piątek, 14 kwietnia 2017

† Chapter 11 †

                                                          † Slaves Love †

Samolot powrotny z Londynu do Carlisle mieliśmy z samego rana o szóstej. Miałam wrażenie, że kiedy skończyłam rozmawiać z Vivianne jedynie przyłożyłam głowę do poduszki i zamknęłam oczy na pięć minut, po których Zayn stanął nade mną, potrząsnął delikatnie ramię i oznajmił, że muszę już wstawać.
- Co? – zapytałam go. Bolało mnie całe ciało i koniecznie pragnęłam większej ilości snu.
- Musicie wracać do Carlisle zanim policja zacznie szukać Vivianne, pamiętasz? – odpowiedział szeptem.
- Ach, no tak, pamiętam. – Podniosłam się do pozycji siedzącej, przetarłam twarz dłońmi i ziewnęłam. - Przeklęta zasada dwudziestu czterech godzin, przy której Snake to dobroczyńca.
Zayn zaśmiał się z mojego porannego poczucia humoru po czym poinformował, że za trzydzieści minut będzie śniadanie w chińskiej knajpie i poszedł obudzić Vivianne. Wiedząc, że trochę zajmie mu wybudzanie mojej przyjaciółki, gdyż miała strasznie silny sen, wstałam z łóżka i zabierając ubrania z podsuniętego do niego krzesła poszłam wziąć prysznic.
- Dzień dobry – powiedziała Olivia. Stała przed lustrem i rozczesywała swoje blond włosy.
- Która godzina? – zapytałam mrużąc oczy. Łazienka była mocno oświetlona w porównaniu ze skrzydłem szpitalnym gdzie panował półmrok, aby nie obudzić śpiących nawet na podłodze ludzi.
- Czwarta trzydzieści – odpowiedziała uśmiechając się. Pozytywnej energii nie brakowało jej nawet o tak wczesnej porze.
- Przecież to jest środek nocy – jęknęłam podchodząc do prysznica. Odkręciłam wodę by się nagrzała i zaczęłam zdejmować ubrania po czym weszłam pod ciepłą wodę. Cudownie było być pierwszą osobą korzystającą z prysznica i nie musieć pod nim marznąć.
- Wyśpisz się, kiedy wrócisz do domu! – podniosła swój ton abym na pewno ją usłyszała przez szum spływającej wody.
- Racja, czeka mnie strasznie długi, wieczny sen, ponieważ matka mnie zabije. Trudno byłoby się w jego trakcie nie wyspać!
- Daj spokój – zaśmiała się blondynka. –  Matki się martwią bo nie potrafią zrozumieć, że jesteśmy dorośli i wściekają się kiedy narażamy swoje życie więc krzyczą i karzą nas, ale nie zabijają.
- Założysz się? – zapytałam wychodząc spod prysznica.
- Nie, dziękuję. Zamiast tego wolę zmienić ci opatrunki. - Olivia przysunęła pod umywalkę krzesło, na której oprócz kosmetyków stała apteczka. – Siadaj.
Posłusznie usiadłam na krześle i pozwoliłam jej odwinąć bandaże, które przez noc przybrały szkarłatny kolor ukrywając paskudnie wyglądające, czerwone blizny na moich ramionach i biodrze, które zawsze będą przypominały mi o wydarzeniach z poprzedniej nocy choćby nie wiem jak bardzo starałabym się o nich zapomnieć. Każdego dnia w lustrze będę widziała Benjamina, uciekające dziewczęta przeznaczone na sprzedaż, młodego chłopaka, któremu zamknęłam oczy, pistolety oraz sztylety we mnie wycelowane i kłócącego się ze mną Louisa. Towarzyszący temu ból będzie wywoływał łzy, które będę starała się stłumić i być tak silną jak podczas poderżnięcia jakiemuś mężczyźnie gardła.
- Aż mnie zabolało – powiedziała Vivianne stając w progu łazienki. Miała potargane włosy i worki pod oczyma. – Szkoda, że nikt nie nagrywał tej walki bo chciałabym ją mieć na DVD i podziwiać jak pierzesz tyłki tym frajerom.
- Może Seth’owi udałoby się coś przechwycić – powiedziała Liv wyciągając z apteczki nowe bandaże i maść.
- Byłoby miło – odpowiedziała Vivanne i ziewnęła idąc w kierunku prysznica.
