piątek, 9 czerwca 2017

† Chapter 12 †

                                                       † Slaves Love †

Obudziło mnie chłodne powietrze, które wślizgnęło się pod kołdrę i otuliło moje nagie ciało wywołując dreszcze.
- Louis? – wymamrotałam podnosząc się do pozycji siedzącej i przecierając oczy.
Promienie słoneczne wpadały przez szparki żaluzji do małego pokoju, który nie wiele się zmienił od mojego ostatniego pobytu. Pojawiły się stosy książek i moje zdjęcia lecz po za tym ściany wciąż miały kolor khaki, żarówka zwisała z zalanego sufitu, popielniczka i pistolet leżały na stoliku, a podłoga skrzypiała.
Wstałam z łóżka, w którym leżałam sama i jedynym dowodem na wcześniejszą obecność Louisa, była wygnieciona poduszka, na której spoczywała jego głowa. Podeszłam do krzesła, na którym ułożone zostały nasze ubrania, które wieczorem rozrzucone były po podłodze. Założyłam majtki oraz koszulkę Louisa i poszłam w kierunku kuchni wyczuwając po drodze zapach spalenizny.
- Hej, czy ty też… - zaczęłam zadawać pytanie przekraczając próg pomieszczenia, lecz Louis, który mając na sobie jedynie bokserki siedział na parapecie otwartego na oścież okna i palił papierosa, przerwał mi.
- Tak. – Louis znowu miał spięte mięśnie i zabójcze spojrzenie.
- Co się stało? – Podeszłam do niego i położyłam dłoń na jego ramieniu. Czułam jak powoli się rozluźnia.
-Próbowałem być romantyczny – odpowiedział wypuszczając dym z ust, które po chwili przycisnął do moich. Pocałował mnie krótko, ale namiętnie. – Następnym razem kiedy będę próbował znowu to zrobić, powstrzymaj mnie.
- Czemu? – zapytałam marszcząc brwi. Odsunęłam głowę kiedy znowu chciał mnie pocałować gdyż wolałam dowiedzieć się co się stało. Louis westchnął zapatrzony w moje usta, a następnie rzucił przelotne spojrzenie na przedmiot umieszczony za moimi plecami. Odwróciłam się podążając za jego wzrokiem i zobaczyłam śmietnik, w którym leżało przypalone ciasto.
- Wstałem szybciej od ciebie i pomyślałem, że zrobię ci śniadanie do łóżka tak jak ci wszyscy bohaterowie z filmów. Próbowałem zrobić naleśniki, omleta i jajecznicę, ale wszystko się spaliło więc robię parówki.
Uśmiech mimowolnie pojawił się na moich ustach. Drobne gesty Louisa, które miały pokazać jak bardzo mu na mnie zależy powodowały, że odrywaliśmy się od stereotypów filmowych. Doświadczaliśmy czegoś nowego, tworzyliśmy własną historię miłosną, nowe wyobrażenia o związku usłanym różami. Louis podarowywał mi w każdym z nich swoje serce, a nie ilość posiadanych przez niego pieniędzy. Najbardziej normalne, codzienne, a jednocześnie tak cenne.
- Pewnie je także przypale, rozgotuje, nie mam pojęcia. – Wzruszył ramionami i zeskoczył z parapetu. Zaciągnął się papierosem skręcając gaz pod garnkiem z parówkami.
- Wyszło bardziej romantycznie niż myślisz – wyznałam.
- Nie wolno opowiadać kłamstw. – Wskazał na mnie palcem podchodząc znowu do parapetu, na którym stała popielniczka. Zgasił papierosa i spojrzał na mnie. – Ubieraj się, pojedziemy na śniadanie do klubu.
- A co jeżeli chcę zjeść tutaj? – zapytałam zakładając ręce na piersi.
- To ci nie wierzę – wzruszył ramionami. Dzieliło nas klika centymetrów, wyraźnie widziałam błękit jego oczu, kilkudniowy zarost na szczęce oraz tatuaże na umięśnionych ramionach i torsie. Zanim zdążyłam coś odpowiedzieć jego wargi ponownie spoczęły na moich i obdarowały namiętnym pocałunkiem.
