piątek, 20 stycznia 2017

† Chapter 10 †

                                                              † Slaves Love †

Stałam i drżałam z zimna pod prysznicem obejmując się ramionami. Lodowata woda spływała po moim ciele zmywając ze mnie krew. Żałowałam, że nie może też wymazać z mojego umysłu obrazów martwych ciał, dotyku napastnika, dźwięku wystrzałów i krzyku ludzi.
- Świetnie się dzisiaj spisałaś – odezwała się Olivia.
Dziewczyna stała obok mnie i pomagała mi zmyć krew z ciała oraz włosów. Starała się to robić w miarę szybko, abym nie zamarzła z braku ciepłej wody, którą wykorzystali ludzie, którzy jako pierwsi wrócili do kwatery głównej. Zjechali na poziom piąty do skrzydła szpitalnego i skorzystali z umieszonych tam oprócz łóżek dla pacjentów i szafek wypełnionych lekami pryszniców.
Załapałabym się do grona tych szczęśliwców gdyby nie ludzie Benjamina, którzy od razu ruszyli za nami w pościg. Zayn co chwilę skręcał w nową ulicę starając się ich zgubić, ale udało nam się ich pozbyć dopiero gdy Louis przebił im opony. Przekroczyliśmy przez to próg kryjówki jako jedni z ostatnich i zastaliśmy chaos.
Wszystkie osoby, którym udało się przeżyć i zostać jedynie rannymi, przebywały w centrum dowodzenia, które oświetlone było przez czerwone, alarmowe światło. Siedzieli na białych kanapach lub na podłodze i po kolei wchodzili do wind, a następnie zjeżdżali na poziom piąty po opatrunki. Jedni spokojnie siedzieli, a drudzy rozmawiali ze sobą o tym jak rozprawili się z przeciwnikiem. Inni płakali, wykrzykiwali imiona mając nadzieję, że znajdą bliską im osobę, wymiotowali, mdleli, skarżyli się, przepychali do wind. Między nimi lawirowali trzymający w dłoniach podkładki i długopisy mężczyźni, którzy zostali i kontaktowali się z wybranymi osobami podczas ataku oraz obserwowali jego przebieg na monitorach. Spisywali teraz imiona ocalałych, zbierali broń i roznosili zestawy składające się z wody, ręczników i  świeżych ubrań.
- Zobaczymy się później – powiedział Zayn. Oddalił się od nas i ignorując zmęczenie zaczął pomagać w niwelowaniu zamieszania.
- Chodźmy zobaczyć Vivianne – poprosiłam Louisa. Opierałam się o niego, a on trzymał mnie delikatnie w pasie ze względu na moje zranione, prawe biodro.
- Powinnaś wziąć najpierw prysznic i nałożyć opatrunki. – Ruszyliśmy w stronę wind. Ludzie zauważając nas ustąpili nam miejsca i nie musieliśmy stać w kolejce.
- Ale ja…
- Nie. Żadnych ale, Destiny – powiedział stanowczo. Wcisnęliśmy się oboje do jednej windy. Louis oparł się o jej szklaną ścianę, a ja o jego tors. Jego złość na mnie nie minęła co obudziło we mnie tym razem smutek oraz rozmyślanie o tym, jak długo będzie na mnie obrażony.
Skrzydło szpitalne było dobrze oświetlonym, dużym prostokątnym pokojem pomalowanym na biało niebiesko. Windy jak na pozostałych poziomach były umieszczone w centrum pokoju. Łóżka stały w dwóch rzędach po każdej stronie świata i wszystkie były zajęte. Na niektórych siedziały nawet trzy osoby, zazwyczaj przyjaciele i rozmawiali ze sobą. Szafki z potrzebnymi lekami, zastrzykami, plastrami i bandażami stały w parach w każdym kącie pokoju, a przy nich znajdowały się drzwi do łazienki. Pielęgniarek  było jedynie pięć i były ubrane w białe fartuchy co wyróżniało je na tle pacjentów w czarnych ubraniach. Biegały od jednej osoby do drugiej, czasami udawały się po brakujący sprzęt medyczny. W skrócie miały ręce pełne roboty.
Wysiedliśmy z windy i zmierzając w kierunku pryszniców wpadliśmy na Olivie, która była w białym fartuchu i niosła bandaże, które wylądowały na podłodze gdy nas zobaczyła.
- O boże! Louis, Destiny! Żyjecie! Tak się cieszę! – powiedziała ściskając nas mocno.
