak mama uniósł wysoko zdziwiony brwi. Zdążył zauważyć wystające z kołnierzyka i mankietów koszuli tatuaże Louisa i zapewnie spodziewał się usłyszeć, że kończy właśnie szkołę, ponieważ przez większość czasu jej trwania siedział w poprawczaku.
- Dziękuję panu bardzo. – Louis przyjął komplement skinieniem głowy i lekkim uśmiechem.
- Destiny, pomożesz mi przynieść herbatę z kawą? – zapytała mama wchodząc do salonu i stawiając kwiaty nad kominkiem.
- Oczywiście – zgodziłam się i podążyłam za nią. Wcześniej również wsadziłam różę, którą mi Louis podarował między chabry, które ozdabiały stół z zastawą.
  Przyniosłyśmy z mamą po dwa szklane dzbanki wypełnione herbatą z cytryną lub kawą z mlekiem, do wyboru do koloru. Następnie zasiedliśmy do stołu życząc sobie smacznego. Siedziałam obok Louisa, a naprzeciw mnie moja matka i George, który naprędce nałożył sobie jedzenia na talerz i zaczął je spożywać. Usprawiedliwiał pełną buzią swoje milczenie. Louis zbyt się wciąż denerwował aby zacząć rozmowę, widziałam to po jego drżących dłoniach, na których skupiał całą swoją uwagę i próbował nad nimi zapanować. Moja matka obrzucała każdego ukradkowym spojrzeniem i przygryzała wargę zastanawiając się co powiedzieć.
- George – odezwałam się postanawiając przerwać panującą ciszę. – Skoro Louis posiada restaurację, może moglibyście razem współpracować? Stworzyłbyś reklamę i pomógłbyś rozpowszechnić informację o jego lokalu?
- Świetny pomysł! – George natychmiast pochwycił mój temat, ponieważ każda okazja do zarobienia pieniędzy, możliwość wspięcia się wyżej po drabinie, pobudzała go do życia. – Louis, jeżeli chcesz, możesz odwiedzić mnie w moim biurze jutro o pierwszej po południu. Omówilibyśmy wszystko podczas lunchu.
- Dziękuję, za tę ofertę. Na pewno ją przemyślę i odezwę się do pana – odpowiedział prostując się na krześle.
- W jakim jesteś wieku, Louis? Wydajesz się być młodym chłopakiem, zbyt młodym na przedsiębiorstwa – odezwała się moja mama.
- Mam dwadzieścia dwa lata, proszę pani.
- Czy właśnie to chciałbyś robić w życiu, prowadzić restaurację? – Spięłam się wyczuwając nadchodzącą w kierunku Louisa falę pytań zadawanych chłodnym tonem.
- Jeżeli konkurencja mnie nie wygryzie to jak najbardziej chciałbym z tym powiązać swoją przyszłość. – Jedynie ja i Louis zdawaliśmy sobie sprawę z gry słów jaka się odbywała w tym pokoju. Louis mówiąc o konkurencji miał na myśli Snake’a, który mógłby go wygryźć przez jedną kulkę wymierzoną prosto w jego serce.
- Interesujesz się czymś innym, nie tylko gastronomią? – Uśmiechnęłam się na wspomnienie porannego śniadania, które Louis próbował przygotować. Nie powiedziałabym, że Louis zainteresowany jest kuchnią, ale moja mama nie miała o niczym pojęcia i tak miało też pozostać. Prawda prawdopodobnie zabiłaby ją.   
– Sportem, fotografią i ostatnio zaciekawiła mnie literatura. - Louis zastanowił się chwilę zanim odpowiedział. Uświadomiłam sobie, że poświęca całe swoje życie na walce ze Snake’iem, prowadzeniu klubu i ośrodków szkoleniowych. Otoczony złem stara się przywrócić dobro przez co brakuje mu czasu na odnajdywanie siebie, rzeczy, które go pociągają i rozwijanie swoich pasji. 
- Byłam pewna, że wspomnisz o sztuce. Jeżeli w ogóle tatuaże można zaliczyć do tej kategorii – powiedziała z pogardą.
- Na pewno mieszanie ludzi z błotem zalicza się do tej dziedziny – odpowiedział jej spokojnie Louis. Podziwiałam go, że potrafił nad sobą panować po tym jak moja mama zadała mu cios poniżej pasa. Sama skupiałam się na oddechach, aby nie stracić nad sobą kontroli.  
- Czy masz plan zapasowy, gdyby konkurencja wygrała? – Matka powróciła do tematu pracy udając, że nie usłyszała stwierdzenia Louisa.
- Oczywiście i niedawno zacząłem go realizować. Założyłem kolejne przedsiębiorstwo polegające na zajęciach dla młodzieży, podczas których mogłaby rozwijać swoje pasje. – Louis zaskakiwał mnie odpowiednim doborem słów, który ukrywał prawdę na temat jego życia. Najpierw zataił informację o Snake’u, a teraz o swoim gangu.
- Świetny pomysł! – pochwalił George Louisa. – Jutro również możemy poruszyć temat tej organizacji.
- Jednak niektórzy potrafią wyjść na ludzi – mruknęła pod nosem moja mama. Mimo to wyraźnie ją słyszeliśmy i wiedzieliśmy co miała na myśli. Osądzała Louisa po jego tatuażach, zaliczała go do marginesu społecznego.
- Nie zauważyłem, aby ktoś zmieniał się z powrotem w małpę przez to co zrobił, jakkolwiek by było to złe  – odpowiedział jej Louis. Patrzyli sobie w oczy, wydawało się, że nie mrugają i że temperatura powietrza wzrasta.
- Środki pieniężne zapewne nie sprawiają, że martwisz się o swoje utrzymanie? – kontynuowała moja matka.
- Zgadza się. – Louis potwierdził jej domysły.
- Uważasz, że zapewnisz również godne życie mojej córce? – zapytała z rozbawieniem. Nie potrafiła uwierzyć, że jest na to gotowy, wystarczająco odpowiedzialny. Widziała w nim mimo wszystko gówniarza z ulicy.
- Tak, proszę pani.
- Co o tym wszystkim myślą twoi rodzice? – Matka zadała pytanie, którego najbardziej się obawiałam. Słysząc je  od razu wyciągnęłam pod stołem rękę w kierunku Louisa aby złapać jego dłoń i dodać mu otuchy. Zapadła cisza, podczas której Louis zastanawiał się czy odpowiedzieć tym razem zgodnie z prawdą.
- Moi rodzice nie żyją, proszę pani – odpowiedział ze słyszalnym smutkiem w głosie.
- Moje kondolencje – powiedziała matka, a Louis jedynie skinął głową.
- Również składam wyrazy współczucia – odezwał się George.
  Napięta atmosfera opadła i znowu zapadła cisza. Uznałam kolację za zakończoną, nikt z nas nie miał już więcej do dodania, a przynajmniej czuł, że nie wypada już o więcej pytać. Podniosłam się z miejsca, a zaraz za mną zrobił to samo Louis.
- Dziękuję bardzo państwu za kolację. Mam nadzieję, że wkrótce się zobaczymy – skłamał by zachować pozory uprzejmej, pozytywnie nastawionej osoby do samego końca.
- Pójdę go odprowadzić do wyjścia – oznajmiłam. Nikt nas nie zatrzymywał więc opuściliśmy salon, a następnie wyszliśmy z domu na pogrążoną w nocy ulicę, której ciemność rozświetlały latarnie aby móc w spokoju porozmawiać.
- Przepraszam – powiedziałam ze łzami w oczach kiedy zamknęły się za mną drzwi i byłam pewna, że nas nie usłyszą.
Louis nie zatrzymał się obok mnie. Zdenerwowany szedł dalej do krawężnika chodnika, a następnie zawrócił. Chodził w tę i z powrotem rozwiązując krawat i rozpinając białą koszulę oraz wdychając zachłannie zimne powietrze.
- Liczyłaś na mnie, a ja spierdoliłem sprawę i to ja powinienem cię przepraszać – powiedział z poczuciem winy, której nie powinien u siebie doszukiwać. Wina leżała po stronie mojej mamy, która ślepa była na jego wnętrze przez panujące stereotypy. – Powinienem przewidzieć, że nie mam ani jednego grama szansy i nie przychodzić. Miałem jednak nadzieję, postanowiłem spróbować i okazało się, że cała ta pieprzona szopka z garniturem, różami i zasadami savoir vivre okazała się bezużyteczna. Gdybym mógł, pozbyłbym się tych tatuaży, zdarł tą skórę i zastąpił nową. – Louis stanął przede mną i palcami rozdrapywał skórę na szyi oraz klatce piersiowej. Widok ten rozrywał moje serce i sprawił, że z oczu uleciały łzy. - Ale nie mogę, to cząstka mnie! – krzyczał, a jego głos niósł się po całej ulicy.
- Louis. – Położyłam dłonie na jego policzkach i dotknęłam swoim czołem jego.  - Nie myśl tak, proszę. To nie twoja wina, że społeczeństwo zaszczepia w swoich kolejnych członkach stereotypy, których się kurczowo trzymają bo ciężko im znieść zmiany. Ludzie pragną idealnego świata, który wydaje im się już zbudowali i każda nowa rzecz, która narusza porządek jest zła. Moja matka jest jedną z nich, ale ja również miałam nadzieję. Przepraszam, że cię w nią wciągnęłam i teraz wydaje ci się, że przestaje istnieć. Jeżeli moja matka się nie zgodzi to ucieknę. Chcę być z tobą, chcę zostać w Carlisle. Widzę twoje wnętrze Louis, nie jestem na nie ślepa, przynajmniej już nigdy więcej nie będę. Przyznaję się, że byłam kiedyś więźniem stereotypów, ale się uwolniłam.
- Jestem potworem.
- Potworem który ratuje życie, Louis i którego kocham.
Louis był już jedynie pogrążony w smutku, złość go opuściła, mięśnie się rozluźniły. Westchnął gładząc moją dłoń, wpatrując się w moje usta, a następnie w punkt ponad moją głową. Odwróciłam się za jego spojrzeniem i zobaczyłam sylwetkę mojej matki stojącą w oknie.
- Dobranoc Destiny – powiedział żegnając się. Odszedł w stronę motocykla, lecz zamiast na niego wsiąść zawrócił.
  Podszedł znów do mnie i objął mnie w pasie, przechylił odrobinę w dół i pocałował mnie namiętnie. Wolną ręką odgarnął włosy z mojej twarzy, a następnie opuszkami palców przejechał po moim karku wywołując przyjemny dreszcz rozchodzący się wzdłuż kręgosłupa. Pocałunki były długie i głębokie. Posłał mi cwaniacki uśmiech kiedy postawił mnie do pionu, a następnie odjechał.
- Dobranoc, Louis – szepnęłam za nim.