- Obiecuję, że do następnego razu nauczę się gotować. – Przyciągnął mnie do siebie i wtulił twarz w moją szyję.
- Louis, ale ja naprawdę mówiłam prawdę. – Zanurzyłam palce w jego rozczochranych włosach. – Nie musisz uczyć się gotować, starać się być kimś innym. Kocham cię takiego jaki jesteś, kocham wszystko co robisz. Louis… - westchnęłam, gdyż zaczął całować moją szyję.
- Mhm, przepraszam. – Podniósł wzrok na wysokość moich oczu i posłał mi zadziorny uśmieszek. – Cieszę się, że wyznałem ci historię mojego życia bo stęskniłem się za twoim ciepłem i teraz znowu mogę je poczuć, ale obawy, że cię stracę wciąż tutaj są. – Przyłożył moją rękę do swojej piersi w miejscu serca. Czułam jak równomiernie bije.
- Chciałabym aby zniknęły – wyznałam. – Szczególnie te dotyczące twojego charakteru bo nigdy z ciebie nie zrezygnuję.
- W takim razie nie będziesz miała nic przeciwko jeżeli pozostanę nieugięty i zabiorę cię na porządne śniadanie?
- Nie, nie będę. – Pokręciłam przecząco głowa ze śmiechem.
Dochodziła dziesiąta rano kiedy Louis zaparkował swoim motocyklem pod Notte Club. Pomógł mi zdjąć kask, a następnie zsiąść z pojazdu. Trzymając się za ręce weszliśmy do środka. Klub o poranku był zupełnym przeciwieństwem wieczornej odsłony. W powietrzu zamiast smrodu papierosów, alkoholu i potu unosił się zapach smażonych jajek, bekonu i ciepłych bułeczek oraz świerkowy zapach płynu do podług. Stoliki zajęte były przez wyrzuconych z domu nastolatków i starszych bezdomnych, którzy jedli ciepłe śniadanie i pili gorący napój. Za barem stała Raven w czerwonym fartuchu i przyrządzała im posiłki zupełnie za darmo jak nakazał Louis.
- Dzień dobry, szefie. – Niektórzy punkowcy podnieśli się ze swoich miejsc i skinęli głową w stronę Louisa, a następnie w moją. Czułam się za każdym razem strasznie skrępowana kiedy mijający nas ludzie tak reagowali. Nie przywykłam wciąż do faktu, że mój chłopak jest głową całej organizacji, osobą, która ich uratowała i pomogła, której wiele zawdzięczają więc odnoszą się do niego z szacunkiem. Każdy wybór uważają za słuszny, w tym dobór partnerki, która zupełnie nie uważała się za super bohaterkę. Dziękowałam Bogu w głębi duszy, że nie mówią do mnie „szefowo”.
- Gołąbeczki wróciły do gniazda – powiedziała Raven kiedy podeszliśmy do baru.
- Cześć, Rav – odpowiedziałam jej z uśmiechem.
– Jak się wam gruchało? – zapytała. Czerwony rumieniec zawstydzenia pojawił się na naszych twarzach.
- Mogłabyś zrobić dwie porcje tostów z bekonem i herbatą? – zapytał ją Louis zbywając jej poprzednie pytanie.
- Jasne, ale może chcielibyście zjeść kawałek tortu? – zaproponowała.
- Nie, dzięki – odmówił jej Louis po czym zapytał – Prezenty położyliście w moim gabinecie?
- Jubilatce wypada zjeść tort więc poproszę. – Zrobiło mi się trochę głupio, że zostawiliśmy ich po pięciu minutach na imprezie zorganizowanej z okazji moich urodzin.
- Tak, są na biurku – odpowiedziała Louisowi Raven wyjmując z lodówki kawałki czekoladowego tortu ozdobionego czerwonymi, lukrowymi różami.
- Zaraz wrócę, smacznego. – Louis pocałował mnie w policzek i zniknął w korytarzu, który prowadził do jego biura.  Odprowadziłam go wzrokiem i w samą porę odwróciłam się w stronę Raven, która kroiła mi kawałek tortu wielkości mojej pięści.