- Żyjemy, ale mamy kilka obrażeń. Zwłaszcza ona – skinął na mnie głową.
- Walczyłaś! Musisz mi wszystko opowiedzieć, ale zaraz po tym jak się umyjesz. Wyglądasz jak Krwawa Mery – powiedziała i zaśmiała się lekko.
- Właśnie tam zmierzamy – powiadomił ją Louis.
- Czy z Vivianne wszystko w porządku? – zapytałam blondynkę. Otworzyła usta aby mi odpowiedzieć, ale Louis ją uprzedził.
- Mówiłem ci, że zobaczysz się z nią później. Najpierw masz się odświeżyć – powiedział surowo po czym dodał wyrzucając ręce w górę. – Znowu zamierzasz zrobić po swojemu?
- Zapytałam jedynie jak się czuje! – odpowiedziałam oburzona.
- Jasne, a potem zapytałabyś o to gdzie leży i do niej podeszła. Ignorując moje polecenie.
- Nie jesteś moim szefem! – Ręka mnie świerzbiła, miałam ogromną ochotę go spoliczkować.
- Brałaś udział w jednej bójce i myślisz, że wszystko możesz – mówił dalej nie zważając na moje odpowiedzi. - Siedzę w tej branży dłużej i powinnaś mnie słuchać. Wiem co…
- Louis, zanieś te bandaże do łóżka numer czterdzieści trzy. Proszę – wtrąciła się Olivia. Widząc między nami napiętą atmosferę zareagowała podnosząc z ziemi opatrunki i wciskając je w ręce Louisa.
- Z wielką chęcią – mruknął pod nosem i odszedł od nas, a wtedy Olivia złapała mnie za rękę i pociągnęła do łazienki. Wepchnęła pod pierwszy z brzegu, wolny prysznic i zaczęła wypytywać o to co zaszło między mną, a Louisem w klubie.
Opowiedziałam jej nie tylko naszą sprzeczkę ale cały przebieg zdarzeń. Od wejścia do klubu poprzez rozmowę z Benjaminem, uratowanie dziewczyn przeznaczonych na sprzedaż aż po pościg. Kiedy skończyła powiedziała mi jak ona i Hayden uratowali Vivianne po czym zaczęła podnosić mnie na duchu chwaląc moje zachowanie.
- Dzięki – powiedziałam i uśmiechnęłam się na chwilę.
 - Powinnaś być z siebie dumna. Ja jestem ogromnie z ciebie dumna i Hayden. Zayn pewnie też… i Louis. – Zakręciła wodę po czym podała mi ręcznik, który leżał na krzesełku przy kabinie. Odebrałam go od niej i zaczęłam się wycierać. Wspaniale było pozbyć się zaschniętej krwi.
- Wątpię – pokręciłam przecząco głową.
- Uwierz mi, że jest. Po prostu… - westchnęła i zastanowiła się chwilę nad odpowiednimi słowami. – Louis bardziej skupia się na tym, że był krok od kolejnej starty co niesie ze sobą cierpienie.
- Mógł mnie w takim razie nie zabierać. – Założyłam bieliznę, a Liv zaczęła opatrywać mi moje rany. Przemywała je wodą utlenioną, nakładała maść, zaklejała plastrem i owijała bandażem.
- Zostawienie ciebie samą w Carlisle również wiązało się z możliwością utraty ciebie. Snake mógłby cię porwać, albo z miejsca zabić.
- Powinien mnie zastrzelić już dawno temu w tej łazience – mruknęłam. – Nie sprawiałabym wam kłopotu.
- Zabraniam ci tak mówić! – krzyknęła Olivia. – Nigdy więcej nie chcę tego słyszeć!
- Dobrze… - szepnęłam. – Przepraszam.
- Louis jest trudną osobą, a to dlatego, że spotkało go wiele złych rzeczy. Nie chcę ci o nich mówić bo lepiej abyś sama się od niego o tym dowiedziała.
- On nie jest chętny do rozmowy… - Przerwałam aby przeciągnąć przez głowę czarną bluzkę, którą dostałam. Była na mnie trochę za duża. – o swojej przeszłości.
- Wiem, ale otworzy się przed tobą. Kwestia czasu, musisz poczekać. – Odsunęła białą zasłonkę prysznicową i wyszłyśmy z łazienki, która powoli pustoszała.
- Szkoda, że nie jestem cierpliwą osobą – powiedziałam i w tym samym momencie odezwał się mój brzuch.