Pojawienie się mojej przyjaciółki wywołało uśmiech na mojej twarzy gdyż dobrze było widzieć ją całą, zdrową i żartującą. Miała co prawda koszmary senne oraz uprzedzenie do mężczyzn i trzymała się od nich z daleka przez ludzi Benjamina, którzy ją dotykali i bili.  Wzdrygała się i uciekała kiedy ktoś podszedł do niej od tyłu i coś powiedział lub dotknął w ramię, ale starała się nie zamykać w sobie. Zachowywała się jakby tak właśnie wyglądało jej życie, jakby rozpoczynał się kolejny, zwyczajny dzień.
Podczas śniadania usiadłam z Vivianne przy oddzielnym stoliku aby uniknąć towarzystwa Louisa, a szczególnie jego spojrzenia. Obserwowałam jak niebo zamienia kolor z czarnego na błękitny i jadłam okrągłe bułeczki z sosem hoisin, liściem sałaty i jajkiem sadzonym oraz piłam herbatę w porcelanowych filiżankach, która rozgrzała mnie jeszcze bardziej niż prysznic i dodała sił na drogę powrotną, w trakcie której również usiadłam z dala od Louisa zamieniając się w samolocie miejscami z Haydenem.
Podczas posiłku również ustaliłam z przyjaciółką wersję wydarzeń jaką przedstawiłyśmy policji. Nikt nie protestował, nie zadawał dodatkowych pytań kiedy ją usłyszał gdyż wszyscy mieszkańcy, a szczególnie sąsiedzi Michaela, wiedzieli, że podczas nieobecności rodziców urządza imprezy trwające do rana. Bez problemu potrafili wyobrazić sobie, że kupuje narkotyki i nie ma jak za nie zapłacić więc musi uciekać przed dilerami by przeżyć. Zabiera ze sobą swoją dziewczynę, która chce uwolnić się od rodziny lecz ostatecznie zostaje zastrzelony gdyż ludzie, u których miał długi znajdują go, a Vivianne dowiadując się o jego brudnych interesach wraca ze mną do Carlisle. Przekonana o prawdziwości historii była nawet moja matka, która przytuliła mnie i powiedziała:
- Dobrze zrobiłaś nie pozwalając jej wejść w to błoto. Niedługo i ja cię wyciągnę z twojego własnego i nikt nie będzie ci zagrażał.  
Słysząc te słowa rozpłakałam się, ponieważ znowu ją okłamałam i przecież wcale nie wyciągnęłam Vivianne z błota. Ubrudziłam jej buty podczas gdy sama prawie topiłam się nie mając już żadnych dłoni wyciągniętych w moją stronę, a szczególnie jednej.
Louis nie odzywał się do mnie przez cały tydzień. Nie dzwonił, nie pisał SMS-ów, w których nie zapytał jak się czuję, jakbyśmy zupełnie się nie znali. Próbowałam dowiedzieć się o nim jakichś informacji od Liv, która przychodziła do mnie po szkole i opatrywała rany pod pretekstem, że jest koleżanką z klasy i pani przydzieliła mi ją do pomocy w nauce. Jednakże ona sama nie widziała go i nie miała od niego żadnych wiadomości odkąd rozstali się na lotnisku. Powtarzała, żebym się nie przejmowała, że prędzej czy później odezwie się tylko potrzebuje czasu aby zebrać na to odwagę, lecz nie potrafiłam jej uwierzyć. Ogarnęło mnie przekonanie, że to koniec naszego związku i jak się okazało w sobotni wieczór, niepotrzebnie.
Czekałam, aż Vivianne zakończy spotkanie ze swoim psychologiem i wyśle mi SMS-a, że wróciła już do domu i mogę do niej przyjść aby wysłuchać jej szczerego wyznania na temat tego jak się czuje. Matka Vivianne uważała, że to dzięki świetnej pracy psychologa córka czuje się coraz lepiej, lecz tak naprawdę to była moja zasługa. Potrzebowała osoby, która również była świadkiem śmierci, prawie się o nią nawet otarła a nie jakiegoś mężczyzny w sweterku z podkładką i mocno naostrzonym ołówkiem w ręku. Dlatego kiedy mój telefon zadzwonił oznajmiając, że mam nową wiadomość, od razu zerwałam się z łóżka. Wybiegłam z domu zmierzając w kierunku domu Vivianne, przed którym stanęłam jak wryta gdy zobaczyłam przy chodniku zaparkowany motocykl, o który opierał się Louis paląc papierosa.