- Hola, hola, zaczekaj! – Położyłam dłoń na nadgarstku jej ręki, w której trzymała nóż i przesunęłam ją troszeczkę zmniejszając rozmiar. – Taki będzie w sam raz.
- Jesteś tego pewna? – zapytała unosząc jedną brew.
- Tak i jakbyś mogła, spakuj mi resztę na wynos. Wezmę kawałek mamie.
- Jasna sprawa – mrugnęła do mnie i zaczęła szukać plastikowego opakowania a ja zanurzyłam łyżeczkę w czekoladowym cieście przekładanym śmietankowym kremem.
- O której wszystko się skończyło? – zapytałam będąc ciekawa przebiegu imprezy.
- Około czwartej - odpowiedziała.
- Czy Vivanne… - nie zdążyłam dokończyć pytania dotyczącego bezpiecznego powrotu mojej przyjaciółki do domu gdyż Raven przejrzała moje zamiary i szybko na nie odpowiedziała.
- Upiła się więc Olivia i Hayden zabrali ją do siebie do domu.
- Bardzo się upiła?
- Trochę… - odpowiedziała ze smutkiem i współczuciem wymalowanym na twarzy. Wszyscy wiedzieli, że Vivianne chodzi do psychologa po wydarzeniach w klubie i trudno jej sobie z tym poradzić dlatego szuka pomocy w alkoholu i papierosach. – Przysięgam, że jej pilnowaliśmy. Mówiliśmy, żeby uważała, że już jej wystarczy ale ona znajdywała wyjście z sytuacji. Wychodziła do toalety, zabierała nam nasze drinki. Przepraszam.
- Nic się nie stało, robiliście co w swojej mocy i dziękuję wam za to. Wina spada głównie na mnie, mogłam zostać.
- To nie jest również twoja wina! Po tym wszystkim przez co również przeszłaś zasługiwałaś na noc z Louisem. Nikt nie jest na ciebie zły, wręcz przeciwnie, cieszymy się.
- Naprawdę?
- Tak. – Na moje pytanie odpowiedział starszy mężczyzna, na oko około trzydziestki, który pojawił się obok mnie. Miał na sobie skórzaną kurtkę, czerwoną chustę na szyi i okulary przeciwsłoneczne na czarnych włosach.
– Wybaczcie, że się wtrącam. Chciałem jedynie zapłacić za śniadanie, pyszne jak zawsze. – Posłał ciepły uśmiech Raven i wręczył jej banknot dziesięcio dolarowy.
- Dziękuję bardzo. – Dziewczyna odwzajemniła uśmiech.
- Wracając do ciebie i Louisa. Przypadkiem usłyszałem co czym rozmawiałyście i nie mogłem się powstrzymać aby nie odpowiedzieć. Nie znam cię za dobrze, Destiny, ale słyszałem o tobie wiele. Podziwiam twoją odwagę, tak jak pozostałe dzieciaki. Odwalacie kawał dobrej roboty i zasługujecie na szczęśliwe chwile.
- D.. dziękuję – odpowiedziałam będąc zaskoczona tym co usłyszałam. 
- To ja dziękuję jeszcze raz za jedzenie, do zobaczenia. – Pomachał nam na pożegnanie i opuścił lokal.
- Kto to był? – zapytałam.
- Kenneth Norton, dołączył do nas kiedy jego rodzina zginęła w pożarze. Obwinia siebie, że nie miał odwagi nawet spróbować uratować swoich córek i żony. Po za tym miał rację, że zasługiwaliście. Plus miło widzieć Louisa z kimś, kogo szczerze kocha i nie prześpi się jedynie by zapomnieć.
- Och, dziękuję? – zapytałam nie będąc pewna jak powinnam odbierać jej słowa.
- Tak, możesz odebrać to jako komplement – zaśmiała się i zaczęła nakładać Louisowi i mnie na talerze tosty z masłem i bekonem.
- Bon appetit! – powiedziała podsuwając mi jeden talerz.
- Dzięki Raven, jesteś wielka – odpowiedział jej Louis, który wrócił już ze swojego biura, a następnie zwrócił się do mnie. – Zanim zaczniesz jeść, chciałbym abyś otworzyła mój prezent.