                                                              ~†~

piątek, 9 czerwca 2017

† Chapter 12 †

                                                       † Slaves Love †

Obudziło mnie chłodne powietrze, które wślizgnęło się pod kołdrę i otuliło moje nagie ciało wywołując dreszcze.
- Louis? – wymamrotałam podnosząc się do pozycji siedzącej i przecierając oczy.
Promienie słoneczne wpadały przez szparki żaluzji do małego pokoju, który nie wiele się zmienił od mojego ostatniego pobytu. Pojawiły się stosy książek i moje zdjęcia lecz po za tym ściany wciąż miały kolor khaki, żarówka zwisała z zalanego sufitu, popielniczka i pistolet leżały na stoliku, a podłoga skrzypiała.
Wstałam z łóżka, w którym leżałam sama i jedynym dowodem na wcześniejszą obecność Louisa, była wygnieciona poduszka, na której spoczywała jego głowa. Podeszłam do krzesła, na którym ułożone zostały nasze ubrania, które wieczorem rozrzucone były po podłodze. Założyłam majtki oraz koszulkę Louisa i poszłam w kierunku kuchni wyczuwając po drodze zapach spalenizny.
- Hej, czy ty też… - zaczęłam zadawać pytanie przekraczając próg pomieszczenia, lecz Louis, który mając na sobie jedynie bokserki siedział na parapecie otwartego na oścież okna i palił papierosa, przerwał mi.
- Tak. – Louis znowu miał spięte mięśnie i zabójcze spojrzenie.
- Co się stało? – Podeszłam do niego i położyłam dłoń na jego ramieniu. Czułam jak powoli się rozluźnia.
-Próbowałem być romantyczny – odpowiedział wypuszczając dym z ust, które po chwili przycisnął do moich. Pocałował mnie krótko, ale namiętnie. – Następnym razem kiedy będę próbował znowu to zrobić, powstrzymaj mnie.
- Czemu? – zapytałam marszcząc brwi. Odsunęłam głowę kiedy znowu chciał mnie pocałować gdyż wolałam dowiedzieć się co się stało. Louis westchnął zapatrzony w moje usta, a następnie rzucił przelotne spojrzenie na przedmiot umieszczony za moimi plecami. Odwróciłam się podążając za jego wzrokiem i zobaczyłam śmietnik, w którym leżało przypalone ciasto.
- Wstałem szybciej od ciebie i pomyślałem, że zrobię ci śniadanie do łóżka tak jak ci wszyscy bohaterowie z filmów. Próbowałem zrobić naleśniki, omleta i jajecznicę, ale wszystko się spaliło więc robię parówki.
Uśmiech mimowolnie pojawił się na moich ustach. Drobne gesty Louisa, które miały pokazać jak bardzo mu na mnie zależy powodowały, że odrywaliśmy się od stereotypów filmowych. Doświadczaliśmy czegoś nowego, tworzyliśmy własną historię miłosną, nowe wyobrażenia o związku usłanym różami. Louis podarowywał mi w każdym z nich swoje serce, a nie ilość posiadanych przez niego pieniędzy. Najbardziej normalne, codzienne, a jednocześnie tak cenne.
- Pewnie je także przypale, rozgotuje, nie mam pojęcia. – Wzruszył ramionami i zeskoczył z parapetu. Zaciągnął się papierosem skręcając gaz pod garnkiem z parówkami.
- Wyszło bardziej romantycznie niż myślisz – wyznałam.
- Nie wolno opowiadać kłamstw. – Wskazał na mnie palcem podchodząc znowu do parapetu, na którym stała popielniczka. Zgasił papierosa i spojrzał na mnie. – Ubieraj się, pojedziemy na śniadanie do klubu.
- A co jeżeli chcę zjeść tutaj? – zapytałam zakładając ręce na piersi.
- To ci nie wierzę – wzruszył ramionami. Dzieliło nas klika centymetrów, wyraźnie widziałam błękit jego oczu, kilkudniowy zarost na szczęce oraz tatuaże na umięśnionych ramionach i torsie. Zanim zdążyłam coś odpowiedzieć jego wargi ponownie spoczęły na moich i obdarowały namiętnym pocałunkiem.
- Obiecuję, że do następnego razu nauczę się gotować. – Przyciągnął mnie do siebie i wtulił twarz w moją szyję.
- Louis, ale ja naprawdę mówiłam prawdę. – Zanurzyłam palce w jego rozczochranych włosach. – Nie musisz uczyć się gotować, starać się być kimś innym. Kocham cię takiego jaki jesteś, kocham wszystko co robisz. Louis… - westchnęłam, gdyż zaczął całować moją szyję.
- Mhm, przepraszam. – Podniósł wzrok na wysokość moich oczu i posłał mi zadziorny uśmieszek. – Cieszę się, że wyznałem ci historię mojego życia bo stęskniłem się za twoim ciepłem i teraz znowu mogę je poczuć, ale obawy, że cię stracę wciąż tutaj są. – Przyłożył moją rękę do swojej piersi w miejscu serca. Czułam jak równomiernie bije.
- Chciałabym aby zniknęły – wyznałam. – Szczególnie te dotyczące twojego charakteru bo nigdy z ciebie nie zrezygnuję.
- W takim razie nie będziesz miała nic przeciwko jeżeli pozostanę nieugięty i zabiorę cię na porządne śniadanie?
- Nie, nie będę. – Pokręciłam przecząco głowa ze śmiechem.
Dochodziła dziesiąta rano kiedy Louis zaparkował swoim motocyklem pod Notte Club. Pomógł mi zdjąć kask, a następnie zsiąść z pojazdu. Trzymając się za ręce weszliśmy do środka. Klub o poranku był zupełnym przeciwieństwem wieczornej odsłony. W powietrzu zamiast smrodu papierosów, alkoholu i potu unosił się zapach smażonych jajek, bekonu i ciepłych bułeczek oraz świerkowy zapach płynu do podług. Stoliki zajęte były przez wyrzuconych z domu nastolatków i starszych bezdomnych, którzy jedli ciepłe śniadanie i pili gorący napój. Za barem stała Raven w czerwonym fartuchu i przyrządzała im posiłki zupełnie za darmo jak nakazał Louis.
- Dzień dobry, szefie. – Niektórzy punkowcy podnieśli się ze swoich miejsc i skinęli głową w stronę Louisa, a następnie w moją. Czułam się za każdym razem strasznie skrępowana kiedy mijający nas ludzie tak reagowali. Nie przywykłam wciąż do faktu, że mój chłopak jest głową całej organizacji, osobą, która ich uratowała i pomogła, której wiele zawdzięczają więc odnoszą się do niego z szacunkiem. Każdy wybór uważają za słuszny, w tym dobór partnerki, która zupełnie nie uważała się za super bohaterkę. Dziękowałam Bogu w głębi duszy, że nie mówią do mnie „szefowo”.
- Gołąbeczki wróciły do gniazda – powiedziała Raven kiedy podeszliśmy do baru.
- Cześć, Rav – odpowiedziałam jej z uśmiechem.
– Jak się wam gruchało? – zapytała. Czerwony rumieniec zawstydzenia pojawił się na naszych twarzach.
- Mogłabyś zrobić dwie porcje tostów z bekonem i herbatą? – zapytał ją Louis zbywając jej poprzednie pytanie.
- Jasne, ale może chcielibyście zjeść kawałek tortu? – zaproponowała.
- Nie, dzięki – odmówił jej Louis po czym zapytał – Prezenty położyliście w moim gabinecie?
- Jubilatce wypada zjeść tort więc poproszę. – Zrobiło mi się trochę głupio, że zostawiliśmy ich po pięciu minutach na imprezie zorganizowanej z okazji moich urodzin.
- Tak, są na biurku – odpowiedziała Louisowi Raven wyjmując z lodówki kawałki czekoladowego tortu ozdobionego czerwonymi, lukrowymi różami.
- Zaraz wrócę, smacznego. – Louis pocałował mnie w policzek i zniknął w korytarzu, który prowadził do jego biura.  Odprowadziłam go wzrokiem i w samą porę odwróciłam się w stronę Raven, która kroiła mi kawałek tortu wielkości mojej pięści.
- Hola, hola, zaczekaj! – Położyłam dłoń na nadgarstku jej ręki, w której trzymała nóż i przesunęłam ją troszeczkę zmniejszając rozmiar. – Taki będzie w sam raz.
- Jesteś tego pewna? – zapytała unosząc jedną brew.
- Tak i jakbyś mogła, spakuj mi resztę na wynos. Wezmę kawałek mamie.
- Jasna sprawa – mrugnęła do mnie i zaczęła szukać plastikowego opakowania a ja zanurzyłam łyżeczkę w czekoladowym cieście przekładanym śmietankowym kremem.
- O której wszystko się skończyło? – zapytałam będąc ciekawa przebiegu imprezy.
- Około czwartej - odpowiedziała.
- Czy Vivanne… - nie zdążyłam dokończyć pytania dotyczącego bezpiecznego powrotu mojej przyjaciółki do domu gdyż Raven przejrzała moje zamiary i szybko na nie odpowiedziała.
- Upiła się więc Olivia i Hayden zabrali ją do siebie do domu.
- Bardzo się upiła?
- Trochę… - odpowiedziała ze smutkiem i współczuciem wymalowanym na twarzy. Wszyscy wiedzieli, że Vivianne chodzi do psychologa po wydarzeniach w klubie i trudno jej sobie z tym poradzić dlatego szuka pomocy w alkoholu i papierosach. – Przysięgam, że jej pilnowaliśmy. Mówiliśmy, żeby uważała, że już jej wystarczy ale ona znajdywała wyjście z sytuacji. Wychodziła do toalety, zabierała nam nasze drinki. Przepraszam.
- Nic się nie stało, robiliście co w swojej mocy i dziękuję wam za to. Wina spada głównie na mnie, mogłam zostać.
- To nie jest również twoja wina! Po tym wszystkim przez co również przeszłaś zasługiwałaś na noc z Louisem. Nikt nie jest na ciebie zły, wręcz przeciwnie, cieszymy się.
- Naprawdę?