- Louis… - szepnęłam i powoli do niego podeszłam mając nogi jak z waty, które były wynikiem głębokiego szoku po zobaczeniu jego osoby.
- Louis ja… - powiedziałam trochę głośniej stojąc tuż obok niego. Chciałam zacząć go przepraszać, rzucić mu się na szyję, wyjaśnić sytuację, lecz przerwał mi.
- Wsiadaj – powiedział krótko gasząc papierosa. Wsiadł na motocykl, a ja skinęłam jedynie głową i pośpiesznie wsiadłam zaraz za nim na pojazd i objęłam go rękoma w pasie. Nie miałam pojęcia gdzie mnie zabiera, ale szczerze mogłam z nim jechać w tamtym momencie nawet na drugi koniec świata byle byśmy się tylko pogodzili.
Miejscem docelowym jednak okazał się Notte Club, z którego nie wylewała się pijana młodzież i głośna muzyka. Panowała cisza, dookoła nie było żadnej żywej duszy, okna były zasunięte żaluzjami, na drzwiach wisiała żółta karteczka z napisem „NIECZYNNE”. Kiedy to zobaczyłam moja pierwsza myśl dotyczyła tego, że Louis wyjeżdża z miasta i zaraz zacznie się ze mną żegnać w miejscu, w którym wszystko się zaczęło. Łzy zebrały mi się w oczach, chciałam krzyczeć ale gula w gardle mi na to nie pozwalała.
- Chodź. – Louis zsiadł z motocykla i wyciągnął do mnie rękę, którą mimo złego przeczucia złapałam i poszłam za nim w stronę drzwi.
- Louis… - zaczęłam przed samym wejściem, ale znowu nie pozwolił mi kontynuować.
- Cicho. – Spojrzał na mnie swoimi podkrążonymi oczyma przystawiając palec wolnej, lewej ręki do ust. Skinęłam znowu posłusznie głową, a serce zaczęło mi bić z nerwów.
Louis popchnął drzwi, ja zamknęłam oczy bojąc się tego co mogę zastać za progiem. Weszliśmy do środka, drzwi się za nami zamknęły i usłyszałam głośne, chóralne:
- Wszystkiego najlepszego! Sto lat, sto lat!
Otworzyłam oczy jak poparzona i zobaczyłam wnętrze klubu z mnóstwem balonów i rozwieszonych serpentyn. Idących w moją stronę Setha, Raven, Haydena z Olivią i Vivianne, która trzymała w rękach tort ze wciśniętymi świeczkami, które przedstawiały liczbę osiemnaście.
- Sto lat, sto lat! Niech żyje, żyje nam! Jeszcze raz, jeszcze raz, niech żyje, żyje nam! – Śpiewali wszyscy trochę fałszując.
- A kto? – zapytała Vivianne z szerokim uśmiechem na twarzy.
- Destiny! – wykrzyknęli i zaczęli bić brawo, a ja oszołomiona zaczęłam płakać. Zupełnie zapomniałam z powodu ostatnich wydarzeń, że dzisiaj są moje urodziny.
- Pomyśl życzenie zanim zdmuchniesz świeczki – przypomniała Olivia.
Zamknęłam oczy i w myślach wypowiedziałam życzenie po czym zdmuchnęłam świeczki i ponownie rozległy się wiwaty i brawa oraz każdy zaczął do mnie pojedynczo podchodzić i składać urodzinowe życzenia, z których praktycznie nic nie zrozumiałam, gdyż nie docierało do mnie całe to zajście, byłam całkowicie zdezorientowana.
- Spełnienia marzeń, kochana! – Olivia jako pierwsza rzuciła mi się na szyję. – Samych pięknych chwil w życiu!
- Szczególnie miłości i szczerej przyjaźni – powiedział stojący obok niej Hayden.
- Dobrych ocen, mocnej główki i sierpowego – życzył mi Seth.
- Rozwijania swoich zainteresowań i pasji, abyś zawsze była sobą – mówiła Raven, która przypomniała mi o Ethanie, za którego obecność oddałabym wszystko.
- Abyś zawsze była moją przyjaciółką, silną i dzielną. – Mocno wyściskała mnie Vivianne. Każdemu dziękowałam kilka razy i ocierałam wciąż na nowo łzy oraz odbierałam podarunki.