Louis wręczył mi małe pudełko owinięte niebieską wstążką. Wytarłam dłonie szybko w spodnie i odebrałam od niego prezent. Odwinęłam wstążkę, zdarłam fioletowy papier i otworzyłam białe pudełko. Ujrzałam w nim bransoletkę, srebrny łańcuszek ze wzorem, który przypominał płatek śniegu. W środku miała mały diament, z którego wychodziło, w każdym kierunku świata osiem prostych srebrnych linii, zakończonych diamencikami. W połowie kresek i dookoła diamentu była mniejsza i większa figura sześciokątna.
- Prześliczna – szepnęłam obracając ją w palcach i przyglądając się jej z każdej strony.
- Ten znak dla starożytnych plemion oznaczał nadzieję i przeznaczenie, tak jak twoje imię – powiedział zakładając mi kosmyk włosów za ucho.
- Och, Louis… - Łzy pojawiły się w moich oczach kiedy powiedział o znaczeniu symbolu.
- Nie płacz. – Uśmiechnął się do mnie i starł pojedynczą łzę z policzka.
- To ze szczęścia! Och, dziękuję ci Louis – powiedziałam wycierając oczy po czym pocałowałam go, a on odwzajemnił pocałunek z uśmiechem.
- Mogę ci ją założyć? – zapytał kiedy odsunęliśmy się od siebie. Skinęłam głową, oddałam mu bransoletkę i wysunęłam prawą rękę, na której po chwili spoczęła bransoletka oraz całus od Louisa.
- Śliczny prezent, przy tym nasze wychodzą biednie – powiedziała Raven opierając się łokciami o blat.
- Cudowna prawda? – zapytałam będąc wciąż oczarowana biżuterią. Nie mogłam oderwać od niej wzroku.
- Daj spokój, Rav. Liczy się gest, a nie ilość wydanych pieniędzy – powiedział Louis i zaczął jeść śniadanie, wyglądał na bardzo głodnego.
- Mów za siebie, ja czuję się głupio. Również mogłam sprzedać samochód i kupić coś lepszego. – Wydęła wargi ze smutku i oparła policzki o pięści.
- Co? – zapytałam powracając na ziemię z obłoków, do których przeniosła mnie srebrna błyskotka.
- Nieważne – uciął szybko Louis.
- Sprzedałeś swój samochód? – dopytywałam. Louis westchnął i wywrócił oczami.
- Nie zawracaj sobie tym głowy.
- Dlatego jeździsz motocyklem? – Zrobiło mi się strasznie głupio. Zachwycałam się bransoletką z brylancikami i zapomniałam, że takie rzeczy kosztują i to bardzo dużo, a Louis nie był majętną osobą.
- Dzięki, Rav – szepnął do dziewczyny z czerwonymi pasemkami we włosach.
- Przepraszam – odszepnęła mu.
- Tak i nie – zwrócił się do mnie łapiąc mnie za rękę. – Potrzebowałem pieniędzy, aby kupić ci ten prezent, ale również aby wyremontować mieszkanie. Chciałabym… chciałbym abyś ze mną zamieszkała i nie musiała wyjeżdżać do Glasgow.
- Och… - westchnęłam nie mogąc zaskoczona wydusić z siebie nic więcej. Podobnie było z Raven, która jedynie zagwizdała.
- Chciałem ci powiedzieć jak już wyremontuje mieszkanie, ale ktoś się wygadał.
- Mówiłam już, że przepraszam! Mogłeś uprzedzić!
- Nie muszę wam się ze wszystkiego zwierzać.
- Myślałam, że jesteśmy… - przerwałam szybko ich wymianę zdań zanim doszłoby do poważnej sprzeczki.
- Nie jestem zła, że się dowiedziałam, Louis. Raven, nie zepsułaś mi niespodzianki. Wbrew pozorom myślę, że jestem bardziej zaskoczona teraz niż gdybyś zabrał mnie do swojego domu z zawiązanymi oczami.
- Rozumiem jeżeli się nie zgodzisz na tą propozycję – powiedział Louis mając spuszczoony wzrok tak jak zawsze gdy żałował czegoś lub się obawiał.