- Tak. – Na moje pytanie odpowiedział starszy mężczyzna, na oko około trzydziestki, który pojawił się obok mnie. Miał na sobie skórzaną kurtkę, czerwoną chustę na szyi i okulary przeciwsłoneczne na czarnych włosach.
– Wybaczcie, że się wtrącam. Chciałem jedynie zapłacić za śniadanie, pyszne jak zawsze. – Posłał ciepły uśmiech Raven i wręczył jej banknot dziesięcio dolarowy.
- Dziękuję bardzo. – Dziewczyna odwzajemniła uśmiech.
- Wracając do ciebie i Louisa. Przypadkiem usłyszałem co czym rozmawiałyście i nie mogłem się powstrzymać aby nie odpowiedzieć. Nie znam cię za dobrze, Destiny, ale słyszałem o tobie wiele. Podziwiam twoją odwagę, tak jak pozostałe dzieciaki. Odwalacie kawał dobrej roboty i zasługujecie na szczęśliwe chwile.
- D.. dziękuję – odpowiedziałam będąc zaskoczona tym co usłyszałam. 
- To ja dziękuję jeszcze raz za jedzenie, do zobaczenia. – Pomachał nam na pożegnanie i opuścił lokal.
- Kto to był? – zapytałam.
- Kenneth Norton, dołączył do nas kiedy jego rodzina zginęła w pożarze. Obwinia siebie, że nie miał odwagi nawet spróbować uratować swoich córek i żony. Po za tym miał rację, że zasługiwaliście. Plus miło widzieć Louisa z kimś, kogo szczerze kocha i nie prześpi się jedynie by zapomnieć.
- Och, dziękuję? – zapytałam nie będąc pewna jak powinnam odbierać jej słowa.
- Tak, możesz odebrać to jako komplement – zaśmiała się i zaczęła nakładać Louisowi i mnie na talerze tosty z masłem i bekonem.
- Bon appetit! – powiedziała podsuwając mi jeden talerz.
- Dzięki Raven, jesteś wielka – odpowiedział jej Louis, który wrócił już ze swojego biura, a następnie zwrócił się do mnie. – Zanim zaczniesz jeść, chciałbym abyś otworzyła mój prezent.
Louis wręczył mi małe pudełko owinięte niebieską wstążką. Wytarłam dłonie szybko w spodnie i odebrałam od niego prezent. Odwinęłam wstążkę, zdarłam fioletowy papier i otworzyłam białe pudełko. Ujrzałam w nim bransoletkę, srebrny łańcuszek ze wzorem, który przypominał płatek śniegu. W środku miała mały diament, z którego wychodziło, w każdym kierunku świata osiem prostych srebrnych linii, zakończonych diamencikami. W połowie kresek i dookoła diamentu była mniejsza i większa figura sześciokątna.
- Prześliczna – szepnęłam obracając ją w palcach i przyglądając się jej z każdej strony.
- Ten znak dla starożytnych plemion oznaczał nadzieję i przeznaczenie, tak jak twoje imię – powiedział zakładając mi kosmyk włosów za ucho.
- Och, Louis… - Łzy pojawiły się w moich oczach kiedy powiedział o znaczeniu symbolu.
- Nie płacz. – Uśmiechnął się do mnie i starł pojedynczą łzę z policzka.
- To ze szczęścia! Och, dziękuję ci Louis – powiedziałam wycierając oczy po czym pocałowałam go, a on odwzajemnił pocałunek z uśmiechem.
- Mogę ci ją założyć? – zapytał kiedy odsunęliśmy się od siebie. Skinęłam głową, oddałam mu bransoletkę i wysunęłam prawą rękę, na której po chwili spoczęła bransoletka oraz całus od Louisa.
- Śliczny prezent, przy tym nasze wychodzą biednie – powiedziała Raven opierając się łokciami o blat.
- Cudowna prawda? – zapytałam będąc wciąż oczarowana biżuterią. Nie mogłam oderwać od niej wzroku.
- Daj spokój, Rav. Liczy się gest, a nie ilość wydanych pieniędzy – powiedział Louis i zaczął jeść śniadanie, wyglądał na bardzo głodnego.
- Mów za siebie, ja czuję się głupio. Również mogłam sprzedać samochód i kupić coś lepszego. – Wydęła wargi ze smutku i oparła policzki o pięści.
- Co? – zapytałam powracając na ziemię z obłoków, do których przeniosła mnie srebrna błyskotka.
- Nieważne – uciął szybko Louis.
- Sprzedałeś swój samochód? – dopytywałam. Louis westchnął i wywrócił oczami.
- Nie zawracaj sobie tym głowy.
- Dlatego jeździsz motocyklem? – Zrobiło mi się strasznie głupio. Zachwycałam się bransoletką z brylancikami i zapomniałam, że takie rzeczy kosztują i to bardzo dużo, a Louis nie był majętną osobą.
- Dzięki, Rav – szepnął do dziewczyny z czerwonymi pasemkami we włosach.
- Przepraszam – odszepnęła mu.
- Tak i nie – zwrócił się do mnie łapiąc mnie za rękę. – Potrzebowałem pieniędzy, aby kupić ci ten prezent, ale również aby wyremontować mieszkanie. Chciałabym… chciałbym abyś ze mną zamieszkała i nie musiała wyjeżdżać do Glasgow.
- Och… - westchnęłam nie mogąc zaskoczona wydusić z siebie nic więcej. Podobnie było z Raven, która jedynie zagwizdała.
- Chciałem ci powiedzieć jak już wyremontuje mieszkanie, ale ktoś się wygadał.
- Mówiłam już, że przepraszam! Mogłeś uprzedzić!
- Nie muszę wam się ze wszystkiego zwierzać.
- Myślałam, że jesteśmy… - przerwałam szybko ich wymianę zdań zanim doszłoby do poważnej sprzeczki.
- Nie jestem zła, że się dowiedziałam, Louis. Raven, nie zepsułaś mi niespodzianki. Wbrew pozorom myślę, że jestem bardziej zaskoczona teraz niż gdybyś zabrał mnie do swojego domu z zawiązanymi oczami.
- Rozumiem jeżeli się nie zgodzisz na tą propozycję – powiedział Louis mając spuszczoony wzrok tak jak zawsze gdy żałował czegoś lub się obawiał.
- Nie wiem jak mogłabym się nie zgodzić. Z wielką chęcią się wprowadzę i spędzę z tobą kolejne noce – drugą część zdania szepnęłam mu do ucha. Podniósł swój wzrok i uśmiechnął się zadziornie po czym pocałował mnie namiętnie w usta.
Po skończonym porannym posiłku Louis odwiózł mnie do domu. Trzymając plastikowe pudełko z tortem i czteroma prezentami owiniętymi w świąteczny papier oraz z wielkim uśmiechem na twarzy przekroczyłam próg domu.
- Kto ma ochotę na tort? – zapytałam zdejmując buty, odkładając klucze i pudełka z podarunkami.
- Oczywiście, że ja! Jednak najpierw pozwól, że cię wyściskam – odpowiedziała moja mama przychodząc się ze mną przywitać. Przytuliła mnie mocno i pocałowała w czoło. – Wszystkiego najlepszego, skarbie. Cudownego, szczęśliwego życia, kocham cię mocno.
- Dziękuję, mamo. – Odwzajemniłam jej uścisk. Czułam się bardzo szczęśliwa, ostatni raz czułam taki przypływ radości i ulgi kiedy Louis wyznał, że mnie kocha.
- Nie ma za co. Zawsze możesz liczyć na najlepsze życzenia ode mnie i od taty – powiedziała z odrobinę łamiącym się głosem, wciąż za nim tęskniła jak również i ja. Wspomnienie o ojcu jednakże nie spowodowało, że zebrały się w moich oczach łzy smutku i żalu. Przeciwnie, uśmiechnęłam się jeszcze bardziej, gdyż przypomniałam sobie jak tata zawsze przebierał się za klauna na moje urodziny. Zawsze byłam dla niego małą córeczką, cokolwiek by się nie stało, zabawiał mnie i kupował pełno słodyczy.
-  Wiem  – zapewniłam ją. – Zawsze, mimo wszystko, bez względu na sytuację.
- Wracając do temu tortu, jaki ma smak? – zapytała odsuwając się ode mnie i ocierając oczy z łez.
- Czekoladowy z odrobiną kremu śmietankowego.
- Och, chcesz abym przytyła! – jęknęła, ale mimo to zabrała tort i poszła z nim do kuchni. Ukroiła sobie kawałek i zjadła ze smakiem.
- Jak przebiegł ci wczorajszy wieczór? Niespodzianka się udała? – zapytała. Wiedziała o wszystkim tylko jak zawsze w trochę przekształconej formie, którą podała jej Vivi.
- Tak, ale właściwie spędziłam go głównie z Louisem – wyznałam, gdyż uznałam, że najlepiej będzie jak poinformuję ją o przeprowadzce do Louisa jak najszybciej, nim będzie za późno.
- Louis? Ten twój chłopak?
- Tak, to on i chce abym z nim zamieszkała. – Moja własna odwaga w wypowiedzeniu tych słów bez zająknięcia się zadziwiała mnie samą.
- Mama Vivianne świetnie piecze – powiedziała mama delektując się ciastem po czym dodała. – Czekaj, co mówiłaś?
- Louis chce abym z nim zamieszkała, a ja się na to zgadzam – powtórzyłam.
- Przecież przeprowadzamy się do Glasgow. – Mina mojej matki nagle spoważniała.
- Wiem, ale to ty tego chcesz. Ja pragnę tu zostać i być z Louisem.
Milczała przez kilka minut najpierw wpatrując się we mnie, następnie wstała od stołu i odłożyła do zlewu pusty talerzyk i brudny widelczyk. Stała chwilę opierając dłonie o blat, aż w końcu odwróciła się do mnie. Pewna byłam, że zdecydowanie mi tego zabroni, lecz wiedziałam, że i tak jej nie posłucham i dopnę swego choćbym musiała uciec w nocy z domu. Jednakże ani mnie nie poparła, ani skarciła. Powiedziała coś, co nigdy nie przeszło mi by przez myśl.
- Chcę go poznać. Najlepiej byłoby gdyby zjawił się dzisiaj na kolacji.
- Nie ma problemu – odpowiedziałam natychmiast. Zupełnie zapomniałam, że Louis jest członkiem gangu i posiada spora liczbę tatuaży na ciele.