- Cierpliwą może nie, ale na pewno głodną – zaśmiała się Liv. – Musisz koniecznie coś zjeść.
- Nie prawda  - zaprotestowałam. - Koniecznie to muszę zobaczyć się z Vivianne. Nie widziałam się z nią od trzech dni, podczas których przez wiele przeszłyśmy. Natomiast w ustach nie miałam nic od rana, a człowiek umiera po około tygodniu. Także myślę, że wytrzymam jeszcze kilka minut.
- Jest pogrążona we śnie – poinformowała mnie Olivia. – Nie sądzę abyś chciała ją budzić więc musisz poczekać aż się obudzi.
- Nieważne – wzruszyłam ramionami. - Chcę po prostu ją zobaczyć. Przekonać się na własne oczy, że wszystko z nią w porządku.
- Okej, ale w miarę szybko bo sama też padam z głodu – powiedziała. Zachichotałam, a ona złapała mnie za rękę i pociągnęła w stronę łóżka, na którym leżała Vivianne.
Czarne loki, albo raczej sprężynki jak w zwyczaju miałam mówić na włosy mojej przyjaciółki, rozrzucone były po białej poduszce. Pierś unosiła się i opadała miarowo, różowe usta były lekko otwarte, podkrążone oczy zamknięte. Igła kroplówki była wbita w zgięciu posiniaczonej, bladej ręki.
Żyła. Jej serce biło oddalone od mojego o zaledwie kilka centymetrów, a nie o tysiące kilometrów u boku starszego, samotnego milionera. Spokojnie spała, a nie była wykorzystywana oraz nie cierpiała. Mogłam ją znowu przytulić, usłyszeć jej głos i spokojnie wrzucić coś na ząb.
Pojechałam z Liv na samą górę do chińskiej knajpki, którą prowadzili rodzice chłopaka, który należał do organizacji Zayna. Wiedzieli o działaniach Malika i byli jednymi z nielicznych, którzy nie wyrzekli się swojego dziecka tylko pomagali mu, a właściwie grupie do której dołączył przez opłacanie rachunków, kupno ubrań, jedzenia lub umieszczenia wind na zapleczu swojej restauracji.
Wyszłyśmy na salę, która pogrążona była w mroku, który rozpraszały zawieszone na suficie, nad każdym stolikiem, pomarańczowe i czerwone lampiony. Na ścianach były rozwieszone wachlarze, obrazy smoków lub chińskie litery. Lokal był pełny, panował zgiełk i zaduch przez rozmawiających ludzi oraz przyrządzane potrawy na środku pomieszczenia, na widoku klientów.
Podeszłyśmy do stolika, przy którym siedział już Hayden, a obok niego Louis oraz naprzeciw nich Seth. Olivia usiadła obok swojego chłopaka, a ja zajęłam miejsce przy Secie. Ucieszyłam się na jego widok, ponieważ im mniej zamordowanych osób z naszych szeregów tym lepiej.
- Wybaczcie, że nic wam nie zamówiliśmy, ale nie wiedzieliśmy kiedy przyjdziecie – powiedział Hayden i przywołał gestem ręki kelnera.
- Słusznie zrobiliście, wszystko pewnie już by wystygło – odpowiedziała mu Olivia i obydwie sięgnęłyśmy po menu leżące na środku stolika.
– Nimen hao* – powiedział kelner pojawiając się przy naszym stoliku. – Jak mogę wam pomagać? – zapytał trochę kalecząc angielski.
- Poproszę pierożki baozi. – Liv szybko zdecydowała się na danie lecz ja musiałam trochę czasu poświęcić na przejrzenie karty i wybranie z niej jednej potrawy.
- Ja poproszę makaron chow mein z kurczakiem – oznajmiłam a wtedy kelner skłonił się i odszedł w kierunku kuchni.
- Rodzice Yao będą musieli znowu potrącić z pensji swoich pracowników. Skończyły się wszystkie bandaże, plastry i wody utlenione. – Olivia zaczęła wymieniać na palcach wszystkie brakujące przedmioty medyczne. – Waciki, kroplówki oraz zastrzyki. Wkrótce też skończą się niektóre rodzaje tabletek.
- Z tego co mi wiadomo to nie tylko oni wspomagają Zayna finansowo – odezwał się Seth.