- Wszystkiego najlepszego, Destiny. – Usłyszałam wreszcie cichy szept przy moim uchu i poczułam składany na moim policzku czuły pocałunek. Odebrałam prezent, małe pudełko z niebieską kokardką na górze, wręczany z wytatuowanych rąk, które należały do nikogo innego jak do Louisa i nagle oprzytomniałam z szoku wywołanego urodzinową niespodzianką. Przypomniała mi się obawa z jaką przekraczałam próg klubu i potrzebę porozmawiania z nim.
- Dziękuję, Louis – odpowiedziałam i podniosłam na niego wzrok, lecz on już zdążył zniknąć. Rozejrzałam się szybko i zobaczyłam, że zaczął się kierować w stronę drzwi na podwórko budynku więc pobiegłam za nim nie chcąc odwlekać dłużej rozmowy.
- Teraz wznieśmy toast! – usłyszałam głos Setha i wystrzał korka od szampana przez co zawahałam się zanim wyszłam na zewnątrz. Zadałam sobie pytanie czy dam radę pogodzić się z Louisem na trzeźwo, a potem przypomniałam sobie walkę w klubie i wyszłam na zewnątrz.
Louis stał oparty o barierkę i palił kolejnego papierosa. Wzięłam głęboki wdech i podeszłam do niego kładąc mu niepewnie dłoń na ramieniu.
- Louis chciałabym cię przeprosić – powiedziałam szybko aby nie mógł wtrącić mi się w zdanie. Nie odzywał się tylko wpatrywał się w jakiś punkt przed sobą i zaciągnął się papierosem więc kontynuowałam. – Naprawdę przepraszam, bardzo przepraszam. Nie sądziłam, że się zdenerwujesz. Myślałam, że będziesz zadowolony z mojej pomocy i…
 - Byliśmy kiedyś przyjaciółmi – powiedział nagle zbijając mnie z tropu.
- Co? – zapytałam marszcząc brwi.
- Snake i ja, a raczej Samvel. Samvel i ja byliśmy kiedyś przyjaciółmi.
- Żartujesz? – zapytałam z uśmiechem, który zaraz zniknął kiedy Louis pozostawał wciąż poważny i zdałam sobie sprawę, że mówi prawdę.
– Poznaliśmy się w  pierwszej klasie gdy jeden z chłopaków uderzył mnie w nos bo nie pozwoliłem mu grać w piłkę, ze względu na pełen skład drużyn. Oddał mu i od tej pory trzymaliśmy się razem, siedzieliśmy w tej samej ławce, dzieliliśmy jedzeniem na podwieczorku, uczyliśmy się w bibliotece, pomagaliśmy w zdobyciu dziewczyny albo chociaż jej numeru. Chodziliśmy razem do kina lub na boisko czy po mieście w Halloween aby straszyć innych. Wspólnie imprezowaliśmy i pierwszy raz się upiliśmy. Wszystko się zmieniło kiedy poszliśmy do szkoły średniej… – Słuchałam go uważnie starając wyobrazić sobie w głowie małego Snake’a. Niewinnego chłopaka bez tatuaży i rozciętego języka.
– Wiesz jak to jest w liceum, prawda? Albo jesteś bogaty, dzięki czemu znany i lubiany albo jesteś nikim. Samvelowi zależało na tej uwadze, której nie dostawał w patologicznym domu od pijanych wiecznie rodziców. Gdyby nie moja matka, która traktowała go jak syna umarłby z głodu. Przychodził do nas na obiady mimo, że było tłoczno, bo miałem szóstkę rodzeństwa, a on tak im się odpłacił… - Zrobił krótką przerwę zaciskając pięści po czym kontynuował. - Zaczął się zadawać z bogatymi chłopakami, spędzać coraz mniej czasu ze mną. Chodził na każdą imprezę, podczas których robił z siebie durnia, aby tylko nie wykluczyli go z grona przyjaciół. Pił do upadłego, wdawał się w bójki i porzucił naukę. Starałem się go od tego odciągnąć zanim byłoby za późno ale nie chciał mnie słuchać. Prosiłem go nieustannie, błagałem, ale on zbywał mnie machnięciem ręki i nim się obejrzał był uzależniony. Zamienił bogatych chłopaków ze szkoły na dilerów, a o mnie przypominał sobie kiedy potrzebował pieniędzy na towar. Oczywiście dawałem mu je za każdym razem pod obietnicą, że to ostatni raz, że pójdzie na odwyk, będzie starał się z tym skończyć, lecz czas płynął i nic takiego się nie wydarzyło. Raz mu nieładem to pobili go, będąc na głodzie zaczął obwiniać o to wszystko mnie i był zazdrosny o to, że się dobrze uczę i zostałem kapitanem szkolnej drużyny piłkarskiej. Z przyjaciół zamieniliśmy się w nienawidzące się nawzajem osoby…
- Tak mi przykro, Louis – powiedziałam myśląc, że skończył opowiadać lecz jedynie zrobił przerwę aby zgasić papierosa. Naprawdę mu współczułam gdyż prawie straciłam Vivianne i nie było to miłe uczucie.