                                                                     ~†~

piątek, 14 kwietnia 2017

† Chapter 11 †

                                                          † Slaves Love †

Samolot powrotny z Londynu do Carlisle mieliśmy z samego rana o szóstej. Miałam wrażenie, że kiedy skończyłam rozmawiać z Vivianne jedynie przyłożyłam głowę do poduszki i zamknęłam oczy na pięć minut, po których Zayn stanął nade mną, potrząsnął delikatnie ramię i oznajmił, że muszę już wstawać.
- Co? – zapytałam go. Bolało mnie całe ciało i koniecznie pragnęłam większej ilości snu.
- Musicie wracać do Carlisle zanim policja zacznie szukać Vivianne, pamiętasz? – odpowiedział szeptem.
- Ach, no tak, pamiętam. – Podniosłam się do pozycji siedzącej, przetarłam twarz dłońmi i ziewnęłam. - Przeklęta zasada dwudziestu czterech godzin, przy której Snake to dobroczyńca.
Zayn zaśmiał się z mojego porannego poczucia humoru po czym poinformował, że za trzydzieści minut będzie śniadanie w chińskiej knajpie i poszedł obudzić Vivianne. Wiedząc, że trochę zajmie mu wybudzanie mojej przyjaciółki, gdyż miała strasznie silny sen, wstałam z łóżka i zabierając ubrania z podsuniętego do niego krzesła poszłam wziąć prysznic.
- Dzień dobry – powiedziała Olivia. Stała przed lustrem i rozczesywała swoje blond włosy.
- Która godzina? – zapytałam mrużąc oczy. Łazienka była mocno oświetlona w porównaniu ze skrzydłem szpitalnym gdzie panował półmrok, aby nie obudzić śpiących nawet na podłodze ludzi.
- Czwarta trzydzieści – odpowiedziała uśmiechając się. Pozytywnej energii nie brakowało jej nawet o tak wczesnej porze.
- Przecież to jest środek nocy – jęknęłam podchodząc do prysznica. Odkręciłam wodę by się nagrzała i zaczęłam zdejmować ubrania po czym weszłam pod ciepłą wodę. Cudownie było być pierwszą osobą korzystającą z prysznica i nie musieć pod nim marznąć.
- Wyśpisz się, kiedy wrócisz do domu! – podniosła swój ton abym na pewno ją usłyszała przez szum spływającej wody.
- Racja, czeka mnie strasznie długi, wieczny sen, ponieważ matka mnie zabije. Trudno byłoby się w jego trakcie nie wyspać!
- Daj spokój – zaśmiała się blondynka. –  Matki się martwią bo nie potrafią zrozumieć, że jesteśmy dorośli i wściekają się kiedy narażamy swoje życie więc krzyczą i karzą nas, ale nie zabijają.
- Założysz się? – zapytałam wychodząc spod prysznica.
- Nie, dziękuję. Zamiast tego wolę zmienić ci opatrunki. - Olivia przysunęła pod umywalkę krzesło, na której oprócz kosmetyków stała apteczka. – Siadaj.
Posłusznie usiadłam na krześle i pozwoliłam jej odwinąć bandaże, które przez noc przybrały szkarłatny kolor ukrywając paskudnie wyglądające, czerwone blizny na moich ramionach i biodrze, które zawsze będą przypominały mi o wydarzeniach z poprzedniej nocy choćby nie wiem jak bardzo starałabym się o nich zapomnieć. Każdego dnia w lustrze będę widziała Benjamina, uciekające dziewczęta przeznaczone na sprzedaż, młodego chłopaka, któremu zamknęłam oczy, pistolety oraz sztylety we mnie wycelowane i kłócącego się ze mną Louisa. Towarzyszący temu ból będzie wywoływał łzy, które będę starała się stłumić i być tak silną jak podczas poderżnięcia jakiemuś mężczyźnie gardła.
- Aż mnie zabolało – powiedziała Vivianne stając w progu łazienki. Miała potargane włosy i worki pod oczyma. – Szkoda, że nikt nie nagrywał tej walki bo chciałabym ją mieć na DVD i podziwiać jak pierzesz tyłki tym frajerom.
- Może Seth’owi udałoby się coś przechwycić – powiedziała Liv wyciągając z apteczki nowe bandaże i maść.
- Byłoby miło – odpowiedziała Vivanne i ziewnęła idąc w kierunku prysznica.
Pojawienie się mojej przyjaciółki wywołało uśmiech na mojej twarzy gdyż dobrze było widzieć ją całą, zdrową i żartującą. Miała co prawda koszmary senne oraz uprzedzenie do mężczyzn i trzymała się od nich z daleka przez ludzi Benjamina, którzy ją dotykali i bili.  Wzdrygała się i uciekała kiedy ktoś podszedł do niej od tyłu i coś powiedział lub dotknął w ramię, ale starała się nie zamykać w sobie. Zachowywała się jakby tak właśnie wyglądało jej życie, jakby rozpoczynał się kolejny, zwyczajny dzień.
Podczas śniadania usiadłam z Vivianne przy oddzielnym stoliku aby uniknąć towarzystwa Louisa, a szczególnie jego spojrzenia. Obserwowałam jak niebo zamienia kolor z czarnego na błękitny i jadłam okrągłe bułeczki z sosem hoisin, liściem sałaty i jajkiem sadzonym oraz piłam herbatę w porcelanowych filiżankach, która rozgrzała mnie jeszcze bardziej niż prysznic i dodała sił na drogę powrotną, w trakcie której również usiadłam z dala od Louisa zamieniając się w samolocie miejscami z Haydenem.
Podczas posiłku również ustaliłam z przyjaciółką wersję wydarzeń jaką przedstawiłyśmy policji. Nikt nie protestował, nie zadawał dodatkowych pytań kiedy ją usłyszał gdyż wszyscy mieszkańcy, a szczególnie sąsiedzi Michaela, wiedzieli, że podczas nieobecności rodziców urządza imprezy trwające do rana. Bez problemu potrafili wyobrazić sobie, że kupuje narkotyki i nie ma jak za nie zapłacić więc musi uciekać przed dilerami by przeżyć. Zabiera ze sobą swoją dziewczynę, która chce uwolnić się od rodziny lecz ostatecznie zostaje zastrzelony gdyż ludzie, u których miał długi znajdują go, a Vivianne dowiadując się o jego brudnych interesach wraca ze mną do Carlisle. Przekonana o prawdziwości historii była nawet moja matka, która przytuliła mnie i powiedziała:
- Dobrze zrobiłaś nie pozwalając jej wejść w to błoto. Niedługo i ja cię wyciągnę z twojego własnego i nikt nie będzie ci zagrażał.  
Słysząc te słowa rozpłakałam się, ponieważ znowu ją okłamałam i przecież wcale nie wyciągnęłam Vivianne z błota. Ubrudziłam jej buty podczas gdy sama prawie topiłam się nie mając już żadnych dłoni wyciągniętych w moją stronę, a szczególnie jednej.
Louis nie odzywał się do mnie przez cały tydzień. Nie dzwonił, nie pisał SMS-ów, w których nie zapytał jak się czuję, jakbyśmy zupełnie się nie znali. Próbowałam dowiedzieć się o nim jakichś informacji od Liv, która przychodziła do mnie po szkole i opatrywała rany pod pretekstem, że jest koleżanką z klasy i pani przydzieliła mi ją do pomocy w nauce. Jednakże ona sama nie widziała go i nie miała od niego żadnych wiadomości odkąd rozstali się na lotnisku. Powtarzała, żebym się nie przejmowała, że prędzej czy później odezwie się tylko potrzebuje czasu aby zebrać na to odwagę, lecz nie potrafiłam jej uwierzyć. Ogarnęło mnie przekonanie, że to koniec naszego związku i jak się okazało w sobotni wieczór, niepotrzebnie.