- Nie wiem jak mogłabym się nie zgodzić. Z wielką chęcią się wprowadzę i spędzę z tobą kolejne noce – drugą część zdania szepnęłam mu do ucha. Podniósł swój wzrok i uśmiechnął się zadziornie po czym pocałował mnie namiętnie w usta.
Po skończonym porannym posiłku Louis odwiózł mnie do domu. Trzymając plastikowe pudełko z tortem i czteroma prezentami owiniętymi w świąteczny papier oraz z wielkim uśmiechem na twarzy przekroczyłam próg domu.
- Kto ma ochotę na tort? – zapytałam zdejmując buty, odkładając klucze i pudełka z podarunkami.
- Oczywiście, że ja! Jednak najpierw pozwól, że cię wyściskam – odpowiedziała moja mama przychodząc się ze mną przywitać. Przytuliła mnie mocno i pocałowała w czoło. – Wszystkiego najlepszego, skarbie. Cudownego, szczęśliwego życia, kocham cię mocno.
- Dziękuję, mamo. – Odwzajemniłam jej uścisk. Czułam się bardzo szczęśliwa, ostatni raz czułam taki przypływ radości i ulgi kiedy Louis wyznał, że mnie kocha.
- Nie ma za co. Zawsze możesz liczyć na najlepsze życzenia ode mnie i od taty – powiedziała z odrobinę łamiącym się głosem, wciąż za nim tęskniła jak również i ja. Wspomnienie o ojcu jednakże nie spowodowało, że zebrały się w moich oczach łzy smutku i żalu. Przeciwnie, uśmiechnęłam się jeszcze bardziej, gdyż przypomniałam sobie jak tata zawsze przebierał się za klauna na moje urodziny. Zawsze byłam dla niego małą córeczką, cokolwiek by się nie stało, zabawiał mnie i kupował pełno słodyczy.
-  Wiem  – zapewniłam ją. – Zawsze, mimo wszystko, bez względu na sytuację.
- Wracając do temu tortu, jaki ma smak? – zapytała odsuwając się ode mnie i ocierając oczy z łez.
- Czekoladowy z odrobiną kremu śmietankowego.
- Och, chcesz abym przytyła! – jęknęła, ale mimo to zabrała tort i poszła z nim do kuchni. Ukroiła sobie kawałek i zjadła ze smakiem.
- Jak przebiegł ci wczorajszy wieczór? Niespodzianka się udała? – zapytała. Wiedziała o wszystkim tylko jak zawsze w trochę przekształconej formie, którą podała jej Vivi.
- Tak, ale właściwie spędziłam go głównie z Louisem – wyznałam, gdyż uznałam, że najlepiej będzie jak poinformuję ją o przeprowadzce do Louisa jak najszybciej, nim będzie za późno.
- Louis? Ten twój chłopak?
- Tak, to on i chce abym z nim zamieszkała. – Moja własna odwaga w wypowiedzeniu tych słów bez zająknięcia się zadziwiała mnie samą.
- Mama Vivianne świetnie piecze – powiedziała mama delektując się ciastem po czym dodała. – Czekaj, co mówiłaś?
- Louis chce abym z nim zamieszkała, a ja się na to zgadzam – powtórzyłam.
- Przecież przeprowadzamy się do Glasgow. – Mina mojej matki nagle spoważniała.
- Wiem, ale to ty tego chcesz. Ja pragnę tu zostać i być z Louisem.
Milczała przez kilka minut najpierw wpatrując się we mnie, następnie wstała od stołu i odłożyła do zlewu pusty talerzyk i brudny widelczyk. Stała chwilę opierając dłonie o blat, aż w końcu odwróciła się do mnie. Pewna byłam, że zdecydowanie mi tego zabroni, lecz wiedziałam, że i tak jej nie posłucham i dopnę swego choćbym musiała uciec w nocy z domu. Jednakże ani mnie nie poparła, ani skarciła. Powiedziała coś, co nigdy nie przeszło mi by przez myśl.
- Chcę go poznać. Najlepiej byłoby gdyby zjawił się dzisiaj na kolacji.
- Nie ma problemu – odpowiedziałam natychmiast. Zupełnie zapomniałam, że Louis jest członkiem gangu i posiada spora liczbę tatuaży na ciele.

                                                                     ~†~