Jadł on ramen używając przy tym pałeczek, które zawsze są na początku owinięte papierkiem. Zabrałam go spod szklanki z wodą i zaczęłam się nim bawić aby zabić czas oczekiwania na jedzenie. Nie zamierzałam udzielać się w tej konwersacji oraz patrzeć im w oczy, a szczególnie Louisowi więc to było najlepsze zajęcie jakie mogłam sobie znaleźć na zabicie czasu.
- To prawda ale potrzebują też nowych zestawów ubrań, pościeli, ręczników i mydła. – mówiła Olivia. - Dostaną też spore rachunki za wodę
- Po za tym – wtrącił się Hayden – w kwaterze mieszkają niepełnoletnie osoby, które zostały wyrzucone z domu i potrzebują jedzenia.
- Nie pomyślałem o tym – przyznał Seth.
- Qing man yong.** – Kelner przyszedł do naszego stolika podając nam zamówione dania i życząc nam smacznego.
- Xiexie*** – odpowiedziała mu Olivia.
Wywołało to u niego uśmiech na twarzy, a u mnie poczucie winy. Dotarło do mnie, że to przeze mnie potrącą mu z pensji i również z powodu mojej osoby wiele osób zostało ranne albo zabite. Wszystko co wydarzyło się od momentu wybrania się przeze mnie do klubu po śmierci ojca było moją winą i niczyją inną. Poruszyłam domino i zapragnęłam w tej chwili z całego serca je zatrzymać albo cofnąć czas i nie dopuścić do tego aby zaczęło spadać. Niestety nie mogłam tego zrobić ani nie wiedziałam też jak wstrzymać zawalanie się kolejnych kostek. Czułam się z tym okropnie, chciało mi się płakać, krzyczeć ale jedynie wepchnęłam sobie gorący makaron do ust parząc sobie przy tym język.
- Kiedy wracamy do Carlisle? – zapytała Olivia.
- Jutro rano – odpowiedział jej Hayden. – Najlepiej więc by było gdybyście od razu po skończonym posiłku poszły się położyć spać. Wykonałyście dziś kawał dobrej roboty i zasługujecie na odpoczynek.
- Każde z nas się spisało – odważyłam się odezwać po tym jak udało mi się przełknąć kolejna porcję makaronu, którą wepchnęłam sobie do ust.
- Masz rację – zgodziła się ze mną Liv.
-  Ja nie jestem z siebie zadowolony – powiedział Seth. – Nie pomogłem rozprawić wam się z wrogiem. Uciekłem od razu kiedy udało się Haydenowi i Liv wydostać Vivianne.
- Spokojnie. Destiny wykonała robotę za dwóch – odezwał się Louis a ja w końcu na niego spojrzałam.
Miał na sobie, tak jak cała nasza reszta zebrana przy stoliku, czarne ubranie. Przyklejony plaster nad prawą brwią i na wardze. Owinięte knykcie palców oraz będące w nieładzie, wilgotne jeszcze włosy.
- Naprawdę? - zapytał mnie Seth ale ja milczałam przez zniesmaczenie usłyszane w jego głosie. On wciąż był na mnie zły.
- Opowiedz mu, skarbie – powiedział z naciskiem na ostatnie słowo i spojrzał na mnie co było dla mnie jak cios w policzek. - Tak chętnie jak mi w klubie. Może on złoży ci upragnione gratulacje.
- Louis… przestań – szepnęłam tak aby tylko on usłyszał.  
- O tym jak dzielnie walczyłaś i…
- Destiny! – Louis nie dokończył zdania gdyż pojawił się przy naszym stoliku Zayn.
- Tak? – zapytałam go.
- Vivianne się obudziła. Chce się… - Nie zdążył wypowiedzieć zdania do końca gdyż ja już biegiem ruszyłam do wind obiecując sobie, że później mu podziękuję. Stał się w końcu moim wybawicielem, uchronił mnie przed kolejną sprzeczką z Louisem i gorzkimi łzami.
Zjeżdżając do skrzydła szpitalnego mówiłam wciąż pod nosem „szybciej, szybciej”. Wydawało mi się, że ciągnie się to niemiłosiernie długo. Jednakże w końcu drzwi się otworzyły a ja pobiegłam do łóżka Vivianne i wpadłam w jej ramiona. Zaczęłam ją przepraszać, a ona powiedziała mi o tym jak ludzie Benjamina ją bili i o obrazie martwego Michaela, jej zastrzelonego przez Snake’a chłopaka.

                                                                 ~†~

*Nimen hao – Dzień dobry.
**Qing man yong – Smacznego.
***Xiexie – Dziękuję.