- Pewnego razu na imprezie wypiłem drinka z dosypanymi prochami przez ogarniętego nienawiścią i zazdrością Samvela. Wplątał mnie w całe to bagno przez podłożenie do kieszeni moich spodni kiedy byłem nieprzytomny nie zapłaconego towaru i podanie mojego adresu dilerom, którzy znaleźli mnie następnego dnia i zaprowadzili do Benajmina. Fraiser kazał mnie pierw pobić, a następnie rozprowadzać przez miesiąc towar, aby zapłacić za to co ukradłem. Nie mając innego wyboru wykonywałem jego polecenie, ale też zacząłem codziennie imprezować przez przebywanie w klubie Benjamina. Upijałem się, robiłem sobie pełno tatuaży i spałem codziennie z inną laską. – Zabolało mnie trochę to jego wyznanie, ale nie zamierzałam przerywać mu opowieści i wszczynać kłótni tylko dalej słuchałam go uważnie. –  Zapomniałem jakim cudem się tutaj znalazłem, ale pomógł mi sobie to przypomnieć Zayn, który również należał do ludzi Fraisera. Postawił mnie na nogi i oboje rozumiejąc sytuację jaka nas otaczała postanowiliśmy jej się przeciwstawić. Porzuciłem imprezy i zacząłem spędzać więcej czasu na treningach, zamierzałem się uwolnić od Benajmina i nie byłem sam. Towarzyszył mi Zayn i wielu innych ludzi, którym brakowało ku temu odwagi. Niestety nasze plany pokrzyżował jeden chłopak, który doniósł o wszystkim szefowi i potwierdził jego spostrzeżenia w zmianie mojego zachowania. Widział, że staję się silniejszy i zamierzał mnie zniszczyć. Pamiętasz jak mówiłem ci czym zajmuje się Fraiser, sprzedażą dziewcząt i narządów? – zapytał a ja szybko skinęłam głową. Czułam, że nadchodzą złe wieści i aż rozbolał mnie brzuch, bałam się usłyszeć kolejne słowa.
- Snake zabił moich rodziców, Lottie, Felicite sprzedano i wywieziono, a młodsze rodzeństwo zostało pozbawiono organów. Straciłem moją całą rodzinę – powiedział i ukrył twarz w dłoniach zaczynając szlochać, a ja wraz z nim.  
- Louis, mój boże… - Nie wiedziałam jak mogłam go pocieszyć więc jedynie pocierałam drżącą dłonią jego plecy.