Czekałam, aż Vivianne zakończy spotkanie ze swoim psychologiem i wyśle mi SMS-a, że wróciła już do domu i mogę do niej przyjść aby wysłuchać jej szczerego wyznania na temat tego jak się czuje. Matka Vivianne uważała, że to dzięki świetnej pracy psychologa córka czuje się coraz lepiej, lecz tak naprawdę to była moja zasługa. Potrzebowała osoby, która również była świadkiem śmierci, prawie się o nią nawet otarła a nie jakiegoś mężczyzny w sweterku z podkładką i mocno naostrzonym ołówkiem w ręku. Dlatego kiedy mój telefon zadzwonił oznajmiając, że mam nową wiadomość, od razu zerwałam się z łóżka. Wybiegłam z domu zmierzając w kierunku domu Vivianne, przed którym stanęłam jak wryta gdy zobaczyłam przy chodniku zaparkowany motocykl, o który opierał się Louis paląc papierosa.
- Louis… - szepnęłam i powoli do niego podeszłam mając nogi jak z waty, które były wynikiem głębokiego szoku po zobaczeniu jego osoby.
- Louis ja… - powiedziałam trochę głośniej stojąc tuż obok niego. Chciałam zacząć go przepraszać, rzucić mu się na szyję, wyjaśnić sytuację, lecz przerwał mi.
- Wsiadaj – powiedział krótko gasząc papierosa. Wsiadł na motocykl, a ja skinęłam jedynie głową i pośpiesznie wsiadłam zaraz za nim na pojazd i objęłam go rękoma w pasie. Nie miałam pojęcia gdzie mnie zabiera, ale szczerze mogłam z nim jechać w tamtym momencie nawet na drugi koniec świata byle byśmy się tylko pogodzili.
Miejscem docelowym jednak okazał się Notte Club, z którego nie wylewała się pijana młodzież i głośna muzyka. Panowała cisza, dookoła nie było żadnej żywej duszy, okna były zasunięte żaluzjami, na drzwiach wisiała żółta karteczka z napisem „NIECZYNNE”. Kiedy to zobaczyłam moja pierwsza myśl dotyczyła tego, że Louis wyjeżdża z miasta i zaraz zacznie się ze mną żegnać w miejscu, w którym wszystko się zaczęło. Łzy zebrały mi się w oczach, chciałam krzyczeć ale gula w gardle mi na to nie pozwalała.
- Chodź. – Louis zsiadł z motocykla i wyciągnął do mnie rękę, którą mimo złego przeczucia złapałam i poszłam za nim w stronę drzwi.
- Louis… - zaczęłam przed samym wejściem, ale znowu nie pozwolił mi kontynuować.
- Cicho. – Spojrzał na mnie swoimi podkrążonymi oczyma przystawiając palec wolnej, lewej ręki do ust. Skinęłam znowu posłusznie głową, a serce zaczęło mi bić z nerwów.
Louis popchnął drzwi, ja zamknęłam oczy bojąc się tego co mogę zastać za progiem. Weszliśmy do środka, drzwi się za nami zamknęły i usłyszałam głośne, chóralne:
- Wszystkiego najlepszego! Sto lat, sto lat!
Otworzyłam oczy jak poparzona i zobaczyłam wnętrze klubu z mnóstwem balonów i rozwieszonych serpentyn. Idących w moją stronę Setha, Raven, Haydena z Olivią i Vivianne, która trzymała w rękach tort ze wciśniętymi świeczkami, które przedstawiały liczbę osiemnaście.
- Sto lat, sto lat! Niech żyje, żyje nam! Jeszcze raz, jeszcze raz, niech żyje, żyje nam! – Śpiewali wszyscy trochę fałszując.
- A kto? – zapytała Vivianne z szerokim uśmiechem na twarzy.
- Destiny! – wykrzyknęli i zaczęli bić brawo, a ja oszołomiona zaczęłam płakać. Zupełnie zapomniałam z powodu ostatnich wydarzeń, że dzisiaj są moje urodziny.
- Pomyśl życzenie zanim zdmuchniesz świeczki – przypomniała Olivia.
Zamknęłam oczy i w myślach wypowiedziałam życzenie po czym zdmuchnęłam świeczki i ponownie rozległy się wiwaty i brawa oraz każdy zaczął do mnie pojedynczo podchodzić i składać urodzinowe życzenia, z których praktycznie nic nie zrozumiałam, gdyż nie docierało do mnie całe to zajście, byłam całkowicie zdezorientowana.
- Spełnienia marzeń, kochana! – Olivia jako pierwsza rzuciła mi się na szyję. – Samych pięknych chwil w życiu!
- Szczególnie miłości i szczerej przyjaźni – powiedział stojący obok niej Hayden.
- Dobrych ocen, mocnej główki i sierpowego – życzył mi Seth.
- Rozwijania swoich zainteresowań i pasji, abyś zawsze była sobą – mówiła Raven, która przypomniała mi o Ethanie, za którego obecność oddałabym wszystko.
- Abyś zawsze była moją przyjaciółką, silną i dzielną. – Mocno wyściskała mnie Vivianne. Każdemu dziękowałam kilka razy i ocierałam wciąż na nowo łzy oraz odbierałam podarunki.
- Wszystkiego najlepszego, Destiny. – Usłyszałam wreszcie cichy szept przy moim uchu i poczułam składany na moim policzku czuły pocałunek. Odebrałam prezent, małe pudełko z niebieską kokardką na górze, wręczany z wytatuowanych rąk, które należały do nikogo innego jak do Louisa i nagle oprzytomniałam z szoku wywołanego urodzinową niespodzianką. Przypomniała mi się obawa z jaką przekraczałam próg klubu i potrzebę porozmawiania z nim.
- Dziękuję, Louis – odpowiedziałam i podniosłam na niego wzrok, lecz on już zdążył zniknąć. Rozejrzałam się szybko i zobaczyłam, że zaczął się kierować w stronę drzwi na podwórko budynku więc pobiegłam za nim nie chcąc odwlekać dłużej rozmowy.
- Teraz wznieśmy toast! – usłyszałam głos Setha i wystrzał korka od szampana przez co zawahałam się zanim wyszłam na zewnątrz. Zadałam sobie pytanie czy dam radę pogodzić się z Louisem na trzeźwo, a potem przypomniałam sobie walkę w klubie i wyszłam na zewnątrz.
Louis stał oparty o barierkę i palił kolejnego papierosa. Wzięłam głęboki wdech i podeszłam do niego kładąc mu niepewnie dłoń na ramieniu.
- Louis chciałabym cię przeprosić – powiedziałam szybko aby nie mógł wtrącić mi się w zdanie. Nie odzywał się tylko wpatrywał się w jakiś punkt przed sobą i zaciągnął się papierosem więc kontynuowałam. – Naprawdę przepraszam, bardzo przepraszam. Nie sądziłam, że się zdenerwujesz. Myślałam, że będziesz zadowolony z mojej pomocy i…
 - Byliśmy kiedyś przyjaciółmi – powiedział nagle zbijając mnie z tropu.
- Co? – zapytałam marszcząc brwi.
- Snake i ja, a raczej Samvel. Samvel i ja byliśmy kiedyś przyjaciółmi.
- Żartujesz? – zapytałam z uśmiechem, który zaraz zniknął kiedy Louis pozostawał wciąż poważny i zdałam sobie sprawę, że mówi prawdę.
– Poznaliśmy się w  pierwszej klasie gdy jeden z chłopaków uderzył mnie w nos bo nie pozwoliłem mu grać w piłkę, ze względu na pełen skład drużyn. Oddał mu i od tej pory trzymaliśmy się razem, siedzieliśmy w tej samej ławce, dzieliliśmy jedzeniem na podwieczorku, uczyliśmy się w bibliotece, pomagaliśmy w zdobyciu dziewczyny albo chociaż jej numeru. Chodziliśmy razem do kina lub na boisko czy po mieście w Halloween aby straszyć innych. Wspólnie imprezowaliśmy i pierwszy raz się upiliśmy. Wszystko się zmieniło kiedy poszliśmy do szkoły średniej… – Słuchałam go uważnie starając wyobrazić sobie w głowie małego Snake’a. Niewinnego chłopaka bez tatuaży i rozciętego języka.