- Życie mogłem stracić i ja - powiedział ocierając łzy i pociągając nosem. – Jednakże Zayn zdążył mnie ostrzec i dając pieniądze z paszportem oraz bilet w jednym kierunku do Hispzanii kazał uciekać. Mówił, że nie mogę się poddać, muszę być silny i pamiętać o co walczymy. Obiecał, że wkrótce się zobaczymy kiedy wsiadałem bez niczego do samolotu. Wylądowałem w obcym kraju, nie znając języka, mając szesnaście prawie siedemnaście lat, nie mając gdzie się podziać. Spałem na ulicy i żebrałem, po nocach płakałem i błagałem Boga aby pozwolił mi umrzeć i dołączyć do moich rodziców. Pewnego dnia spotkałem Haydena, który mnie przygarnął i pomógł. Opowiedziałem mu co mnie spotkało i zadeklarował się pomóc w powstrzymaniu działań Benjamina i Snake’a. Wrócił ze mną do Londynu gdzie spotkaliśmy się z Zaynem i zaczęliśmy działać, tworzyć opozycję. Zakładaliśmy swoje własne ośrodki, trenowaliśmy ludzi, którzy nas popierali i gromadziliśmy broń. W między czasie próbowałem szukać moich sióstr, ale na marne, ślad o nich zaginął. Wciąż cierpiałem z powodu utraty moich bliskich i płakałem w nocy, ale za dnia starałem się być silny, miałem w końcu poprowadzić setki osób przeciwko Benjaminowi. Zaplanowaliśmy, że porwiemy jego córkę, która była jego oczkiem w głowie. Powiedział, że zrobi wszystko dla osoby, która ją znajdzie. Kiedy przyszedłem do niego z jego córką pobladł jakby zobaczył ducha, myśleli, że nie żyję i pozbyli się problemu. Najchętniej zastrzeliłby mnie lecz, że jest słownym człowiekiem i dotrzymuje danego słowa nie mógł tego zrobić. Zagwarantował mi nietykalność, uwolnił ludzi, którzy mu się sprzeciwiali i oddał cały swój majątek. Żałuję, że nie uwolniłem też dziewcząt, tak jak ty niedawno, to był wspaniały gest z twojej strony – powiedział i spojrzał na mnie swoimi pełnymi łez oczyma i złapał za moją rękę. – Po czterech latach jestem tutaj, żyję ale nie ufam nikomu. Postawiłem dookoła siebie wiele murów, ogrodziłem się i dlatego tak trudno mi wyrazić teraz co czuje, zaufać i stracić bliską osobę. Nie mam rodziny, straciłem ich z powodu mojej głupoty i wciąż tracę inncyh. Wiele ludzi ginie podczas walki ze Snake’iem, wiele osób które porwał zginęło i ja nie umiałem ich uratować… ale ty wciąż żyjesz i zależy mi na tobie. Kocham cię. Chciałbym zaznać szczęścia, ale wciąż się boję, że kogoś stracę, a szczególnie ciebie. Przynosisz mi nadzieję, na to, że wygramy ze Snake’iem i oczywiście, że jestem z ciebie dumny. Świetnie sobie poradziłaś, ale po prostu ten klub… przypomina mi o wielu złych rzeczach. Straciłem w nim wszystko i nie chciałem abyś dołączyła do tego grona, ale chyba twoje imię ma większe znaczenie. Liczę, że odnosi się do powiedzenia, że nadzieja umiera ostatnia. Wybacz mi, ty nie masz za co przepraszać, to ja powinienem.  
- Shhh… - Przytuliłam go i płakaliśmy oboje wtuleni w siebie. Kiedy przystawił czoło do mojego, otarłam mu łzy, a jego usta otarły się o moje mokre policzki, a potem przyparł mnie do barierki i namiętnie pocałował w usta. Odsunął się kiedy zabrakło nam tchu, spojrzał na wyświetlacz telefonu, na drzwi za których dobiegały śmiechy i muzyka.
- Czy… chciałabyś spędzić u mnie tę noc? – zapytał nieśmiały. Zaśmiałam się ale przytaknęłam.
- Z wielką chęcią – odpowiedziałam. Cieszyłam się ogromnie, że otworzył się przede mną, opłacało się być cierpliwym jak radziła mi Olivia. Dowiedziałam się więcej niż oczekiwałam i zrozumiałam go teraz w pełni oraz zamierzałam go uszczęśliwić. Kochałam go jeszcze mocniej.
Louis uśmiechnął się, złapał mnie za rękę i pobiegliśmy w stronę motocykla. Wsiedliśmy na niego i odjechaliśmy przekraczając prędkość, mając wiatr we włosach w stronę jego mieszkania pod osłoną nocy, ciemnego nieba usianego gwiazdami, które towarzyszyły księżycowi w pełni.


                                                                ~ † ~

2 komentarze:

  1. CUDOOOOOO!!!!! ♥♥♥♥♥
    Rany, nie sądziłam, że w życiu mogło go spotkać coś tak strasznego...
    Kocham i czekam na kolejny! ♥♥♥

    OdpowiedzUsuń
  2. Witaj kochana!!
    Ostatnio byłam nieobecna przez długi czas, ale nadrabiam! ^^
    Rozdział cudowny, bardzo poruszający, na prawdę...Aż nie wiem co powiedzieć...
    Czekam na kolejny rozdział i powiadomienie z niecierpliwością <3

    OdpowiedzUsuń