– Wiesz jak to jest w liceum, prawda? Albo jesteś bogaty, dzięki czemu znany i lubiany albo jesteś nikim. Samvelowi zależało na tej uwadze, której nie dostawał w patologicznym domu od pijanych wiecznie rodziców. Gdyby nie moja matka, która traktowała go jak syna umarłby z głodu. Przychodził do nas na obiady mimo, że było tłoczno, bo miałem szóstkę rodzeństwa, a on tak im się odpłacił… - Zrobił krótką przerwę zaciskając pięści po czym kontynuował. - Zaczął się zadawać z bogatymi chłopakami, spędzać coraz mniej czasu ze mną. Chodził na każdą imprezę, podczas których robił z siebie durnia, aby tylko nie wykluczyli go z grona przyjaciół. Pił do upadłego, wdawał się w bójki i porzucił naukę. Starałem się go od tego odciągnąć zanim byłoby za późno ale nie chciał mnie słuchać. Prosiłem go nieustannie, błagałem, ale on zbywał mnie machnięciem ręki i nim się obejrzał był uzależniony. Zamienił bogatych chłopaków ze szkoły na dilerów, a o mnie przypominał sobie kiedy potrzebował pieniędzy na towar. Oczywiście dawałem mu je za każdym razem pod obietnicą, że to ostatni raz, że pójdzie na odwyk, będzie starał się z tym skończyć, lecz czas płynął i nic takiego się nie wydarzyło. Raz mu nieładem to pobili go, będąc na głodzie zaczął obwiniać o to wszystko mnie i był zazdrosny o to, że się dobrze uczę i zostałem kapitanem szkolnej drużyny piłkarskiej. Z przyjaciół zamieniliśmy się w nienawidzące się nawzajem osoby…
- Tak mi przykro, Louis – powiedziałam myśląc, że skończył opowiadać lecz jedynie zrobił przerwę aby zgasić papierosa. Naprawdę mu współczułam gdyż prawie straciłam Vivianne i nie było to miłe uczucie.
- Pewnego razu na imprezie wypiłem drinka z dosypanymi prochami przez ogarniętego nienawiścią i zazdrością Samvela. Wplątał mnie w całe to bagno przez podłożenie do kieszeni moich spodni kiedy byłem nieprzytomny nie zapłaconego towaru i podanie mojego adresu dilerom, którzy znaleźli mnie następnego dnia i zaprowadzili do Benajmina. Fraiser kazał mnie pierw pobić, a następnie rozprowadzać przez miesiąc towar, aby zapłacić za to co ukradłem. Nie mając innego wyboru wykonywałem jego polecenie, ale też zacząłem codziennie imprezować przez przebywanie w klubie Benjamina. Upijałem się, robiłem sobie pełno tatuaży i spałem codziennie z inną laską. – Zabolało mnie trochę to jego wyznanie, ale nie zamierzałam przerywać mu opowieści i wszczynać kłótni tylko dalej słuchałam go uważnie. –  Zapomniałem jakim cudem się tutaj znalazłem, ale pomógł mi sobie to przypomnieć Zayn, który również należał do ludzi Fraisera. Postawił mnie na nogi i oboje rozumiejąc sytuację jaka nas otaczała postanowiliśmy jej się przeciwstawić. Porzuciłem imprezy i zacząłem spędzać więcej czasu na treningach, zamierzałem się uwolnić od Benajmina i nie byłem sam. Towarzyszył mi Zayn i wielu innych ludzi, którym brakowało ku temu odwagi. Niestety nasze plany pokrzyżował jeden chłopak, który doniósł o wszystkim szefowi i potwierdził jego spostrzeżenia w zmianie mojego zachowania. Widział, że staję się silniejszy i zamierzał mnie zniszczyć. Pamiętasz jak mówiłem ci czym zajmuje się Fraiser, sprzedażą dziewcząt i narządów? – zapytał a ja szybko skinęłam głową. Czułam, że nadchodzą złe wieści i aż rozbolał mnie brzuch, bałam się usłyszeć kolejne słowa.
- Snake zabił moich rodziców, Lottie, Felicite sprzedano i wywieziono, a młodsze rodzeństwo zostało pozbawiono organów. Straciłem moją całą rodzinę – powiedział i ukrył twarz w dłoniach zaczynając szlochać, a ja wraz z nim.  
- Louis, mój boże… - Nie wiedziałam jak mogłam go pocieszyć więc jedynie pocierałam drżącą dłonią jego plecy.
- Życie mogłem stracić i ja - powiedział ocierając łzy i pociągając nosem. – Jednakże Zayn zdążył mnie ostrzec i dając pieniądze z paszportem oraz bilet w jednym kierunku do Hispzanii kazał uciekać. Mówił, że nie mogę się poddać, muszę być silny i pamiętać o co walczymy. Obiecał, że wkrótce się zobaczymy kiedy wsiadałem bez niczego do samolotu. Wylądowałem w obcym kraju, nie znając języka, mając szesnaście prawie siedemnaście lat, nie mając gdzie się podziać. Spałem na ulicy i żebrałem, po nocach płakałem i błagałem Boga aby pozwolił mi umrzeć i dołączyć do moich rodziców. Pewnego dnia spotkałem Haydena, który mnie przygarnął i pomógł. Opowiedziałem mu co mnie spotkało i zadeklarował się pomóc w powstrzymaniu działań Benjamina i Snake’a. Wrócił ze mną do Londynu gdzie spotkaliśmy się z Zaynem i zaczęliśmy działać, tworzyć opozycję. Zakładaliśmy swoje własne ośrodki, trenowaliśmy ludzi, którzy nas popierali i gromadziliśmy broń. W między czasie próbowałem szukać moich sióstr, ale na marne, ślad o nich zaginął. Wciąż cierpiałem z powodu utraty moich bliskich i płakałem w nocy, ale za dnia starałem się być silny, miałem w końcu poprowadzić setki osób przeciwko Benjaminowi. Zaplanowaliśmy, że porwiemy jego córkę, która była jego oczkiem w głowie. Powiedział, że zrobi wszystko dla osoby, która ją znajdzie. Kiedy przyszedłem do niego z jego córką pobladł jakby zobaczył ducha, myśleli, że nie żyję i pozbyli się problemu. Najchętniej zastrzeliłby mnie lecz, że jest słownym człowiekiem i dotrzymuje danego słowa nie mógł tego zrobić. Zagwarantował mi nietykalność, uwolnił ludzi, którzy mu się sprzeciwiali i oddał cały swój majątek. Żałuję, że nie uwolniłem też dziewcząt, tak jak ty niedawno, to był wspaniały gest z twojej strony – powiedział i spojrzał na mnie swoimi pełnymi łez oczyma i złapał za moją rękę. – Po czterech latach jestem tutaj, żyję ale nie ufam nikomu. Postawiłem dookoła siebie wiele murów, ogrodziłem się i dlatego tak trudno mi wyrazić teraz co czuje, zaufać i stracić bliską osobę. Nie mam rodziny, straciłem ich z powodu mojej głupoty i wciąż tracę inncyh. Wiele ludzi ginie podczas walki ze Snake’iem, wiele osób które porwał zginęło i ja nie umiałem ich uratować… ale ty wciąż żyjesz i zależy mi na tobie. Kocham cię. Chciałbym zaznać szczęścia, ale wciąż się boję, że kogoś stracę, a szczególnie ciebie. Przynosisz mi nadzieję, na to, że wygramy ze Snake’iem i oczywiście, że jestem z ciebie dumny. Świetnie sobie poradziłaś, ale po prostu ten klub… przypomina mi o wielu złych rzeczach. Straciłem w nim wszystko i nie chciałem abyś dołączyła do tego grona, ale chyba twoje imię ma większe znaczenie. Liczę, że odnosi się do powiedzenia, że nadzieja umiera ostatnia. Wybacz mi, ty nie masz za co przepraszać, to ja powinienem.  
- Shhh… - Przytuliłam go i płakaliśmy oboje wtuleni w siebie. Kiedy przystawił czoło do mojego, otarłam mu łzy, a jego usta otarły się o moje mokre policzki, a potem przyparł mnie do barierki i namiętnie pocałował w usta. Odsunął się kiedy zabrakło nam tchu, spojrzał na wyświetlacz telefonu, na drzwi za których dobiegały śmiechy i muzyka.
- Czy… chciałabyś spędzić u mnie tę noc? – zapytał nieśmiały. Zaśmiałam się ale przytaknęłam.
- Z wielką chęcią – odpowiedziałam. Cieszyłam się ogromnie, że otworzył się przede mną, opłacało się być cierpliwym jak radziła mi Olivia. Dowiedziałam się więcej niż oczekiwałam i zrozumiałam go teraz w pełni oraz zamierzałam go uszczęśliwić. Kochałam go jeszcze mocniej.
Louis uśmiechnął się, złapał mnie za rękę i pobiegliśmy w stronę motocykla. Wsiedliśmy na niego i odjechaliśmy przekraczając prędkość, mając wiatr we włosach w stronę jego mieszkania pod osłoną nocy, ciemnego nieba usianego gwiazdami, które towarzyszyły księżycowi w pełni.


                                                                ~ † ~

piątek, 20 stycznia 2017

† Chapter 10 †

                                                              † Slaves Love †

Stałam i drżałam z zimna pod prysznicem obejmując się ramionami. Lodowata woda spływała po moim ciele zmywając ze mnie krew. Żałowałam, że nie może też wymazać z mojego umysłu obrazów martwych ciał, dotyku napastnika, dźwięku wystrzałów i krzyku ludzi.
- Świetnie się dzisiaj spisałaś – odezwała się Olivia.
Dziewczyna stała obok mnie i pomagała mi zmyć krew z ciała oraz włosów. Starała się to robić w miarę szybko, abym nie zamarzła z braku ciepłej wody, którą wykorzystali ludzie, którzy jako pierwsi wrócili do kwatery głównej. Zjechali na poziom piąty do skrzydła szpitalnego i skorzystali z umieszonych tam oprócz łóżek dla pacjentów i szafek wypełnionych lekami pryszniców.
Załapałabym się do grona tych szczęśliwców gdyby nie ludzie Benjamina, którzy od razu ruszyli za nami w pościg. Zayn co chwilę skręcał w nową ulicę starając się ich zgubić, ale udało nam się ich pozbyć dopiero gdy Louis przebił im opony. Przekroczyliśmy przez to próg kryjówki jako jedni z ostatnich i zastaliśmy chaos.
Wszystkie osoby, którym udało się przeżyć i zostać jedynie rannymi, przebywały w centrum dowodzenia, które oświetlone było przez czerwone, alarmowe światło. Siedzieli na białych kanapach lub na podłodze i po kolei wchodzili do wind, a następnie zjeżdżali na poziom piąty po opatrunki. Jedni spokojnie siedzieli, a drudzy rozmawiali ze sobą o tym jak rozprawili się z przeciwnikiem. Inni płakali, wykrzykiwali imiona mając nadzieję, że znajdą bliską im osobę, wymiotowali, mdleli, skarżyli się, przepychali do wind. Między nimi lawirowali trzymający w dłoniach podkładki i długopisy mężczyźni, którzy zostali i kontaktowali się z wybranymi osobami podczas ataku oraz obserwowali jego przebieg na monitorach. Spisywali teraz imiona ocalałych, zbierali broń i roznosili zestawy składające się z wody, ręczników i  świeżych ubrań.
- Zobaczymy się później – powiedział Zayn. Oddalił się od nas i ignorując zmęczenie zaczął pomagać w niwelowaniu zamieszania.
- Chodźmy zobaczyć Vivianne – poprosiłam Louisa. Opierałam się o niego, a on trzymał mnie delikatnie w pasie ze względu na moje zranione, prawe biodro.
- Powinnaś wziąć najpierw prysznic i nałożyć opatrunki. – Ruszyliśmy w stronę wind. Ludzie zauważając nas ustąpili nam miejsca i nie musieliśmy stać w kolejce.
- Ale ja…
- Nie. Żadnych ale, Destiny – powiedział stanowczo. Wcisnęliśmy się oboje do jednej windy. Louis oparł się o jej szklaną ścianę, a ja o jego tors. Jego złość na mnie nie minęła co obudziło we mnie tym razem smutek oraz rozmyślanie o tym, jak długo będzie na mnie obrażony.
Skrzydło szpitalne było dobrze oświetlonym, dużym prostokątnym pokojem pomalowanym na biało niebiesko. Windy jak na pozostałych poziomach były umieszczone w centrum pokoju. Łóżka stały w dwóch rzędach po każdej stronie świata i wszystkie były zajęte. Na niektórych siedziały nawet trzy osoby, zazwyczaj przyjaciele i rozmawiali ze sobą. Szafki z potrzebnymi lekami, zastrzykami, plastrami i bandażami stały w parach w każdym kącie pokoju, a przy nich znajdowały się drzwi do łazienki. Pielęgniarek  było jedynie pięć i były ubrane w białe fartuchy co wyróżniało je na tle pacjentów w czarnych ubraniach. Biegały od jednej osoby do drugiej, czasami udawały się po brakujący sprzęt medyczny. W skrócie miały ręce pełne roboty.
Wysiedliśmy z windy i zmierzając w kierunku pryszniców wpadliśmy na Olivie, która była w białym fartuchu i niosła bandaże, które wylądowały na podłodze gdy nas zobaczyła.
- O boże! Louis, Destiny! Żyjecie! Tak się cieszę! – powiedziała ściskając nas mocno.
- Żyjemy, ale mamy kilka obrażeń. Zwłaszcza ona – skinął na mnie głową.
- Walczyłaś! Musisz mi wszystko opowiedzieć, ale zaraz po tym jak się umyjesz. Wyglądasz jak Krwawa Mery – powiedziała i zaśmiała się lekko.
- Właśnie tam zmierzamy – powiadomił ją Louis.
- Czy z Vivianne wszystko w porządku? – zapytałam blondynkę. Otworzyła usta aby mi odpowiedzieć, ale Louis ją uprzedził.
- Mówiłem ci, że zobaczysz się z nią później. Najpierw masz się odświeżyć – powiedział surowo po czym dodał wyrzucając ręce w górę. – Znowu zamierzasz zrobić po swojemu?
- Zapytałam jedynie jak się czuje! – odpowiedziałam oburzona.
- Jasne, a potem zapytałabyś o to gdzie leży i do niej podeszła. Ignorując moje polecenie.
- Nie jesteś moim szefem! – Ręka mnie świerzbiła, miałam ogromną ochotę go spoliczkować.
- Brałaś udział w jednej bójce i myślisz, że wszystko możesz – mówił dalej nie zważając na moje odpowiedzi. - Siedzę w tej branży dłużej i powinnaś mnie słuchać. Wiem co…
- Louis, zanieś te bandaże do łóżka numer czterdzieści trzy. Proszę – wtrąciła się Olivia. Widząc między nami napiętą atmosferę zareagowała podnosząc z ziemi opatrunki i wciskając je w ręce Louisa.
- Z wielką chęcią – mruknął pod nosem i odszedł od nas, a wtedy Olivia złapała mnie za rękę i pociągnęła do łazienki. Wepchnęła pod pierwszy z brzegu, wolny prysznic i zaczęła wypytywać o to co zaszło między mną, a Louisem w klubie.
Opowiedziałam jej nie tylko naszą sprzeczkę ale cały przebieg zdarzeń. Od wejścia do klubu poprzez rozmowę z Benjaminem, uratowanie dziewczyn przeznaczonych na sprzedaż aż po pościg. Kiedy skończyła powiedziała mi jak ona i Hayden uratowali Vivianne po czym zaczęła podnosić mnie na duchu chwaląc moje zachowanie.
- Dzięki – powiedziałam i uśmiechnęłam się na chwilę.
 - Powinnaś być z siebie dumna. Ja jestem ogromnie z ciebie dumna i Hayden. Zayn pewnie też… i Louis. – Zakręciła wodę po czym podała mi ręcznik, który leżał na krzesełku przy kabinie. Odebrałam go od niej i zaczęłam się wycierać. Wspaniale było pozbyć się zaschniętej krwi.
- Wątpię – pokręciłam przecząco głową.
- Uwierz mi, że jest. Po prostu… - westchnęła i zastanowiła się chwilę nad odpowiednimi słowami. – Louis bardziej skupia się na tym, że był krok od kolejnej starty co niesie ze sobą cierpienie.
- Mógł mnie w takim razie nie zabierać. – Założyłam bieliznę, a Liv zaczęła opatrywać mi moje rany. Przemywała je wodą utlenioną, nakładała maść, zaklejała plastrem i owijała bandażem.
- Zostawienie ciebie samą w Carlisle również wiązało się z możliwością utraty ciebie. Snake mógłby cię porwać, albo z miejsca zabić.
- Powinien mnie zastrzelić już dawno temu w tej łazience – mruknęłam. – Nie sprawiałabym wam kłopotu.
- Zabraniam ci tak mówić! – krzyknęła Olivia. – Nigdy więcej nie chcę tego słyszeć!
- Dobrze… - szepnęłam. – Przepraszam.
- Louis jest trudną osobą, a to dlatego, że spotkało go wiele złych rzeczy. Nie chcę ci o nich mówić bo lepiej abyś sama się od niego o tym dowiedziała.
- On nie jest chętny do rozmowy… - Przerwałam aby przeciągnąć przez głowę czarną bluzkę, którą dostałam. Była na mnie trochę za duża. – o swojej przeszłości.
- Wiem, ale otworzy się przed tobą. Kwestia czasu, musisz poczekać. – Odsunęła białą zasłonkę prysznicową i wyszłyśmy z łazienki, która powoli pustoszała.
- Szkoda, że nie jestem cierpliwą osobą – powiedziałam i w tym samym momencie odezwał się mój brzuch.
- Cierpliwą może nie, ale na pewno głodną – zaśmiała się Liv. – Musisz koniecznie coś zjeść.
- Nie prawda  - zaprotestowałam. - Koniecznie to muszę zobaczyć się z Vivianne. Nie widziałam się z nią od trzech dni, podczas których przez wiele przeszłyśmy. Natomiast w ustach nie miałam nic od rana, a człowiek umiera po około tygodniu. Także myślę, że wytrzymam jeszcze kilka minut.
- Jest pogrążona we śnie – poinformowała mnie Olivia. – Nie sądzę abyś chciała ją budzić więc musisz poczekać aż się obudzi.
- Nieważne – wzruszyłam ramionami. - Chcę po prostu ją zobaczyć. Przekonać się na własne oczy, że wszystko z nią w porządku.
- Okej, ale w miarę szybko bo sama też padam z głodu – powiedziała. Zachichotałam, a ona złapała mnie za rękę i pociągnęła w stronę łóżka, na którym leżała Vivianne.
Czarne loki, albo raczej sprężynki jak w zwyczaju miałam mówić na włosy mojej przyjaciółki, rozrzucone były po białej poduszce. Pierś unosiła się i opadała miarowo, różowe usta były lekko otwarte, podkrążone oczy zamknięte. Igła kroplówki była wbita w zgięciu posiniaczonej, bladej ręki.
Żyła. Jej serce biło oddalone od mojego o zaledwie kilka centymetrów, a nie o tysiące kilometrów u boku starszego, samotnego milionera. Spokojnie spała, a nie była wykorzystywana oraz nie cierpiała. Mogłam ją znowu przytulić, usłyszeć jej głos i spokojnie wrzucić coś na ząb.
Pojechałam z Liv na samą górę do chińskiej knajpki, którą prowadzili rodzice chłopaka, który należał do organizacji Zayna. Wiedzieli o działaniach Malika i byli jednymi z nielicznych, którzy nie wyrzekli się swojego dziecka tylko pomagali mu, a właściwie grupie do której dołączył przez opłacanie rachunków, kupno ubrań, jedzenia lub umieszczenia wind na zapleczu swojej restauracji.
Wyszłyśmy na salę, która pogrążona była w mroku, który rozpraszały zawieszone na suficie, nad każdym stolikiem, pomarańczowe i czerwone lampiony. Na ścianach były rozwieszone wachlarze, obrazy smoków lub chińskie litery. Lokal był pełny, panował zgiełk i zaduch przez rozmawiających ludzi oraz przyrządzane potrawy na środku pomieszczenia, na widoku klientów.
Podeszłyśmy do stolika, przy którym siedział już Hayden, a obok niego Louis oraz naprzeciw nich Seth. Olivia usiadła obok swojego chłopaka, a ja zajęłam miejsce przy Secie. Ucieszyłam się na jego widok, ponieważ im mniej zamordowanych osób z naszych szeregów tym lepiej.
- Wybaczcie, że nic wam nie zamówiliśmy, ale nie wiedzieliśmy kiedy przyjdziecie – powiedział Hayden i przywołał gestem ręki kelnera.
- Słusznie zrobiliście, wszystko pewnie już by wystygło – odpowiedziała mu Olivia i obydwie sięgnęłyśmy po menu leżące na środku stolika.
– Nimen hao* – powiedział kelner pojawiając się przy naszym stoliku. – Jak mogę wam pomagać? – zapytał trochę kalecząc angielski.
- Poproszę pierożki baozi. – Liv szybko zdecydowała się na danie lecz ja musiałam trochę czasu poświęcić na przejrzenie karty i wybranie z niej jednej potrawy.
- Ja poproszę makaron chow mein z kurczakiem – oznajmiłam a wtedy kelner skłonił się i odszedł w kierunku kuchni.
- Rodzice Yao będą musieli znowu potrącić z pensji swoich pracowników. Skończyły się wszystkie bandaże, plastry i wody utlenione. – Olivia zaczęła wymieniać na palcach wszystkie brakujące przedmioty medyczne. – Waciki, kroplówki oraz zastrzyki. Wkrótce też skończą się niektóre rodzaje tabletek.
- Z tego co mi wiadomo to nie tylko oni wspomagają Zayna finansowo – odezwał się Seth.
Jadł on ramen używając przy tym pałeczek, które zawsze są na początku owinięte papierkiem. Zabrałam go spod szklanki z wodą i zaczęłam się nim bawić aby zabić czas oczekiwania na jedzenie. Nie zamierzałam udzielać się w tej konwersacji oraz patrzeć im w oczy, a szczególnie Louisowi więc to było najlepsze zajęcie jakie mogłam sobie znaleźć na zabicie czasu.
- To prawda ale potrzebują też nowych zestawów ubrań, pościeli, ręczników i mydła. – mówiła Olivia. - Dostaną też spore rachunki za wodę
- Po za tym – wtrącił się Hayden – w kwaterze mieszkają niepełnoletnie osoby, które zostały wyrzucone z domu i potrzebują jedzenia.
- Nie pomyślałem o tym – przyznał Seth.
- Qing man yong.** – Kelner przyszedł do naszego stolika podając nam zamówione dania i życząc nam smacznego.
- Xiexie*** – odpowiedziała mu Olivia.
Wywołało to u niego uśmiech na twarzy, a u mnie poczucie winy. Dotarło do mnie, że to przeze mnie potrącą mu z pensji i również z powodu mojej osoby wiele osób zostało ranne albo zabite. Wszystko co wydarzyło się od momentu wybrania się przeze mnie do klubu po śmierci ojca było moją winą i niczyją inną. Poruszyłam domino i zapragnęłam w tej chwili z całego serca je zatrzymać albo cofnąć czas i nie dopuścić do tego aby zaczęło spadać. Niestety nie mogłam tego zrobić ani nie wiedziałam też jak wstrzymać zawalanie się kolejnych kostek. Czułam się z tym okropnie, chciało mi się płakać, krzyczeć ale jedynie wepchnęłam sobie gorący makaron do ust parząc sobie przy tym język.
- Kiedy wracamy do Carlisle? – zapytała Olivia.
- Jutro rano – odpowiedział jej Hayden. – Najlepiej więc by było gdybyście od razu po skończonym posiłku poszły się położyć spać. Wykonałyście dziś kawał dobrej roboty i zasługujecie na odpoczynek.
- Każde z nas się spisało – odważyłam się odezwać po tym jak udało mi się przełknąć kolejna porcję makaronu, którą wepchnęłam sobie do ust.
- Masz rację – zgodziła się ze mną Liv.
-  Ja nie jestem z siebie zadowolony – powiedział Seth. – Nie pomogłem rozprawić wam się z wrogiem. Uciekłem od razu kiedy udało się Haydenowi i Liv wydostać Vivianne.
- Spokojnie. Destiny wykonała robotę za dwóch – odezwał się Louis a ja w końcu na niego spojrzałam.
Miał na sobie, tak jak cała nasza reszta zebrana przy stoliku, czarne ubranie. Przyklejony plaster nad prawą brwią i na wardze. Owinięte knykcie palców oraz będące w nieładzie, wilgotne jeszcze włosy.
- Naprawdę? - zapytał mnie Seth ale ja milczałam przez zniesmaczenie usłyszane w jego głosie. On wciąż był na mnie zły.
- Opowiedz mu, skarbie – powiedział z naciskiem na ostatnie słowo i spojrzał na mnie co było dla mnie jak cios w policzek. - Tak chętnie jak mi w klubie. Może on złoży ci upragnione gratulacje.
- Louis… przestań – szepnęłam tak aby tylko on usłyszał.  
- O tym jak dzielnie walczyłaś i…
- Destiny! – Louis nie dokończył zdania gdyż pojawił się przy naszym stoliku Zayn.
- Tak? – zapytałam go.
- Vivianne się obudziła. Chce się… - Nie zdążył wypowiedzieć zdania do końca gdyż ja już biegiem ruszyłam do wind obiecując sobie, że później mu podziękuję. Stał się w końcu moim wybawicielem, uchronił mnie przed kolejną sprzeczką z Louisem i gorzkimi łzami.
Zjeżdżając do skrzydła szpitalnego mówiłam wciąż pod nosem „szybciej, szybciej”. Wydawało mi się, że ciągnie się to niemiłosiernie długo. Jednakże w końcu drzwi się otworzyły a ja pobiegłam do łóżka Vivianne i wpadłam w jej ramiona. Zaczęłam ją przepraszać, a ona powiedziała mi o tym jak ludzie Benjamina ją bili i o obrazie martwego Michaela, jej zastrzelonego przez Snake’a chłopaka.

                                                                 ~†~

*Nimen hao – Dzień dobry.
**Qing man yong – Smacznego.
***Xiexie – Dziękuję.